środa, 23 września 2015

Bonia Wit "Nie zabija się czarnego kota"

Wydawnictwo Novae Res
Gdynia 2014, 310 s.
Wierzycie w przesądy? Zbite lustro będące oznaką siedmiu lat nieszczęścia; piątek trzynastego, kiedy nie podejmuje się fundamentalnych decyzji; czy kominiarz, na widok którego koniecznie chwytamy za guzik. Porzekadeł jest wiele. Jedne znamy lepiej, inne gorzej. I chociaż zarzekalibyśmy się, że nie dowierzamy tym zabobonom, kiedy drogę przebiegnie czarny kot, a pech nie przestanie Ciebie opuszczać - wiedz, że coś jest nie tak.

Piotr jest mężczyzną, którego lubią kobiety. Przystojny, dobrze ubrany, potrafi stale prawić komplementy przedstawicielką płci pięknej. Jest w nim też coś takiego, co przyciąga nie tylko pewne siebie dziewczyny, ale również szare myszki, po których nikt nie spodziewałby się płomiennego romansu. Tak, przygody bo główny bohater nie jest mężczyzną, który jest gotowy na dłuższe związki. Jest jedynakiem, prowadzi wspólnie z ojcem i znajomym tartak i nijak nie ma zamiaru się ustatkować mimo sugestii przyjaciela. Aż do czasu...

Będąc jedynym wnukiem Zofii Tylewskiej zostaje spadkobiercą posiadłości na Mazurach. Kiedy w końcu kilka miesięcy po śmierci babki, której nawet za życia zbyt często nie odwiedzał, wybiera się do Gałkowa z zamiarem szybkiego sprzedania majątku, poznaje treść testamentu. Okazuje się, że starsza pani postawiła mu warunki, dzięki którym spadek będzie należał do niego. Ma dwa wyjścia albo przeprowadzić się na Mazury i zamieszkać w domu babki, albo stworzyć tutaj... muzeum. Piotr żadnej z tych rzeczy nie ma zamiaru robić. Zastanawia się nad możliwością podważenia ostatniej woli. W całą historię za sprawą Pani Zosi została wplątana jeszcze jedna osoba Bernadeta, jej sąsiadka. Ta jest nie tylko bardzo upartą, ale i piękną... matką kilkulatka.

To jednak nie koniec problemów głównego bohatera. Podczas jego nieobecności płonie tartak, a straty są potężne, mimo szybkiej interwencji i pomocy w gaszeniu pracowników. Dowiaduje się również, że przelotny romans sprawił, iż ma pięcioletnią córkę Gabrysię, którą niezwłocznie musi zaopiekować się. Tylko czy Piotr jest odpowiednim materiałem na ojca? Pytania pojawiają się mimowolnie, ale sytuacja wymaga szybkiej, a przede wszystkim odpowiedzialnej decyzji. I to nie jednej od incydentu z czarnym kotem nic nie będzie już takie proste.

Wydawało mu się, że po raz kolejny ten okropny, czarny kot, przejechany wtedy na drodze na Mazurach, zbiera żniwo swojej śmierci. Przecież nie chciał go przejechać. Wybrał wtedy po prostu mniejsze zło. To był czysty przypadek[1].

Jako posiadaczka czteronoga, któremu powieść Boni Wit zawdzięcza tytuł, byłam mocno zaintrygowana. Czarny kot i Mazury dawały mi nadzieję, ze spotkam się z opowieścią przepełnioną ludowym klimatem, która niejako odkurzy obraz wsi i jej piękna związanego z tradycjami, mową i codziennym życiem w gospodarstwie domowym. Na dodatek miejsce akcji, które chciałabym poznać nie tylko za sprawą niesamowitych krajobrazów, ale również kultury i obyczajów. Całość zapowiadała się wyśmienicie. Obaw jednak nie brakowało.


