Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2015

Sue Monk Kidd "Sekretne życie pszczół"


Wydawnictwo Literackie
Kraków 2015, 352 s.
Ocena: 10/10 Perełka.

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 
WZNOWIENIA BESTSELLEROWEJ POWIEŚCI!
Premiera: 19 marca. 

Życie w przyrodzie, jego powtarzalność i harmonia wydają się zgoła inne od ludzkiej egzystencji. Maleńkie owady zapylające rośliny i produkujące miód tak jak człowiek, mają jednak swoje problemy i zadania. Dlatego ich obecność działa kojąco na umysł Lily, pozwalają zatrzymać się i zrozumieć, że jest się o krok od prawdy, dla której przemierzyła dziesiątki mil. Pukając do drzwi nie ma świadomości, że August, June i May staną się dla niej prawdziwą rodziną, której zawsze jej brakowało.

Posiadanie kogoś, kto będzie nas kochał niezależnie od naszych uczynków to pragnienie każdego człowieka. Lily Owens nie czuje jednak, by komuś na niej zależało - zwłaszcza ojcu. Żyjąc na brzoskwiniowej farmie z T. Rey'em i Rosaleen nieustannie towarzyszy jej niezatarte wspomnienie dnia, w którym zginęła matka. Pamięta też, że to ona ją zabiła. Ta myśl prześladuje dziewczynkę, która usilnie szuka śladów obecności matki w swoim życiu. Pozostał jej jedynie obrazek Czarnej Madonny, na którego odwrocie widnieje nazwa miejscowości - Tiburon.

Sue Monk Kidd to współczesna amerykańska pisarka, która z ogromną śmiałością pisze o rzeczach trudnych - rasizmie, niewolnictwie, śmierci, wierze i zmaganiu się z upiorną przeszłością. Swoimi powieściami zwraca uwagę społeczeństwa na zjawiska, które zwykle bezpośrednio nas nie dotyczą. W Polce ukazały się trzy powieści Kidd. Najpopularniejsza, po raz pierwszy opublikowana w 2004 roku, wkrótce doczeka się kolejnego wznowienia.

"Historie trzeba opowiadać, inaczej umrą, a kiedy umrą, nie będziemy pamiętać, kim jesteśmy i po co istniejemy."*

"Sekretne życie pszczół" to książka, którą czytałam nie pierwszy raz. Na powieść Sue Monk Kidd natrafiłam na początku mojej literackiej przygody. Wtedy, tworząc bloga od kilku tygodni, napisałam o niej zaledwie kilka zdań. Dziś te słowa, tak ważne wtedy, wydają się niewystarczające - potrafię pisać dużo za dużo, a tej powieści zdecydowanie się to należy. Nie mówię o przegadaniu, a jedynie o ukazaniu głębi, piękna i prostoty publikacji Kidd, którą każdorazowo chwytam w ręce z równie dużą radością. 

Decyzja o ponownej lekturze nastąpiła dość spontanicznie i ani przez chwilę nie obawiałam się, że w oczach niemal dwudziestolatki książka wypadnie słabiej, niż gdy czytałam ją będąc w gimnazjum. Powrót do dobrze znanych bohaterów i sytuacji był tym, czego potrzebowałam. Na nowo mogłam uśmiechać się czytając zdania pisane nieskomplikowanym językiem z punktu widzenia czternastolatki. 

Miodowa fotografia :)
"Czy wiesz, że w jednym z eskimoskich języków są trzydzieści dwa słowa oznaczające miłość? - powiedziała August. - A my mamy tylko to jedno. Jesteśmy tacy ograniczeni."* 

Najpiękniejszym przy lekturze powieści jest fakt, że za każdym razem zachwyca na nowo - ciepłem, optymizmem i niewyobrażalną siłą kobiet, od których możemy uczyć się bezinteresownej miłości. Ogromnie polubiłam siostry Boatwright. Najbliższa mojemu sercu była August - najstarsza i pewnie najbardziej stabilna emocjonalnie z trójki rodzeństwa. Imponowała mi swoim opanowaniem i wyrozumiałością. Razem z June, która nierzadko gra czytelnikowi na nerwach, świetnie opiekowały się May, próbując zrozumieć jej spojrzenie na świat. August miała potężną wiedzę na temat otaczającego ją świata - nie tylko pszczół, ale i ludzi. Momentami wydawało mi się, że to dzięki małym owadom łatwiej jest jej akceptować najbardziej zaskakujące zachowania Lily, sióstr i Zacha. 

