Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 czerwca 2016

Diane Chamberlian, Chcę Cię usłyszeć

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2016, 456 s.
Każdy z nas był w sytuacji, kiedy zabrakło słów, a głos ugrzązł w gardle. Zwykle towarzyszył też temu potworny stres i szczypta lęku. Niekiedy jednak następuje moment, że strach paraliżuje nas z jakiegoś powodu i nie możemy się odezwać. Co zrobiłabyś, gdybyś straciła głos?

Kiedy poznajemy Laurę, jej ojciec umiera po latach zmagań z rakiem. Jest to dla niej ogromny cios to tata pokazał jej piękno podniebnego świata. Przed śmiercią zdążył jednak poprosić córkę, by zaopiekowała się Sarah Tolley starszą panią, o której nigdy wcześniej nie słyszała. Chcąc dopełnić zobowiązania, jedzie do Meadow Wood Village. Po powrocie do domu widzi na schodach płaczącą Emmę. Nie mogąc znaleźć nigdzie męża, spodziewa się najgorszego. Mężczyzna od lat walczy z depresją i nieudolnie próbuje wydać książkę. Spada na nią kolejna tragedia Ray popełnił samobójstwo. Na dodatek pięciolatka, będąca świadkiem zdarzenia, nie chce o tym mówić... nie chce wcale mówić...

Światowej sławy astronom, a jednocześnie matka i zrozpaczona żona staje przed kolejnym wyzwaniem. Próba powrotu do normalności wydaje się niemożliwa. Na dodatek winą za śmierć Raya i mutyzm córki, Laura obarcza siebie. W walce o dawną Emmę może pomóc jej tylko jeden mężczyzna, z którym nie widziała się od sześciu lat biologiczny ojciec dziewczynki. Jej czas pochłaniają również cotygodniowe odwiedziny u Sarah. Kim jest ta kobieta? Czy obietnicy zawsze należy dochować? I w końcu: A ty co być zrobiła aby pomóc swojemu dziecku?

środa, 2 grudnia 2015

Jodi Picoult i Samantha van Leer "Z innej bajki"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka,
Warszawa 2013, 312 s. 
Prawdziwe bajki nie są dla ludzi o słabych nerwach. Dzieci są zjadane przez czarownice i ścigane przez wilki; kobiety zapadają w śpiączkę i padają ofiarą niegodziwych członków rodziny. Ale cały ten ból i męczarnie wynagradza im zakończenie: długo i szczęśliwie[1].

Dawno, dawno temu, za górami i lasami... a potem: żyli długo i szczęśliwie. Te formułki zna każdy, kto choć raz chwycił za książkę przeznaczoną dla młodszego odbiorcy. I choć adresatami są kilkulatki w historiach z bajkowych krain zaczytują się osoby w każdym wieku. Zwłaszcza niepoprawni marzyciele, którzy tak jak księżniczka z księciem chcieliby żyć długo i szczęśliwie.

Każda z Nas - Pań - będąc w pewnym wieku marzyła o księciu z bajki. Idealny mężczyzna, którego nie raz spotykamy na kartach książek - obiekt westchnień i przyczyna szybszego bicia serca. Wysoki, nieziemsko przystojny i oczywiście szlachetny oraz odważny. Czasem to wyobrażenie nęcące nasz umysł w latach dzieciństwa, nierozerwalnie towarzyszy, gdy dorastamy, wierząc, że kiedyś spotkamy "tego" wyidealizowanego księcia.

Choć w życiu trzeba zderzyć się z rzeczywistością - zarówno problemami, jaki i radościami - każdy, niezależnie od płci, lubi trochę pofantazjować. Wyobraźnia w końcu nie ma granic. Zwłaszcza ta, w którą zaopatrzeni zostali przy narodzinach pisarze i pisarki. Bo kto by pomyślał, że...

wtorek, 6 października 2015

Sue Monk Kidd "Opactwo świętego grzechu"

Wydawnictwo Literackie,
 Kraków 2015, 348 s.

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
 WZNOWIENIA BESTSELLEROWEJ POWIEŚCI! 
Premiera: 8 października.

Czasem przychodzi chwila, kiedy życie pozostawia po sobie niedosyt. Trudno cieszyć się ze spokoju i harmonii, która nas otacza. Wielu tego by oczekiwało - braku trosk, problemów i przeciwności losu. Pozorna beztroska niekiedy jednak napawa jeszcze większym smutkiem i zmusza do poszukiwania szczęścia i odkrywania samych siebie.

Jessie Sullivan od lat jest mężatką, a jej jedyna córka wyfrunęła z gniazda niecały rok wcześniej, wyjeżdżając na studia. Zostaje jedynie ona, mąż, duży dom i małe przyjemności. Z czasem to życie, dotąd satysfakcjonujące, zaczyna nudzić. Jessie nie czuje się spełniona u boku Hugha, nie dostrzega w codzienności pozytywów, które popychałby ją do działania - popada w stagnację. Pragnie wyrwać się z ram, odnaleźć swoje miejsce i wewnętrzny spokój. Z czasem dostaje od losu szansę, by pomyśleć nad tym, co dotychczas ją spotkało.

W środku nocy małżeństwo budzi telefon. Pewien niecodzienny wypadek sprawia, że Sullivan musi powrócić na wyspę dzieciństwa, którą opuściła wiele lat wcześniej. Wraca, by zaopiekować się matką i rozliczyć się z przeszłością, która zdaje się o sobie przypominać. Kobieta od lat nie odwiedzała znajomych miejsc, starała się unikać wspomnień, które przynosiły ból. Oswojenie demonów młodzieńczych lat staje się przyczyną do akceptacji zagadkowej śmierci ojca i pogodzenia się z dotąd osobliwym zachowaniem matki. Droga do rozszyfrowania sekretu nie będzie łatwa, a kiedy prawda wyjdzie na jaw,  Jessie będzie zupełnie innym człowiekiem.

sobota, 14 marca 2015

Diane Chamberlain "Milcząca siostra"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
  Warszawa 2015, 456 s.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra 

Każda rodzina ma swoją tajemnicę. Jedna bardziej trywialną, inna - niezwykle mroczną. Trafiając na strzępki informacji z przeszłości, trudno oderwać się od kart, które wręcz proszą się o odkrycie. Idąc krok za krokiem z ciekawością, gdzieś w sercu nieświadomie pojawia się lęk przed przeniknięciem niejasnych faktów. Przecież nie musi być tak, jak się spodziewany. Prawda może zburzyć cały dotychczasowy porządek świata, zwłaszcza, gdy okaże się, że rzeczywistość, w którym żyliśmy była jedynie dobrze skonstruowanym kłamstwem.

Rhiley przez całe dotychczasowe życie była pewna, że jej siostra Lisa, będąc nastolatką, popełniła samobójstwo. Nikt nigdy nie wspominał jej o okolicznościach tych wydarzeń, ona też nie pytała. Po ponad dwudziestu latach, sprzątając dom ojca po jego śmierci, odkrywa, że Lisa wcale nie umarła - jej siostra przybrała nową tożsamość. MacPherson w czasie poszukiwań będzie musiała znaleźć odpowiedź na wiele pytań. Co stało się przed laty? Dlaczego Lisa opuściła dom, rodzinę i miasto, pozostawiając ich bez żadnej wiadomości? I w końcu - dlaczego jej siostra od tak dawna milczy?

