czwartek, 23 sierpnia 2012

[99] Jacek Getner „Brzydka miłość”

Wyd. Najlepszy Seler
2005, str. 184
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Życie człowieka nieustannie biegnie do przodu i nieraz nie zauważamy drobnych, ale często znaczących chwil, momentów, sytuacji. Bo przecież: Czy tak ważne jest, że mijamy starszego mężczyznę z laską w ręku albo podświadomie źle komuś życzymy? Przecież to nic nie znaczące incydenty, które po kilku godzinach uciekają z pamięci. A co gdyby takie drobnostki zaważyły na naszym życiu lub istnieniu drugiego człowieka?

Pan Jacek Getner był mi postacią nieznaną, dopóki nie otrzymałam od niego maila i nie zajrzałam na jego stronę. Przez wiele lat pracujący jako copywriter mężczyzna jest scenarzystą sitcomu „Daleko od noszy” oraz serialu komediowego „Ale się kręci”. Co na pewno zaciekawi wiele osób – pisuje on również dialogi serialu "Klan". W 2003 roku ukazała się jego powieść „Trzynasty Minister” - sensacyjna komedia z gatunku political fiction, którą można przeczytać na jego stronie.
Z kolei w 2005 roku światło dzienne ujrzał kryminał „Dajcie mi jednego z was”. Oprócz tych dwóch „większych” utworów, autor ma na swoim koncie dwa zbiory opowiadań: "Brzydka miłość" i "Sextelefon", a także wiele nagród m.in. za opowiadanie „Mój kolega Rainman” w konkursie Polityki i Jerzego Plicha.

Co zapewne widać w środowisku blogerów – rzadziej czytujemy krótkie formy literackie. Więc dlaczego postanowiłam chwycić za zbiór opowiadań Pana Jacka? Na wstępie przyznaję: nie były to pobudki typu: o darmowa książka itd. Zawsze staram się dobierać literaturę wg własnych upodobań czytelniczych, a nie możliwości ustawienia egzemplarza na półce. Za każdym razem oceniam też szczerze, bo wiele dla mnie znaczy taka prawdziwa recenzja, także na innym blogu. Dlaczego postanowiłam zaryzykować i zdecydować się na lekturę „Brzydkiej miłości”? Przyznaję, że nieco na moją decyzję wpłynęła ostatnia lektura zbioru opowiadań „Marzyciele i Pokutnicy”, w której przekonałam się, że opowiadanie też może być dobre. Drugim i zdecydowanie przeważającym czynnikiem było kilka opowiadań, które przeczytałam na blogu Pana Jacka. I tak doszło do „spotkania”, które z pewnością odmieniło nieco moje spojrzenie na teoretycznie niewiele znaczące momenty.

- Widzisz, Łukasz – układałem sobie powoli w głowie swoją wypowiedź. – Dawno temu Wielki Informatyk – pokazałem palcem do góry – tak zaprogramował świat, żeby wszystko było na nim proste i zrozumiałe. Ale potem haker, o imieniu Lucyfer, włamał się do systemu o nazwie Kobieta i nieźle tam namieszał. Od tej pory, niestety, jak ktoś naciśnie na niej klawisz enter, to zamiast zalogować się, restartuje system, albo go nawet wyłącza.”

Strasznie przypadł mi do gustu styl Pana Getnera. Mówiąc, że był lekki, powiedziałabym mało, ponieważ autor pisał nie tylko bardzo swobodnie, ale również prosto, zrozumiale i bardzo życiowo. Z każdym kolejnym opowiadaniem czułam się, jakby pisarz siedział obok mnie i sam opowiadał wszystkie historie, czasami zamaszyście przy tym gestykulując i posługując się sugestywną mimiką twarzy. Wszystko sam zaobserwował, a potem podzielił się tymi wydarzeniami ze mną, jak rodzina opowiadająca sobie przy kolacji, co spotkało ich tego dnia. Myślę, że pozwalało mi to czytać tę pozycję z niezwykłym spokojem i pewnością co się zaraz wydarzy, a jednocześnie z dozą niesamowitości i niezwykłości, choć bohaterami byli zwykli ludzie, tacy jak ja.

(...) sami potrafimy kochać miejsca i osoby na jakiejś irracjonalnej podstawie, ale miłość innych potrafimy sobie wytłumaczyć tylko racjonalnymi metodami.”