Sue Monk Kidd płynnie przechodzi od tematów przepełnionych smutkiem, do fragmentów niepozbawionych humoru. Zaskakujące, jak płomień miłości przeplata się z cieniem cierpienia. To w zupełności nie pozwala oderwać się od książki choć na chwilę. Zwłaszcza "Oh! Susanna." May wprawiało mnie w ogromną melancholię. 

" - Ta maszyna segreguje miód - ciągnęła August. - Oddziela dobry materiał od złego. Zawsze uważałam, że przydałyby się takie wirówki dla istot ludzkich.Wrzucałoby się je do środka i wirówka robiłaby to, co do niej należy."* 

Powieściopisarka porusza również temat duchowości. Szczegółowo przedstawia praktyki religijne sióstr, niejednokrotnie cytuje Biblię. Pokazuje, jak ważne w życiu człowieka jest w coś wierzyć. Możliwość zawierzenia swoich trosk i podziękowania za radości codzienności to coś naturalnego w życiu mieszkanek Tiburonu. Lily razem z nimi odkrywa co czuje i jaki ma stosunek do Boga. Sam czytelnik zaczyna zastanawiać się nad swoją pobożnością. 
 
Wszystkie rozdziały tej pasjonującej książki mają wspólny element - opatrzone są notkami o życiu i obyczajach pszczół. Losy mądrze zarysowanych postaci i owadów łączą się w nieoczekiwany sposób. Rozpoczynając lekturę kolejnych rozdziałów, czytamy wpierw krótki cytat, urywek opisujący życie mieszkańców ula. Pisarka, wkomponowując w akcję pszczeli motyw, tworzy nieskomplikowaną opowieść o trudnościach i radościach życia. 

"Do tej chwili myślałam, że zbliżenie białych i kolorowych to wielki cel, teraz jednak uznałam, że lepszym pomysłem jest, abyśmy nie mieli w ogóle koloru."* 

Kidd tworzy swoistą balladę o naturalnej dobroci wypływającej z głębi serca niezależnie od ilości pigmentu skóry. Problem konfliktu rasowego w Ameryce w latach '60 i '70 XX wieku zostaje silnie zaakcentowany przez pisarkę. W najprostszych sytuacjach przekazuje czytelnikowi wiedzę na temat tego, jak były traktowane w niektórych rejonach kraju osoby o ciemniejszym odcieniu skóry. Poczucie niesprawiedliwości, smutek i żal - to jedne z odczuć jakie wywołują scysje, opisywane piórem Kidd.

Za każdym razem, kiedy spoglądam na okładkę powieści, mam w głowie tysiące pszczół, które w swym tańcu zataczają powietrzne kręgi. Magia i wszechobecny, słodkawy zapach miodu, to jedne z cech, za które pokochasz tę książkę! Błogie chwile spędzone w otoczeniu sióstr Boatwright są ukojeniem nie tylko dla Lily walczącej z duchami przeszłości, ale i czytelnika. Dom w kolorze piór flaminga, Czarna Madonna z czerwonym sercem na piersi na zawsze już pozostaną żywe w twojej pamięci. 

"Większość ludzi nie ma pojęcia, jak skomplikowane rzeczy dzieją się wewnątrz ula. Pszczoły mają swoje sekretne życie, o którym nic nie wiemy."* 

"Sekretne życie pszczół" jest balsamem dla duszy niosącym ze sobą wiarę, nadzieję i miłość. Urok i prostota powieści sprawiają, że jak miód - wywołuje uczucie błogości, wewnętrznego spokoju i mimowolnej radości. To wyjątkowa pozycja, która moim zdaniem powinna być obowiązkowa dla każdego, komu czytanie sprawia przyjemność. Trudno polecić mi więc publikację Kidd jednej grupie wiekowej czy społecznej - myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

*Cytaty pochodzą z książki Sue Monk Kidd "Sekretne życie pszczół", kolejno ze stron: 128, 164, 94, 243,  ,174.
Poprzednia opinia powieści pisana pięć lat temu TUTAJ :)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackie, za co serdecznie dziękuję ;)

środa, 7 stycznia 2015

[166] Cecelia Ahern „Sto imion”


Wydawnictwo AKURAT,
Warszawa 2014, 448 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Kiedy jako dziecko mieszkające w niewielkiej społeczności, a potem kilkulatka uczęszczająca do małej Szkoły Podstawowej, nie spotkałam się z nikim, kto nosiłby to samo imię, jak ja, czułam się niewątpliwie wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Z czasem jednak na mojej drodze zaczęły pojawiać się inne Michaliny. Niemniej każda z Nas, mimo podobieństwa imion była inna. Gdy odebrałam w wieku osiemnastu lat dowód przekonałam się, że osób legitymujących się tymi samymi personaliami jest aż osiem. Ale to nie to, jak nas nazywają, wyznacza, jakimi jesteśmy ludźmi i jaką historię wędrówki krętymi dróżkami życia mamy do opowiedzenia. Opowieści są inne, mimo to każda z nich oryginalna i wyjątkowa jak my.

