środa, 20 kwietnia 2011

[55] Eric-Emmanuel Schmitt „Trucicielka”

                                                                Wyd. Znak literanova
Kraków 2011, 246 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Nie pierwszy raz miałam do czynienia z Panem Schmittem, przeciwnie była to już 4 przygoda, którą mogłam dzięki niemu przeżyć. Eric-Emmanuel Schmitt urodził się 28 marca 1960 roku w Sainte-Foy-les-Lyon w rodzinie sportowców. Wychowywał się w rodzinie ateistycznej. Kiedy rozpoczął studia filozoficzne, porzucił ateizm dla gnozy, którą zamykał w formule: nie wiem. Jednak w każdym dłuższym wywiadzie pisarz powraca do wydarzenia, które nieodwracalnie zmieniło jego życie duchowe – wydarzenia, w które wszedł jako niewierzący, a z którego wyszedł jako wierzący. Sześć lat po studiach Schmitt wybrał się wraz ze znajomymi na pustynię Hoggar. Wszedłszy z grupą na szczyt góry Tahar, zdecydował, że będzie wracać samotnie. Szedł bardzo szybko, a im szybciej szedł, tym bardziej czuł się zagubiony. Gdy zapadła noc, zrozumiał, że zabłądził. Schował się za skałą, aby ochronić się przed wiatrem, i przysypał piaskiem, by nie marznąć. Kiedy przebywał na pustyni, towarzyszył mu nie strach, ale niezwykła siła, której – do dziś jest o tym przekonany – on sam nie mógł być źródłem. Schmitt nazywa noc na pustyni doświadczeniem Absolutu, doświadczeniem, którego żadna religia nie powinna przywłaszczać, doświadczeniem Boga bez właściwej Mu religii. Była to noc, której Bóg mówił do niego, że istnieje. To właśnie wydarzenie zmotywowało go do lektury świętych tekstów wielkich religii – buddyzmu, judaizmu, islamu i chrześcijaństwa – które już znał, lecz które czytał jako filozof, jako sceptyk, jako butny dwudziestolatek. Eric-Emmanuel Schmitt to nie tylko doktor filozofii, autor naukowej rozprawy o Diderocie, poczytnych powieści i oglądanych przez szeroką publiczność sztuk. To także – a może przede wszystkim – człowiek nieustający w rozwoju, baczny obserwator życia i świata. Do jego najbardziej znanych dzieł możemy zaliczyć m.in. znakomitą powieść „Oskar i Pani Róża” czy „Przypadek Adolfa H.”. 

Już od jakiegoś czasu miałam chrapkę na tę publikacje, gdyż przeczytałam wiele pochlebstw na jej temat. Poza tym Pan Schimitt był mi dobrze znany i czułam, że gdybym chwyciła za tę książkę nie zawiodłabym się. Często zastanawiałam się czy samej sobie jej nie sprezentować , jednak i bez tego udało mi się ją przeczytać – wszystko za sprawą wydawnictwa Znak literanova, od którego otrzymałam te dzieło w ramach współpracy. „Trucicielka” Erica- Emmanuela Schmitta to zbiór czterech wyjątkowych opowiadań, w których autor porusza kwestie poszukiwania miłości, nadziei, zwątpienia, ale tym razem wzbogaca je o coś nowego. O namiętność, analizę naszych najskrytszych pragnień, emocji. Uczuć, które w jednej chwili mogą nas wyzwolić lub doprowadzić do zbrodni.
 
Nietuzinkowi i często budzący zdziwienie bohaterowie utrwalają się w pamięci czytelnika nie pozwalając o sobie zapomnieć nawet przy czytaniu kolejnej historii. Czy ów lektura mi się spodobała ? Myślę, że tak pomimo że nie czytuje zbyt wielu opowiadań ( najczęściej na lekcjach języka polskiego) pozytywnie oceniam lekturę . Ale historii był aż cztery, więc nasuwa się kolejne pytanie – Która jest według mnie najlepsza? Teraz z kolei odpowiedź jest trudniejsza. Według mnie, każda z nich miała w sobie to coś.