Oprócz lekkości opowieści Pana Jacka mają to w sobie, że z każdego z nich płynie jakaś złota myśl, pouczenie, morał. Wiele słów autora pokazuje również, jak ludzie popadają często w stereotypy i starają oceniać się niektóre sprawy jak wszyscy, nie mając, jak przystało na wolnego człowieka, własnego zdania. Myślę, że poprzez swoją prozę pisarz starał się uzmysłowić wielu ludziom, jakie proste błędy popełniamy, kiedy mamy nieograniczone możliwości oraz jak nasze, nawet nieistotne słowa czy zachowania mogą wpłynąć na życie innych.

(...) człowiek przecież najdłużej żyje w pamięci innych ludzi.”

Niewątpliwym minusem były dla mnie dwa, może trzy opowiastki, które nie tylko wydawały się nie pasować do pozostałych, pouczających lub nieco zabawnych historyjek. Były one nieco jakby zbyt małe, żeby mogły towarzyszyć pozostałym. Były one pisane równie swobodnym stylem, a jednak brakowało im tego czegoś.

Przyznaję – były opowiadania, które wprawiły mnie w zachwyt, ale bywały też takie nieco dziwne i mniej warte. Wiele z tych opowieści pozostało mi w pamięci i chętnie dzielę się nimi, choćby przekazują je ustnie, ze znajomymi, rodziną. Lekturę skończyłam już dobre kilka dni temu, jednak zdarzyło mi się wrócić do dwóch, trzech opowiadań, które czytałam po raz kolejny z takim samym zafascynowaniem, jednocześnie będą świadoma, co za chwilę się zdarzy. Największe wrażenie wywarły na mnie historie opatrzone tytułami: „Mój kolega, Rainman” oraz „Brzydka miłość”, które z pewnością poleciłabym każdemu bez wahania.

Podsumowując, muszę przyznać, że Pan Jacek stworzył niemal trzydzieści fascynujących opowiadań, które niosły ze sobą, nie tylko ogromne pokłady dobrej energii, ale również masę wskazówek, dzięki którym łatwiej będzie nie omijać tego, co jest tak naprawdę ważne. Z ręką na sercu polecam tą niewielką książkę, ponieważ ona wiele wnosi w szare życie, jednocześnie opisując właśnie to „szare życie” ;)

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Panu Jackowi Getner.

niedziela, 19 sierpnia 2012

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA #3

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA to Cotygodniowy cykl na blogu u Meme, podczas którego będziecie mogli poznać kolejne kraje nie tylko od strony zabytków czy sławnych postaci, ale przede wszystkim LITERATURY. Będziecie mogli nie tylko przeczytać moje spostrzeżenia na temat wybranych dzieł, ale również liczę, że uda się podyskutować o Waszych przygodach literackich „w danym państwie” ;)

Kochani! Nawet nie wiecie jak się cieszę, że w końcu wracam do Was z moim ulubionym cyklem, bo sama uwielbiam także podróżować, nie tylko palcem po mapie. W tejże odsłonie, mimo niesamowitej wycieczki do Niemiec, postanowiłam pokazać Wam zupełnie inną część świata, która jest bardzo, ale to bardzo obfita w literackie perełki. Dlatego dziś wybieramy się aż za ocean – do Stanów Zjednoczonych Ameryki (USA). Mam nadzieję, że zasmakujemy nie tylko dobrej przez duże D literatury, ale również niesamowitych potraw, a także zobaczymy niezwykłe widoki i podłapiemy trochę słonka ;)

