Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 listopada 2015

Martyna Krzyżostaniak "Niefortunne szczęście. Pod groźbą miłości"

Wydawnictwo Novae Res,
Gdynia 2013, 260 s.
Wśród kilkuset tomów powieści młodzieżowych, które pojawiają się na rynku wydawniczym rokrocznie niezwykle łatwo przegapić lektury wartościowe. Znacznie trudniej jest też wyłowić talenty pisarzy i pisarki, w których drzemie prawdziwy potencjał. Nie wspomnę już, że niewiele publikacji ma możliwość ciekawej i sprzyjającej promocji. Raczkującym debiutantom może pomóc jedynie przypadek. I właśnie los sprawił, że na mojej drodze znalazła się opowieść spisana przez Martynę Krzyżostaniak.

Diana nazywana też przez przyjaciół Toną pogrążona jest w świecie własnych myśli, w przeszłości, która już nie powróci. Rok temu Konrad jej chłopak, który był dla niej Aniołem Stróżem, zginął w wypadku samochodowym. Od tego czasu dziewczyna, nie mogąc pogodzić się z tragicznym losem odtwarza w pamięci sceny, rozmowy i sytuacje związane z jej ukochanym. Sprawia to, że zwykle chodzi półprzytomna, nie zważając na to, co dzieje się dookoła.  

Piotrek wkroczył w dorosłość nieustępliwie starając się dogonić marzenia. Jego muzyczna pasja sprawiła, że razem z przyjaciółmi Kamilem i Michałem współtworzy pod pseudonimem komiks Opowieść z jednej nuty, który przynosi całkiem pokaźne zyski umożliwiające mu samodzielność finansową. Choć jeszcze się uczy, mieszka sam. Częstym gościem w jego domu jest jednak Adam brat zwany przez niego "dzieciakiem". Ten nawet stołuje się u Piotrka.

Kiedy Diana wraca z meczu siatkówki, w którym balansowała na granicy przytomności, wpada na jednego z przechodniów, który wyrósł przed nią znikąd. Nie odjeżdża razem ze swoją drużyną, a zamiast tego ląduje w kałuży. Całkiem przemoczona trafia do mieszkania młodego chłopaka. Dzięki jego pomocy i opatrzeniu ran, decyduje się na powrót do domu. Kiedy z partnerem jej siostry podjeżdżają pod znajomy budynek, zauważają migoczące światła karetki pogotowia i policji. Ktoś nie żyje, ale obawa utraty członka rodziny szybko się rozmywa. Rozalia trafia do szpitala jedynie na obserwację. W domu Diany został zaś zabity sąsiad sióstr. Tona zmuszona jest przeprowadzić się do brata młodego policjanta tylko w ten sposób będzie bezpieczna. Jakie tajemnice odkryje śledztwo?

czwartek, 15 października 2015

Ewa Nowak "Dwie Marysie"

Wydawnictwo EGMONT,
Kraków 2014, 230 s.
W życiu każdego człowieka przychodzi czas na upiorny proces na "D", czyli dorastanie. Wszystko wtedy denerwuje i nic nie jest po naszej myśli. Członkowie rodziny niejednokrotnie wolą usunąć się z drogi, bo nastolatek staje się w pewien sposób "niebezpieczny". Czy na prawdę ten okres jest tak straszny? Czy obcowanie z dojrzewającym jest tak trudne, jakim malują to wszelkie poradniki dla rodziców? A może to jedynie mit mijający się z prawda?

Marysia Gwidosz przestaje tracić cierpliwość. Irytuje ją jej harmonijna rodzina - kochający rodzice, młodsza i ciekawska siostra oraz dorosłe rodzeństwo. Również kot i pies zdają się drażnić dziewczynę, mimo swoich niewinnych min. Bez winy nie pozostaje też Natalia - jej przyjaciółka. Ta z kolei zaczyna zachowywać się zupełnie nieracjonalnie. W końcu czy koniecznym jest udawać się do wróżki, gdy człowiek zakocha się? Gdyby Maria wiedziała jak to wszystko skończy s, z pewnością oponowałaby przed tą wycieczką w nieznane. Jednak i te nietypowe wydarzenia miały swoje dobre strony...

Czekając na Natalię, która wplątała ją w wizytę u kobiety o nietypowej profesji - Sylwany, przypadkowo podsłuchuje rozmowę dwojga ludzi. Leżąc w dywanie z maków zdaje się być niezauważalna. Świat realny odchodzi w niepamięć, głowę ogarnia błogość. Dopiero wesołość Naty przywraca ją do życia. Wtedy staje w oko z Kosiarzem, którego słyszała chwilę wcześniej. Zupełny przypadek sprawia, że intrygujący mężczyzna zamiast sfotografować nastolatki, zostawia swoje zdjęcie, które nie da Marysi spokoju. To okaże się jednym zmartwieniem z wielu. 

sobota, 5 września 2015

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Niebieskie migdały"

Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Warszawa 2011, 304 s.
Podobno w mózgu człowieka zakochanego wytwarza się jakiś związek chemiczny, który sprawia, że czujemy się tak,jakby ktoś nieprzerwanie dostarczał nam kroplówki z czekoladą[1].