Chamberlain to pisarka, której twórczość stopniowo odkrywam. Nie raz już wspominałam, że za sprawą Książkówki trafiłam na literaturę tworzoną przez amerykańską autorkę, i nie żałuję. Popularna twórczyni powieści obyczajowych, które cieszą się sympatią czytelników na całym świecie, zyskuje co raz większą aprobatę wśród polskich książkoholików. Nie boi się poruszać trudnych tematów, robiąc to w sposób wnikliwy i na tyle tajemniczy, że jej książek nie idzie porzucić ot tak między zdaniami. Ponadto w jej lekturach nigdy nic nie bywa oczywiste...
 
Porządkując dom razem z Rhiley, mimowolnie angażujemy się w życie bohaterki. Kobieta, przygotowując na aukcję miejsce, w którym dorastała, musi uporać się nie tylko z bagażem emocji, ale i masą pamiątek i papierzysk, które po swojej śmierci pozostawił jej ukochany ojciec. Wśród mnóstwa bibelotów, które Frank darzył szczególną sympatią, Rhiley odnajduje zdjęcia siostry - młodej skrzypaczki - i nagrania z koncertów, kiedy ta była jeszcze dzieckiem. Chce zrobić to, czego nigdy nie miała możliwości - poznać siostrę chociażby przez te filmy i fotografie. Obraz Lisy, którego nie mogła zapamiętać jako dwulatka, nabiera dla niej namacalnych cech.

"[...] uświadomiłam sobie, że od początku do końca ją sobie wymyśliłam. Nic o niej nie wiedziałam, więc musiałam sobie wyobrazić, jaka była. Teraz nagle zobaczyłam jej twarz. Zobaczyłam, jak ciężko pracowała. Była tylko dzieckiem."*

Kolejne etapy poszukiwań i następne, równie zaskakujące odkrycia głównej bohaterki sprawiają, że poznajemy obraz całej rodziny, której kulą u nogi staje się przeszłość. Matka nie potrafi porzucić żalu po śmierci ukochanej córki; ojciec, pełen zmęczenia odznaczającego swe piętno na twarzy, żyje obok bliskich, ale jednocześnie poza nimi. Samobójstwo Lisy wpływa na wszystkich MacPerson'ów. Wszystkim brak brak ciepła, bliskości, a przede wszystkim rozmowy. Każdy jednak inaczej sobie z tym radzi.

Próby milczenia doświadczyłam także ja... :)

Powieść podzielona jest na trzy części. Nie tylko Rhiley, ale także Lisa ze swojej perspektywy przedstawia nam historię sprzed lat. Pozycja, której kolejne rozdziały oparte są na dochodzeniu do teraźniejszości, czyta się z wypiekami na twarzy. Przyznaję, że nie mam pojęcia czego byłam bardziej żądna - momentów, w których będę mogła poznać prawdę od bezpośredniego uczestnika tamtych wydarzeń, czy dalszych poszukiwań młodej MacPherson. Chamberlain zdecydowanie pod tym względem gra na pragnieniach czytającego, irytując go w sobie charakterystyczny sposób.

Amerykańska pisarka jak zwykle porusza w swojej powieści tematy trudne, które wymagają zaangażowania emocjonalnego czytelnika. Chamberlain z premedytacją wchodzi na obszary psychiki bohaterów. Każdy, kto w jakiś sposób na chwilę "dostaje głos" w historii toczy wewnętrzną batalię. Moje spojrzenie w szczególności skierowało się ku Danny'emu. Mężczyzna, który ma za sobą doświadczenie walk na froncie, początkowo budził lęk swoim zachowaniem nie tylko w Rhiley, ale również we mnie. Z czasem, gdy dostrzegłam silny wpływ samobójstwa Lisy oraz życia w ciągłym kłamstwie i niedopowiedzeniach także na jego egzystencję, zaczął wydawać mi się najciekawszą i najbardziej złożoną postacią, której "nie odstępowałam" na krok.

"[...] To nie mój umysł jest chory - powiedział - tylko moja dusza. A jej nie wyleczysz prochami."*

Ważną rolę w opowieści odgrywa też mały instrument - Violka. Przez chwilę niesamowity świat muzyki wydaje nam się okrutnym placem, na którym toczy się nieustanna walka. Wiele spostrzeżeń w tej kwestii nasuwa czytelnikowi profesja Rhiley, która zdecydowanie wydaje się być wybrana pod wpływem samobójstwa siostry. Przez długi czas mamy jedną możliwość - podążać za jej przypuszczeniami i wnioskami. Dopiero kiedy zaczęła się przede mną jawić druga strona medalu, spojrzenie to poszerzyło się. Muzyka, każdy dźwięk, staje się niezwykle pożądanym krzykiem smutku i szczęścia całej rodziny. Piękny odgłos skrzypiec i melodia z nich płynąca, która pojawia się gdzieś w naszym umyśle, roztacza swą "woń" przez całą powieść.

Dodanie opowieści odrobiny zabarwienia kryminalnego nie pierwszy raz wychodzi autorce na dobre. Fakt ten sprawia, że stajemy się detektywem, który nie tyle, co Rhiley pragnie odnaleźć siostrę, ale bardziej jak Danny - znaleźć sprawiedliwość. Byłam rozdarta pomiędzy tymi dwoma postawami bohaterów. Każda w jakimś stopniu wydawała mi się słuszna i właściwa dla rozwiązania całej zagadki. Byłam też ogromnie ciekawa jak w świetle działań rodzeństwa zachowa się poszukiwana, która odchodziła od rodziny z myślą, że nigdy więcej ich nie zobaczy, a oni w ogóle nie będą mieli pojęcia, że tak na prawdę nie popełniła samobójstwa.

Kobiety to Czytają!
"[...] sprawiedliwość ma wiele postaci."*

Charakterystyczne postacie uwikłane w całą historię sprawiają, że czytelnik porzuca początkową myśl wedle której cała historia jest przewidywalna. Czytając kolejne strony i odkrywając następne tajemnice czułam się co raz bardziej zaskoczona. Mam wrażenie, że tylko Chamberlain potrafi tak silną nicią spajać najbardziej skrajne elementy świata przedstawionego, tworząc jednorodną i mocną, pod względem dostarczanych wrażeń, opowieść. Nie znam żadnej innej pisarki, która sprawiałaby, że czytelnik jej powieści zdaje się być wyłączony na tych kilka momentów, kiedy oddaje się lekturze, z realnego świata. To, co dzieje się tu i teraz, zdaje się być nam obojętne. Bardziej prawdopodobne było, że wystygnie mi obiad albo spóźnię się na pociąg po siostrę, niż możliwość, że odłożę książkę chociażby przed skończeniem rozdziału.