W pierwszej, której główną bohaterką jest Trucicielka swoich trzech mężów, kobieta bezwzględna, ale wyrachowana. Ta opowiastka uwiodła mnie tym, że człowiek pod wpływem różnych osób może się zmienić (choćby na jakiś czas) diametralnie. Jedynym minusem było dla mnie to, że Marie ostatecznie nie przyznała się do winy i po wyjeździe księdza Gabriela żyła tak jak przed ich wielokrotnymi rozmowami – sama z swym kłamstwem skrytym głęboko w jej sercu, o którym wiedziała tylko starsza pani i duchowny. Czy w dzisiejszym świecie nie ma także osób, które żyją same w swoim kłamstwie? Osób, które tak jak Marie mogłyby się otworzyć i naprawić błędy swojej przeszłości? Myślę, że Pan Schmitt świetnie pokazał przez swoją historię, że człowiek może zmienić swój żywot i odwrócić księgę życia na nową niezapisaną kartkę, która może zostać zapisana zupełnie innymi słowami niż poprzednia strona.

Z kolei drugi tekst opowiadający o Gregu pływającym w dalekie morskie podróże zaczarował mnie swoją prostotą. Informacja o śmierci jednej z jego córek pozwoliła mu przekonać się, że tak naprawdę wszyscy potomkowie są dla niego równie ważni. Mężczyzna zdał sobie także sprawę, że za mało czasu poświęca swojej rodzinie i musi to zmienić po powrocie. Autor po raz kolejny przedstawia bardzo rzeczywistą sytuację, która może przede wszystkim pouczać. W XXI w. ludzie są coraz bardziej zabiegani, zapominają o tym co najważniejsze – o rodzinie. A ona jest przecież tak ważna – z niej wynosimy wiele ważnych wartości i to ona buduje naszą osobowość.

Trzecie opowiadanie pozostawiło we mnie ogromne wrażenia, których w stanie nie była poskromić żadna rzecz. Pozornie niewinny i nic nie zapowiadający tytuł - „Koncert Pamięci anioła” - jest nie tylko idealny, ale i mylący dla czytelnika. Chris i Axel to dwie przeciwności. Chris – zawistny i samolubny, Axel – sympatyczny i delikatny. Pod wpływem pewnych wydarzeń ich role się zmieniają, a pragnienie zemsty staje się czymś co Axel poszukując Chrisa chce zaspokoić. Ta poruszająca historia pokazuje nam, że to wydarzenia, w których uczestniczymy kształtują naszą psychikę i oddziaływają pozytywnie lub negatywnie na naszą przyszłość. A wystarczyło, żeby Kain lub Abel wyciągnął rękę na zgodę i zrozumiał, że zemsta nie jest właściwą rzeczą.

Ostatnia z zapisek Schmitta mówi o parze prezydenckiej. Na pozór wzorowa miłość przeżywa kryzys, aż do tego stopnia, że mąż nawet zleca wypadek żony. Dopiero choroba rozkłada na łopatki Catherine. Po jej śmierci okazuje się jednak co tak naprawdę łączyło Parę prezydencką – nie nienawiść ( jak myślał Henri) tylko wielka gorąca miłość. Myślę, że miało to nam pokazać, że mimo załamań każdego związku jest on zawsze tak samo silny i pełen uczucia jak na początku, nawet jeżeli niszczy je sława czy kłótnie.

Po tych jakże długich rozważaniach stwierdzam, że moim faworytem jest opowiadanie pt.” Koncert Pamięci anioła”. Ono poruszyło mnie najbardziej i pozostawiło rysę w pamięci, którą trudno będzie wybawić podczas czytania innych dzieł. Poza tym przypadł mi o gustu rozdział zatytułowany „Pamiętnik autora”. Pierwszy raz spotkałam się z takim czymś, dlatego też myślę, że świetnie wzbogaca to publikację i ukazuje prozę autora w jeszcze lepszym świetle. Lekko i zrozumiale piszący Schmitt nie zawiódł mnie i z chęcią chwycę za jego inne dzieła ;)