Marzyć o niebieskich migdałach - każdemu kiedyś się to zdarza. Dla niektórych to codzienna dawka fantazji, dla innych - oznaka słabości przed samym sobą. Jednak marzenia, nawet te najmniej realne, są czymś zupełnie naturalnym, mimo że nie zawsze pożądanym. Bowiem czy niebieskie migdały na prawdę istnieją? Czy może to jedynie coś wyśnionego, nierzeczywistego?

Ina pracuje jako dziennikarka, ma własne mieszkanie, brak jej tylko mężczyzny, który pokochałby ją i został aż do śmierci. Ponadto ma nadopiekuńczą rodzinę, która zrobiłaby dla niej wszystko, zwłaszcza matka, która najchętniej przyjęłaby córkę znów pod swój dach. Do tego - zwariowana przyjaciółka z szalonymi pomysłami o każdej godzinie dnia i nocy. A, i zapomniałam. Ina ma też... nieślubne dziecko, które kocha najbardziej na świecie. 

Niemowlak niema jednak ojca - w końcu po tym słuch zaginął i nie dowiedział się o narodzinach malucha. Kobieta postanawia wychować go sama i dać mu mnóstwo miłości. Mimo prób okiełznania wrzeszczącego Kajtka nie udaje się jej zostać matką idealną podobną tym, które pokazuje telewizja śniadaniowa. Zakupy w centrum handlowym z niemowlakiem zdecydowanie nie są dla niej relaksujące mimo zapewnień pani z tv. Postanawia więc reprezentować przeciwieństwo prawidłowych cech dobrej matki. W tym o dziwo znajduje sposób... 

czwartek, 3 września 2015

Rowan Coleman "Słowa pamięci"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2015, 400 s.
Każdego ranka zaraz po otwarciu oczu powtarzam sobie, kim jestem, kim są moje dzieci i co mi dolega[1].

Spotkanie, wizyta u dentysty, wywiadówka. Miejsce, w którym leżą kluczyki od samochodu, karta kredytowa, dokumenty. Imię współpracownika, przyjaciółki, dziecka. Wszystko powoli ulatuje z pamięci. Nawet umiejętność prowadzenia auta, droga do domu i uczucie do mężczyzny, który jest Twoim mężem. Symptomy są niezauważalne, początkowo nieznaczne. Kiedy już znasz przyczynę, a choroba postępuje chcesz ustrzec wspomnienia przed zapomnieniem...

Claire nie jest staruszką, ani nawet starszą panią spędzającą popołudnia z przyjaciółkami. To kobieta w kwiecie wieku, która mimo upływu lat, wciąż wygląda młodo. Ma dorosłą córkę, niedawno na nowo odkryła uroki miłości i macierzyństwa. Kiedy wszystko wydaje się toczyć jak w bajce, zdiagnozowany zostaje u niej Alzheimer. Pozornie wszystko wygląda tak samo. Kobieta o płomiennie rudych włosach, matka dwóch córek, nauczycielka. Wszystko się zgadza. W środku jednak - osoba pełna wątpliwości, mimowolnego lęku, a jednocześnie świadoma tego, że choroba zabiera ją kawałeczek po kawałeczku. Najpierw sobie samej, mężowi, córce. Claire nie poddaje się. Chce walczyć, nie odbierać dziecku matki. Chce pamiętać, kochać, być. 

Szukając sposobu na zachowanie chwil tak ważnych dla niej i całej rodziny, główna bohaterka zaczyna tworzyć Księgę Pamięci, by pozostawić ją po sobie najbliższym. To, co pozostało w jej świadomości, stara się zachować - opisując mniej i bardziej ważne chwile z wymykającego się między palcami życia. Przed opasłym notesem oprawionym w czerwoną skórę zasiadają również inni domownicy pragnąc przypomnieć chorej tak odległe wspomnienia. Caitlin wspomina dzieciństwo, dorastanie, moment, gdy pojawił się Greg. Mąż pragnie przypomnieć Claire siłę ich uczucia. Niekiedy jednak słowa pozostają słowami, a kobieta nie czuje żadnych emocji, choć wie, że rani innych. 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Cecelia Ahern "Zakochać się"


Wydawnictwo AKURAT
Warszawa 2014, 416 s.
Ocena: 7/10 Dobra
 
Czasami człowiek dochodzi do momentu, w którym wydaje się, że życie nie daje mu wyboru. Czuje, że nie pasuje do otaczającego świata, że nie spełnia jego oczekiwań. W jego głowie i sercu walczy ze sobą żywioł - wicher rozumu z ogromną siłą wpada w szalejący huragan psychiki. Walka jest jednak nierówna - uczucia i myśli zwykle wygrywają nad zdroworozsądkowym podejściem do życia, które w tym momencie ma nikły koloryt. Poczucie oddalenia od rzeczywistości wydaje się ogromne. Przez głowę przebiega myśl. Jak to jest decydować, że właśnie dziś umrzesz?

Cecelia Ahern to jedna z najpopularniejszych pisarek w wielu krajach Europy i świata. Wszystkich zachwyciła wzruszającym debiutem - powieścią "PS. Kocham Cię". Po sukcesie pierwszej publikacji, Cecelia uraczyła swoich wiernych czytelników kolejnymi opowieściami - równie emocjonalnymi i magicznymi, jak ta pierwsza. Kolejne lektury urzekły czytających w 46 krajach i trafiły do serc odbiorców na pięciu kontynentach. Ich łączny nakład sięga kilkunastu milionów. Lekki język, a zarazem niebanalny styl sprawiają, że obok książek z jej nazwiskiem trudno przejść obojętnie.

