niedziela, 14 grudnia 2014

[165] Jacek Getner „Pan Przypadek i Korpoludki”


Wydawnictwo Zakładka,
Warszawa 2014, 234 str.
Ocena: 6/10 Niezła

Wieczna pogoń za pieniędzmi i sławą to pragnienia dość dużej części populacji naszego globu. Trofea ustawiane skrzętnie na półce, droga na szczyt po drabinie kariery w jednej, od lat, firmie to proza życia kilkudziesięciu procent polskiego społeczeństwa. Zaglądając w głąb niejednej korporacji można przekonać się, że nie są oni zwykle zgodną rodziną, pracującą w pocie czoła z takim zaangażowaniem jak maleńkie mrówki w mrowisku. Między szykami pracowników niejednej firmy skrywa się przecież zazdrość, nienawiść i kłamstwa...

Jacek po ogromnym rozgłosie jaki przyniosła mu sprawa wiceministra Urbaniaka staje się jednym z najbardziej pożądanych, a jednocześnie nielubianych osób w kraju. Na dodatek, kiedy u jego boku niemalże zawsze w Zakrapialni pojawia się Małgosia – była-nie-była żona wcześniej wspomnianego Urbaniaka, każdy skrycie ma ochotę znaleźć się na jego miejscu, choć wspaniałomyślnie wielce pogardza zachowaniem niby-detektywa. Detektywa, który uważa się za jasnowidza i pogrywa na nosie policji. Tylko czy ot tak można zrezygnować w środku burzy, która rozpętała się już dawno? Łoś wierzy, że więcej nie będzie musiał śledzić Jacka, ale rzeczywistość staje się inna, gdy na horyzoncie pojawiają się nowe zagadki do rozwikłania.

Pan Getner to człowiek, który ostatnimi czasy niezwykle zaskakuje czytelników. Pokazuje, że można pisać nie tylko przyjaźnie dla serca książkoholika, ale i skutecznie przemieszczając w swej prozie najbardziej zaskakujące powiązania z wielkimi tego świata. O sobie pisze, że prócz pisarza jest scenarzystą i dramaturgiem. Czytającego, który zatraca się w jego lekkim piórze męczy jednak myśl, że mamy nie tylko dwóch Jacków, ale i dwóch detektywów wkradających się w przeróżne środowiska. W końcu Pan Getner to znakomity obserwator świata, który swoimi, często zabawnymi historiami próbuje pokazać nam prawdę o codzienności.

„[...] jest kimś w rodzaju Robin Hooda, który gnębi bogatych ważniaków wywyższających się nad innymi.”*

Mojemu trzeciemu spotkaniu z Jackiem Przypadkiem, zwłaszcza tak szybko następującemu po lekturze bardzo dobrej, drugiej części, towarzyszyła nie tylko ogromna ekscytacja ale i wiele wymagań i oczekiwań. Bardzo chciałam, by niektóre wątki zostały rozbudowane, by nadal nie zabrakło tej iskierki, którą zauważyłam w oglądaniu razem z detektywem świata celebrytów. Wiele mogłam chcieć, jednak nic nie było ode mnie zależne. Mogłam jedynie wierzyć, że ludzie są banalnie przewidywalni :)

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, gdy wyjęłam książkę z koperty, była genialna okładka. Pozornie zbyt prosta i jednokolorowa, dawała wielkie pole do popisu czytelnikowi, który mógł jedynie zgadywać, jakich ciekawostek „z kraju i ze świata” dostarczy nam tym razem Przypadek. Powoli kartkowałam kolejne strony, przyglądałam się detalom. Od razu zauważyłam, jak Pan Getner sprytnie zatytułował kolejne opowieści. Pisarz nawet nie wie, ile tym drobnym gestem sprawił mi radości.
W obliczu korporacji z wiewiórką :)

„A jak się chciało pracować w dużej, międzynarodowej korporacji, to nie ma czasu na takie głupoty jak życie osobiste!”*

Zadowolona, długo nie zastanawiałam się nad rozpoczęciem przygody z „Morderstwem w Orient Espresso”. Przypadek zupełnym przypadkiem (wiem jak to brzmi) trafia do restauracji, w której znaleziony został denat z pałeczką wbitą w splot słoneczny. Główny podejrzany... ugrzązł w maleńkim okienku, a pracownicy korporacji przytrzymani siłą przez właścicielkę, są ogromnie wzburzeni. Brawurowo poprowadzona narracja, dbałość o najmniejszy szczegół działający na wyobraźnię czytającego, sprawiły, że tak jak podkomisarz Łoś, chcemy dorównać Jackowi. Niestety, tak jak policjant – jesteśmy o krok za nim. Mimo to, perypetie gości Orient Espresso, zdolności dedukcyjne i zgoda oraz współpraca (sic!) policjanta z Przypadkiem wprawiają w niemałe osłupienie.

„Historia jest nauczycielką życia. Warto poświęcić jej trochę czasu.”*

Nietypowa sprawa związana z papierosami oznakowana kryptonimem „Zbrodniarz i kara” zdecydowanie zaskoczyła mnie swoją tematyką. W toku śledztwa spodziewałam się jakiś „fajerwerków” w rozwiązaniu bądź zaskakującego obrotu sytuacji w punkcie kulminacyjnym. W historii, która swoją nazwą bardzo przywodziła na myśl powieść Dostojewskiego, była jak dla nie zbyt przewidywalna i za mało ambitna, jak na postać detektywa-jasnowidza, którą wykreował Pan Getner.

Z utęsknieniem czekałam zatem na ostatnią sprawę dla Przypadka, która zyskała miano „Moralności Pana Julskiego”. Przyznam, ze tutaj od początku znów zaczęłam dobrze się bawić. W głowie miałam kilka rozwiązań, typowałam kilka osób, ale tylko dwóch Jacków wiedziało kto wysłał plik. Ta opowieść zyskała na dodatek dużo kolorytu, z racji, że najwięcej, w stosunku to dwóch pozostałych, było w niej wątków kontynuowanych z poprzednich części serii. Poza tym przy opisie zdjęć Julskiego z rybą, skojarzyła mi się tylko jedna osoba. Kto? O dziwo sam Pan Jacek Getner ;)

„- No. Powinni zrobić rezerwat z takimi jak ten Sakowicz.
- Ostatni prawdziwi faceci dla wszystkich prawdziwych kobiet! […] Człowiek by wpadał do takiego rezerwatu i wiedział, że żyje.”*

Moje serce w powoli zaczyna skradać jednak Sakowicz, choć sama nie rozumiałam jego rzekomego uroku. Przez poprzednie dwie części byłam wierna Przypadkowi, ale Małgosia... Ciężko było mi ja polubić, a jak w końcu postać spotkała się z moja sympatią za sprawą sernika.... - sami sprawdźcie, co się stało. Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów – najbardziej zaskoczyła mnie Malwina (która nieustannie myli mi się z Marzeną). Chyba wszystkich zaskoczyła. Łącznie z Przypadkiem, pokazując, że ludzie nie zawsze są banalnie przewidywalni. Ależ mi się podobało to mocne zakończenie!