Chamberlain sprawia, że wydarzenia w lekturze idą w jednym z możliwych kierunków. Czytelnik, jak i sama autorka mają pełną świadomość, że wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Czy rozwiązanie jest dobre? Chamberlain pozostawia tę kwestię sumieniu czytającego, który zaczyna zastanawiać się, jak postąpiłby w obliczu podobnego precedensu we własnej rodzinie. Podzieliłby punkt widzenia Dany'ego czy może cieszyłby się razem z Rihley? Bez próby wczucia się w sytuacje bohaterów nie możemy zdecydować o jednokolorowej barwie finału. 

"Człowiek nie może [...] bez końca uciekać od swoich błędów."* 

"Milcząca siostra" to powieść, która wodzi za nos. Przez nią błądzimy od skrajności w skrajność. Chamberlain niesamowicie miesza, wprowadza zaskakujące rozwiązania, ale nie robi tego odpychająco. To pozycja, którą czyta się błyskawicznie, a która nie nudzi. Myślę, że jej autorka jest jedną z najlepszych przedstawicielek swojego kraju, które tworzą prozę obyczajową. Zdecydowanie polecam powieść, w której tak naprawdę najważniejszą postacią nie jest niewidziana od lat siostra, ale całą rodzina - jako całość i osobne ogniwa. Obiecuję, że tę publikację o barwach ludzkiego kłamstwa przeczytacie z ogromną ciekawością i nieodpartym wrażeniem, że lektura zbyt szybko topnieje w rękach. 

*Cytaty pochodzą z książki Diane Chamberlain "Milcząca siostra", kolejno ze stron: 97,119, 418, 407. 

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka, za co serdecznie dziękuję ;)

wtorek, 10 marca 2015

Sue Monk Kidd "Sekretne życie pszczół"


Wydawnictwo Literackie
Kraków 2015, 352 s.
Ocena: 10/10 Perełka.

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 
WZNOWIENIA BESTSELLEROWEJ POWIEŚCI!
Premiera: 19 marca. 

Życie w przyrodzie, jego powtarzalność i harmonia wydają się zgoła inne od ludzkiej egzystencji. Maleńkie owady zapylające rośliny i produkujące miód tak jak człowiek, mają jednak swoje problemy i zadania. Dlatego ich obecność działa kojąco na umysł Lily, pozwalają zatrzymać się i zrozumieć, że jest się o krok od prawdy, dla której przemierzyła dziesiątki mil. Pukając do drzwi nie ma świadomości, że August, June i May staną się dla niej prawdziwą rodziną, której zawsze jej brakowało.

Posiadanie kogoś, kto będzie nas kochał niezależnie od naszych uczynków to pragnienie każdego człowieka. Lily Owens nie czuje jednak, by komuś na niej zależało - zwłaszcza ojcu. Żyjąc na brzoskwiniowej farmie z T. Rey'em i Rosaleen nieustannie towarzyszy jej niezatarte wspomnienie dnia, w którym zginęła matka. Pamięta też, że to ona ją zabiła. Ta myśl prześladuje dziewczynkę, która usilnie szuka śladów obecności matki w swoim życiu. Pozostał jej jedynie obrazek Czarnej Madonny, na którego odwrocie widnieje nazwa miejscowości - Tiburon.

Sue Monk Kidd to współczesna amerykańska pisarka, która z ogromną śmiałością pisze o rzeczach trudnych - rasizmie, niewolnictwie, śmierci, wierze i zmaganiu się z upiorną przeszłością. Swoimi powieściami zwraca uwagę społeczeństwa na zjawiska, które zwykle bezpośrednio nas nie dotyczą. W Polce ukazały się trzy powieści Kidd. Najpopularniejsza, po raz pierwszy opublikowana w 2004 roku, wkrótce doczeka się kolejnego wznowienia.

"Historie trzeba opowiadać, inaczej umrą, a kiedy umrą, nie będziemy pamiętać, kim jesteśmy i po co istniejemy."*

"Sekretne życie pszczół" to książka, którą czytałam nie pierwszy raz. Na powieść Sue Monk Kidd natrafiłam na początku mojej literackiej przygody. Wtedy, tworząc bloga od kilku tygodni, napisałam o niej zaledwie kilka zdań. Dziś te słowa, tak ważne wtedy, wydają się niewystarczające - potrafię pisać dużo za dużo, a tej powieści zdecydowanie się to należy. Nie mówię o przegadaniu, a jedynie o ukazaniu głębi, piękna i prostoty publikacji Kidd, którą każdorazowo chwytam w ręce z równie dużą radością. 

Decyzja o ponownej lekturze nastąpiła dość spontanicznie i ani przez chwilę nie obawiałam się, że w oczach niemal dwudziestolatki książka wypadnie słabiej, niż gdy czytałam ją będąc w gimnazjum. Powrót do dobrze znanych bohaterów i sytuacji był tym, czego potrzebowałam. Na nowo mogłam uśmiechać się czytając zdania pisane nieskomplikowanym językiem z punktu widzenia czternastolatki. 

Miodowa fotografia :)
"Czy wiesz, że w jednym z eskimoskich języków są trzydzieści dwa słowa oznaczające miłość? - powiedziała August. - A my mamy tylko to jedno. Jesteśmy tacy ograniczeni."* 

Najpiękniejszym przy lekturze powieści jest fakt, że za każdym razem zachwyca na nowo - ciepłem, optymizmem i niewyobrażalną siłą kobiet, od których możemy uczyć się bezinteresownej miłości. Ogromnie polubiłam siostry Boatwright. Najbliższa mojemu sercu była August - najstarsza i pewnie najbardziej stabilna emocjonalnie z trójki rodzeństwa. Imponowała mi swoim opanowaniem i wyrozumiałością. Razem z June, która nierzadko gra czytelnikowi na nerwach, świetnie opiekowały się May, próbując zrozumieć jej spojrzenie na świat. August miała potężną wiedzę na temat otaczającego ją świata - nie tylko pszczół, ale i ludzi. Momentami wydawało mi się, że to dzięki małym owadom łatwiej jest jej akceptować najbardziej zaskakujące zachowania Lily, sióstr i Zacha. 

Sue Monk Kidd płynnie przechodzi od tematów przepełnionych smutkiem, do fragmentów niepozbawionych humoru. Zaskakujące, jak płomień miłości przeplata się z cieniem cierpienia. To w zupełności nie pozwala oderwać się od książki choć na chwilę. Zwłaszcza "Oh! Susanna." May wprawiało mnie w ogromną melancholię. 

" - Ta maszyna segreguje miód - ciągnęła August. - Oddziela dobry materiał od złego. Zawsze uważałam, że przydałyby się takie wirówki dla istot ludzkich.Wrzucałoby się je do środka i wirówka robiłaby to, co do niej należy."* 

Powieściopisarka porusza również temat duchowości. Szczegółowo przedstawia praktyki religijne sióstr, niejednokrotnie cytuje Biblię. Pokazuje, jak ważne w życiu człowieka jest w coś wierzyć. Możliwość zawierzenia swoich trosk i podziękowania za radości codzienności to coś naturalnego w życiu mieszkanek Tiburonu. Lily razem z nimi odkrywa co czuje i jaki ma stosunek do Boga. Sam czytelnik zaczyna zastanawiać się nad swoją pobożnością. 
 