Jak wiadomo - Stany Zjednoczone Ameryki, obok Chin i Rosji, jest jednym z największych mocarstw na świecie, dlatego nie powinno nas dziwić, że tak wielu wspaniałych pisarzy pochodzi właśnie stamtąd. Co z pewnością może zachwycać w USA – jego powierzchnia jest na tyle wielka, by pomieścić rozmaitych przyjeżdżających od racjonalnych biznesmenów, po zwariowanych wizjonerów. Tworzy to naprawdę ogromną mozaikę kulturową. Stany Zjednoczone to również kraj bogaty pod względem typów krajobrazu. Znajdziemy tu nie tylko nizinne wybrzeża Atlantyku, Appalachy ciągnące się z północy na południe na wschodzie, centralne równiny, ale także przecinające terytorium kraju z północy na południe Kordyliery na zachodzie oraz góry Adirondacks w stanie Nowy Jork. Istnieje niezliczona ilość miejsc, które trzeba zwiedzić w USA, jednak ze wględu na rozległość kraju nie sposób dotrzeć do każdego z nich. Jednak są zakątki, którym nie powinno się omijać w czasie podróży poprzez Stany USA ;) Myślę, że ja, gdybym miała możliwość takiej podróży, na pewno nie odpuściłabym sobie Wielkiego Kanionu w Arizonie.
Ten cud natury liczy dobie 446 kilometrów długości, 29 kilometrów szerokości oraz prawie 2 kilometry głębokości. Kusi nie tylko nietypowością, ale również niesamowitymi widokami. Kolejny przystanek na trasie mojej wycieczki miałby miejsce z pewności w Parku Narodowym Yellowstone. Ten najstarszy obiekt na świecie pokazuje piękno przyrody w całej swej okazałości – od gejzerów, wodospadów i gorących źródeł, po dzikie lasy pełne niespotykanych gatunków zwierząt i roślin. Oczywiście, podczas takiej podróży nie zapomniałabym również o Las Vegas – mieście hazardu i niekończącej się imprezy, Nowym Jorku – światową, kulturalną stolicę USA oraz San Francisco – jedne z najpiękniejszych, pod względem architektonicznym, miast.

Kuchnia Amerykańska wbrew pozorom to nie tylko fast food, dlatego postanowiłam przedstawić Wam dziś dwa słodkie Amerykańskie przysmaki ;)

Pierwszy przepis, pochodzący ze strony Ugotuj.to na przepyszne ciasto Key Lime Pie:

Składniki:

Spód:
niecałe półtorej szklanki pokruszonych półsłodkich herbatników
2 łyżki cukru
5 łyżek stopionego masła

Masa:
1 puszka (450 ml) słodzonego mleka skondensowanego
4 żółtka
1/2 szklanki soku z limonek lub cytryn (świeżo wyciśniętego)
+ 3/4 szklanki schłodzonej śmietany kremówki

Sposób przygotowania:
Przygotuj masę na spód ciasta: rozgrzej piekarnik do 175°C. Wymieszaj okruchy herbatników z masłem i cukrem. Masę równomiernie rozłóż na dnie formy na tartę (najlepiej szklanej) o średnicy 26 cm. Piecz 10 minut, a potem wyjmij i ostudź. Nie wyłączaj piekarnika. Przygotuj masę: połącz skondensowane mleko z żółtkami, dodaj sok z limonek lub cytryn i bardzo dokładnie wymieszaj. Rozsmaruj na podpieczonym spodzie, piecz jeszcze 15 minut. Formę z ciastem odstaw do ostygnięcia (dopiero ostudzona zaczyna tężeć). Przykryj, wstaw na 8 godzin do lodówki. Bezpośrednio przed podaniem ubij na sztywno śmietanę kremówkę. Ciasto posmaruj bitą śmietaną, pokrój na porcje i od razu podawaj.


Z kolei drugie to przepis z Domowych Wypieków na sernik nowojorski:

Składniki:

Spód:
165g ciasteczek digestive
90g margaryny lub masła

Masa serowa:
1400g serka kremowego typu Philadelphia*
250g cukru
64g mąki pszennej
5 jajek
200g gęstej, kwaśnej śmietany

Sposób przygotowania:
Tortownicę (o średnicy 26cm) owinąć (od zewnętrznej strony) parokrotnie i szczelnie w folię aluminiową. (Sernik pieczony będzie w kąpieli wodnej). Ciasteczka rozkruszyć na bardzo drobno. (W tym celu najlepiej włożyć je do woreczka do mrożenia i przy pomocy wałka rozkruszyć lub zrobić to blenderem). 90g masła (lub margaryny) roztopić. Rozkruszone ciasteczka połączyć z roztopionym masłem i wyłożyć do tortownicy. Wstawić na 30min. (lub dłużej) do lodówki. Rozgrzać piekarnik do 180°C. Przygotować masę serową. Wszystkie składniki dokładnie zmiksować. Nie trzeba miksować długo, tylko do połączenia składników. Zagotować dużą ilość wody. Masę wylać na spód. Tortownicę wstawić do większego, żaroodpornego naczynia. Ostrożnie nalać do niego wrzątek do połowy wysokości tortownicy. Piec 45min. Po tym czasie zmniejszyć temperaturę do 160°C i piec kolejne 30min. (Podczas pieczenia przykryłam sernik z góry folią aluminiową, aby pozostał biały). Po tym czasie sernik powinien być upieczony. (Sprawdzić środek dotykając delikatnie opuszkiem palca lub patyczkiem. Ciasto powinno być na środku ścięte). Sernik pozostawić na 1 godz. w piekarniku, przy lekko uchylonych drzwiczkach. Kolejno wyciągnąć i pozostawić we formie do całkowitego ostygnięcia. Następnie wstawić na noc do lodówki.