Wiewiórka miała wyglądać na wystraszoną...
Nie jest to w pełnej krasie gorsza część od pozostałych. Pan Getner przyzwyczaił swoich czytelników do wysublimowanych historii, niemożliwych rozwiązań i zaskakującego oblicza każdej ze spraw. Ta ogromna moim zdaniem przejrzystość i nawet trochę błahość sytuacji w opowieści zatytułowanej „Zbrodniarz i kara” dość mocno zawiodła. Dopiero kolejna sprawa dla Przypadka sprawia, iż czytelnik czuje, że detektyw nie popadł w rutynę i „bierze wszystko, jak leci”. Zdecydowanym plusem jest „Moralność pana Julskiego”, koronująca moment uwagi dla świata wiecznych przepychanek o pieniądze i sławę.

„Żeby nie chcieć niczego zmieniać w swoim życiu, można znaleźć bardzo wiele przyczyn. Pierwszą z nich jest lenistwo, ponieważ dokonanie każdej zmiany wymaga zwykle zrobienia czegokolwiek. Drugą może być konsekwentna niechęć do jakichkolwiek zmian, gdy pewien życiowy constans zapewnia nam poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie chcemy stracić. Młodszą siostrą tej przyczyny jest zwykły strach przed tym, co będzie.”*

Podczas lektury miałam chwile zawahania, momenty, w których nieco zawiodłam się na kompozycji kolejnej zagadki. Ta książka zdecydowanie ma mocniejsze i słabsze strony. Nie brak w niej jednak elokwentnych, często trochę bezczelnych i bardzo odważnych komentarzy Przypadka. Mimo to, myślę że warto przeczytać i tą powieść. Tym, którzy nie znają historii, zdecydowanie polecam wszystkie trzy części, a czytelnikom, którzy wahają się czy trzecia odsłona przygód Przypadka nie zniszczy ideału detektywa, zalecam zaryzykowanie. Bo ryzyko czasem się opłaca :)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości autora - Pana Jacka Getnera, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki „Pan Przypadek i Korpoludki”, kolejno ze stron: 53, 111, 101, 184, 174.

czwartek, 4 grudnia 2014

[164] Jacek Getner „Pan Przypadek i Celebryci”


Wydawnictwo Zakładka
Warszawa 2013, 234 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra
 
Małe dziecko podchodzi bliżej, puka w szklaną szybę, za którą znajdują się ludzie. Jednak to tylko telewizja, fikcja scenarzystów seriali albo galimatias pragnących życiowego sukcesu i sławy ludzi. Świat, do którego nijak możemy wedrzeć się biernie obserwując sytuację z kanapy. Tylko czy warto wkraczać w świat celebrytów? W końcu tam intryga goni intrygę, a tajemnica, tajemnicę. Czasem przydaje się wstrząs, który zafunduje ktoś z zewnątrz, ktoś, kto wcale nie pragną się tam znaleźć. Być może będzie to detektyw i jasnowidz w jednym, jak było w przypadku świata stworzonego piórem Getnera.

Jacek Przypadek chcąc nie chcąc po ogromnym sukcesie rozwiązanych spraw minionej opowieści, staje się obiektem zainteresowań najbardziej wpływowych osób w kraju. Nic więc dziwnego, że gdy tylko na planie serialu dochodzi do zagadkowego morderstwa jednego z aktorów, sprawa trafia w ręce młodego detektywa. Szantażowany „szołmen” również decyduje się na usługi detektywa-jasnowidza, choć wcale nie ma zamiaru za nie płacić. Ostatnia sprawa, pozornie banalna – poszukiwania narzeczonego uczestniczki wielu reality show, okazuje się wielce korzystna dla samego Przypadka. Znów powracają znajome postacie, by umilić czytelnikom popołudnie.

Pan Getner to scenarzysta sitcomu „Daleko od noszy” oraz serialu komediowego „Ale się kręci”. Dla mnie jednak jest twórcą wielce intrygującej postaci Jacka Przypadka. Na dodatek pisarz ten jest niebywałym obserwatorem najmniejszych w życiu szczegółów, dzięki którym rodzą się tak mądre opowieści, jak te, spisane w "Brzydkiej Miłości". Pan Jacek jest też jednym z twórców literatury, który zaszczycił mnie odpowiedzią na kilka nurtujących mnie pytań, dzięki czemu powstał wyczerpujący wywiad :) 

Z pierwszą zagadką, z którą bohater wplątuje się w świat wpływów, dużych pieniędzy i wielu kłamstw jest kwestia zaskakującej śmierci jednego z aktorów serialu „Miłość i medycyna”, który ginie... na planie ostatniego odcinka, w jakim miał wystąpić. Denat za sprawą swojego odejścia znalazł wśród kolegów i koleżanek wielu wrogów. Niektórym zalazł za skórę jeszcze wcześniej, nim odnaleziono go nieżywego w trumnie niezbędnej do sceny pogrzebu. Kto zapił? Komu zależało na śmierci mężczyzny? Pytań jest wiele, jednak Przypadek zna odpowiedź na wszystkie, przez co czytelnik sam zaczyna poddawać wątpliwości jego rzekome umiejętności jasnowidzenia.
 
„Ludzie uwielbiają wierzyć w takie nadprzyrodzone bzdury. Zresztą, im bardziej przestają wierzyć w Boga, bo przecież nauka wyklucza Jego istnienie, tym bardziej wierzą w inne bzdury, które z nauką nie mają nic wspólnego.”*
 
Dalej na drodze detektywa, którego niezmiernie polubiłam (nie wiem czy postać literacka może jeszcze bardziej przypaść czytelnikowi do gustu), staje dawny „znajomy”. Ten epizod życia Przypadka został według mnie wymyślony do najmniejszego szczegółu perfekcyjnie. Czytając rozwiązanie, otwierałam oczy ze zdumienia, przekonując się, co autor tym razem sympatykom Jacka. Pan Getner niesamowicie potrafi wodzić czytelnika za nos! Trochę byłam zła, że udało mu się skutecznie mną manipulować, ale radość z odkrycia prawdy była niewątpliwie większa niż rzekoma złość. Te kilkadziesiąt stron to moim skromnym zdaniem mistrzostwo!