Wszystkie rozdziały tej pasjonującej książki mają wspólny element - opatrzone są notkami o życiu i obyczajach pszczół. Losy mądrze zarysowanych postaci i owadów łączą się w nieoczekiwany sposób. Rozpoczynając lekturę kolejnych rozdziałów, czytamy wpierw krótki cytat, urywek opisujący życie mieszkańców ula. Pisarka, wkomponowując w akcję pszczeli motyw, tworzy nieskomplikowaną opowieść o trudnościach i radościach życia. 

"Do tej chwili myślałam, że zbliżenie białych i kolorowych to wielki cel, teraz jednak uznałam, że lepszym pomysłem jest, abyśmy nie mieli w ogóle koloru."* 

Kidd tworzy swoistą balladę o naturalnej dobroci wypływającej z głębi serca niezależnie od ilości pigmentu skóry. Problem konfliktu rasowego w Ameryce w latach '60 i '70 XX wieku zostaje silnie zaakcentowany przez pisarkę. W najprostszych sytuacjach przekazuje czytelnikowi wiedzę na temat tego, jak były traktowane w niektórych rejonach kraju osoby o ciemniejszym odcieniu skóry. Poczucie niesprawiedliwości, smutek i żal - to jedne z odczuć jakie wywołują scysje, opisywane piórem Kidd.

Za każdym razem, kiedy spoglądam na okładkę powieści, mam w głowie tysiące pszczół, które w swym tańcu zataczają powietrzne kręgi. Magia i wszechobecny, słodkawy zapach miodu, to jedne z cech, za które pokochasz tę książkę! Błogie chwile spędzone w otoczeniu sióstr Boatwright są ukojeniem nie tylko dla Lily walczącej z duchami przeszłości, ale i czytelnika. Dom w kolorze piór flaminga, Czarna Madonna z czerwonym sercem na piersi na zawsze już pozostaną żywe w twojej pamięci. 

"Większość ludzi nie ma pojęcia, jak skomplikowane rzeczy dzieją się wewnątrz ula. Pszczoły mają swoje sekretne życie, o którym nic nie wiemy."* 

"Sekretne życie pszczół" jest balsamem dla duszy niosącym ze sobą wiarę, nadzieję i miłość. Urok i prostota powieści sprawiają, że jak miód - wywołuje uczucie błogości, wewnętrznego spokoju i mimowolnej radości. To wyjątkowa pozycja, która moim zdaniem powinna być obowiązkowa dla każdego, komu czytanie sprawia przyjemność. Trudno polecić mi więc publikację Kidd jednej grupie wiekowej czy społecznej - myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

*Cytaty pochodzą z książki Sue Monk Kidd "Sekretne życie pszczół", kolejno ze stron: 128, 164, 94, 243,  ,174.
Poprzednia opinia powieści pisana pięć lat temu TUTAJ :)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackie, za co serdecznie dziękuję ;)

czwartek, 5 lutego 2015

Matthew Quick „Niezbędnik obserwatorów gwiazd”


Wydawnictwo Otwarte
Kraków 2013, 320 s.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra 

Ziemianinie, jeśli to czytasz, oznacza, że jesteś w gronie wtajemniczonych. Nasz sekret, który jeszcze tylko przez ułamki sekund pozostanie utajony, dotyczy książki niezbędnej prawidłowej egzystencji emocjonalnej. Choć zapewne nic nie rozumiesz z moich słów, tak jak ja nie rozumiałam sensu powstania Numeru 21, nie przerywaj lektury. Nie podłapało mnie psychiczne rozchwianie, ani nie zamieniłam się w robota zaprogramowanego przez NASA albo inną podobną jej organizację. Dopuściłam się jedynie pewnych działań w mojej kapsule mieszkalnej na Ziemi – zajrzałam do „Niezbędnika obserwatorów gwiazd”...

Rozpoczynając lekturę tej nietypowej powieści, wkraczamy do świata pełnego przemocy i przemilczeń. Świata, w którym tak naprawdę nie można żyć pełnią życia. Nie są w nim ważne marzenia i talent, ale praca i przystosowanie się do panujących warunków. Zwłaszcza, jeśli tak jak Finley jesteś jedynym białym w drużynie koszykarskiej. Człowiekiem, za którym ciągnie się przeszłość wypierana mimowolnie ze świadomości.

Pan Matthew to amerykański pisarz, który światowy rozgłos uzyskał z publikacją swojego debiutanckiego dzieła pt. „Poradnik pozytywnego myślenia”. Powieść zyskała aprobatę nie tylko w wersji pisanej, ale również jej ekranizacja ściągnęła tłumy ludzi do kin, także w Polsce. Autor ma za sobą kolejne powieści, które zaraz po premierze, zapragnięto przenieść na duży ekran.

Niekiedy życie przysparza nam wielu trosk, smutków i łez. Czasem jednak gorycz skrywa się głęboko w sercu, nie chcąc by rozum przyjął do wiadomości traumatyczną sytuację. Słone krople, które wcale nie spływała po twarzy, zalegają gdzieś wewnątrz, jakby oczekiwały na właściwy moment, na odpowiednią osobę, przed którą nie będzie nam wstyd płakać. Bo przecież tylko prawdziwy przyjaciel potrafi wylewać łzy razem z nami, sprawiając tym ulgę. 

„Prawie wszystko można zniszczyć. Wszystko jest kruche. Tymczasowe.”*

Czytając całą książkę, czułam się niczym Russ – zawieszona w przestrzeni. Moim kosmosem stała się rzeczywistość literacka, tak inna, ale bardzo podoba do otaczających mnie zjawisk. Nie mogłam przestać trwać w tym stanie, chcąc rozszyfrować reguły rządzące kosmosem, zasady wyznaczające bieg rzeczywistości. Zbliżając się do końca, wszystko zaczynało się klarować. Przyjaźń, rodzina, miłość – od zawsze uważałam, że to najwyższe wartości. Cieszę się, że ktoś, w tak sprawny sposób postanowił pokazać młodszym, jak i starszym czytelnikom, co powinno wieść prym w życiu.

„Zabawne, jak jedno brutalne zdarzenie może sprawić, że spojrzysz na świat inaczej.”* 

Tak jak Finley'a, cały czas dręczyły mnie myśli dotyczące Numeru 21. Ciągle był gdzieś we mnie nieuzasadniony niepokój, lęk przed tym, co pisarz mógł zapisać dalej. Z każdą kolejną stroną dochodziło do mnie, że Pan Quick nie pisze powieści science-fiction, ale odtwarza realne życie – traumę pourazową, która dotyka tak wiele dzieciaków w moim wieku, a także osoby starsze. Jak ja zachowałabym się w obliczu utraty rodziny? Na dodatek tak niespodziewanej straty w zaskakujących okolicznościach? Czy moja psychika byłaby w stanie wytrzymać tak ogromny ciężar?
Matthew Quick [źródło]

Mój ziemski przewodnik Finley – te słowa szczególnie zapadły mi w pamięć. Ileż to ludzi, którzy tak jak Finley wyciągnęli pomocną dłoń, pojawiło się w naszym życiu? Przyglądając się doskonale wykreowanym postaciom dwóch rozgrywających i Erin, odkrywałam w nich te cechy, które często mogłabym przypisać moim przyjaciołom. Zapis relacji, jakie istniały między nimi zdecydowanie stanowi odzwierciedlenie przyjaźni czy miłości, jakie doświadczamy w życiu. Pan Matthew spisywał to, co „leżało mu na serduchu” - a to jest najczęściej najwłaściwsza droga, by stworzyć coś niepowtarzalnego.