Podsumowując stwierdzam, że autor bestselerów pisząc życiowe lektury, ukazuje dobre i złe strony człowieczeństwa i to co mogłoby ulec korekcie. Na koniec chciałabym przytoczyć największe słowa wypowiedziane o człowieku, które tak jak zbiór opowiadań Schmitta mają kształtować naszą postawę jako istoty ludzkiej zapisującej czyste kartki w księdze swojego życia – wypowiedź Jana Pawła II : „Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.”.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova


----------------------------
Kochani! Niezmiernie się cieszę, gdyż mogę Wam powiedzieć, że WRÓCIŁAM, i to na stałe ;) Wiem, ze mam ogromnie zaległości i muszę przeczytać Wasze recenzje – postaram się to zrobić jak najszybciej. Poza tym mam dla Was wiele nowych przemyśleń na temat książek, które przeczytałam, gdy przez 4 tygodnie nie było komputera. Chciałabym też w najbliższym czasie przedstawić m.in. stosik po urodzinowy ;) Mam nadzieję, że w miarę zręcznie uda mi się wszystko załatwić. Pozdrawiam ;D

niedziela, 3 kwietnia 2011

[54] Henryk Gostomski "Świeżak"

Wyd. Novae Res
Gdynia 2011, 328 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra


Z Panem Henrykiem Gostomskim spotkałam się po raz pierwszy czytając kilka recenzji jego debiutanckiej powieści pt. "Świeżak". O autorze można było znaleźć w internecie niewiele informacji, opis z tyłu okładki mnie straszliwie intrygował, dlatego wpisałam ową pozycję na listę książek "do przeczytania". Kiedy okazało się, że będę mogła przeczytać ową publikację byłam pozytywnie nastawiona mimo, że ośrodek wychowawczy kojarzył mi się dość nieciekawie. Powieść Pana Gostomskiego opowiada o przeżyciach młodego chłopaka, który na mocy decyzji sądu umieszczony został w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym, gdzie uczy się sztuki przetrwania. Świat widziany oczami wychowanka ukazuje całą prawdę o szarej codzienności w zamknięciu. Okazuje się, że koegzystencja opiekunów i ich podopiecznych rzadko bywa spokojna, a ekstremalne sytuacje zdarzają się nader często. Publikacja tym bardziej intryguje, że jest oparta na faktach.

Zafrasowana opisem przystąpiłam do lektury. Książkę czyta się lekko i dość szybko, gdyż autor pisze przyjemnym i zrozumiałym dla czytelnika językiem. W jego stylu podoba mi się najbardziej to, że wszystko pisane jest czarno na białym i każde słowo wypowiadane przez bohatera, nieograniczone cenzuralnie wciąga. Proza, którą tworzy jest tym bardziej ciekawa, gdyż kwestie postaci są takie jakie mogłyby być w zakładzie poprawczym. Bogato opisywane wydarzenia od początku do końca nie pozwalały odłożyć pozycji na bok nie kończąc rozdziału, dlatego bywało, że dziennie czytałam nawet do 100 stron !

Muszę przyznać, że tak na prawdę nie wiedziałam czym różni się ośrodek wychowawczy od popularnie zwanego poprawczakiem zakładu poprawczego. Po przeczytaniu egzemplarza "Świeżaka" postanowiłam poszerzyć moja wiedzę na temat owych placówek Okazuje się, że ośrodek wychowawczy jest lżejszą karą i diametralnie różni się od zakładu poprawczego. Do tzw. Poprawczaka trafiają osoby, z którymi nie poradzono sobie nawet w zakładzie wychowawczym.