Nie zabija się czarnego kota okazało się jedynie smaczną powieścią obyczajową. Bonia Wit ku mojej uciesze nie postawiła na cukierkowość uczucia między kobietą a mężczyzną. Publikacja przepełniona była zdecydowanie dojrzałością, jakiej niekiedy brakuje w przypadku debiutów. Nie mam na myśl jednak jedynie doznań związanych z relacją Beni i Piotra, choć i ta mogłaby być wzorem dla wielu piszących. To rodzicielstwo przestawione na kartach powieści wprawia we wzruszenie i wywołuje uśmiech. Bernadeta będąc matką chorego na zespół Downa Kamilka radzi sobie wyśmienicie. Każda ze scen, w której opiekuje się chłopcem, niesie za sobą obraz prawdziwej matczynej miłości i poświecenia. Jeśli chodzi o Piotra czytelnikowi imponuje jego przywiązanie do córki, bez której czuje się niekompletny. Na początku lektury w życiu bym się tego nie spodziewała.

Mazury, intryga, nocne koszmary, muzeum, uczucie, macierzyństwo i ojcostwo, oszuści, a nawet pomoc wróżki i psychoterapeuty to tylko niektóre z tematów przewijających się w trakcie trwania akcji, a już wydaje się ich wiele. Mimo tego czytelnik nie ma wrażenia ich nagromadzenia. Każdy wydaje się współgrać z pozostałymi, być racjonalną częścią życia głównych bohaterów. Wątki, które plączą się niezauważalnie, niekiedy zostają zamknięte znienacka, by ustąpić miejsca kolejnym.

Bohaterów, zarówno epizodycznych, jak i drugoplanowych również nie jest mało. Autorka Nie zabija się czarnego kota przyłożyła się do kreacji każdego z nich. Dzięki temu żaden nie wydaje się zbyt mało rzeczywisty i zdecydowanie bliżej mu do podobnego nam czy naszym znajomym człowieka. Bonia Wit uchwyciła przy tworzeniu postaci cechy, które szczególnie wyłaniają się, gdy spojrzymy na rozmaite społeczności. Nie brak tu osób upartych, nadopiekuńczych, złośliwych, nieco głupiutkich i ufnych. Jak w prawdziwym życiu - to szczególnie się ceni.

Z kalejdoskopu postaci najbardziej polubiłam dwie kobiety, które w życiu Piotra są najważniejsze, a wbrew pozorom - nie toczą ze sobą walki o względy mężczyzny. Mowa oczywiście o Gabrysi i Bernadecie. Młodsza z nich córka Pana Tylewskiego pełna dziecięcej radości i niewinności stanowi iskierkę w życiu mężczyzny i jego rodziców, a dziadków Gabrysi. Dziewczynka, która pojawia się niespodziewanie wnosi mnóstwo słońca i radości. Nie da się jej nie lubić. Jeśli chodzi o Bernadetę szczególnie imponowała mi jej zaradność samotnej matki i... nieustępliwość w kwestii muzeum. Chętnie przejrzałabym eksponaty, o których tak wiele się wspominało. Benia ma też "nosa" do spraw okraszonych kryminalnym zabarwieniem. Jej śledztwo na własną rękę było jednym z moich ulubionych momentów w całej tej historii.

Na przeszłość nie ma rady. Zawsze będzie wracać, czy chcemy tego, czy nie[2]. 

Nigdy nie byłam na Mazurach, ale muszę przyznać, że bardzo lubię czytać powieści, których akcja toczy się w tak malowniczej okolicy znanej mi jedynie ze zdjęć, pocztówek, filmów czy opowieści. Spodziewałam się, że autorka wykorzysta ten atut i podzieli się z czytelnikami kilkoma opisami zniewalającej przyrody. Tutaj jednak się zawiodłam. Bonia Wit niestety nie poświęciła zbyt wiele miejsca naturze i jej pięknu. Zabrakło też tej swojskości i ludowych klimatów, na które tak liczyłam. Pisarka nie ośmieliła się, by wykreować jasny obraz miejsca akcji i zbudować kontrast między gwarnym miastem i polską wsią, czego oczekiwałam. Zdecydowanie zabrakło mi tego namacalnego zachwytu nad mazurskimi okolicami, kulturą, solidarnością społeczności wiejskiej i jej codziennością.