Pierwsze kilka zdań wydawało mi się zadziwiająco sztucznymi i niepotrzebnymi formułkami. Nie było tego, co zwykle - czarowania słowem. Kilkanaście stron rozpoczynających powieść było przesączone ciężarem psychologiczno emocjonalnym i naszpikowane zaskakującymi dla dotychczasowego stylu Ahern definicjami. Dopiero po pięćdziesięciu kartach, kiedy byliśmy w pełni przygotowani przez autorkę, by "wejść z buciorami" w życie Christine i Adama, mogłam znów z radością czytać kolejne słowa i odkrywać czasem zaskakujące koleje życia tych dwojga ludzi, którzy w grudniową noc znaleźli się na moście Ha'penny w Dublinie.

"Pragnienie, aby pozostać przy życiu, tkwi głęboko w tobie. Gdy tylko woda dostanie się do krtani, naturalnym odruchem dla twojego organizmu będzie przełykanie. Pełne cieczy płuca zwiększą masę ciała, więc zaczniesz opadać na dno. I jeśli wtedy się rozmyślisz i spróbujesz wypłynąć na powierzchnię, nie zdołasz tego zrobić."*

Okoliczności, w jakich spotkała się ta dwójka, zdecydowanie zaskakują, sprawiając, że historia nie tylko zaciekawia, ale i stanowi opowieść, w której dowiadujemy się ile warte jest życie. Po ciężkich chwilach, jakie przeżyła Christine Rose, nie ma pojęcia co ze sobą zrobić. Czuje się bardzo źle, mając w świadomości obraz sprzed kilku dni, kiedy była świadkiem próby samobójczej Simona. Rozstanie z mężem, którego nie potrafiła nigdy pokochać, nadal prześladuje jej myśli. Pragnie znów poczuć pozytywne wibracje, ciepło i spokój ogarniające serce. Ma jej w tym pomóc widok mostu - czarujący swym pięknem w nocy i przypominający o domu. Nie wszystko jest jak na pocztówce - widok burzy mężczyzna w czerni, uczepiony barierek od strony zewnętrznej - samobójca. Rose nie chce po raz kolejny widzieć wymykającego się jej z rąk ludzkiego istnienia. Wie, że tym razem musi ocalić mężczyznę na moście. 

"Uwierz mi, że nadal możesz zmienić swoje życie. A ja mogę ci pomóc." 

Nietypowa zakładka - choć nie jest pocztówką...
Czy zaufalibyście komuś, kogo widzicie po raz pierwszy? Adam Basil z niewiadomych przyczyn postanawia zawierzyć swoje życie Christine. Znajdując się o kilka sekund od śmierci, przystaje na propozycję pomocy. Mężczyzna ryzykuje, postanowiwszy odłożyć plan odebrania sobie życia na inny termin. Na krawędzi, chłopak mimowolnie wymaga na kobiecie deklarację pokazania mu, jak cudowne może być życie przed jego trzydziestymi piątymi urodzinami. Spontaniczna umowa ma sprawić, że Adam nie targnie się na własne istnienie po raz wtóry. Nie wspomniał jednak o jednym istotnym szczególe - jego urodziny są już za dwa tygodnie. 

Tylko czy Christine to odpowiednia osoba do tego zadania? Dziewczyna jest doradcą zawodowym i pomoc innym to dla niej chleb powszedni. Jednak czy pomysł, aby Rose, która nie potrafi podjąć samodzielnej decyzji bez niezawodnych poradników na każdy temat, ma przekonać kogoś, że życie jest piękne, jest właściwy? Nie tylko czytelnikowi, ale nawet samej głównej bohaterce wydaje się to nieco irracjonalne. Początkowo próbuje stosować się do rad, które od lat pozwalały funkcjonować jej w społeczeństwie, ale często okazują się niezbyt pomocne, a nawet oddalające od sukcesu.

"Gdy spoglądam w przeszłość, dochodzę do wniosku, że kocham marzenie o byciu zakochaną. Aż w końcu mój romans z marzeniem się skończył."*

Ahern jest według mnie idealną osobą, by z miłości czynić niebanalny przedmiot publikacji, ubierając ją w rzeczywistość, bohaterów i sytuacje, którymi umiejętnie splata całość w przyjazną zmysłom opowieść. Nie zdziwił mnie wybór tematyki, na jaki postawiła pisarka. W poprzednich książkach, które wyszły spod jej pióra, a które miałam okazję czytać, była już śmierć męża, ojca i przyjaciółki. Tym razem Ahern poruszyła zagadnienie zgoła inne, ale równie dramatyczne i zamieszane w sferę psychiczną człowieka. 

Samobójstwo. Słowo, które często widnieje w nagłówkach gazet, treści publikowanych w serwisach informacyjnych. Nie wszyscy stykamy się z nim bezpośrednio - zwykle znajdujemy się z dala od centrum wydarzeń. Każdorazowo ten wyraz działa na nas po części zaskakująco, ale również przerażająco. Jak potężnie musi być obciążona psychika człowieka, by ten posunął się do tak skrajnych rozwiązań? Adam Basil od dziecka żył w dobrobycie, miał świetną pracę i narzeczoną. Ale czy na pewno wszystko było tak idealne?