Kolejną rzeczą, o której chciałabym wspomnieć jest atmosfera panująca między wychowankami a wychowawcami. Mimo, że nie byli lubiani przez odsiadkowiczów, byli lepsi i gorsi. Jednym z zeksów, którzy przy czytaniu książki przypadli mi do gustu jest Kaziu. Według mnie był on najbardziej ludzkim opiekunem i zawsze wierzył, ze z każdego "może jeszcze coś będzie". W porównaniu z Tuszyńskim traktował chłopców w miarę na równi z sobą, a nie uważał za parszywych złodziejaszków. Najbardziej nielubianą przeze mnie postacią był Truteń. Mogłoby się wydawać, że Tuszyński wraz ze swoją surowością i uparstwem nie było pozytywnym bohaterem, ale myślę, że w porównaniu z Trutnie umiał ostatecznie odpuścić. Antypatię wzbudził we mnie ten zeks głównie za nieludzkie odebranie Bartkowi tak upragnionej przepustki do domu.

We mnie największy podziw wzbudziło to jak główny bohater zmienił się zaledwie po kilku miesiącach pobytu w ośrodku i pomógł mamie w przygotowaniach do Świąt Bożego Narodzenia. Myślę, że Pan Gostomski świetnie pokazał przez swoją książkę, że nawet największy złoczyńca ma szansę na poprawę i zrehabilitowanie się w oczach społeczeństwa. Zaimponowała mi też odmowa Zbyszkowi ze strony Bartka, gdy ten w czasie świąt chciał go wciągnąć w nieciekawe sprawki. Chłopak zachował trzeźwość umysłu i zrozumiał, że gdy drugi raz wejdzie na złą ścieżkę szybko się z ośrodka nie wydostanie i nie powróci do rzeczywistości by wieść dalsze życie z mamą i siostrą.

Oczywiście jak w każdej publikacji i tutaj mam swoją ulubioną postać. Zapewne nie zdziwi to już tych, którzy czytali tę powieść – jest nią Bury. Chłopak początkowo cichy i spokojny od razu widocznie wyróżniał się z grupy będąc jednocześnie jej liderem. To mnie w nim intrygowało. Jednak największe plusy zyskał u mnie swą opiekuńczością w stosunku do Zbysia. Tego małego nieporadnego chłopca traktował jak brata, którego stracił przez to czego sam go nauczył. Mariusz - bo tak miał na imię Bury - pozwolił się nawet "skiepszczyć" dla Zbysia, czym zaimponował nie tylko swoim współwychowanką, ale zapewne większości czytelników.

Jedynym minusem i rzeczą jaką mogę zarzucić pozycji jest brak spisu treści. Wiem, że dla wielu osób może się to wydawać śmieszne, bo po co komu to. Mimo to zazwyczaj czytałam między różnymi zajęciami dlatego płynęłam po stronach od rozdziału do rozdziału. Chociaż tu o tym wspominam to nie wpłynęło na moje pozytywne wrażenia po lekturze.

Podsumowując stwierdziłam, że książka jest dla każdego, kto myśli, że już nigdy nie zmieni swojego życia oraz nie może naprawić swoich błędów. Pozycja jest także dla zwykłych szarych ludzi, którzy widzą gdziekolwiek zachowującą się wulgarnie młodzież myślą: "Co z nich wyrośnie ? " Powieść Henryka Gostomskiego pozwoli im się przekonać, że z pomocą właściwych ludzi nawet najgorsi wandale i złodziejaszki będą jeszcze "kimś" w życiu.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res.


----------------------------
 Niestety mój komputer nie otrzymał za dobrej diagnozy... Myślę, że wrócę w połowie kwietnia, ale niczego nie obiecuję. Muszę zrecenzować jeszcze jedną książkę dla wydawnictwa, więc niedługo znów pojawie się z recenzją ^^ Pozdrawaim i proszę - CZEKAJCIE NA MNIE ;)


środa, 23 marca 2011

Kochani!