„[...] gdzie nie ma lęku, tam nie ma wyzwania.”*

Katherine Logan jest dziennikarką telewizyjną. Od czasu do czasu pisuje artykuły w czasopiśmie „Etcetera”, którego właścicielką jest jej serdeczna przyjaciółka Constance. Niestety popełnia znamienny w skutkach błąd – oskarża niewinnego człowieka o przestępstwo, którego się nie dopuścił. Sprawa trafia do sądu, a kobieta staje się „wrogiem publicznym” numer jeden. Kiedy jej świat wywraca się do góry nogami, wszyscy tracą zaufanie i wiarę w młodą dziennikarkę, także ona. Tylko Constance jest zdania, że jest dobra, ale trochę się zagubiła. Na łożu śmierci powierza Kitty artykuł, którego nie zdążyła. Daje jej listę stu nazwisk. Nie zdąży jednak wytłumaczyć po co jej ją powierzyła.

Z prozą Ahern po raz pierwszy spotkałam się przy okazji lektury bestselerowej pozycji pt. „PS. Kocham Cię”. Podczas czytania jej debiutu z każdą stroną byłam co raz bardziej oczarowana i koniecznie chciałam w przyszłości sprawdzić, czy utrzyma równie wysoki poziom w kolejnych publikacjach. Po dość długim okresie czasu udało mi się przeczytać „Pamiętnik z przyszłości”. Wzruszenie, radość z czytania i zachwyt nad słowem pisanym – przy drugim spotkaniu nie zabrakło tego, co niezwykle ważne dla mnie, jako czytelnika. Nie wahałam się już dłużej i z wielką ekscytacją zaczęłam poszukiwać kolejnych książek Pani Cecelii. Uparłam się jednak, by posiadać je na własność...

Tak jak Kitty jest skołowana, otrzymując listę, tak również czytelnik zastanawia się o co może w tym wszystkim chodzić. Dziewczyna z zapałem bierze się do pracy, choć codzienność nie ułatwia jej nabycia na nowo wiary w siebie. Choć ciśnienie i chęć zdobycia sensacyjnego materiału przez redaktorów naczelnych „Etcetera” rośnie, dziennikarka nie ma żadnych konkretów. Osoby z listy nie mają pojęcia ani o magazynie, ani o spisie. Zdesperowana, chcąc za wszelką cenę dowiedzieć się czego pragnęła przyjaciółka, zaczyna spotykać się z kolejnymi osobami, których nazwiska znajdującą się na karcie.

„ […] poszukiwanie prawdy wcale nie ma być jak wyjazd na misję pod ostrzałem karabinów, żeby za wszelką cenę ujawnić jakieś kłamstwo. Nie musi też być szczególnie nowatorskie. Trzeba po prostu dotrzeć do sedna tego, co prawdziwe.”*

Wiele osób uważa, że do napisania książki potrzebny jest uniwersalny temat, błyskotliwa, wręcz nieziemska idea. Pani Ahern pokazuje jednak w swojej publikacji, że to życie pisze najlepsze scenariusze. Na dodatek to żywot osób, które nigdy nie pomyślałyby, że są w jakiś sposób wyjątkowe. Jak każdy – mają swoje problemy, radości i dziwactwa. Pisarka uświadamia swoim czytelnikom, iż w każdym człowieku tkwi magia.

Na gwiazdkowym obrusie...
Na kartach powieści pt. „Sto imion” poznajemy nie jedna, a kilka ciekawych i barwnych postaci, które łączy niezwykle zakasująca rzecz. Znajdują się oni mianowicie na liście, która prócz ich personaliów, zawiera w sumie sto nazwisk. Co ciekawe wśród osób na niej figurujących możemy znaleźć Polaków :) Każde inne, niepowtarzalne, jak ludzie, których początkowo Kitty odnajduje z wielkim trudem. Ucieka się nawet do najbardziej żmudnej roboty – w jej ręce wpada książka telefoniczna. W końcu odnajduje kilka „numerów”...