Bohaterowie, ich dylematy, problemy rodzinne, straty, emocje, uczucia - wszystko w powieści Ceceli jest jak najbardziej realne, przez co  nie mamy poczucia sztuczności. Siostry głównej bohaterki - Brenda i Adrienne, choć pojawiają się epizodycznie, ubarwiają rzeczywistość w sposób charakterystyczny dla irlandzkiej pisarki. Z postaci drugoplanowych najbardziej ujęła mnie Amelia. Zdarzyło się to zapewne za sprawą interesu jaki prowadziła (zazdrościłam jej towarzystwa całego pomieszczenia pełnego książek), ale także ogromnego wsparcia, jakie stanowiły wzajemnie z Christine dla siebie. To się nazywa prawdziwa przyjaźń :)

"To twoje życie i to ty masz nad nim całkowitą kontrolę."*

Ważnym tematem, który porusza Ahern w swojej powieści są więzy rodzinne. Każda z historii postaci centralnych ma swój specyficzny koloryt. Adam nie potrafi rozmawiać z ojcem, który ma nad nim ogromną przewagę psychologiczną w toczonych dyskusjach. Choć starszy z Basil'ów znajduje się na łożu śmierci, nie ma zamiaru nikogo głaskać po głowie. Na dodatek jego siostra jest "czarną owcą" w familii, a w nim wszyscy pokładają ogromne nadzieje. Czy tylko młody Basil czuje się na tyle silnie, by sprostać oczekiwaniom mnóstwa ludzi? Christine natomiast podświadomie nie może wybaczyć ojcu śmierci matki. Jej emocjonalne uwikłanie w przeszłość nie pozwala na budowanie stałych relacji. Ciągle czegoś się obawia, nie potrafi przenieść związać uczuć z poczuciem bezpieczeństwa.

"[...] życie to ciąg najróżniejszych chwil - negatywnych i pozytywnych - które, podobnie jak myśli, wciąż się zmieniają. I chociaż w ludzkiej naturze leży rozpamiętywanie przeszłości, nie ma sensu pozwalać, aby nieustannie zaprzątała nas jedna myśl, ponieważ myśli są jak goście, albo fałszywi przyjaciele. Gdy tylko się pojawią, mogą odejść."*

... znajduje się na niej most Ha'pennego :)
Problemy codzienności sprawiają, że w Adamie kumuluje się ból. Nie jest to fizyczne odczucie lecz ogromne zmęczenie psychiczne. Z dnia na dzień, zupełnie tego nie zauważając, odsuwa się od bliskich, narzeczonej, przyjaciół, popadając w depresje. Jego stan, gdy poznaje Chrisitie jest trudny do ujarzmienia. Nie mogłam się nadziwić opanowania kobiety w najbardziej skrajnych momentach i jej chwilami stoickiego podejścia do Adama. Ogromna cierpliwość, a jednocześnie wielka wyrozumiałość i świadomość wagi każdego jej słowa, to tylko część z cech, jakie można by przypisać Pannie Rose. Kiedy tylko wkracza na drogę, gdy ważniejszym staje się drugi człowiek, mamy szansę polubić tę, początkowo zagadkową, a może nawet trochę dziwną kobietę. Wydaje się, że bezproblemowo udało jej się założyć maskę, za którą skrywa się od lat. Nie do końca zdaje sobie sprawę, że tak na prawdę Basil pomaga jej w porzuceniu pozorów na zawsze.

Dwoje nieznajomych wcześniej ludzi, okazuje się wzajemnie dla siebie terapią. Każdy z nich, dzięki zbawiennej mocy rozmowy, jaką ukazuje na kartach swojej powieści Ahern, może na chwilę zatrzymać się, spojrzeć na rzeczywistość, w której tkwi, z perspektywy drugiego człowieka. Wielkie wrażenie wywarło na mnie to, w jakim prostych środkach pisarka pokazała dojście do prawdy, do najgłębiej skrywanych obaw, smutków i ciężarów. Na co dzień niestety zbyt często zapominamy, ile daje rozmowa. W natłoku spraw, pędzimy ciągle do przodu. Ahern zatrzymuje czytelnika. Wraca do początków, do pospolitych kroków, dzięki którym rodzi się zaufanie i wzajemne zrozumienie. A po części również radość.

"Radość pojawia się spontanicznie, nie jest żadnym wzorem, który można stosować."* 

Podsumowując, muszę przyznać, że lekturę czytałam z niemałym zadowoleniem. Każdą strona okazywała się nową przygodą, nowymi powodami do uśmiechu. Śmiało mogę powiedzieć, że "Zakochać się", chociaż dotyka nie łatwej tematyki, może powodować znaczna poprawę humoru i ogólnego stanu psychicznego (nie tylko głównych bohaterów). Niezbyt dużo pisałam o wątku miłosnym - choć porusza czytelnika, nie stanowi głównego przesłania. Ahern poprzez swoją powieść pokazuje, że warto czerpać z życia radość i nie bać się ciągle iść do przodu. "Żyj człowieku, żyj!" - słyszymy niemal, dobiegając do końca, zdając sobie sprawę, jak wartościowa była ta podróż :)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa AKURAT, za co serdecznie dziękuję.