Do trzeciego incydentu podchodziłam z ogromną rezerwą. Precedens opatrzony kryptonimem „Blondyn wieczorową porą” nie zakładał ogromnego zaskoczenia czytającego, gdy Przypadek poznawał wstępne informacje na temat zajścia. Wszystko wydawało się zbyt przewidywalne, zbyt oczywiste i przejrzyste. Dobrnąwszy jednak do zakończenia okazało się, iż nie tak bacznie i skrupulatnie przyglądaliśmy się szczegółom, jak detektyw, choć i my mieliśmy okazję poznać perspektywę tych samych osób, co przyjaciel Błażeja. Wyszło jak zwykle oryginalnie i zabawnie :)

Przyznam, że zaczynając czytać kontynuacje przygód Jacka Przypadka, nieco obawiałam się, czy autor będzie w stanie w równie zabawny i inteligentny sposób kontynuować kreację bohatera. Po pierwszej części wydawało się jednak w jakimś stopniu, że postać została w pełni zaprezentowana przed czytelnikami. Żartobliwość, ogromna erudycja i niebywała inteligencja zauroczyła nie tylko żeńską część bohaterek opowieści Pana Getnera, ale i tą część czytelniczek.

„- Jemu naprawdę wydaje się, że potrafi każdego prześwietlić na wylot. Jak aparat Roentgena. 
Dopiero ostatnie słowa pana Fryderyka dotarły do Marzeny. No właśnie. Ona w przeciwieństwie do swojego patrona wierzyła w to, że wzrok Jacka rzeczywiście ma wiele wspólnego ze słynnymi promieniami X.”*

Dawno się tak nie ubawiłam, jak podczas lektury „Pana Przypadka i celebrytów”. Autor niezwykle umiejętnie operując słowem, zaprosił nas do przeżywania rzeczywistości, która dla portali plotkarskich jest istnym rajem. W końcu każda afera, a zwłaszcza takie, w jakich uczestniczy główny bohater opowieści to materiał na pierwszą stronę gazety. Magazynu, który niestety nie każdy będzie oglądać z uśmiechem.

Każda ze spraw, jakie pochłonęły w mniejszym lub większym stopniu Jacka, była opisana tak, by czytelnik z lekturą ostatniej strony, doznawał niemałego zaskoczenia. Myślę, że w tym aspekcie pisarz wypadł niezwykle dobrze, nie pozwalając rozwikłać zagadek nie tylko podkomisarzowi Łosiowi czy jego pomocnikowi – starszemu aspirantowi Somańce, ale także samym czytającym. Ciekawą rolę odgrywały też wtrącenia od samego autora. Wydawać by się mogło, że cała historia nie jest spisana, leż opowiadana z ogromnym rozbawienie ze zdezorientowanej osoby spoglądającej na tysiące słów zapełniających strony. Dialog z czytelnikami uważam za kapitalne rozwiązanie! - dzięki temu opowieść tworzona piórem, nabiera realizmu.

Cieszę się, że w kolejnej części przygód bohatera wykreowanego przez POLAKA, nie zabrakło postaci, które bardzo polubiłam w pierwszej odsłonie serii. Przyczyną mojej niemałej radości był zdecydowanie fakt, iż Pan Getner postanowił rozbudować nieco wątek Błażeja i nieco naprostować relacje uczuciowe między bohaterami całe powieści. Przyznam, że najmniej spodobało mi się rozwiązanie zamieszania z zakochanymi kobietami krążącymi wokół Przypadka. Miejmy jednak nadzieję, że kolejna część przyniesie wyjaśnienie i w tej kwestii :)

„[...] wyciągnęła rękę w stronę Jacka. Ten wstał, nachylił się i delikatnie pocałował jej dłoń. - No proszę. I w dodatku jest pan szarmancki. 
- Ja używam tylko słowa grzeczny – powiedział Przypadek, siadając z powrotem na swoim miejscu. - A kobiecych dłoni nie potrafię ściskać, więc muszę je całować.
- A dlaczego pan musi?
- Bo uważam, że ściskać można cytrynę, a nie ciało kobiety [...]”*

Śmiało pragnę wysnuć tezę, że seria o przygodach Jacka Przypadka nie jest zdecydowanie tylko i wyłącznie kryminałem, czy pozycją detektywistyczną. Znacznie więcej w niej np. komedii, ku radości wielu czytających, także mnie. Nie brak obyczajowości i kapki przygodówki. Zdecydowanie jest w niej jednak najwięcej oryginalności i świeżości, jaką niesie za sobą proza Pana Getnera spisana na zaskakująco dobrym, jak na współczesną literaturę, poziomie językowym. Z drugą częścią widzę rozwój kunsztu pisarskiego, aż strach pomyśleć jak wypadną w jej cieniu kolejne odsłony przygód Przypadka.

Utwór Pana Jacka Getnera jest świetną odskocznią od codzienności, choć to właśnie życie codzienne opisuje. Zdecydowanie to jedna z lektur, przy której można odpocząć i zrelaksować się, oddając się wyłącznie lekturze. Niezauważalnie można też toczyć grę z Przypadkiem, ale zwykle kończy ona się zerowym wynikiem po naszej stronie. Mimo to polecam wypróbowanie tej walki każdemu, kto szuka w literaturze magii słowa pisanego. Pan Getner niewątpliwie razem z jasnowidzem – Jackiem Przypadkiem, czarują i oczarowują.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości autora - Pana Jacka Getnera, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki „Pan Przypadek i Celebryci”, kolejno ze stron: 129, 71, 208.

środa, 3 grudnia 2014

"Zimowy sen"

Mój zimowy sen zaczął się jeszcze, nim nasz kraj ogarnęło to niesamowicie zimne powietrze, silny wiatr i mroźne moce. Zasnęłam, tracąc magię czytania. Zaczęłam męczyć się czytaniem, brakowało w niej tej pasji, co dawniej. Przez wrzesień i październik próbowałam walczyć z ogarniającym mnie zmęczeniem, ale była to walka niezbyt wyrównana. Listopad, choć bez grama śniegu w mojej okolicy, wydawał się czasem, gdy schron przysypany jest kilkumetrowymi zaspami. Zapędy czytelnicze budziły się we mnie tylko, gdy otwierałam często rozsypujące się (ku mojej uciesze, gdyż lubię stare książki), lektury i pozycje na zajęcia. Dopiero słowo „GRUDZIEŃ” obudziło mnie. 

W końcu czego nie zrobisz przed Nowym Rokiem, będzie ciągnęło się za Tobą przez cały kolejny.

Czuję, że skrzywdziłam kilka książek, kilku autorów, kilkudziesięciu czytelników mojego bloga i pozostałych bloggerów. Najbardziej żal mi jednak publikacji, bo przecież tym żyjemy my, książkoholicy (i początkujący filolodzy). Niewątpliwie żałuje, że przez moją absencje blogową niewiele osób poznało wartościową pozycję Łukasza A. Zaranka – jedyną recenzję, jaką udało mi się opublikować w listopadzie przeczytało niewielu. Od kilku dni trapi mnie też myśl o osobach, które pozostawiłam bez wiadomości oraz książkach, które przeczytawszy, porzuciłam między wydaniami Biblioteki Narodowej i chusteczkami higienicznymi na biurku. Wczoraj postanowiłam jednak dokonać swoistego rachunku sumienia. Spisać wszystko, co złe. Na liście nagromadziło się czternaście książek, kilka osób, wydawnictw, inspiracji, radości oraz spraw dla mnie ważnych, które uciekły mi gdzieś, między placami. Nie mam oczywiście zamiaru wysprzątać biurka na połysk, bo przecież:

Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko?