I na koniec, po smacznym posiłku, jeszcze „smaczniejsze” lektury.

Na pierwszy rzut pozycja Pana Richarda Paula Evansa, który oczarował wszystkich, także mnie - „Stokrotki w śniegu”:

Podsumowując, muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrej pozycji, która wywoływałaby w czytelnika tak skrajne emocje, począwszy od złości, po łzy. Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że jestem ciekawa pozostałych pozycji tego autora i z pewnością przeczytam je w 2012roku ;) Myślę, że ta dawka pozytywnej energii, zawarta na kartach „Stokrotek w śniegu” przyda się każdemu z Nas na ten Nowy, 2012 rok. I choć ostatni rozdział możesz, drogi Czytelniku, czytać ze łzami w oczach (tak było w moim przypadku), na pewno kiedy odłożysz pozycję, nie powiesz: „Żałuję, że przeczytałem tą książkę”...”

Kolejna, równie refleksyjna pozycja kolejnego świetnego autora - Williama Whartona - który oczarował mnie nietuzinkową publikacją „Wieści” traktującą nie tylko o świętach, ale także ludzkich problemach:

„Po przeczytaniu pozycji nie mogłam ochłonąć, gdyż autor naprawdę postarał się, Ukazał nam rodzinę, która utożsamiała każdego z nas i pokazał, że nawet w najpiękniejszy dzień roku, jakim są Święta Bożego Narodzenia, mogą trapić nas zmartwienia dnia codziennego.”

„Powieść, która przekazuje nam wiele wartościowych rzeczy, pisana jest prostym i lekkim językiem, dlatego książkę czyta się szybko i z uśmiechem na ustach. Wharton szczególnie ujął mnie podział rozdziałów ( z pewnością nie zdradzę wam co i jak – musicie zobaczyć to sami ;D ).”

w moim „krótkim” wywodzie nie mogę zapomnieć o Panu Khaledzie Hosseini, który wzbudził we mnie nie tylko zachwyt, ale również wycisnął łzy, kiedy czytałam „Chłopca z latawcem”. Sami zobaczcie:

„Mimo że na początku trudno mi się było w nią wciągnąć, potem nie mogłam się wręcz od niej oderwać. "Chłopiec z latawcem" to książka, przez którą człowiek gotowy jest zarwać noc byle tylko dowiedzieć się co dalej. Uwielbiam takie historie, trochę rzewne, trochę sentymentalne (ale czy można inaczej pisać o swoim kraju żyjąc z dala od niego?) takie zwyczajnie niezwyczajne, a przy okazji naprawdę dobrze napisane. Według mnie to przepiękna opowieść o winie i odkupieniu, o miłości do ojca, do ojczyzny. O przyjaźni. Smutna i dramatyczna. Ale i niosąca nadzieję. Po prostu niezwykła.”

„Największe wrażenie zrobił na mnie jednak psychologiczny obraz głównego bohatera, często nie podobało mi się jego postępowanie, głównie dlatego, że sam był świadomy, że robi źle, chciał lepiej, a jednak dokonywał takich a nie innych wyborów, które przyszło mu później odpokutować. Niespodziewany telefon wzywający do Peszawaru jest jak głos z przeszłości, od której nie można uciec. A przecież Amir zawsze wiedział, że kiedyś będzie musiał wrócić do kraju dzieciństwa, by odnaleźć jedyną rzecz, jakiej nie znalazł w swoim nowym świecie: nadzieję na odkupienie. Na zmazanie grzechu tchórzostwa i zdrady. Na wybaczenie samemu sobie.”

I na koniec – książka, którą zrecenzowałam jako jedną z pierwszych i choć moja opinia nie jest doskonale skonstruowana, uwielbiam ją czasami ponownie podczytywać ;) Zapraszam na fragmenty recenzji pozycji Sue Monk Kidd pt. „Sekretne życie pszczół ”:

„To ciepła, sentymentalna powieść - dla tych, którzy potrafią i lubią się wzruszyć (...)”