Język, którym posługuje się w swojej opowieści autorka jest prosty i nieskomplikowany. Pisarka nie wyzbyła się jednak błędów językowych, które kilkakrotnie dostrzegłam. Początkowo nie mogłam się też przekonać do rzetelnego opisywania czynności bohaterów. Co robili, z czym jedli kolację, jaki strój postanowili ubrać. Z kolejnymi stronami te opisy stały się mniej natarczywe i znacznie ustąpiły miejsca zmiennej akcji. Największym problemem okazały się jednak uporczywe powtórzenia, na które mam alergię podczas lektury. Również dialogi z początku powieści wydawały się zbyt nierzeczywiste, a nawet lekko "papierowe". Początki okazały się niełatwe. Na szczęście Bonia Wit niedociągnięcia w swoim stylu nadrabiała zgrabnie skonstruowaną fabułą, która z czasem wciągała co raz bardziej.

Powieść Nie zabija się czarnego kota ma swoje wady. Niewątpliwą zaletą jest jednak fakt, że opowieść nie nudzi, a próbując rozwikłać kolejne zagadki, czytelnik może spędzić miłe popołudnie z książką w ręku. Wyczuwa się również przyjemny dreszczyk emocji, a przecież wbrew pozorom, nie jest to kryminał. Powieść Boni Wit jako debiut warta jest uwagi, nie wiem jednak czy sprosta oczekiwaniom bardziej wymagających czytelników i koneserów sprawnej oraz nieskazitelnej narracji. Decyzję o tym, czy zdecydujecie się na pełną optymizmu i ciepła opowieść, pozostawiam więc Wam.

[1] Wit Bonia, Nie zabija się czarnego kota, Gdynia 2014, s. 83;
[2] Tamże, s. 274.  

Książka została przeczytana w ramach wyzwania POD HASŁEM organizowanego na blogu Ejotkowe postrzeganie świata.

10 komentarzy:

  1. Książkę czytałam i również uważam, że jak na debiut prezentuje się całkiem dobrze. Ja w każdym razie spędziłam miłe chwile przy tej lekturze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja książki nie znam i chyba nie mam zamiaru poznać :x
    LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Wygląda ciekawie, jednak w tej chwili mam trochę dość tych przyjemnych obyczajówek. Z całą pewnością przeczytam w przyszłości. Okładka wygląda świetnie!

    Pozdrawiam :) Przy gorącej herbacie

    OdpowiedzUsuń
  4. Matko, jak widzę kota to wariuję!! Jaka piękna okładka, muszę mieć tę książkę!

    OdpowiedzUsuń
  5. Przez moment miałam ochotę poznać tę powieść, ale zrezygnowałam ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Takie debiuty to ja lubię :) Książkę zapisuję na listę :)
    Moje-ukochane-czytadelka

    OdpowiedzUsuń
  7. Skoro piszesz że jest to w miarę dobry debiut, to może dam mu szansę. A że ostatnio trafiam na same dobre debiuty, to i ten chętnie przeczytam. Poza tym uwielbiam powieści obyczajowe, choć w przesądy raczej nie wierzę ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też często trafiam na debiuty z racji, że lubię przeczytać coś świeżego, nowego. Zwykle staram się również odnaleźć zdolnych polskich pisarzy, a czytanie literackich początków pisarzy pozwala wyłowić prawdziwe perełki :)

      Usuń
  8. Jeszcze nie słyszałam o autorce - ma bardzo ciekawe imię. Trzeba dawać szansę debiutom. Piękne zdjęcie - to z jarzębiną:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo się cieszę, że trafiłam na Twojego bloga, bo przyznaję się, że jestem tu pierwszy raz. Widzę jednak, że dzięki Tobie poznam wiele wspaniałych powieści, bo niezykle trafiasz w mój gust :) Ta książka mnie bardzo zaciekawiła i bardzo chcę ją przeczytać.

    Być może spodoba Ci się mój blog, na który serdecznie Cię zapraszam :)
    www.nalogowy-ksiazkoholik.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Mały ślad po Tobie = Wielki uśmiech na mojej buzi ;)