~ Albert Einstein 

Wracając do meritum – czasu pozostało niewiele, Święta Bożego Narodzenia co raz bliżej. Oby grudzień był łaskawy dla moich planów i abym wytrwała w nich do samego końca. Recenzja już jutro. Nie wiem, czy zdążę odwiedzić wszystkie blogi, ale spróbuję zajrzeć choć na kilka, dopijając resztkę już nieco zimnej kawy.


Gorąco pozdrawiam :)

niedziela, 9 listopada 2014

[163] Łukasz A. Zaranek „Nadyia”


Wydawnictwo Radwan
Tolkmicko 2011, 80 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Każdy człowiek od urodzenia posiada wolną wolę. Wzrastając, zaczynamy podejmować samodzielne decyzje – czasem lepsze, niekiedy gorsze. Bardzo często nie mamy jednak pełnej świadomości, że każda nasza decyzja, nawet ta podejmowana w momentach, kiedy umysł nie jest w stanie racjonalnie kontrolować naszych działań, niesie za sobą skutki. Gdy pojawia się alkohol, nie wszystko, co robimy staje się oczywistym. W końcu będąc nietrzeźwym, wiele rzeczy umyka. Dopiero rano, budząc się z potężnym kacem, można zastanawiać się czy wszystko, co wydarzyło się poprzedniej nocy, było dobre...

Max razem ze swoimi „kumplami” jest stałym bywalcem klubów i dyskotek. Alkohol, a często nawet narkotyki, to codzienna proza jego życia. Brak konkretnego celu i sensu egzystencji sprawia, że chłopak popada nie tylko w nałogi, ale i trafia do grona „szemranego” środowiska. Jedna wymazana z pamięci noc sprawia, że do chłopaka wracają odgłosy przeszłości, którą uporczywie próbował odsunąć, topiąc smutki w mocniejszych trunkach. Kiedy docierają do niego fakty minionych dwudziestu czterech godzin, staje przed najważniejszą, ale i najtrudniejszą decyzją w swoim życiu.

Łukasz Zaranek to zapalony społecznik, który aktywnie działa nie tylko dla swojej miejscowości, ale i całej gminy. Mężczyzna angażuje się nie tylko w życie polityczne swoich okolic, ale przede wszystkim w wydarzenia kulturalne i sportowe. Każdą wolną chwilę poświęca na obserwacje otaczającego go świata, starając się, by w swoich książkach i wierszach zwrócić uwagę na rzeczy najistotniejsze.

Muszę powiedzieć, że po przeczytaniu „Torsji” i poznaniu samego Łukasza, byłam ogromnie ciekawa jego debiutu. Sama radość w oczach, z którą ten mężczyzna mówi o pisaniu, pozwalała mi przeczuwać, że jego pierwsza książka nie zrodziła się bez przyczyny i nie jest lekturą, obok której można przejść obojętnie. W końcu zwróciła kogoś uwagę i proza młodego pisarza ujrzała światło dzienne. W kartkach pełnych słów skrywających się za niewątpliwie przykuwającą wzrok okładką, upatrywałam literackiego rozsmakowania, w tym, co proste, ale dobrze wykonane.

Po przeczytaniu rysu fabularnego i pierwszych stron książki wiedziałam, że o zaskoczeniu nie ma tu mowy – czytelnik dobrze wie, co wydarzy się dalej, a jednak ciekawość nie pozwala zakończyć lektury w połowie zdania. Autor zdecydowanie nie stara się jak najbardziej zagiąć opisywaną rzeczywistość, ale sięgając po najprostsze środki przekazu, przykuwa uwagę. Prostota, jaka tkwi w całej fabule to ogromna zaleta, mimo że nie możemy liczyć podczas czytania na nieprzewidywalność.

Cieszę się, że Zaranek, jako początkujący pisarz skupił się na jednym bohaterze – Maxie, wykorzystując w pełni możliwość wykreowania postaci, nie stawiając na dwie czy trzy osoby stanowiące oś publikacji. Mężczyzna, którego stworzył został na tyle dobrze przedstawiony czytelnikowi, że trudno w tym aspekcie cokolwiek zarzucić. Mimo, że mamy tylko jednego głównego bohatera, Łukasz nie umniejszył roli pozostałych, przedstawiając ich równie rzetelnie i skrupulatnie, ale nie nachalnie i obcesowo.

Język „Nadyi” jest niezwykle prosty i bardzo współczesny, dlatego czytający nie ma problemu z tym, żeby zaaklimatyzować się w opisywanej rzeczywistości. Całość tekstu, mimo co jakiś czas pojawiających się przekleństw, czyta się przyjemnie i bardzo sprawnie. Nic nie mąci naszej uwagi, nie utrudnia odbioru. Sposób, w jaki Zaranek przedstawia kolejne wydarzenia pozwala poczuć się tak, jakbyśmy obserwowali zdarzenia gdzieś z boku. Również narracja stanowi zaletę noweli – zrozumienia jej sensu i przekazu.

„Miłość zabija. Zabija nas od wewnątrz i nic jej w tym nie przeszkadza. Nawet głupia nadzieja, która podobno nigdy nie umiera.”*

Najbardziej intrygująca, a zarazem niezwykle dopracowana jest postać tytułowej Nadyi. Czytelnik od samego początku nie ma pojęcia kim jest i dlaczego pisarz postanowił nadać właśnie taki tytuł swojej noweli. Postać, która nie istnieje już w równoległej rzeczywistości, a jedynie wyobraźni głównego bohatera, potęguje odczucia rozdarcia wewnętrznego Maxa. Nadaje ona tekstowi nie tylko oryginalności dopiętej do prostego tematu, ale i wartkości jakże krótkiej akcji. Nadyia jest bodźcem całych wydarzeń, przyczyną czytelniczego rozsmakowania.

Kolejne zdjęcie, które bardzo lubię... :)
Wydawać by się mogło, że trudną sprawą jest opisać planowane wydarzenia na przykładowo trzystu stronach. Po lekturze „Nadyi” muszę przyznać, że sztuką jest to, co zrobił Łukasz. Znacznie trudniejsze jest bowiem napisać pełnowymiarową historię na mniej niż stu stronach. Jasne – Zaranek mógł napisać więcej, uchwycić inne punkty widzenia. Niemniej sądzę, że w tym konkretnym przypadku więcej nie koniecznie znaczyło by lepiej.