Jak zapewnie zauważyliście dawno nic nie pisałam. Spowodowane jest to awarią mojego komputera. Mimo to mam gotowe recenzje i stosik po urodzinowy i postaram sięwróićjeszcze w marcu ;P

Do prędkiego zobaczenia ;)

PS. Mamy już wiosnę !

niedziela, 13 marca 2011

[53] Cornelia Funke „Król złodziei”


Wyd. EGMONT
Warszawa 2003, 335 str. + mapka
Ocena: 8/10 Bardzo Dobra

            Jak już wcześniej wspominałam biorąc udział w zeszłorocznej edycji konkursu „Mól książkowy” odkryłam wiele perełek. I w tym roku, mimo małej ilość przeczytanych książek konkursowych znalazłam świetną literaturę ;) Należy do niej m.in. powieść Cornelii Funke pt. „ Król złodziei”. Wielu z Was, autorka ta zapewnie kojarzy się z „Atramentowym sercem” – jedna z jej najlepszych publikacji ( sama jej jeszcze nie czytałam, ale koleżanka ogromnie poleca). Owa autorka jest rodowitą Niemką, autorka książek dla dzieci i młodzieży. Pochodzi z Dorsten. Po maturze przeprowadziła się do Hamburga, gdzie studiowała pedagogikę, a później także ilustrację książek. Po ukończeniu studiów zajmowała się na początku wyłącznie ilustracjami książek dla dzieci - praca ta zachęciła ją w końcu do pisania historii dla młodych czytelników i czytelniczek. Pani Funke nazywana jest co ciekawe ”niemiecką Rowling”. Napisała już 40 książek, między innymi bestseller na rynku niemieckim Smoczy jeździec. Wkrótce ukaże się jej najnowsza powieść Inkheart. Światowym bestsellerem stała się pierwsza część "Atramentowej trylogii", „Atramentowe serce” , której ekranizacją w Hollywood dla New Line Cinema zajął się producent "Władcy pierścieni" Mark Odresky. Film wyreżyserował zaś Iain Softley , a premiera odbyła się wiosną 2007 roku. Światowe prawa do angielskojęzycznych wydań jej książek posiada Barry Cunningham, odkrywca Harry'ego Pottera (wydawnictwo The Chicken House). Do końca 2005 roku jej powieści sprzedały się w sumie w ponad 10 milionach egzemplarzy. W 2005 i 2006 roku do kin trafiły ekranizacje Króla Złodziei i Dzikich Kur. W maju 2005 roku autorka przeniosła się z rodziną z Hamburga do Los Angeles w USA. W marcu 2006 roku zmarł jej mąż Rolf Funke. Cornelia pracuje także w telewizji ZDF, oraz pisze scenariusze. Ponieważ ma również talent do głośnego czytania książek, niektóre ze swoich utworów opublikowała także w wersji czytanej. Ilustrowanie Międzynarodową sławę w 2002 roku przyniósł jej Król Złodziei, którego pierwsze brytyjskie wydanie zostało wykupione w ciągu jednego dnia. W USA "Król Złodziei" przez 20 tygodni zajmował czołowe miejsca w rankingach bestsellerów (m.in. The New York Times). Książka została przetłumaczona na 23 języki.
            Pozycja, którą przeczytałam opowiada o dwóch braciach – Prosperze i Bo, którzy po śmierci matki uciekają przed swoją ciotką. Estera chciałaby zatrzymać tylko młodszego Bonifacego, a starszego odesłać do szkoły z internatem. Rodzeństwo postanawia zostać razem i wyruszają z Hamburga do odległej Wenecji, która w opowieściach mamy jawiła się jako baśniowa kraina, pełna skrzydlatych lwów i rżących koni. Niestety, rzeczywistość przerasta chłopców. Na szczęście z pomocą przychodzi tajemniczy Król Złodziei, który daje im kryjówkę. Mieszka tam już troje innych uciekinierów z domów. Dzieci znajdują przyjaciół, nie muszą martwić się o dach nad głową, a o resztę dba ich orędownik, który co pewien czas przynosi łupy ze swoich zuchwałych włamań. Mali uciekinierzy sprzedają je u chytrego i chciwego handlarza antykami, a za otrzymane pieniądze kupują jedzenie i inne potrzebne rzeczy. Sielanka trwałaby prawdopodobnie jeszcze długo, gdyby nie ciotka chłopców. Estera Hartlieb pchana chęcią posiadania Bo przybywa do Wenecji i zatrudnia detektywa Wiktora, który poszukując chłopców odkrywa wiele ciekawych historii…  