„Spoglądam w oczy Russella. Próbuje powstrzymać łzy. Zastanawiam się, czy naprawdę myśli, że jego rodzice są na statku kosmicznym, czy też używa kosmosu jako pewnego rodzaju tarczy – warstwy słów, dzięki którym może się swobodnie i szczerze wyrażać, prawie jak w przebraniu, choć brzmi to bardzo dziwnie.”* 

Bardzo podoba mi się, że pisarz, tak często poruszał wagę literatury w życiu młodego człowieka. Pojawił się tak mój ukochany „Mały Książę”, świetnie odzwierciedlający zagubienie Russella w otaczającym go świecie. W powieści nie zabrakło także wzmianki o kultowej, głównie wśród młodzieży, ale także i dorosłych, serii o Harrym Potterze. Klub czytelniczy był strzałem w dziesiątkę jak dla mnie, mola książkowego. Jeśli jednak o niego chodzi, mimo że niezwykle intrygowały mnie główne postacie, raczej nie mogłabym do niego dołączyć. Niemniej jednak przyznam, ze przez kilka sekund niedostępnym umysłom ziemskich istot, zaczęłam zastanawiać się, czy aby ponownie nie spróbować wgłębić się w pierwszą część tej poczytnej serii :)

Ciekawym motywem w życiu bohaterów była koszykówka. Nie stanowiła ona dla nich tylko i wyłącznie gry – czasem stawała się sensem życia, możliwością ucieczki, pokazania swojej siły. Każdy z innych pobudek zaczął grać, posiadał inne wspomnienia związane z tablicą, o którą nierzadko uporczywie trafiała piłka, nie chcąc wpaść do kosza. Pan Matthew sprawia, że dyscyplina pozornie nic nie znacząca dla czytelników nie zainteresowanych tym sportem, staje się czymś więcej niż jedynie jedną z wielu gier zespołowych.

„[...] koszykówka może was dużo nauczyć i że te lekcje są ważniejsze niż zwycięstwa i przegrane, indywidualne statystyki, ważniejsze nawet niż sama gra, bo na parkiecie uczycie się życia i to najcenniejsza rzecz, jaką wyniesiecie z tego doświadczenia”*

W temacie gwiazdozbiorów - Wielka Niedźwiedzica [źródło]
Początkowo byłam bardzo zawiedziona tym dziwnym, a nawet nieco irracjonalnym zakończeniem. Z czasem jednak zrozumiałam, że to właśnie koniec jest wisienką na torcie, idealnym podsumowaniem całego odrealnienia publikacji. Moment nieuchronnej decyzji Finley'a, jego rozmowę z Russem, czytałam ze łzami w oczach. Pięknym było zobaczyć w literaturze ludzi, dla których przyjaźń, wzajemna akceptacja i niejako milczenie, stało się deską ratunku – kołem, rzuconym, gdy wir wciągał go w swoje czeluście.

„Za każdym razem, kiedy myślę sobie, że świat jest paskudny, że życie nie ma żadnego znaczenia, przypominam sobie, że to tu jest i zawsze na mnie czeka – mówi Russ. – Zawsze mogę spojrzeć w kosmos i się zachwycić, bez względu na to, co się dzieje. A gdy spoglądam w górę, moje problemy robią się takie małe. Nie wiem czemu, ale zawsze czuję się wtedy lepiej.”* 

„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to książka dla każdego, kto chce na chwilę się zatrzymać. Idąc przez życie, niczym ciemną noc, w której nie możemy być niczego pewni, stanąć i spojrzeć w niebo pełne gwiazd. To, co ponad horyzontem, jest tym co jest przed nami – niepewną przyszłością. Pan Matthew pokazuje, że ogromnie ważną prawdę życia. Stara się pouczyć swoich czytelników, by nie być jedynie dla siebie, ale żyć w poczuciu, że nasze poczynania mogą pomóc innym. Każdy z bohaterów jego książki żyje i kroczy krętymi ścieżkami rzeczywistości dzięki komuś. Powieść ta jest wskazówką, by nie cofać dłoni, gdy ktoś nam bliski, potrzebuje ucieczki z jednej wielkiej czarnej dziury.

*Cytaty pochodzą z książki „Niezbędnik obserwatorów gwiazd”, kolejno ze stron: 149, 158, 88, 19, 180.

sobota, 10 stycznia 2015

Gayle Forman „Jeśli zostanę”


Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Warszawa 2010, 248 s.
Ocena: 9/10 Niecodzienna 

Czy łatwo jest powiedzieć „chcę odejść” ? Bo przecież co pozostało z życia, które jak domek z kart przewróciło się w bezkształtną kupkę. Stos, w którym brak uśmiechu mamy, naleśników taty i wiecznej walki o wybór muzyki z bratem.. Bo przecież jeden ułamek sekundy, w którym nie jesteś w stanie nawet mrugnąć, stał się chwilą, w której wszystko straciło sens. Jak żyć, gdy giną Ci, którzy są dla nas najważniejsi? Czy w ogóle słowo „żyć” jest w takim przypadku właściwym?

Mia i jej rodzina ulega tragicznemu w skutkach wypadkowi samochodowemu. Jej najbliżsi giną, a ona widzi, jak jej ciało zostaje przewiezione karetką do szpitala. Widzi jak jest operowana, jak zostaje podpięta pod monitorujące jej życie urządzenia. Ma możliwość zobaczenia tego wszystkiego, choć nikt nie ma świadomości, że znajduje się obok. Wszystko przez to, że trafiła w dziwny stan zawieszenie. Musi zdecydować, czy nadal chce walczyć i żyć, po tym, co się stało.

Wielu może powiedzieć, że książka Forman, która na polskim rynku wydawniczym pojawiła się początkowo niezauważalnie, opowiada o kolejnej nastoletniej miłości, że wielkie uczucie jakie dotyka Mie to przeżytek. Jednak zatrzymując się na chwilę w czasie z tą powieścią, stając „obok rzeczywistości” jak główna bohaterka, widziałam piękną opowieść o wartościach, które są dla mnie najważniejsze w życiu. Publikacja Gayle Forman, której fenomen obiegł cały świat to ujęcie kwintesencji ludzkiej egzystencji. Rodzina – to ona jest początkiem (i wydawać by się mogło, że także końcem) tego, co czujemy, robimy, doświadczamy. Nie wyobrażamy sobie bez niej istnienia, nawet nie zakładamy, że moglibyśmy stracić coś tak stałego w życiu.