„Nadyia” to nowela, która stanowi przestrogę. Łukasz rysując przed czytającymi historię Maxa, w pierwszej chwili nieco irytującego lekkoducha, ale już po kilku stronach chłopaka o trudnej przeszłości, stara się zaznaczyć, że w realnym świecie możemy spotkać wielu jemu podobnych. Ukazując historię jednego zdarzenia, pisarz uchwyca w ramy niebezpieczeństwa związane z odurzeniem alkoholowym grożące nastolatkom. Wiele osób w moim wieku żyje od imprezy do imprezy. Takie też środowisko przedstawia Łukasz, pokazując co może się zdarzyć w świecie alkoholu, narkotyków i przygodnego seksu.

Szkoda, że dostępność tej książki jest tak mała. Trudno ją znaleźć w niejednej księgarni internetowej, a co dopiero – w stacjonarnej. Mi udało się „dopaść” jeden jedyny egzemplarz biblioteczny. Serwisy aukcyjne również milczą... Więc jeśli tylko dojrzycie ją gdziekolwiek – w sklepie czy innym, czasem bardziej zaskakującym miejscu, koniecznie kupcie tę drobnych rozmiarów książeczkę, która skrywa życiowe prawdy. Zdecydowanie polecam debiut Łukasza A. Zaranka, który moim skromnym zdaniem jest publikacją lepszą od jego kolejnej książki „Torsje”.

* Cytat pochodzi z książki Łukasza A. Zaranka „Nadyia” ze strony 30.

wtorek, 4 listopada 2014

[162] M. A Trzeciak „Bliżej. Dalej”


Wydawnictwo Novae Res,
Gdynia 2014, 358 str.
Ocena: 5/10 OK.

Czasami nie wszystko jest w życiu takie, na jakie wygląda. Jedno wydarzenie może całkowicie odmienić bieg życia człowieka i pokazać w jakiej bańce odizolowującej go od prawdy żył. Dopiero wtedy tak naprawdę możemy zrozumieć (?) kim jesteśmy, co zrobiliśmy źle. Czasem jest czas, by naprawić wszystko. Znacznie częściej jednak musimy toczyć wyścig, by w ostatniej chwili wpaść do pomieszczenia z uśmiechem, że udało się wywinąć spod ręki śmierci.

Marta A. Trzeciak to pisarka, którą poznałam przy okazji lektury „Inframundo”. Jej życie bywało równie zadziwiające, co egzystencja bohaterów, których tworzy na potrzeby książek. Ta młoda kobieta pracowała nie tylko w fastfoodzie czy ZOO, ale nawet w rzeźni. Teraz jest zarówno pisarzem, jak i naukowcem. Na przestrzeni lat, od momentu debiutu, na pewno nieco zmieniło się jej życie, ale miłość do pisania nie umarła. Kim jest? Jeśli chcecie odkryć jej wiele oblicz polecam wywiad z autorką „Bliżej dalej”, który przeprowadziłam przy okazji premiery jej debiutu.

W wyniku tajemniczej śmierci ojca, trzy siostry trafiają do domu ciotki. Rita i Stella bywają tu regularnie, jednak Matylda powraca po latach. Dla każdej ten dom nadal pozostaje pełen błogich wspomnień z dzieciństwa. Zmierzając na pogrzeb ojca, nie mają pojęcia, że powrót do znajomych czterech ścian sprawi, że wszystko się zmieni, a one będą musiały wyruszyć w podróż, która otworzy przed nimi rodzinne sekrety.

Kiedy zaczynałam czytać książkę żyło we mnie przeświadczenie, że historia spisana przez Trzeciak może być nieco podoba do tej, którą stworzyła Pani Rudnicka w książce „Natalii 5”. W końcu w obu siostry spotykają się po niewyjaśnionej śmierci ojca, by potem doświadczyć serii następstw tego wydarzenia. Jak się później okazało to jedyne podobieństwo w tych dwóch lekturach, które drastycznie się różnią, mimo że pokazują w różny sposób siostrzaną miłość.

„Nie można jednak całe życie chodzić w kole ratunkowym. Rzuca się je dopiero, gdy ktoś tonie. Tylko wtedy ma to sens.”*

Pierwsze niemal sto stron powieści toczyło się aż zbyt oczywiście. Momentami pojawiały się niezrozumiałe fragmenty albo napisane zbyt patetycznym językiem wypowiedzi, które denerwowały, jednak wszystko kręciło się wokół jednego tematu. Swoisty wstęp do opowieści Marty był moim zdaniem zbyt długi i drobiazgowy, a przez to nieco nużący. Nie myślałam, że pogrzeb i przygotowania do niego można opisywać aż na tylu stronach. Zdarzenia rozgrywające się po ceremonii następują tak szybko, że uśpiona czujność czytelnika zostaje gwałtownie wybudzona ze snu, a ciekawość zaczyna roztaczać błędne koło, które tak lubię podczas odkrywania tajemnic w książkach.

„ Dookoła unosił się zapach ciepłej, parującej wilgocią ziemi, na powierzchnię wylegały dżdżownice i ślimaki, a Matylda i jej ojciec mieli na wszystko czas. Pochyliali się z ciekawości nad dwoma winniczkami, których drogi lada moment miały się skrzyżować, ciekawi, co zrobią, gdy już do tego dojdzie. Ślimaki zawsze wydawały się być zaskoczone spotkaniem – jakby dowiadywały się o obecności tego drugiego dopiero, gdy go dotknęły.
- Tak właśnie jest w życiu, gwiazdeczko (…) widzimy tych, którzy nas otaczają, ale tak, jakbyśmy ich nie dostrzegali. Dopóki ich nie dotkniemy.”*

To, co podobało mi się początkowo, gdy poznawałam siostry, z czasem było uciążliwe. Chodzi mi o imiona bohaterek, które nie zostały mianowane popularnymi Monikami, Annami czy Martami, ale Matyldą, Ritą i Stellą. Podobała mi się ta innowacja, dość rzadka w polskiej literaturze. Jednakże z czasem, kiedy do historii wkraczały co raz to nowe postacie nie mogłam nadziwić się kombinacją pisarki nadającej wytworom swojej wyobraźni miana niemożliwe do zapamiętania. W końcu ile razy spotkaliśmy się z Adaleną, Nomadą czy Satriz?

Choć bohaterowie nosili nietuzinkowe imiona w tym zgoła innym od rzeczywistego świecie, pisarka genialnie zarysowała każdą postać, jednocześnie każdym ich czynem starając się ukazać i napiętnować ludzkie, często nieznośne przywary. Dzięki bohaterom mogliśmy zobaczyć portrety osób, które możemy upatrywać nie tylko wokół siebie, ale często nawet w nas samych. Dzięki postaciom utworzonym przez Trzeciak błędy stają się wyraźniejsze, niż mogły by być, a zalety w końcu zostają dostrzegane. Myślę, że działa to znacznie na korzyść bohaterów centralnych opowieści, zwłaszcza Rity, Matyldy i Ofelii, które stają się czytelnikowi naprawdę bliskie, mimo swojej odmienności. Ich sporadyczne radości cieszą, a smutki – wprawiają nieco w zapomnienie nie pozwalające oderwać się od powieści do momentu, kiedy nastąpi jaśniejsza karta w ich życiu.