            „Król złodziei” był pierwszą pozycją z listy konkursowej, za którą chwyciłam. Bardzo spodobał mi się opis z tyłu publikacji i niezwykle urokliwa okładka. Kolejnym atutem powieści jeszcze przed jej lekturą była możliwość poznania nieco Wenecji m.in. oglądając ją na mapce zamieszczonej z tyły książki. Nastawiona pozytywnie zaczęłam czytać i muszę przyznać, że nie zawiodłam się. Ogromnie przypadł mi do gustu język jakim posługiwała się autorka – był lekki, dlatego wręcz płynęło się po stronach i chłonęło z zaciekawieniem każdy rozdział licząc na to, że historia wreszcie się rozwiąże. Tytułowane, krótkie rozdziały sprawiały, że czytelnik nie mógł odejść od książki nie przeczytawszy następnej części powieści. Pisarka poruszyła w swym dziele znaczące problemy dzisiejszego świata. W jej historii możemy dowiedzieć się co nieco o pracy detektywa, miłości rodzeństwa, tajemnicy karuzeli…..
            Moje serce najbardziej poruszyła owa Karuzela. Niezwykła opowieść Idy, tajemnica sióstr miłosierdzia… Urządzenie rekreacyjne, które ma umilać czas zostało podarowane siostrom przez bogacza, który chciał zaspokoić wyrzuty sumienia po oddaniu dziecka córki do sierocińca. Karuzela miała pięć figur: jednorożec, koń morski, wodnik, syrena i skrzydlaty lew. Mówiono o niej, że człowiek wsiadający na nią, schodzi całkowicie odmieniony. Ten atrakcyjny przedmiot został m.in. dlatego skradziony, jednak złodzieje zgubili skrzydło niedźwiedzia, bez którego nie mogła działać. Co ja bym zrobiła gdybym miała możliwość przejechania się ową zabawką? Czy dodałabym sobie kilka lat lub wróciła czas? Myślę, że moje życie jest dobre i chciałabym je przeżyć normalnie, a nie eksperymentować. Każdy z nas ma złe i lepsze momenty, jednak nie oznacza to, ze najłatwiej byłoby cofnąć czas. Według mnie należ cały czas iść do przodu, mimo, że na drodze mamy pod nogami kłody.
            Kolejną ciekawą rzeczą jest prowadzenie śledztw. W ostatnim czasie czytałam jeszcze jedną książkę, w której jeden z bohaterów był detektywem. Muszę przyznać, że to ciekawy i zapewnie emocjonujący zawód, mimo to ja z pewnością nie nadawałabym się do niego. Najbardziej w tej pracy wywiadowczej spodobało mi się to, że śledczy może przybierać coraz to różne oblicza, przebierając się w kostiumy i udając rozmaitych ludzi. Myślę, że detektywem może być jedynie osoba, która kochałaby swoją pracę, a nie osoba, która wybiera ową ścieżkę nie znajdując nic dobrego dla siebie.
            No i ostatnią równie ważną kwestią, którą chce poruszyć w mojej recenzji jest piękno Wenecji. Zawsze kojarzyła mi się ona z gondolą i zakochanymi, którzy nią płyną o świetle księżyca. Teraz jednak mam inny obraz tego miasta – zabytkowe kamieniczki, ciemne uliczki, zdobione mosty unoszące się nad niezliczoną ilością kanałów. I oczywiście niezwykły plac Świętego Marka ;) Wenecja będzie mi się teraz zapewnie kojarzyć z czymś wspaniałym, co na pewno muszę zobaczyć chociaż raz w życiu ;D
            Podsumowując stwierdzam, że Pani Cornelia wykonała kawał dobrej roboty pisząc tą powieść. Niezwykłe opisy i wspaniałe ilustracje pomagają czytelnikowi poznać nie tylko przygody Prospera i Bo, ale również Wenecję. Polecam każdemu, kto lubi razem z bohaterami przeżywać każdą chwilę i oglądać z nim piękne miejsca. Polecam ją także fanom przygodowego – tu fabuła naprawdę płata nam figla, gdyż często niektóre wątki mogą nas zadziwić ;)

niedziela, 6 marca 2011

[52] Stephen Clarke „Merde! Rok w Paryżu”