Fabuła książek młodzieżowych w większości brnie przez utarty schemat. Przedstawia skromną, często nieśmiało dziewczynę i zbuntowanego oraz pełnego uroku chłopaka, którzy wspólnie muszą walczyć o swoją wielką miłość. Banał niejednokrotnie goni banał, jednak są tacy, którzy próbują pokazać, że powieści młodzieżowe nie muszą być skazane na śmiech i ignorancje. Zaczynają poruszać ciężkie tematy, choroby, śmierci – piszą o tym, o czym często milczą w literaturze pisarze dla starszego grona odbiorców. Chcą uwrażliwić, sprawić, żeby spojrzano na życie inaczej, nie tylko jak na świat, w którym rodzice wiecznie sprzeciwiają się dzieciom, a to stanowi wieczną udrękę. Są rzeczy ważniejsze, o których twórcy literatury młodzieżowej nie chcą milczeć... i dobrze. 

„- Jestem jak urzędnik poczty – odpowiada tato, zdrapując z wozu śnieg jednym z plastikowych dinozaurów Teddy'ego, które poniewierają się po trawniku.- Ani śnieg z deszczem, ani ulewa, ani nawet centymetrowa warstwa śniegu nie zmuszą mnie, żebym przebrał się za drwala.”* 

Po tragicznym w skutkach wypadku dziewczyna niezwykle przeżywa swoją rozłąkę z rodziną. Nie może sobie wyobrazić świata, który miałby dalej biec bez nich. Gayle Forman pokazuje czym jest rodzina w życiu człowieka, zwłaszcza młodego. Każde kolejne zdanie jednocześnie przywołuje smutek i radość. Ile to razy uśmiechałam się przyglądając się zza papierowych kart życiu Mii, jej brata i rodziców. Podziwiałam miłość między nimi panującą, wsparcie wobec córki i typowe zachowania dla matek i ojców. Fragmenty pełne ciepłych myśli związanych z domem były miodem dla mojego serca. Za każdym razem przywoływałam w pamięci równie zabawne wydarzenia w mojej rodzinie. Wspominałam też trudniejsze chwile, które nas zespoliły. Z końcem każdego takiego urywku przychodził jednak smutek i ciężar, jaki niosły ze sobą kolejne zdania powieści. 

Kreatywne fotografowanie :)
„Jak to będzie, jeśli zostanę? […] Nie jestem pewna, czy jeszcze należę do tego świata. Nie jestem pewna, czy chcę się obudzić.”* 

Czytając książkę płakałam jak bóbr. Nie mogłam sobie poradzić z emocjami, jakie wywoływała lektura tej niepozornej książki. Myślałam, że będzie to kolejny ślepo upatrywany fenomen, który postanowiono przenieść na kinowe sale, zbijając na tym całkiem niezły interes. Jednak zagłębiając się w tragedię dziewczyny, która mogłaby być każdym z nas, także mną, co raz bardziej przywiązywałam się do historii, szukałam w niej prawdy. Było to bolesne, aczkolwiek dopiero kiedy zamknęłam publikację rozpłakałam się na dobre. Niewyobrażalnym byłby dla mnie, gdybym tak, jak Mia straciła rodzinę. Czy byłabym wstanie podnieść się? Podjąć dalszą walkę z i tak już nie sprawiedliwym życiem?

Dobrze, że kolejny autor nie poszedł w stronę miłosnego trójkąta i „ciężkich” wyborów, jakich pełno w publikacjach zalewających rynek. Polubiłam Adama za muzyczną stronę osobowości oraz niepoprawny luz, który o dziwo nie był denerwujący. Niezwykle zaimponował mi też swoją postawą w krytycznym momencie, w szpitalu. Pokazał tam, że o sile człowieka nie świadczy jedynie pancerz, jakim się okala, ale dusza, która mimo że się łamie, pragnie walczyć. 

„Zawsze uważałam, że wiolonczela to samoistny instrument, teraz jednak zaczynam się zastanawiać, czy to nie ja jestem samotniczką.”* 

Czynnikiem, który niezwykle zachęcił mnie do lektury powieść był wątek muzyczny. Uwielbiam wsłuchiwać się w melodię, wyszukiwać w dźwiękach konkretnych instrumentów. Przyznam, że niezmiernie się ucieszyłam, iż główna bohaterka gra na tak niecodziennym instrumencie jak wiolonczela. Uwielbiam surowe, a zarazem płynne i kojące zmysły brzmienie, które słychać, gdy wiolonczeliści z miłością i pasją rozpoczynają swoją grę. Mam znajomych, którzy grają na klawiszach, gitarach basowych i akustycznych, saksofonie, a nawet perkusji. Lubię patrzeć, kiedy wchodzą w świat muzyki. Forman genialnie oddała na kartach powieści ten klimat, iskierkę radości w oku i bijące serce z każdy dźwiękiem. Tego oczekiwałam i cieszę się, że mnie nie zawiodła :) 

„Lekarze na sali operacyjnej debatują, jaką puścić muzykę – zupełnie jak my w samochodzie dziś rano. Jeden życzy sobie jazz. Drugi rocka. Pani anestezjolog stojąca przy mojej głowie prosi o klasykę. Kibicuje jej i mam wrażenie, że to pomogło, bo ktoś nastawia CD z Wagnerem [...]”* 

Najbardziej wzruszającym momentem była dla mnie wizyta dziadka przy łóżku wnuczki. Jego postawa była maksymalnie zadziwiająca, chociaż bardzo odważna i silna. Ten starszy człowiek swoimi słowami pokazał, co to znaczy kochać bezgranicznie. Mówił o rzeczach trudnych, jednak pozostawił decyzję dziewczynie. Wiedział, że nikt nie może jej pomóc mówiąc „WSTAŃ!”. Kiedy leży się na szpitalnym łóżku wszystko zależy wyłącznie od nas, od tego, czy będziemy chcieli podjąć walkę. 

„[...] zrozumiem, jeżeli odejdziesz. To w porządku, jeśli musisz nas opuścić. To w porządku, jeśli chcesz przestać walczyć”.* 

Kwestie umierania i przemijania silnie wybrzmiewały w tej jakże prostej, ale nie błahej fabule. Całe zawieszenie Mii między światem żywych, a umarłych uruchamia ciąg myśli. Nie są to łatwe sprawy. W końcu wielu boi się śmierci, a myśl o niej wywołuje mimowolne poruszenie i lęk. Nie co dzień tracimy tych, których kochamy. „Jeśli zostanę” przybliża nam kwestie przemijania, dając do zrozumienia, byśmy cieszyli się tym, co jest tu i teraz. 

Bo muzyka jest wszędzie...
"Uświadamiam sobie nagle, że umieranie jest proste. To życie jest trudne.”* 

Co zrobilibyśmy, gdybyśmy znaleźli się na miejscu postaci wykreowanej przez Forman? Jaką decyzję byśmy podjęli? Wcale nie dziwił mnie dylemat, jaki rozgrywał się w sercu dziewczyny. Nie zaskakiwał on zapewne żadnego z czytelników. W niezwykle prostych zdaniach, przyjemnym w odbiorze i nieskomplikowanych językiem pisarka opowiada historię o przyjaźni, wyborach, śmierci. Nic nie ubarwia, niczego nie opisuje ze zbyt wielkim dramatyzmem. Wykłada wszystko tak, jak jest, nie stosując przedziwnych manier językowych i wyolbrzymień. Jednocześnie pokazuje, jak pokonać barierę i lęk przed życiem, gdy traci się coś najważniejszego na świecie, czego nie można zmierzyć żadną miarą. 