Prócz bohaterów w większości brak nazw konkretnych miejsc, krajów. Pojawia się jedna nazwa miejscowości i miana, jakim określane są poszczególne kluby, które upodobali sobie hazardziści. Jest to trochę denerwujące, ale wygodne dla autora, który nie jest sprawdzany, czy właściwie odwzorcował prawdziwe ślady w historii rodziny.

„(...) nienawiść jest jak ogień – sieje spustoszenie tam, gdzie się pojawi, i wiąż jest jej więcej.”*

Z pewnością pozycji, która wyszła spod pióra Marty nie możemy odbierać zbyt dosłownie. Za dużo w niej niezrozumiałych faktów, dziwnych zbiegów okoliczności i substancji o nieznanym pochodzeniu. Trudno tak naprawdę określić czy Jej powieść to historia fantastyczna, czy bardziej obyczajowa. Jedno jest pewne – poprzez nietuzinkowych bohaterów pisarka rzuciła nam na twarz kilka ważnych zdań na temat rodziny, rodzeństwa i skrywanych głęboko niepożądanych wspomnień. Tak jak bohaterzy z pewnych powodów gdzieś się ukrywali całe życie, tak często ukrywają się prawdziwi ludzie, nie chcąc przyjąć do wiadomości prawdy.

Jedno jest pewne – choć nie tego spodziewałam się po „Bliżej dalej” nie mogłam dziwnie oderwać się od książki, w której wszystko znacznie odbiegało od rzeczywistości. Każde kolejne zdanie było przesycone ogromem tajemnicy, nie pozwalającej się rozwikłać i dziwnym, ale magicznym klimatem. Z każdą kolejną stroną zastanawiałam się kim są tak naprawdę bohaterowie posiadający nadprzyrodzone (?) zdolności. W kończy czy ktoś z Nas jeździ na oślep wiedziony na zakrętach intuicją?

Długo zastanawiałam się nad tym, dlaczego pisarka nadała swojej, nieco irracjonalnej opowieści, taki, a nie inny tytuł. Dopiero kiedy zamknęłam okładkę po przeczytaniu całej lektury, zrozumiałam, że cała powieść przypomina popularną wśród dzieci, a nawet dorosłych zabawę „ciepło – zimno”. Z każdą kolejną stroną wydaje nam się, że jesteśmy bliżej (ciepło) sensu i rozwiązania akcji publikacji. Czytając dalej rozumiemy jednak, że gwałtownie się oddalamy i jesteśmy dalej (zimno). Podczas czytania cały czas rozgrywa się ta walka i kończąc, nie jesteśmy do końca pewni czy odnaleźliśmy to, co chciała przekazać nam Trzeciak.

„Historie się kończą, opowieść trwa wiecznie.”*

Całość wydaje się jakby snem, jawą, w której bardzo trudno było mi się odnaleźć. Nie jestem pewna czy oczekiwałam po bardzo oryginalnej osobie, jaką jest Marta, aż tak nierealnej i odstającej od rzeczywistości . Książka, która stworzona została w myśli realizmu magicznego i była przez niektórych porównywana z zamysłem Bułhakowa w „Mistrzu i Małgorzacie” nie do końca odnalazła moje pełne uznanie. Były fragmenty, którym oddawałam się całym sercem. Widziałam z każdym zdaniem ogromny potencjał w opowieści Trzeciak, który moim zdaniem całkowicie został zmarnowany zakończeniem. Według mnie było one jakby wymuszone zasadą, że powieść zawsze musi mieć swój jasny koniec. Tu ostatnie słowa okazują się nie zaletą, lecz wadą. 

„Każde z nas ma swoją drogę, która niejednokrotnie prowadzi w przepaść. Ale czy próba uniknięcia upadku zawsze nas przed nim uchroni?”*

Podsumowując, muszę przyznać, że nie tego spodziewałam się po „Inframundo”, które mnie zachwyciło. Wiele upatrywałam sobie w debiucie Trzeciak, który przeczytałam już dość dawno temu, a który cały czas siedzi gdzieś w mojej pamięci. Widziałam w nim pasję pisania i radość z kolejno stawianych słów. W „Bliżej dalej” autorka moim zdaniem za bardzo skupiła się na założeniu, które postawiła sobie, nim zaczęła pisać. W moim odczuciu, mimo kilku pozytywnych aspektów, czegoś zabrakło. Sądzę jednak nadal, że ta młoda pisarka może jeszcze pokazać wielu, którzy od lat są na scenie, co to znaczy kawał dobrej literatury. Życzę jej z całego serca powodzenia, licząc, że w kolejnej publikacji subtelność i magię, którą zachłysnęłam się podczas lektury „Inframundo”.


Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki „Bliżej dalej”, kolejno ze stron: 89, 67, 90, 15, 43

niedziela, 2 listopada 2014

Meme podsumowuje - PAŹDZIERNIK 2014

Październik był dla mnie miesiącem, w którym mam wrażenie, że naprzemiennie czytałam lektury na studia, pisałam, dojeżdżałam (często solidnie przepełnionym) pociągiem i spałam. Kiedy tylko udało mi się złapać chwilę dłużej w domu, zaraz starałam się odpocząć. Dlatego też strasznie was przepraszam, że nie było mnie tutaj z Wami. Przepraszam też za niedopełnione obietnice bo takie zapewne były. Kiedy tylko uda mi się spokojnie usiąść do laptopa, będę tutaj zaglądać z dwa, trzy razy w tygodniu.

Wśród październikowych lektur znalazły się trzy pełne pozycje, o których koniecznie muszę wspomnieć. Pierwszą książką, którą skończyłam w miesiącu inauguracji studenckiej było „Sto imion” Ceceli Ahern. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tej powieści, której pomysł może stanowić dalsze inspiracje dla wszystkich piszących – czy do szuflady, czy na księgarniane półki. Między artykułami, utworami poetyckimi i zbiorami poezji czy pieśni średniowiecznej bądź wstępami do nich udało mi się przeczytać październikowy zakup – publikację Pameli Ribon pt. „Twoja kolej”. W tym przypadku zaciekawił mnie rys fabularny, jaki przedstawili czytelnikom wydawcy na okładce. Ogromnie zaintrygowana rozpoczęłam czytanie, by razem z bohaterami śmiać się i płakać. W całości udało mi się też przeczytać „Kronikę polską”. Choć była to lektura na zajęcia, charakterystyczny język twórcy bardzo mnie wciągnął, umilając czytanie.