Publikacja irlandzkiej pisarki zaskakuje swą oryginalnością z kilku powodów. Szczególnie odmienne w stosunku do innych książek jest fakt, iż na przód wychodzą bohaterowie drugoplanowi. Nie jest tak, że każdy, na swoje pięć minut – obok Panny Logan mają oni również ponad czterysta stron, przez które zaskakują nas różnobarwnością swojego życia. Początkowo to do bólu normalni ludzie. „Wchodząc” w ich życie okazuje się, że za pozorną stabilizacją, skrywają się niebywałe sekrety, myśli, marzenia i zdarzenia.

Mojemu sercu najbliższa stała się Birdie. Może to z racji jej wieku, a może ciepła płynącego z każdym zdaniem wypowiedzianym przez starszą panią. Bardzo ją polubiłam, chociaż niewiele mogło mnie zaskoczyć w jej postaci. Była ona jednakże wykreowana w taki sposób, że przyciągała, jak magnes, okalając pogodą ducha, jakiej niejednokrotnie nie brakuje właśnie starszym ludziom. Na co dzień niedostrzegalnym jest fakt, że to właśnie wiekowe osoby najlepiej potrafią cieszyć się przeżytym dniem. Tego wielu brakuje, a tą pozytywną „moc” niesie ze sobą ta przemiła staruszka.

Dwiema postaciami, które również polubiłam, a których w jakiś sposób było mi momentami troszkę żal, była Mary-Rose i Eva. Zacznijmy od Mary-Rose, która mimo trudów życia stale pozostawała uśmiechnięta. To jednak nie jej siłę ducha i mężność serca opiewa opowieść Ahern. Pisarka pokazuje nam dziewczynę, która kocha z taką wielką siłą, że kilka raz w tygodniu przyjmuje oświadczyny przyjaciela. Za każdym razem są kimś innym, mimo to ona nadal wierzy, że kiedyś usłyszy zamiast kolejnego wymyślonego imienia, własne. Jej historia jest moim zdaniem niezwykle smutna, a zarazem zupełnie niezwykła. Z każdym kolejnym incydentem czytelnikowi jest zwyczajnie co raz bardziej żal Mary-Rose. Dochodząc do kulminacyjnego momentu w głowie rysuje się sugestia, że przecież kobiet, takich jak ona jest wiele. Swoją nadzieją, siłą woli i uśmiechem stają się bohaterkami codzienności.

Eva ujęła mnie natomiast swoją umiejętnością przenikania ludzkich serc. Niepozorna, trochę sztywna i często odizolowana od rozmówcy, z czasem okazała się osobą, która pozornie chłodna, roztapia najgłębiej skrywane pragnienia, uszczęśliwiając człowieka. Początkowo nie wierzyłam, że będzie w stanie wybrać idealny prezent dla każdego. Przewracając kolejne strony irlandzkiej pisarki zdawała sobie jednak sprawę, że zbyt szybko ją osądziłam. Ze wzruszeniem czytałam sceny, gdy wręczane były prezenty „zrobione” przez nią. To coś niezwykłego!

„- To drobiazg. Nie szukałam specjalnie, znalazłam go przypadkiem, a pamiętając przez co ostatnio przeszłaś, pomyślałam o tobie. - Sięgnęła do swojej niewielkiej torebki i wyjęła doniczkę z ziemią. W pierwszej chwili Kitty nie zrozumiała, dopóki nie zobaczyła naklejki z boku.
- >> Wyhoduj sobie własne szczęście << - przeczytała na głos i zaczęła się śmiać. Do doniczki z ziemią dołączony był woreczek z nasionami koniczyny.”*

Piękny wzór przy grzbiecie książki :)
Wśród odnalezionych z listy był także Jędrek – Polak (!), który razem z przyjacielem pragną zapisać się na kartach księgi Guinnessa oraz Ambrose – niezwykła pasjonatka motyli skrywająca się przez swoje kompleksy. Wszystkie te postaci niczym nie różnią się od wielu z nas. Każdy ma przecież marzenia, jak Jędrek i kompleksy, jak Ambrose. Tacy sami, jak my, a mimo swojej zwyczajności przywołują uśmiech na twarzy i stają się napędem dla ciekawości czytelnika.