„Wszystkie rozdziały tej pasjonującej książki mają wspólny element - opatrzone są notkami o życiu i obyczajach pszczół.”

I tak nasza podróż dobiegła końca ;) Przyznam, że dawno nie odbyłam tak ciekawej wycieczki. Już nie mogę doczekać się kolejnej. (Wyjątkowo długo zeszło mi dodawanie tego posta - jestem tak spalona, że hej ;P)

środa, 15 sierpnia 2012

[98] Daniel Radziejewski „Grzech ojca”

Wyd. Novae Res
Gdynia 2012, 338 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

We współczesnym świecie gazety są jedną z możliwości zaznajomienia się z nowinkami, raportami czy skandalami na arenie narodowej i międzynarodowej. Wiele osób nie ma jednak zaufania do dziennikarzy, a nawet uważa, że często przeinaczają oni prawdę. Być może tak jest, jednak na pewno nie w każdym przypadku. W końcu są oni tak jak my – zwykłymi ludźmi. Na dodatek borykają się nie tylko z problemami prywatnymi, ale również zawodowymi. Bo przecież: Czy tak łatwo jest napisać prawdziwy artykuł, kiedy podczas dochodzenia do sedna sprawy rzucane są przysłowiowe kłody pod nogi?

Wszystko zaczyna się, kiedy dziennikarz Przemysław Próchnicki przygotowuje się do napisania artykułu na temat niejasnej zbiórki pieniędzy na ratowanie Stoczni Gdańskiej, przeprowadzonej przez kontrowersyjnego księdza, Eugeniusza Szafrona – właściciela Radia Wiara. Wydawać by się mogło, że prywatne śledztwo Przemka kończy się fiaskiem, gdy w dziwnych okolicznościach umiera jedno z jego źródeł. Mężczyzna jednak dalej chce stworzyć „artykuł życia”. Z czasem jednak sprawy zaczynają się coraz bardziej komplikować. Podejrzana śmierć, anonimowe groźby oraz próby zamachu na życie Próchnickiego i jego bliskich wykazują podobieństwo do okoliczności tajemniczych morderstw mających początek w latach 80. Przemysław odkrywa, że za wszystkie zgony odpowiedzialna jest ta sama grupa ludzi – dawna komórka Służb Bezpieczeństwa. Główny bohater, mając najważnejszy dowód obciążający winą ojca Szafrona postanawia wyjaśnić sprawę do końca. Jednak jak wygrać, kiedy pętla zaciska się na naszej szyi, a walka toczy się nie w jednej lecz trzech bataliach?

Przeczytany opis na długo pozostawiał w szoku odbiorcę. Dlaczego? Bo to prawdziwa opowieść? Bo zasmakujemy emocji zafundowanych na różnych frontach? Już wtedy wiedziałam, że nie będę mogła podarować sobie tej lektury. Przez długi czas jedno zdanie: „powieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami” odbijało się echem w mojej głowie. W momencie, gdy otworzyłam pozycję i przeczytałam pierwsze całkiem zwykłe zdanie, liczyłam na to, że nie będzie to zwykła opowieść i na długo pozostanie w mojej pamięci. I po raz kolejny mój czujny nos, baczne spojrzenie, serce rządne wrażeń i nieodporny rozum odnalazły niezwykłe dzieło.

Choć niewiele udało mi się znaleźć na temat Pana Daniela (wcześniej zadebiutował powieścią „Metodyk” - jak sam pisze kryminałem obyczajowym) po lekturze jego najnowszej publikacji mogłabym z łatwością scharakteryzować go, jako artystę. Trzydziestoparoletni pisarz posługuje się lekkim stylem, mimo że często wkracza na „wyboistą” ścieżkę. Za każdym razem przedstawiając kolejne sytuacje stara się tak dobierać słowa, aby nie tylko przyciągnąć czytelnika, ale również zawrzeć w danym fragmencie odrobinę tajemniczości. Choć siła stylu nie utrzymuje się niestety przez całą powieść, a czasem pojawiają się drobne niedopatrzenia językowe, pozwala to spędzić czytelnikowi długie godziny z Przemkiem i jego otoczeniem, nie zwracając uwagi na mijający czas i to, że właśnie zachodzi słońce albo zaczyna padać. Mimo niewyrafinowanych pojęć, a nawet dzięki prostym słowom Pan Daniel przekazuje czytelnikowi wiele ważnych, ale na co dzień niezauważalnych zjawisk tworząc uniwersalne złote myśli.