„Czemu ktoś nie może rozstrzygnąć za mnie? Czemu nie mogę dostać pełnomocnika do spraw śmierci? Albo postąpić jak drużyny baseballowe, kiedy mecz się koczy i potrzebny jest świeży piłkarz, aby gracze mogli wrócić do bazy domowej? Czemu nie mogę poprosić o gracza rezerwowego, by mnie zaprowadził do domu?”* 

Prócz języka chciałabym pochwalić sposób zapisu i jego konsekwencje. Zmieścić w jedną dobę tyle wydarzeń – to jest wyczyn. Przyznam, że gdy po raz pierwszy pojawiło się zdarzenie z przeszłości, obawiałam się, że retrospekcje zburzą wydźwięk wydarzeń aktualnych. Gayle płynnie porusza się jednak między teraźniejszością i przeszłością, mając w tym swój konkretny cel. Bez wspomnień książka nie byłaby już tym samym, straciła by swoją niezwykłość.

Muszę przyznać, że nigdy nie byłam przekonana do ekranizacji książek. Zawsze starałam się najpierw przeczytać, potem obejrzeć. Kiedy jednak w końcu zagościła przed „wielkim ekranem” bywał różnie – rzadko czułam ogromną radość, jaką udało się wnieść w życie scenarzyście i autorowi. Zawsze zadowalał mnie tylko jeden. Mimo to coś mną tchnęło, by wcisnąć „play” i obejrzeć film pt. „Jeśli kochasz, zostań”. Za tą niechlubną zmianę nazwy trochę ze wstrętem podchodziłam do produkcji. Jak można zmienić tytuł powieści na rzecz filmu? - myślałam. Jednak po kilkudziesięciu minutach miałam pewność, że ten, kto tworzył ekranizacje, nie przeszedł, jak wielu, dość obojętnie obok publikacji. Były w niej zdania wprost wyjęte z kart „Jeśli zostanę”, chwile, które zapadły mi w pamięci podczas lektury. Była pasja, miłość i radość. Nie zabrakło tej wolności, jaką codziennie niesie za sobą muzyka. Odtworzyć powieść na ekranie jest nie łatwo, jednak w tym przypadku aż nie mogłam się nadziwić, że w punkt padają nawet najkrótsze słowa, gesty, chwile. Kawał roboty!

Za takie publikacje jak ta, powinna chwytać nie tylko młodzież, ale i dorośli. Pokazują one, że literatura zmierza w dobrym kierunku, wyzbywając się niepotrzebnych i często mocno wydumanych historii. Moim zdaniem życie pisze najlepsze scenariusze, a wyobraźnia podsuwa często zbyt bardzo skoloryzowane rzeczywistości. Szczerze polecam „Jeśli zostanę”. To niezwykła powieść o miłości, która nie zna granic i decyzjach, które na zawsze zmienią bieg życia.



Cytaty pochodzą z książki „Jeśli zostanę”, kolejno ze stron: 17, 174, 47, 142, 190, 185, 191.

niedziela, 28 września 2014

[160] Diane Chamberlain „W słusznej sprawie”


Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2014, 456 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Wolna wola to jedna z najważniejszych rzeczy, jaka została przyrodzona człowiekowi z jego pierwszym tchnieniem. Wybieramy czasem dobrze, niekiedy źle, jednakże robimy to sami, bez żadnych nacisków i presji. Możemy tylko siebie winić za błędy, nie mając pretensji, że ktoś uniemożliwił nam wybór. Samodzielna decyzja jednak niejednokrotnie była odbierana ludziom na całym świecie. O wielu sytuacjach tego typu mówiło się przez lata, do dziś pozostaje to w naszej pamięci. Niektóre z nich zostały tymczasem zostały pominięte i schowane przed światem...

„A przecież to właśnie jest najważniejsze, czyż nie? Móc wybrać to, czego pragniemy.”*

Diane Chamberlain to pisarka, która olśniła mnie przed kilkoma miesiącami swoim spojrzeniem na otaczającą rzeczywistość. Ta amerykańska pisarka w ostatnich latach staje się co raz bardziej poczytną autorką w Polsce, której publikacje wypełniają nie tylko półki w księgarniach, ale i w bibliotekach. Do jej najbardziej znanych publikacji należy „Prawo matki”. Kilka miesięcy temu wydawnictwo Prószyński i S-ka opublikowało jej kolejne dzieło pt. „ Dobry ojciec”. Dotąd miałam okazję czytać jedynie dwie jej książki: „Szansę na życie” oraz recenzowaną przeze mnie powieść „W słusznej sprawie”.

Jane rozpoczyna swoją pierwszą pracę. W wyniku pechowych wydarzeń od razu zostaje rzucona na głęboką wodę. Rozpoczyna opiekę nad kilkoma rodzinami, wśród których jest Ivy Hart, jej babka oraz siostra z synem. Fatalna sytuacja materialna sprawia, że opiekunka społeczna nie ma wyjścia – musi zastosować się do praw panujących w Karolinie Północnej i doprowadzić do sterylizacji młodej dziewczyny, by ta nie poszła w ślady siostry, rodząc dziecko. Jane ma opory przed podjęciem decyzji za nastolatkę, jednak kiedy zostaje do tego przymuszona przez przełożonych, jest już za późno – Ivy zachodzi w ciążę. Wg planu opieki społecznej po narodzinach dziecko ma zostać oddane do adopcji, a młoda panna Hart – poddana sterylizacji. Czy uda się tego uniknąć? 

„Uczucia nigdy nie są dobre albo złe. - odrzekła po chwili. - One po prostu są.”*
 
Proces eugeniki kojarzy się wielu, tak jak i mi przed lekturą powieści Chamberlain, wyłącznie z Hitlerem i czasami rządów nazistowskich, kiedy to istniało pragnienie stworzenie nieskażonej genetycznie, czystej rasy. Jednak czytając powieść amerykańskiej pisarki zrozumiałam, że człowiek może wykorzystywać coś, co dawniej było określane jako złe, dla pozornego dobra człowieka i zdecydowanej wygody otaczającego społeczeństwa. Szczytne idee przez wiele lat były używane w celu przerażających procesów. Obok dobrze znanego ludobójstwa i segregacji rasowej pojawia się pojęcie sterylizacji, której to Pani Diane poświęciła swoją powieść.

W nietypowej scenerii...
Od samego początku można było domyślać się, że „W słusznej sprawie” podejmuje tematy nie tylko trudne, ale często bardzo bolesne w skutkach dla osób, które objął przed laty program. Czytając słowa od autorki możemy dowiedzieć się, że ta postanowiła unaocznić nie tylko swoim rodakom, ale i całemu światu szczegóły sterylizacji eugenicznej, która dozwolona była wg prawa Karoliny Północnej ponad trzydzieści lat temu. Dziś po tych wydarzeniach pozostali jedynie dojrzalsi już ludzie, którzy pamiętają piekło minionych dni. Pisarka tworząc fikcyjne postaci wraca do wydarzeń sprzed lat, chcąc zauważyć panującą wtedy niesprawiedliwość i nieprawidłowość systemu prawnego.