*Cytaty pochodzą z książki Ceceli Ahern "Zakochać się", kolejno ze stron: 47, 48, 70, 285, 413, 403.

niedziela, 22 lutego 2015

Cecelia Ahern "Love, Rosie"


Wydawnictwo AKURAT
Warszawa 2015, 512 s.
Ocena: 5/10 OK.

Będąc dzieckiem wszystko wydaje się tak uchwytne i namacalne, że nawet przez moment nie pomyślimy, by mogło zabraknąć w życiu czegoś, co dotąd było stałe. Mówi się, że gdy dorastamy jedyne, co się nie zmienia to nasze marzenia. Wyrastamy z ubrań i przyzwyczajeń, zmieniamy się wizualnie i emocjonalnie. Często w naszym życiu siłą rzeczy braknie przyjaciół, z którymi dzieliliśmy beztroskie godziny w piaskownicy czy pierwszej szkolnej ławie. Czy przyjaźń może trwać wiecznie? A zwłaszcza ta między kobietą a mężczyzną?

Cecelia Ahern to pisarka, która niezmiennie potrafi zauroczyć prostotą. Jest znaną na całym świecie autorką bestsellerów, która zdobyła uznanie czytelników aż w 46 krajach świata. Popularność przysporzyła jej debiutancka powieść "PS. Kocham Cię", która doczekała się swojej ekranizacji. W zapadającym w pamięć filmie wystąpili Hilary Swank i Gerard Butler. Kolejne powieści Ahern pojawiały się na księgarnianych półkach w Polsce z niezwykłą regularnością. "Love Rosie" to druga z książek Irlandki, która w bieżącym roku doczekała swojego wznowienia. Wcześniej została wydana pod tytułem "Na końcu tęczy".

Alex i Rosie od dzieciństwa są nierozłączni i niepokonani. Dość długo do szczęścia nie był potrzebny im nikt - wystarczyło, że mieli siebie. Dopiero, gdy zaczynają dorastać, ich życie, mimo silnej więzi zaczyna biec dwoma różnymi drogami. Chłopak razem z rodzicami przeprowadza się tysiące mil od Irlandii - do Bostonu. Dziewczyna planuje dokończyć liceum w Dublinie i razem z Aleksem studiować w Ameryce. Ma już nawet wybraną uczelnie. Nie spodziewa się jednak, że bal absolwentów, zupełnie odmieni jej życie, sprawiając, że co innego będzie w nim teraz najważniejsze. 

"Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki robią się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz."*

Historia może się wydawać zbyt oczywista, a nawet banalna. Tak jak za każdym razem, gdy wkraczałam w rzeczywistość tworzoną przez Ahern, miałam jednak nadzieję, że to, co powierzchownie proste, okaże się znacznie czymś więcej. Ahern ma niebywałą zdolność, dzięki której opowieść pochłania czytelnika, niezależnie od jego stosunku do następujących wydarzeń, więc spodziewałam się, że "Love, Rosie" pochłonie mnie bez reszty. Tymczasem...

...trudno było mi wczytać się w lekturę. W pierwszej chwili zostałam zaskoczona brakiem płynnej narracji. Początkowo forma, w jakiej zostały spisane kolejne losy Alexa i Rosie - liściki z lat szkolnych, wiadomości SMSowe, mailowe, krótkie relacje - wydawała mi się niesamowicie irytująca i mało przemyślana. Nie przypomniałam sobie, bym kiedykolwiek czytała powieść, w której dokonano podobnego zabiegu. Było to zdecydowanie oryginalne i nowatorskie w moim dotychczasowym doświadczeniu z literaturą. Nieodparcie towarzyszyła mi jednak myśl, czy aby czasem ta nieszablonowość nie jest zbyt dużym ryzykiem.

"Na końcu tęczy czeka spełnienie marzeń"
Przyjaźń damsko-męska uważana jest przez wielu za nierealną. Od zawsze będąca tematem spornym, którego zwyczajnie nie idzie rozwikłać na korzyść jednej ze stron. Wielu uparcie twierdzi, że nie jest ona możliwa. Zgodzę się z argumentami, że od przyjaźni do miłości droga nie jest daleka. Także słusznym jest stwierdzenie, że w związku ważnym jest, by drugi człowiek był też dla nas przyjacielem. W moim otoczeniu jest kilka osób, dla których ten rodzaj sympatii stał się wstępem do czegoś więcej. Znam również takie osoby, dla których przyjaźń damsko-męska nie jest niemożliwością, więc byłam ciekawa jakie stanowisko zaproponuje w swojej powieści Cecelia Ahern.