„Dusza pogniotła się jak kartka papieru. Nie potrafił opisać swojej sytuacji. Dla jednych była to proza życia, smutna strona egzystencji, dla innych dramat, a dla jeszcze innych jedna wielka chujnia. Niezależnie od nazewnictwa była to bezradność jednostki pogrążonej w depresji. Był zniszczony, ale nie martwy. 'Życie znów posłało mnie na deski. Ale wstanę i będę walczył do końca!'”

Co ciekawe – Pan Daniel, oprócz historii inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami pokazuje czytelnikowi nader realne „kolory” życia dziennikarza, jego codzienne problemy zawodowe i trudności, jakie muszą pokonać by nie tylko być wiarygodnym źródłem dla czytających, ale również wiarygodnym dla siebie i jednością ze swoim sumieniem i moralnością. W XXI wieku, kiedy pracownicy gazet bardzo często uważani są za koloryzatorów rozmaitych wydarzeń, pisarz świetnie pokazuje poprzez wykreowaną przez niego postać, że nie wszystkich, choć są „po jednym fachu”, można mierzyć jedną miarą. Na dodatek, za co również należy się Panu Danielowi plus – przedstawił również zabawniejsze sytuacje z życia dziennikarza.

- Czy mogę poprosić o jakiś dowód tożsamości? - wtrącił się nagle Urbański, wpatrując się podejrzliwie w Próchnickiego.
Przemek wręczył starszemu mężczyźnie dowód osobisty wraz z prawem jazdy. Urbański spojrzał na dane i zdjęcie, które faktycznie odpowiadało małej fotce dziennikarza tuż nad artykułem w starym numerze magazynu.
- To rzeczywiście pan, ale jaja!(...)”

Wielką radość sprawiło mi to, że Pan Radziejewski wyraźnie zarysował życie prywatne głównego bohatera. Dzięki temu jego dzieło z powieści sensacyjnej przerodziło się w pouczającą pozycję obyczajową pełną rozmaitych emocji począwszy od współczucia, smutku, bólu po wytrwałość i siłę z przewodzącym wątkiem sensacyjnym. Na bardzo dobrym poziomie były opisywane nie tylko rozgrywki psychologiczne, ale również bezsilność, którą doświadcza czasami każdy z Nas. Szczególnie zadowolona byłam również, kiedy odnalazłam fragmenty po niemiecku – na ich lekturze spędziłam trochę więcej czasu, starając się samodzielnie je przetłumaczyć. Udało mi się również zapisać wiele nowych, nieznanych dotąd słówek ;)

Bardzo spodobało mi się również to, iż fabułę budował nie tylko wątek artykułu o ojcu Szafronie, ale wiele innych pozornie nie związanych z głównym, a jednak łączących się w jedną całość. Dzięki temu pisarzowi udało nieco wodzić czytelnika za nos, by efektownie zmienić bieg akcji i wprowadzić w zdziwienie, kiedy będzie czytać zakończenie. Przyznaję, że to świetnie wyszło, a ostatni rozdział nie tylko poruszył, ale również stał się „wisienką na torcie”.

Podsumowując muszę stwierdzić, że dawno nie czytałam tak dobrej pozycji opisującej nieco realne, a jednak ubarwione fikcją literacką, wydarzenia. Lekturę mogę śmiało polecić nie tylko osobom rządnym wstrząsy, jak przystało na utwór sensacyjny, ale również chętnym zasmakować nader emocjonalnej opowieści o życiu zwykłego człowieka. Jeżeli chodzi o mnie – nie mogę się doczekać, kiedy chwycę za debiut Pana Daniela „Metodyka”.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Mała spowiedź...

Untrmarkt Görlitz 
Kochani! Kiedy wielkimi krokami nadchodziły wakacje, a co za tym idzie masa wolnego czasu, miałam wielkie plany, nie tylko co do czytania i aktywności blogowej, ale również wielu innych rzeczy. Niestety, jak to bywa w wakacje wszystkie niezwykłe idee i pomysły przyhamował wszechogarniający leń, letnie wyjazdy i domowe porządki. Postanowiłam, że w końcu muszę nie tylko przyznać się do kilku rzeczy sama przed sobą i tu – przed wami, ale również odrzucić za siebie to co niepotrzebne i ruszyć do przodu z nową siłą.