Listopad to miesiąc niezwykle melancholijny. Uroczystość Wszystkich Świętych i szaruga za oknem zdecydowanie sprawiają, że życie staje w miejscu, a do głowy przychodzą najdziwniejsze przemyślenia. Jest to też czas uporczywych katarów i wiecznie zimnych dłoni (jeśli nie nosi się rękawiczek). Dla mnie będzie to okres intensywnej lektury pozycji na zajęcia i mam nadzieję – książek dla przyjemności. Chcę w tym miesiącu też popisać trochę dla siebie, trochę dla was. Trzy recenzje udało mi się ukończyć dziś. Ustaliłam ich publikację, gdyż wracając ostatnim pociągiem, trudno od razu po powrocie nie położyć się po prostu do łóżka :)

środa, 15 października 2014

[161] Krzysztof Koziołek „Święta tajemnica”


Wydawnictwo Kropka
Zielona Góra 2009, 288 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Spowiedź święta stanowi jedną z nadrzędnych części w życiu katolika. To dzięki niej możemy splamieni grzechem, ponownie umocnić swoją wiarę. Dla księży spowiedź to posługa, która ma swoje nadrzędne zasady – oznacza bezwzględną tajemnicę nie tylko tego, co zostało powiedziane, ale również tego, że coś w ogólne było mówione. Mężczyźni skryci za kratką konfesjonałów słyszeli już niejedne okropieństwa, pomagali słowem ludziom, którzy dopuścili się zła. Nikt jednak, zarówno z grona spowiedników, jak i spowiadających się, nie spodziewał się, że kiedyś, w konfesjonale padną słowa: „Zabiłem dziecko”, a morderca będzie śmiał się człowiekowi w twarz, mając świadomość, że kapłan nie będzie mógł zdradzić choćby słowa...

Pan Krzysztof Koziołek to pisarz pochodzący z Zielonej Góry, na co dzień mieszkający w Nowej Soli, na której ulicach umieszcza niektóre z fragmentów swoich powieści. Pisarz ukończył Politologię na Uniwersytecie Zielonogórskim. Swoją przygodę z prozą rozpoczął w 2007 roku publikacją „Droga bez powrotu”. „Święta tajemnica”, będąca jego kolejną wydaną pozycją została nominowana do nagrody Lubuskiego Wawrzynu Literackiego. W 2010 roku autor został zgłoszony do Paszportu Polityki 2010. W 2011 roku Krzysztof Koziołek otrzymał Lubuską Nagrodę Literacką, uznany za najbardziej obiecującego lubuskiego pisarza. Dziś na na swoim koncie siedem książek, uczestniczy w wielu spotkaniach z młodzieżą i czytelnikami, które trudno wyprzeć z pamięci. Tak samo jak jego prozę...

Ksiądz Sambor to wikary, któremu kolejne dni mijają na spowiedziach, mszach, modlitwie i nauce w szkole. Pewnego zimowego poranka z półsnu wyrywa go głos spowiadającego się, którym okazuje się morderca osiemnastolatka, który zaginął zaledwie kilkanaście godzin wcześniej. Tajemnica nie pozwala zdradzić księdzu żadnych szczegółów. Z kolejnym wizytami mężczyzny, ojciec postanawia podjąć własne śledztwo, by dać kres działaniom zabójcy, który spędza mu sen z powiek. Nie ma pojęcia, w jaką grę zostanie wplątany i ile poświęci.

Kiedyś przez myśl przeszedł mi wielce podobny pomysł na opowiadanie z księdzem i mordercą w rolach głównych. Gdy na spotkaniu autorskim usłyszałam o fabule książki Pana Koziołka, byłam maksymalnie zaskoczona, ze ktoś wykorzystał „mój” pomysł. W końcu zapragnęłam poznać prozę tegoż pisarza, pożyczając publikację od znajomej. Jednak od chwili „wypożyczenia” do właściwej lektury minęło sporo czasu, a pierwsze emocje rozdzierające duszę i serce minęły. Tak przystąpiłam do czytania.

Gdy zaczynałam czytać książkę i powoli poznawać księdza Sambora moja wyobraźnia sprawiła, że w postaci tej upatrywałam znajomego kapłana. Początkowo wydawało mi się to intrygujące, że wiele w wielu cechach ojciec przypominał dobrze znaną mi osobę, jednak z czasem pomyślałam sobie również o kilku innych duchownych, których znam osobiści i zlękłam się. Bo, gdyby wydarzyło się coś podobnego, nie byłoby już tak zajmujące...

„Z młodzieżą trzeba postępować inaczej. Nie można jej wszystkiego narzucać i mówić 'Bo tak ma być i już”. Młodzi ludzie, tak samo zresztą jak wielu starszych, a w dzisiejszych czasach jest ich szczególnie dużo, chcą myśleć samodzielnie, samemu dochodzić do pewnych rzeczy. Zresztą zawsze uważałem, że Stwórcy nie zależy na produkowaniu owieczek podążających ślepo za swoim pasterzem, tylko tworzeniu istot myślących, szukających Boga, zastanawiających się nad Jego potęgą, miłością i miłosierdziem (...)” 

Początek mimo wszystko wydawał się nieco słaby – nie mogłam się w nim odnaleźć, a narrator opisujący wszystko dość szczegółowo denerwował. Na dodatek, nie wszystko było tak, jakbym sobie wyobrażała i jak obstawiałam, mając kiedyś w głowie podobną wersję wydarzeń. Z kolejnymi stronami powieść zaczynała nabierać kolorytu, zdarzenia przybierały na tempie, a moje czytanie stawało się co raz bardziej zachłanne. Postanowiłam przymknąć oko na dość smętne moim zdaniem wprowadzenie w szkolną rzeczywistość ks. Sambora, będącą najsłabszym punktem pierwszych rozdziałów i rozpocząć wspólne poszukiwanie bestialskiego mordercy.

„Kto pyta, ten przynajmiej się nas czymś zastanawia, sam dochodzi do wniosków. A że to trwa czasami bardzo długo, bywa że i całe życie? Co z tego, skoro wiara urodzona w taki sposób, zazwyczaj bardzo bolesny, jest znacznie silniejsza od tej ślepo przyjętej?”*

Rzeczą, która wprowadziła mnie w największy podziw był sposób podziału książki. Okazało się to nie tylko funkcjonalne, ale i niezwykle sprytne. Tradycyjnie rozpoczęła się ona prologiem. Potem nastąpiły trzy tematyczne części, zapowiadające w jednym słowie o czym czytelnik będzie mógł przeczytać w nadchodzących rozdziałach. Zabieg ten sprawił, iż wędrowanie z ojcem dzień po dniu okazywało się niezwykle ekscytujące. Choć zabójca zostaje ujawniony na ponad sto stron przed końcem ze względu na koniec części opatrzonej tytułem „pościg”, nie żałowałam, iż tak została rozstrzygnięty najbardziej znamienny szczegół kryminału. Wkrótce po rozpoczęciu fragmentów opatrzonych tytułem „proces”, przekonałam się jak wiele uczynił dla nas – czytelników Pan Koziołek, nie kończąc powieści, po odkryciu zbrodniczych kart. Jestem mu niezwykle wdzięczna za ten, pełen rozdzierających serce emocji, ostatni kawałek tekstu.