"Posiadanie prawdziwego przyjaciela to najwspanialsza rzecz na świecie, nawet jeśli ten przyjaciel to dziewczyna."*

"Love, Rosie" wydaje się jednocześnie historią zbyt prostą i opowieścią za bardzo złożoną. Poprzez ponad pięćset stron główna bohaterka Rosie próbuje przekonać siebie i czytelnika, że przyjaźń damsko-męska istnieje. Jej relacje z Alexem od początku wydają się jednak czymś więcej - zarówno wszystkim, którzy otaczają Pannę Dunne, jak i osobom, których wzrok utkwiony jest w kolejno następujących po sobie zdaniach. Kocha - nie kocha i tak przez całą powieść. Codzienność - problemy i smutki, którym ulegają bohaterowie pozwala dojrzeć, że życie składa się z wielu istotnych i mniej znacznych szczegółów. Ahern plątając w zaskakujący (nawet jak na nią) sposób życie dwojga ludzi, wplątuje w tę układankę zdezorientowanego czytelnika, który w napięciu oczekuje, kiedy w końcu uczucia wyjdą na jaw. A szczegół, goni szczegół...

Perypetie Rosie i Alexa często są kuriozalne - z dnia na dzień co raz bardziej się mijają, choć pozostają w stałym kontakcie. Kiedy mamy ochotę krzyczeć "Już! Powiedź jej/jemu w końcu" dzieje się coś zdecydowanie przeciwnego. Jednym z mankamentów nie pozwalających porzucić opowieści w połowie zdania, jest świetna kreacja bohaterów. Pisarka zadbała o każdy szczegół tworząc swoje postaci. Sprawia to, że ogromnie przywiązujemy się do nich, niezauważalnie akceptując upór i bezmyślność tej dwójki w sferze uczuć.

"To twoje życie. Jeśli czegoś chcesz, musisz złapać byka za rogi, bo nikt nie poda ci tego na talerzu. Dobre dziewczynki zawsze tracą."*

Momentami niezwykle waleczna, czasem bardzo niezdecydowana Rosie to postać, której nie da się nie lubić. Jej marzenia o własnym hotelu na plaży oczywiście wiodą prym w kolejnych krokach zawodowych, ale to nie konsekwentność w dążeniu do celu przy wsparciu najbliższych, ujęła mnie w Dunne. Spodobał mi się obraz młodej matki, jaki zaproponowała irlandzka pisarka. Jej przywiązanie do Kate, pełne miłości opisy córki wysyłane Alexowi, nieprzespane noce, dylematy i nadzieje, jakich niekiedy pragnie oszczędzić córce - to pokazuje, że nawet kiedy życiem rządzi przypadek, wszystko ma swoje przeznaczenie. 

Zaletą powieści jest też niebywały humor. Liczba zabawnych sytuacji, w którym siostra zdziwiona zaglądała do mojego pokoju słysząc śmiech, jest wyjątkowo duża. Ahern pokazuje, że w życiu są momenty zarówno na smutek, jak i na łzy. Nieśmiertelne "wjem" Alexa zostaje postawione w kontraście z przykrościami codzienności. Ruby, Katie, Toby i rodzice Rosie to kolejne osoby, których obecność na kartach powieści tylko ubarwiała lekturę. Pozytywne zabarwienie sytuacji życiowych bohaterów w połączeniu z grami językowymi irlandzkiej pisarki, dawało wrażenie błogo spędzonych chwil na czytaniu.

"[...] nasz czas kiedyś się kończy i w głębi duszy zastanawiamy się, czy przeżyliśmy dobrze te wszystkie sekundy, minuty, godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata i dekady."*

W nadmorskim klimacie :)
Mimo wielu sprzeczności - pozytywnych i negatywnych części lektury - Cecelia przemyca charakterystyczne dla siebie "złote myśli", jedną z rzeczy, za które polubiłam jej prozę. Dzięki nim sprawia, że historia Alexa i Rosie przestaje być nieco banalnym romansem osób, które znają się całe życie, a staje się sytuacją, w jaką mogło popaść wielu. Powraca dobrze znany uniwersalizm, chociaż traktowałam go w tym przypadku z małą dozą rezerwy.

Dawno nie miałam tak mieszanych uczuć po przeczytaniu powieści, która nim jeszcze pojawiła się w moich rękach, stanowiła pozycję obowiązkową. Od zawsze ciągnęło mnie do starszych publikacji bestsellerowej pisarki, może już nieco zapomnianych. Ogromnie liczyłam, że "Na końcu tęczy", które ni stąd ni zowąd trafiło na ekrany kin, jednoznacznie mnie zachwyci. Powieść Ahern nie do końca spełniła tym razem moje wysokie oczekiwania.

Chociaż lektura dostarczyła mi wielu emocji nie mogłam zamknąć książki z uśmiechem i pełnym usatysfakcjonowaniem. "Love, Rosie" jest jak potrawa, w której zabrakło któregoś ze składników, a mimo to powierzchownie dobrze wygląda. Nie jest doskonała, wspaniała i zachwycająca - może trochę, jak życie, w którym nie wszystko poszło tak jak trzeba. Finał pozostawia po sobie słaby uśmiech. Brak iskierek w oczach i rozbicia emocjonalnego, jakie serwowała nam pisarka przy innych powieściach. 