Nebengasse in Görlitz (boczna uliczka w Görlitz)
Jak pewnie zauważyliście strasznie opuściłam się z pisaniem nowych recenzji (choć przeczytałam już kilka niesamowitych pozycji). Na dodatek cykl „LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA”, który sprawiał mi ogromną radość, kiedy go tworzyłam, a jeszcze większą, gdy widziałam wasze zainteresowanie nową akcją, stanął” na etapie drugiej odsłony. W zeszłym tygodniu wróciłam z moich najlepszych wakacji ostatnich lat – Workcamp'u w niemiecko-polskim mieście Görlitz-Zgorzelec. Podczas dwóch tygodniu pobytu na obozie nabyłam nie tylko niesamowite doświadczenia, ale również rozwinęłam swoje zdolności językowe. Podczas mojej nieobecności mogliście przeczytać dwie recenzje: Marzycieli i Pokutników” i „Miasteczka Salem” oraz drugą odsłonę cyklu. Po tygodniu „odpoczynku” spożytkowanego na rozpakunek walizek, rozdysponowanie pamiątek, wakacyjne porządki domowe, oglądanie Olimpiady i uporządkowanie półek z książkami (nie mogłam się powstrzymać i kupiłam publikację o malarstwie apokaliptycznym po niemiecku) postanowiłam wrócić do miejsca, które jest dla mnie niezwykle ważne – na mojego bloga.

Dresden (Drezno)
Jak przystało na spowiedź – obiecuję poprawę ;) Choć w głowie drzemie masa nowych pomysłów, postanowiłam, że najpierw nadrobię zaległości nie tylko związane z pisaniem czy czytaniem, ale również w końcu uzupełnię poszczególne zakładki i uporządkuję etykiety. Postaram się odwiedzić choć część zaprzyjaźnionych blogów. Mam nadzieję, że jeszcze dziś uda mi się opublikować recenzję „Grzechu ojca” - lektury, którą udało mi się przeczytać podczas Workcamp'u. Ostatnie dwie wakacyjne odsłony cyklu – dziewiętnastego i dwudziestego szóstego sierpnia skończę przygotowywać na tip top ;) Wierzę też, że nawet te nieblogowe sprawy w końcu ruszą do przodu i ujrzę w najbliższym czasie ich szczęśliwy koniec.

Jak to mawialiśmy na Workcamp'ie:

- Damy radę?
- Tak, damy radę! ;)

PS. Wkrótce możecie spodziewać się też pełnej fotorelacji z Workcamp'u ;P

środa, 1 sierpnia 2012

[97] Stephen King „Miasteczko Salem”

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
1999 (wydanie II), 470 str.
Ocena: 7/10 Dobra

Ostatnimi czasy coraz częściej w literaturze spotykamy się z motywem wampirów. Nie od dziś wiadomo, ze byłam do nich sceptycznie nastawiona i omijałam szerokim łukiem publikacje, w których występowały te niecodzienne stworzenia. Jedak podczas tegorocznych wakacji, przed pójściem do nowej szkoły, postanowiłam zmienić kilka rzeczy, również moje niektóre upodobania czytelnicze.

Amerykański pisarz, będący autorem głównie literatury grozy. To nie tylko mistrz horroru, ale również jeden z najbogatszych literatów świata (zarabia rocznie średnio 50 mln dolarów rocznie). Każda jego książka trafia natychmiast po premierze na szczyty list bestsellerów, a zanim powstanie, wytwórnie filmowe biją się o prawa do jej ekranizacji. Jest przy tym kochany przez rodaków jak mało który autor: jego kariera to odzwierciedlenie amerykańskiego mitu sukcesu - od pucybuta do prezydenta. A w tym przypadku - od pracownika miejskiej pralni do króla literatury popularnej. O kim mowa? Oczywiście, ze o Stephanie Kingu ;) Ten popularny człowiek jest autorem horrorów, które przeszły do klasyki gatunku, jak np. „Lśnienie”, „Smętarz dla zwierzaków”, „Miasteczko Salem”, „Podpalaczka”. Nie ogranicza się jednak do jednego gatunku, czego przykładem są: „Cztery pory roku”, „Zielona mila”, „Oczy Smoka”, „Bastion” oraz 7-tomowy cykl powieści fantasy „Mroczna Wieża”.W przeszłości wydawał książki pod pseudonimem Richard Bachman, raz jako John Swithen. Jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie. W 2003 został odznaczony prestiżową nagrodą DCAL (Medal za wybitny wkład w literaturę amerykańską) przez National Book Foundation. Stephen King ma córkę i dwóch synów, również pisarzy: Owena Kinga oraz Joe Hilla.