                                                     Wyd. W.A.B
Warszawa 2006, 354 str. 
Ocena: 8/10  Bardzo dobra

W mojej okolicy jest organizowany od kilku lat powiatowy konkurs czytelniczy „Mól książkowy” . W tym roku będę brała w nim udział po raz drugi, gdyż po zeszłorocznej edycji jestem przekonana, że po raz kolejny przeczytam wiele ciekawych pozycji. Jedną z pierwszych książek jakie póki co przeczytałam jest książka Stephena Clarke’a pt. „ Merde! Rok w Paryżu”. Pan Stephen Clarke urodził się w 1959 roku w Wielkiej Brytanii. Studiował zaś w Oksfordzie. Od kilkunastu lat mieszka i pracuje w Paryżu jako dziennikarz i redaktor naczelny gazety Today in English. W 2004 roku wydał na własny koszt pierwszą powieść, Merde! Rok w Paryżu, która szybko stała się bestsellerem - również we Francji. Kontynuacją przygód Brytyjczyka Paula Westa jest Merde! W rzeczy samej. Wkrótce ukaże się trzecia powieść tego cyklu, Merde! chodzi po ludziach. Prawa do jej przekładu kupiły wydawnictwa z kilkunastu krajów, w przygotowaniu jest również adaptacja filmowa.

Powieść ta opowiada o Paulu Wescie, który jest typowym Brytyjczykiem - Hugh Grant połączony z Davidem Beckhamem. Przyjeżdża on do Paryża, by pomóc w otwarciu sieci angielskich herbaciarni. Spędza tam dziewięć miesięcy, podczas których na własnej skórze odczuwa wady i zalety bycia cudzoziemcem we Francji - kraju, gdzie rok zaczyna się we wrześniu, najczęściej uprawianą dziedziną sportu są strajki, a z powodu psich odchodów zostawianych na ulicach do szpitala trafia ponad sześciuset paryżan rocznie. Niezbyt dobre stosunki ze współpracownikami, którzy chcą go oczernić w oczach szefa, tylko utrudniają mu pracę. Jak się później okazuje sam szef, początkowo sprawiający sympatyczne wrażenie, również ma na sumieniu kilka niecnych postępków. Merde! Rok w Paryżu to nie tylko wciągająca i niezwykle zabawna powieść przygodowa. Książka jest również doskonałym przewodnikiem, radzącym, jak skutecznie składać zamówienia w kawiarni, jak przyrządzić sos vinaigrette, żeby się nie zważył, jak kochać francuskie kobiety i wreszcie dlaczego na pewno nie należy kupować domku na wsi.

Muszę przyznać, że mimo pozytywnej opinii mojej koleżanki Ety zastanawiałam się czy książka przypadnie mi do gustu. Trochę się z nią ociągałam, ale w końcu postanowiłam przeczytać książkę w ferie. Czytanie szło mi niestety dość wolno, pomimo że książka przypadła mi do gustu ( to za spawem choroby) ale udało się dobić do końca.  Teraz po lekturze muszę przyznać, że nie dziwię się, że ów pozycja dość szybko stałą się bestsellerem – to bardzo dobra książka. Autor pisze prostym językiem, dzięki czemu numery stron zmieniają się niezauważalnie. Ponadto rozdziały są podzielone w dość ciekawy sposób i w każdym z nich możemy dowiedzieć się coś nowego o Francji i Francuzach.