„Ambrose była jak jeden z tych egzotycznych motyli, które trzymała w gablotach na ścianach muzeum.”*

I sama Kitty – główna bohaterka. Momentami denerwująca, częściej jednak słaba, za słaba na postać centralną. Poznając osoby z listy odkrywa w sobie siłę i pierwiastek, iskierkę magii tworzenia słowa pisanego. Od tego momentu czytelnik przymyka oko na jej koszmarny początek, kibicując nowym odkryciom. Kitty, która niewłaściwie osądziła człowieka. Może w imię sensacji, w imię własnego sukcesu medialnego. By znów uwierzyć we własne możliwości musi odsunąć od myśli sukces, popularność. Zmuszona jest wrócić do początku, by odkryć, co ważnego jest w pisaniu.

„Codziennie ludzie dokonują czynów, których nikt nie opiewa. I o tym właśnie powinniśmy pisać. O anonimowych bohaterach, o ludziach, którzy wcale nie uważają się za bohaterów, ponieważ robią po prostu to, co według nich powinni robić w życiu.”*

Cecelia Ahern stworzyła książkę niezwykle mądrą i pouczającą, operując przy tym prostym i przystępnym językiem. „Sto imion” to opowieść o nadziejach, radościach i sukcesach, ale także smutkach i goryczy porażki. Na ponad czterystu stronach, przebiegając przez kalejdoskop uczuć, pokazuje, że życia nie można mierzyć miarą „porażka-sukces”. Do wszystkiego należy pochodzić nie tylko z głową, ale i sercem. Bo gdy zabraknie serca, człowiekowi łatwo jest się zgubić. Polecam szczególnie tym, którzy mają ochotę razem z Kitty na chwilę zatrzymać się, przystanąć i odkryć naturalne dobro w innych oraz przywrócić w sobie wiarę w drugiego człowieka.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa AKURAT, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki „Sto imion”, kolejno ze stron: 16, 19, 429, 364, 438.

środa, 24 września 2014

[159] Sue Monk Kidd „Czarne skrzydła”


Wydawnictwo Literackie
Kraków 2014, 488 str.
Ocena: 10/10 Perełka

PREMIERA 25 WRZEŚNIA!

Niewolnictwo, które przed laty istniało niemal na całej półkuli zachodniej oraz na terenach afrykańskich to temat, który od dawien dawna poruszany jest w szkole, na lekcjach historii. W pamięci uwalają się wtedy pewne obrazy, które pozostają w niej na dłużej. Zjawisko powszechne w XVIII i XIX wieku ostatnimi czasu często staje się przedmiotem szeroko pojętej literatury. Pisarze niejednokrotnie próbują okazać co raz to inne jego oblicza, zachowując jak najwięcej realizmu. Niewielu jednak próbuje w pełni wczuć się w to, co przeżywali Ci ludzie, odkrywając najmniejsze niuanse ich życia...

„Pora, by stanąć w obronie czyichś praw, nadchodzi wtedy, gdy ktoś ich komuś odmawia!”*

Pani Sue Monk Kidd to bestsellerowa autorka, której publikacje zdobyły uznanie na całym świecie. Nim światło dzienne ujrzała publikacja „Sekretne życie pszczół”, która przyniosła jej rozgłos, wydała inne pozycje – dwie poświęcone kontemplacji nad wiarą chrześcijańską oraz jedną – związaną z poglądami feministycznymi. Na podstawie jej dwóch książek zostały nakręcone filmy. W Polsce czytelnicy mają natomiast możliwość zaznajomić się z jej prozą poprzez trzy książki: „Sekretne życie pszczół”, „Opactwo świętego grzechu” oraz „Czarne skrzydła”, które swoją premierę mają już w czwartek.

„Plantacja, dom, całe nasze życie... Wszystko to zależało od niewolników.”*

Sara Grimkè to najstarsza z córek sędziego i jednego z największych plantatorów Karoliny Południowej. Jego rodzina zaliczana jest do elit Charlestone. Dziewczyna jest oczkiem w głowie ojca, a matka uważa ją za nieco upartą i znacznie inną od pozostałego rodzeństwa. Kiedy na jedenaste urodziny otrzymuje niewolnicę obwiązaną wstążeczkami, stawia swój wyraźny opór. Jednak co raz bardziej się sprzeciwiając, zaczyna tracić to, na czym jej zależało. Uważa, że Hetty, którą otrzymała to człowiek taki jak oni, a człowieka nie można posiadać. Od jej jedenastych urodzin nic już nie będzie takie, jakiego by oczekiwała.