Przyznam, ze mimo iż wyznaczyłam sobie miesiące wakacyjne na moje małe „wampirowe wyzwanie”, miałam obory, by chwycić za taką pozycję w lipcu. Udało mi się to w sierpniu, ale muszę zdradzić, że zrobiłam to zupełnie nieświadomie. Od dawna planowałam również, chwycić za prozę, wychwalanego przez wielu, Stephana Kinga. Stojąc pośród regałów pobliskiej biblioteki wybrałam pozycję, której opis wydawał mi się najbardziej atrakcyjny - „Miasteczko Salem”.

„Znany pisarz Ben Mears powraca do miejsca, gdzie spędził dzieciństwo – małego miasteczka Jeruzalem zwanego też Salem. Główny bohater jest szczególnie zainteresowany starym domostwem rodziny Marstenów, w którym przed wielu laty doszło do tragicznych wydarzeń. Okazuje się, że dom został kupiony przez 2 tajemniczych mężczyzn. Wkrótce w Salem, w dziwnych okolicznościach zaczynają umierać ludzie.” - ten krótki tekst z tyłu okładki strasznie mnie zachęcał, aż żal było nie chwycić za tą pozycję.

„ (…) nigdy nie staraj się słuchać zbyt pilnie, bo możesz usłyszeć coś, co ci się wcale nie będzie podobało.”

Są książki o ludziach, zwierzętach, chochlikach czy innych „nietypowych” stworzeniach. Z pewnością do tego grona „nietypowych”, można tez zaliczyć wampiry. Od kiedy ukazała się Saga Pani Meyer, zrodziła się straszna nagonka wokół „wampirowatego świata”. Trochę mnie to denerwowało i głównie z ogromnego wpływu jaki wywierała ta powieść na młodzież, postanowiłam z tej pozycji zrezygnować. Od tego czasu starłam się omijać wszystko „co ma długie kły”. Co prawda obejrzałam dwie pierwsze części Sagi, jednak moje wrażenia, nie były za specjalne. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w mojej decyzji. Pod koniec roku szkolnego postanowiłam to zmienić. Miałam w planach przeczytanie „Zmierzchu”, mimo to trafiłam na „Miasteczko Salem”. I nie żałuję, choć naprawdę nie było mi łatwo czytać o wbijaniu kołka w serce nocnych stworzeń.

„Z lękiem, którego nie można wyartykułować, nie można także wygrać, a strach zamknięty w dziecięcym mózgu jest zwykle zbyt wielki, żeby mógł znaleźć ujście przez nieduże usta. Prędzej czy później wracałeś z kimś do tych miejsc, które niegdyś napełniały cię niewysłowionym przerażeniem, i napawałeś się smakiem spóźnionego zwycięstwa, aż wreszcie przychodziła ta noc, podczas której okazywało się, że dawne lęki nie zniknęły z twojej podświadomości, lecz tylko zostały na jakiś czas zamknięte w małych dziecięcych trumienkach, pokrytej kwiatami dzikiej róży.”

Najważniejszym aspektem powieści, dzięki któremu dobrnęłam do końca, są bohaterowie. Bardzo polubiłam Bena. Spodobał mi się jego tok myślenia i chęć dociekania informacji. Z chęcią czytałam o tym, jak pisze swoją książkę, docieka informacji, spotyka się z Susan, ale również o tym, jak przemierza miasteczko w poszukiwaniu wampirów. Przyznam, że to głównie dzięki niemu wampiry, od których tak stroniłam, stały się zjadliwe, a moje myśli krążyły wokół pytania: „Czy uda im się wyjść zwycięsko z TEGO?!”

Podsumowując przyznaję, że lektura powieści Kinga dostarczyła mi wielu emocji: zarówno pozytywnych i negatywnych. Sądzę, że te spotkanie z wampirami mogę uznać za w miarę udane, a do publikacji TEGO Mistrza z pewnością zajrzę. Książkę polecam każdemu, kto sądzi, że przed „Zmierzchem” nikt dobrze nie pisał o wampirach, a także fanom dzieł pełnych napięcia.