Najbardziej urzekło mnie w powieści to, że mogłam dzięki niej poznać nieco odległą mi Francję. Mimo to przyznaję, że nie jest to przewodnik po owym kraju. Razem z Paulem poznajemy jednak zakątki stolicy, jej dzielnice i historie. Razem z głównym bohaterem idziemy ścieżką starając się omijać psie kupy i nie wdepnąć w inne niespodzianki na drodze. Autor wykonał kawał dobrej roboty, gdyż w większości sytuacji widziałam oczami głównej postaci obraz Paryża nie tylko pięknego, ale także nękanego przez różnorakie strajki, psie odchody na ulicach i inny bałagan na ulicach. Spodobało mi się też to, że każdy kelner odróżni Francuza od cudzoziemca choćby po tym jak zamawia kawę. Choć to może wydawać się śmieszne wystarczy nie taki zwrot, a  kawę możemy dostać w kociołku wielkim jak krater wulkanu, a nie w filiżance. Muszę przyznać, że słowa trzeba dobierać dobrze, nie tylko w obcym kraju, ale nawet w innym mieście. Dla przykładu wspomnę o tacie mojej koleżanki, który będąc w Warszawie ( a jest z okolic Poznania) nie mógł dogadać się z kelnerem prosząc go o galat czy gzik. Jak się później okazało nasz wielkopolski gzik to ser ze śmietaną, a galat nazywany jest w centralnej Polsce zimnymi nóżkami ;)

Kolejną rzeczą, która spodobała mi się w publikacji jest to, że naszpikowano ją francuskimi wtrąceniami. Niektóre są tłumaczone, niektóre nie, ale w większości idzie się domyślić o co chodzi. Owe wtrącenia wzbudziły tym bardziej moje zainteresowanie, że nigdy nie uczyłam się francuskiego, a w tym języku umiem tylko powiedzieć merci ;) Czytając książkę poznałam kilka ciekawych francuskich zwrotów i stwierdziłam, że z chęcią nauczyłabym się francuskiego, choćby na tyle, żeby móc porozmawiać z Francuzem. Już kiedyś byłam zafrasowana owym językiem – wydawał mi się tak niezwykle elegancki i dostojny. Od dłuższego czasu planuję się go nauczyć, gdyż z chęcią udałabym się w podróż po wielu fascynujących krajach i miastach Europy i innych kontynentów.

Jedynym minusem pozycji jest to, że kończy się w najbardziej ciekawym momencie, a wiele wątków pozostaje nie rozwiązanych. Wiem, wiem, że to pierwsza część przygód Paula, ale czuję jednak pewien niedosyt, gdyż na koniec powieści wszystko wygląda tak jak na początku, z tym szczegółem, że Paul już nie ma pracy.

Podsumowując stwierdzam, ze książka jest idealna nie tylko dla tych, którzy są zakochani we Francji i francuskim, ale również osób nie przepadających za owym krajem lub tych, którzy jeszcze nie wyrobili sobie zdania na temat kraju i jego kultury. Jednym słowem mówiąc książka jest dla każdego, kto chce spróbować coś nowego i przekonać, się czy mu również wpadnie to w oko.

------------------------------------------------------

Przyznaję się bez bicia, że już dawno nic nie pisałam. Spowodowane to było nie lenistwem czy brakiem weny, ale brakiem czasu. Ostatnie dwa tygodnie był dla mnie dość emocjonujące i pracowite już od pierwszego ich dnia. Wszystko zaczęło się od tego jak 21 lutego napisałam konkurs Wiedzy o Wielkopolsce pewna, że nie ma co liczyć na kolejny etap. Ku mojemu zdziwieniu dowiedziałam się następnego dnia, że udało mi się przejść dalej ! Po raz kolejny przekonałam się, że jestem człowiekiem małej wiary ;P Awans do etapu rejonowego zobowiązał mnie do pozostawania po lekcjach na zajęciach dodatkowych i mój dzień wyglądał tak, że po powrocie do ze szkoły siadałam do lekcji, trochę poczytałam i zmęczona zasypiałam. „Przygody Tomka….” Szły mi dlatego dość opornie, ale już niedługo kończę czytać i chwytam najprawdopodobniej za Pawlikowska ;) Obiecuje też zrehabilitować się w aktywności blogowej i jeszcze na tygodniu dodać jedną recenzję ;)