"Teraz już wiem na pewno, ze tam, na końcu tęczy, czeka na mnie spełnienie marzeń."*

W każdym przypadku ocena pozycji Ahern będzie inna. Dla jednych okaże się historią pełną wrażeń, dla innych nie pozbawionym humoru wspomnieniem. Część doceni publikację za wspaniałą kreację bohaterów, inni za mnogość dostarczanych emocji. Wszystkie te cechy nie zostały przeze mnie nie zauważone - "Love, Rosie" to całkiem dobra książka. Żadna z jej właściwości nie sprawia jednak, że tak, jak w przypadku poprzednich czytanych przeze mnie opowieści spod pióra Ahern, czytelnik niemal "lewituje w powietrzu" oczarowany magią drzemiącą w słowie pisanym :)

*Cytaty pochodzą z książki Ceceli Ahern "Love, Rosie" kolejno ze stron: 54, 149, 482, 160, 416.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Business & Culture, za co serdecznie dziękuję ;)
 

czwartek, 21 sierpnia 2014

[155] Katarzyna Meres „Dźwięki wspomnień”


Wyd. Novae Res
Gdynia 2014, 104 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Miłość, która rozgrywa się niczym utwór grany na fortepianie między dwojgiem ludzi jest tematem zawsze popularnym i pożądanym. Każdy z nas kogoś kochał, kocha, będzie kochał. Nie można rzec – potrzebuje miłości teraz i już, ona przychodzi sama. W najmniej oczekiwanym momencie, jak stara się przekonywać mnie wielu. Uczucie to, niezależnie od wieku, stanu społecznego czy materialnego jest jednak czymś, o co koniecznie trzeba walczyć, jeśli tak podpowiada nam serce, a nie wyłącznie rozsądek. Bo w miłości najważniejsze jest serce.

„Nie wiesz, co masz, dopóki tego nie stracisz.”*

Katarzyna Meres to debiutująca z Novae Res pisarka i blogerka. Wielu z czytelników blogosfery znana jest ze Świata Kasiencjusza, gdzie dziewczyna publikuje swoje recenzje, zdjęcia i nierzadko inne, ciekawe przemyślenia. Kiedy tylko spojrzymy na pełen szczerości uśmiech, możemy w Kasi upatrywać nie tylko niezwykle sympatycznej osoby, ale i kobiety żądnej romantycznej miłości i spełnionych marzeń. To, co jest kwintesencją jej osoby w moim odczuciu, gdy spoglądam na jej bloga, zostało Nam – Czytelnikom zaserwowane w jakże emocjonalnej, choć niezwykle krótkiej publikacji pt. „Dźwięki wspomnień”.

„Pokaż jej piękne życie. I przekaż wszystko, co wiesz. Nikt nie zrobiłby tego lepiej od Ciebie.”*

Niejeden z ludzi stąpających po ziemi, po polskich, jak i zagranicznych gruntach, pisze pamiętnik. Także bohaterki opowiadań młodej pisarki zamykają swoją opowieść w intymnym i bardzo dojrzałym dzienniku. Mimo, że nie piszą wierszem, sprawiają, że słowa wręcz płyną stronami zwartego, ale niesamowicie poetyckiego tekstu. Mają swoje problemy, smutki, ciężary. Są kobietami takimi, jak my wszystkie – potrzebującymi miłości i ciepła. Autorka doprowadza do głosu także mężczyznę, pokazując jak te dwie istoty, zewnętrznie inne, są do siebie podobne.

Od kilku lat sama próbuję swoich sił w pisaniu. Dotychczas moje trzy opowiadania pojawiły się w zbiorach wydawanych razem z Panią Magdaleną Kordel. Od wielu miesiącu marzę o tym, by skończyć opowieść, która będzie w pełni napisana tylko i wyłącznie przeze mnie. Za każdym razem, gdy odkrywam, że ktoś ze znajomych blogerów osiągną tak wielki sukces, jakim jest wydanie pierwszej powieści, patrzę z podziwem i wielką radością licząc, że po jednej, pojawią się kolejne. Moja radość nie znała granic, kiedy dowiedziałam się o „Dźwiękach wspomnień”. Czułam, że w końcu przyjdzie czas, kiedy na zawsze zagoszczą na mojej półce.

Książka Kasi i ciasto mojej siostry - idealne połączenie :)
Po fenomenie „W słusznej sprawie” trudno było mi wybrać lekturę, która będzie mnie w stanie w pełni zadowolić. Długo wahałam się co wybrać, ostatecznie postanowiłam dać szansę pozycji Kasi, która zachwyciła już wielu jej czytelników. Miałam nadzieję, że i u mnie wzbudzi ona równie pozytywne emocje i spędzę z tą krótką opowieścią godzinę, a może więcej pięknych, a także niezapomnianych chwil.

„Nie zapomniałam o Tobie. Ciągle pamiętam Twój głos i Twoje ciepłe dłonie, Dziecko nie zapomina takich rzeczy.”*
 
Początek rysował się niezobowiązująco. Wszystko zaczęło się dość gwałtownie i kiedy zostałam wciągnięta w opowieść nie minęło zbyt wiele czasu, aż dotarłam do jej końca. Niezbyt lubię takie krótkie formy – wydaje mi się zawsze, że nie wszystkie wątki zostają do końca wyczerpane. W przypadku „Dźwięków wspomnień” okazało się jednak, że można w pełni zagospodarować rozrysowane przez siebie wątki, sprawiając, że historia nie straci na wartości w oczach czytelnika przez swoje niewielką objętość.