„Do ulotki ktoś włożył złożony na trzy części artykuł z jakiegoś magazynu. Rozwinęłam go i przeczytałam tytuł: 'Lepsze ludzkie istoty – jutro'. I pierwszą linijkę tekstu: 'Przyszłe pokolenia powinny powstać z najlepszego, jakim dziś dysponujemy, ludzkiego materiału'. Przebiegłam oczami artykuł, który opowiadał się za sterylizacją 'mentalnych kalek'. Jedyne co przyszło mi na myśl, to Hitler i jego 'rasa panów'. Czy była tu jakaś różnica?”*

Po pierwszym sukcesie, jaki odniosła w moich oczach proza Pani Chamberlain, długo się nie wahałam – zarezerwowałam w bibliotece kolejną powieść amerykańskiej pisarki, by po raz kolejny zatopić się w tej jakże prostej, przejrzystej i lekkiej językowo powieści. Kiedy po kilkunastu dniach odebrałam publikację, od której wszystko zaczęło się u Książkówki, nie posiadałam się z radości, że „W słusznej sprawie” trafiło w moje ręce tak szybko. Rozemocjonowana wspomnieniem przeżyć doznawanych podczas lektury przez Ewę, rozpoczęłam niezwłocznie czytanie, by poznać sekret skrywany na kartach powieści Amerykanki.

Tak jak przy poprzedniej książce Chamberlain, przystąpiłam do lektury na przełomie miesięcy – lipca i sierpnia. Miło było poczuć smak słów i kolejnych zwrotów, które sprawiły, że z późnego wieczoru robiła się noc, a rankiem oczy bolały od niewyspania. Mimo wszystko warto było, gdyż historia Ivy i Jane przesiąknięta jest prawdą i smutkiem, z którym należy się oswoić... Jest ogromnie wdzięczna pisarce, że i ja mogłam poznać historię, która mogła wydarzyć się naprawdę.

Jane dopiero zaczyna pracę, kiedy wszystkie obowiązki spadają na nią, jak grom z jasnego nieba. Jako opiekunka społeczna musi jednak stanąć na wysokości zadania – są rodziny, które wyczekują dnia przyjazdu kogoś z miasta, a dokładniej Charlotte. Nikt jednak nie spodziewa się, że w ciągu kilku minut jej miejsce może zająć ktoś inny. Nieznajoma. Ktoś gorszy? Lepszy? Nie mają pojęcia. Podchodzą do młodej kobiety początkowo nieufnie, by potem nabrać śmiałości.

„Czasem jednak można zrobić coś dobrego, a i tak czuć się podle z powodu dręczących wątpliwości.”*

Podobne podejście ma też czytelnik, poznając kobietę. Młoda i pełna zapału dziewczyna z czasem, zdobywając sympatię czytelnika i bohaterów. Współpracownicy z opieki społecznej uważają ją jednak za niedoświadczoną i twierdzą, że wkrótce popełni błąd. Przecież nie łatwo upilnować jest młodą dziewczynę, której wszyscy wróżą drogę o dwa lata starszej siostry. Mary Ella uważana za opóźnioną w rozwoju, została zaraz po urodzeniu Williama uparcie nazywanego Dzidziusiem, poddana procesowi sterylizacji. Teraz musi się pilnować, by nie straciła syna, nienależycie się nim opiekując. W końcu nie łatwo upilnować ruchliwego chłopca, którym zajmuje się babka – Winona Hart wychowująca dziewczynki, kiedy te pracują w polu u farmera - Pana Gardinera. Nad domem Hartów zaczyna krążyć widmo niebezpiecznych zdarzeń, które przy pierwszych krokach nowicjuszki -Jane następują niebłagalnie szybko...

„Tak już zostałam wychowana. Człowiek musi pomagać innym, nawet gdy napotyka na trudności. Zwłaszcza wtedy.”*

Mimo niepowodzeń, jakie napotykają bohaterów, nikt się jednak nie poddaje, zwłaszcza czołowa postać jaką jest młoda mężatka i jednocześnie świeżo upieczona opiekunka. Mimo traumatycznych przeżyć jakie są dostarczane wszystkim bohaterom, między kobietą a Ivy wykształca się nić porozumienia i zaufania, która okaże się niezwykle ważna.

„- Nic dobrego nie przyjdzie ze wspominków. Tak zawsze powtarza Nonnie i chyba ma racje, Co to da?
- No... być może jesteśmy to winni osobie, którą straciliśmy. Dobre wspomnienia trzeba zachowywać.”*

Uwielbiam to zdjęcie :)
Pani Chamberlain stworzyła nie tylko niezwykle wciągającą, ale także wzbudzającą najbardziej niespodziewane emocje, powieść, o której nie zapomina się z zamknięciem strony. Wzruszająca, al także przepełniona bólem i cierpieniem historia Ivy i rodziny Hartów pozostaje w pamięci powodując nie małe rozważania w czytelniku. Do głosu dochodzi nasza moralność i poczucie krzywdy, kiedy patrzymy na perypetie drugiego człowieka.

Przyznam, że zadziwiającym było dla mnie momentami życie Ivy i osób, które podobnie jak ona były objęte programem opieki społecznej. Czytając kolejne strony powieści Chamberlain mogłam ujrzeć skrajną biedę, a przy tym wielką radość z codziennych radości, która często umyka. Bardzo polubiłam środowisko pracujące na farmie Davinsona Gardinera, co powodowało, że dalsze perypetie i kolejne zdarzenia były momentami, kiedy serce przekrzykiwało rozum, podobnie jak w przypadku bardzo wrażliwej na potrzebujących Jane.

„Mój ojciec zawsze powtarzał, że prawdziwe szczęście płynie z pomagania innym.”*

Czytając ostatnie strony powieści płakałam ze wzruszenia. Uwielbiam w prozie Chamberlain to, że potrafi zachwycić wzbudzając najbardziej skrajne emocje dosłownie w chwilę – tak, że czytelnik nie spostrzeże się, a po policzku będą mu ni stąd ni zowąd kapać łzy. Koniec powieści świetnie pieczętuje niekiedy wręcz nerwowo przeżywane podczas czytania wnętrze, rozjaśniając całą historię, dając jej promyczek radości i optymizmu.

Pamiętam, jak żałowałam, ze to już koniec. Wiedziałam, że po czytaniu „W słusznej sprawie” będzie mi trudno chwycić za jakąkolwiek inną powieść, nie krzywdząc jej wspomnieniem niezwykłości publikacji Pani Diane. Jeśli chcecie tak, jak ja przeżywać równą niepewność przy jednoczesnym ogromnych cieple na sercu, gorąco polecam nie tyle jedynie perełkę, jaką stworzyła Pani Chamberlain, ale również inne jej pozycje. Jestem pewna, że kto, jak kto, ale ta amerykańska pisarka Was nie zawiedzie :)

Cytaty pochodzą z książki "W słusznej sprawie", kolejno ze stron: 223, 175, 200, 311, 139, 174, 34.