„Ksiądz Sambor spuścił wzrok, pochylił głowę, chowając twarz w dłoniach. Westchnął głęboko, niemal doświadczając zmysłami pogrążenia się w otchłani. Czuł się zupełnie tak, jakby znalazł się w wielkiej beczce lepkiej smoły, mając przy tym zawiązane oczy i zakneblowane usta. Jakby szukał rękoma brzegu kadzi, jednak ślepy, miotał się tylko, nie mogąc też wezwać pomocy. A każdy kolejny ruch zamiast prowadzić go ku wolności, pogrążał tylko coraz głębiej i głębiej...”*

Autorowi należą się również gromkie brawa za kreację głównego bohatera. Pan Koziołek znacznie bardziej skupił się na portrecie psychologicznym, co tutaj okazało się niezwykle ważnym posunięciem. Wszystkie rozterki, wahania i krzyki suszy były opisami niezwykle realnymi – pełnymi bólu, smutku, bezradności czy złości. W części zatytułowanej „Proces” emocje zawarte między słowami przybrały na sile i nie sposób było dołączyć do grona skandujących przed sądem „Dajcie go nam!” ludzi, mając ogląd na całość wydarzeń.

„Bardzo łatwo jest oceniać kogoś na podstawie relacji w mediach. Szkopuł w tym, iż media często posługują się tylko strzępami informacji, najczęściej tymi najbardziej spektakularnymi, niekoniecznie jednak najważniejszymi i dającymi pełny obraz sytuacji (...)”*

Ciekawie zostało przedstawione również dojście do sedna sprawy osób postronnych – Nowickiego, Nadkomisarz Bielskiej, Stawskiej i Piecuch. Bohaterowie Ci zaimponowali mi swoją odwagą, zapalczywością i wiarą w niewinność księdza zwłaszcza jeżeli chodzi o nauczycielki i dziennikarza. Negatywną postacią wg mnie, która pozornie nie zaliczała się do części z morderstwem i innymi przestępstwami wypisanymi na dłoniach, był adwokat. Patrząc na jego postawę wobec oskarżonego, byłam przekonana, że nawet on uznaje księdza za winnego. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać ile osób stających na ławie oskarżonych, choć nie mieli winy, było bronionych przez podobne osoby...

„Czasem prawda skrywa się nieco głębiej. Tylko trzeba chcieć ją znaleźć.”*

Choć początkowo byłam zwiedzona końcem, doszłam do wniosku, iż tym sposobem zakończenia fabuły autor nie poszedł w kierunku banalnych rozwiązań, sięgając po coś własnego, innego. Epilog nieco skojarzył mi się z ostatnimi scenami popularnych TVN-owskich produkcji, aczkolwiek słowa wyjaśnienia co do każdej postaci usatysfakcjonowały mnie. Cały wydźwięk powieści wprawił mnie nieco w smutek, iż człowiekowi czasem zabrana zostaje dość pochopnie szansa na zwykłą sprawiedliwość. Ksiądz Sambor to jedynie postać fikcyjna, ale ile jest tych, być może nawet niewinnych, którzy nie mieli możliwości na obiektywny proces.

„Żeby coś w sobie zmienić, trzeba najpierw tego chcieć.”*

Myśląc o moim, początkowo nieco sceptycznym nastawieniu do „Świętej tajemnicy”, zastanawiam się skąd znalazło ono miejsce w mojej głowie. Powieść pełnego zaskakujących pomysłów na książki pisarza, okazała się wciągającą lekturą, nawet zważywszy na to, iż czasu nie mam tak wiele jak zawsze, ze względu na wakacyjną pracę. Krótko mówiąc: Szczerze polecam publikację, w której choć od początku będziemy niemalże wiedzieć co się wydarzy, mimo wszystko nie będziemy się nudzić, a wręcz przeciwnie – będziemy razem z księdzem Samborem próbować podsunąć zbrodniarza pod nos policji. 

Cytaty pochodzą z książki "Święta tajemnica", kolejno ze stron: 243, 243, 193, 228, 210 ,91 

piątek, 10 października 2014

Meme podsumowuje - WRZESIEŃ 2014

Wrzesień był dla mnie miesiącem wyczekiwania – kiedy wszyscy szturmem (choć nie zawsze najchętniej) ruszyli ku szkolnym bramą, ja pomiędzy dniami przepełnionymi pracą i czytaniem, oczekiwałam października. Ten, chowając się gdzieś w oddali na kartach kalendarza, zbliżał się bardzo powoli. W pierwsze jesienne popołudnia udało mi się jednak czasem ujarzmić myśli i oddać lekturze pozycji, których liczba w pokoju z każdym dniem zwiększała się.

Ku mojemu zaskoczeniu, po podliczeniu jakież to powieści umilały mi życie we wrześniu, doliczyłam się aż pięciu książek. Myślę, że ten wynik w moim przypadku jest jak najbardziej zadowalający, zwłaszcza, że czasu na czytanie nie miałam tyle, co zwykle. Bardzo się cieszę, że wśród przeczytanych przeze mnie publikacji znalazło się dzieło autorstwa Sue Monk Kidd, za której prozą już się stęskniłam. Ależ to była uczta! Źródłem pozytywnych doznań literackich była też wzruszająca powieść młodzieżowa autorstwa Formana. Nieprzesłodzona, jak bywało z książkami poruszającymi się w sferze problemów nastolatków, stonowana, a jednocześnie zapadająca w pamięć. Uśmiech na mojej twarzy wywołały też fragmenty książek Trzeciak i Zaranka. W jednym przypadku drugie spotkanie okazało się lepsze od pierwszego, z kolei w drugim – nie do końca mogłam odnaleźć cząstkę, która zafascynowała mnie przy pierwszym poznaniu. Kto zaciekawił, a kto nie do końca zaspokoił ciekawość? Wkrótce się dowiecie :)

Za mną już dziesięć październikowych dni. Pierwsze długie godziny spędzone na uczelni, pierwsze zajęcia, a na dodatek - „walka” z USOS-em zakończona zwycięsko. Mijający tydzień pechowca (tyle zrządzeń losu jest przecież aż niemożliwym) był niezwykle zbitką męczących chwil, w których bardzo brakowało mi bloga. Koniecznie muszę rozplanować sobie w nadchodzącym czasie, by mieć sposobność nie tylko do publikowania już gotowych opinii, ale także odwiedzania ulubionych stron w blogowym światku. Tymczasem kończę, by oddać się lekturze „Stu imion”. Ach, jak dobrze spoglądać przed siebie, kiedy na biurku czeka tyle fascynujących powieści :)