„Dla obcych osób to wyda się zwykłymi słowami, czymś prostym do napisania, ale miłości nie da się opisać słowami, tak samo jak bólu, żalu i tęsknoty. Wbrew pozorom to ciężkie zadanie.”* 
Opowiadania, które spisała dla swoich czytelników, przesycone są mnogością wielu emocji – radości, czasem bezsilności i złości, nadziei... Przede wszystkim na stronach publikacji odnaleźć możemy kwintesencje uczucia – bezinteresowność miłości została w pełni świadomie i niesamowicie przystępnie ukazana. Młoda pisarka uzmysławia swoim czytelnikom, jak ogromną wartość niesie ze sobą coś, co darujemy drugiemu człowiekowi bez żadnych oczekiwań. Nie chcemy nieziemskich wyznać i zaskakujących czynów. Kasia pokazuje w ten sposób najprawdziwszą prawdę – ludzie nie potrzebują wielkich gestów, a wręcz przeciwnie – zwykłego ludzkiego zainteresowania i ciepła wypływającego wprost z serca.

Wiersz „Dźwięki wspomnień” znajdujący się pomiędzy dwoma opowiadaniami to zbiór najpiękniejszych słów. W tym krótkim tekście ogromnie widać nie tylko dojrzałość Kasi, ale i pełną emocjonalność jej duszy oraz siłę z jaką potrafi kochać drugiego człowieka. Czytałam go kilka razy, za każdym wzruszając się tak samo, a może nawet bardziej. O miłości trudno pisać, a ten wiersz nadaje sensu zarówno zdaniom wypowiedzianym przed jego pojawieniem się, jak i tym, które będziemy czytać zaraz za nim.

„Kto raz prawdziwie dotknie twojego serca, zostanie w nim już na zawsze.”*

W każdym z tekstów autorstwa Katarzyny Meres spotkamy się z licznymi porównaniami. Zabieg ten ma na celu nieco zmaterializować uczucie i stanowi próbę jego opisania. Niektóre z środków stylistycznych, jakie używała pisarka zdecydowanie dziwią i dopiero po chwili widzimy jaśniej, o co tak naprawdę chodziło. Szczególnie spodobał mi się jeden fragment, który odnosił się do pór roku. Zafascynowała mnie tym niecodziennym stwierdzeniem, dodając jeszcze więcej piękna uczuciu rozgrywającemu się między dwoma osobami.

Bardziej malinowo i więcej książki :)
„Dlaczego właśnie porównałam miłość do wiosny, a nie innej pory roku? Mawia się, że miłość przechodzi każdy etap: wiosna, lato, jesień, zima. Ja tak nie uważam, oznaczałoby tom że w zimnie należy się rozstać, bo jesień przynosi płacz, ponieważ niebo płacze deszczem, a przecież nasza miłość zaczęła się pośród tysiąca pożółkłych liści, a wzrastała razem z pojawieniem się pierwszych płatków śniegu. I nie skończyła się, bo jeśli miłość jest prawdziwa i szczera – nie kończy się”*

Druga z historii, która opisuje już miłość dojrzalszą, wydawała mi się słabszym punktem „Dźwięków wspomnień”. Muszę przyznać, że kiedy zaczynałam czytać pierwsze linijki opisów stworzonych kobiety, która trochę przeżyła, nadal żyło we mnie te młodzieńcze, pierwsze i jakże gwałtowne uczucie, które okazało się silniejsze, niż śmierć. W szereg wspomnień płci pięknej wczytałam się w pełni dopiero po kilkunastu stronach, starając się wczuć w emocje, jakie towarzyszyły bohaterce. Muszę przyznać, że momentami jej entuzjazm i radość związana z uczuciem, kojarzyła mi się ze zdaniami wypowiadanymi przez moją szczęśliwie zakochaną przyjaciółkę. Dodawało to unikalnego realizmu i znacznie przekonywało do tej przesyconej na wskroś intensywnością uczucia.

„Każdy potrzebuje pięknej melodii, kiedy noc jest długa, bo nie ma gwarancji, że życie jest proste i potrzeba nadziei, choć trochę nadziei.”*

Zaraz za niecodziennymi opowiadaniami odnalazłam „Hymn o miłości” zwieńczający idealnie całą publikację. Umieszczenie mojego ulubionego tekstu było świetnym posunięciem. Nie mówię tutaj tylko o tym, że z chęcią wczytuję się w ten tekst za każdym razem z równie wielkim uśmiechem na ustach. Teksty napisane piórem Meres zawierały każde z zdań fragmentu Biblii ujęte prozaicznie przez młodą pisarkę. Dzięki jego umieszczeniu książka okazała się jedną całością, a nie jedynie dwoma opowiadaniami o podobnej tematyce.

Kasia, która niejednokrotnie ciepło spogląda z uśmiechem na twarzy ze zdjęć umieszczanych na jej blogu jest moją małą iskierką nadziei, moim promykiem na lepszy dzień. Ta młoda pisarka swoją, jakże prostą, ale niezwykle wymowną opowieścią pokazała jak wiele można powiedzieć, w niewielu słowach. Nie próbowała na siłę rozciągnąć dwóch historii znajdujących się w „Dźwiękach wspomnień”. Każde słowo było u Niej doskonale wyważone i wpasowane w całość. Z całego serca polecam i oczekuję kolejnej jej książki :)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki "Dźwięki wspomnień" kolejno ze stron: 39, 24, 46, 54, 86, 82, 95