Kiedy zobaczyłam informacje o najnowszej powieści Pani Kidd w moich oczach śmiało można było upatrywać iskierek radości. Cieszyłam się jak dziecko, że kolejne dzieło tej niezwykłej pisarki zagości na polskiej ziemi. Autorki, która była jedną z pierwszych, które pokazały mi czym są łzy wzruszenia podczas lektury. Bez cienia zwątpienia wiedziałam, że koniecznie muszę powrócić do słów spisywanych przez Panią Sue, gdzie skrywają się ogromne pokłady szczerości, a czasem też współczucia i bólu.

„Zachowanie milczenia w obliczu zła również jest złem samym w sobie.”*

Największym atutem powieści są bohaterowie. Każdy z nich, od pozornie niedostrzegalnego niewolnika, po Pana, został znakomicie nakreślony. Nie sposób było kogoś pomylić czy pominąć. Głownie bohaterki – Sara i Szelma spotkały się z moją wielką sympatią, zrozumieniem, a czasem nawet współczuciem. Z napięciem śledziłam ich, co raz to boleśniejsze przeżycia, które trudno przyjąć w ogóle do wiadomości.

Hetty imponowała mi swoją chęcią poznawania świata, do którego nie powinna należeć. Cieszyłam się kiedy Sara pokazywała jej to, co kochała. Największą część mojej ogromnej sympatii zdobyła młoda Grimkè. Nie mogłam się nadziwić ile w niej zapału i woli walki, mimo ciągłych niepowodzeń i braku akceptacji ze strony rodzeństwa. Jej relacja z siostrą – Niną – stanowiła dla mnie źródło zachwytów nad siostrzaną miłością. To, co je łączyło nie stanowi codzienności wśród dzisiejszych rodzeństw, dlatego byłam zafascynowana tym, jak świetnie się dogadywały. Samą Sarę pokochałam całym sercem. Nie mogłam się oderwać od opowieści o jej życiu, które nierzadko przepełnione było goryczą porażki.

„Napotykając na swojej drodze jakiekolwiek zagrożenie, pragnęłam tylko umrzeć albo się ukryć. Dlatego wymyśliłam sobie hasło: 'Skoro już musisz popełniać błędy, rób to z odwagą'.”*

Wydawać by się mogło, że niewolnicy całkowicie podporządkowują się Panom, by nie otrzymywać najbardziej bolesnych kar. Z kolejnymi stronami powieści czytelnik przekonuje się jednak, że ludzie będąc ograniczeni niewolą, próbują sprawnie wywinąć się spod zasad w każdy możliwy sposób. W ten sposób próbują pokazać, że są coś więcej warci, niż wskazują cyfry w księdze spisu majątków ruchomych właściciela. Zdecydowanie można stwierdzić, że potrafią samodzielnie myśleć i przechytrzyć władzę.

„Mauma nie pragnęła samej tkaniny, chciała jedynie narobić kłopotów. Nie była w stanie się wyzwolić ani zdzielić pani laską w tył głowy, mogła za to zabrać jej jedwab. Człowiek buntuje się w każdy możliwy sposób.”*

Mauma była postacią, którą, obok dwóch głównych bohaterek, najbardziej polubiłam. Budziła ona we mnie momentami lęk, kiedy bywałam świadkiem jej zuchwałych czynów. Były momenty, kiedy naprawdę bałam się o tą kobietę, która stawała mi się bliska z każdą kolejną stroną, tak jak była ważna dla Hetty. Szczególnie spodobał mi się pomysł kapy jako możliwości tworzenia książek, opowieści przez nie potrafiących pisać niewolników. Za każdym razem, tak jak Szelma ze wzruszeniem studiowałam kolejne obrazki, które wyszyła jej mauma.

„Przechodząc od obrazu do obrazu, wydawało mi się, że czytam książkę, którą mauma zostawiła po sobie, jej ostatnie słowa.”*

Druga z czołowych postaci – Hetty – imponowała mi natomiast swoją dojrzałością. Choć wielu nie dostrzegało w niej ogromu odwagi i wytrzymałości duszy oraz ciała, bardzo ją sobie za to ceniłam. Choć znacznie chętniej czytałam o perypetiach Grimkè, lubiłam Szelmę. Bardzo mi się podobała ta postać, choć została ona w pełni stworzona wyobraźnią Pani Kidd. Pisarce należy się ogromna pochwała, że stworzyła dziewczynę, której historia, chociaż nie prawdziwa, była z pewnością opowieścią dotyczącą wielu niewolników.

„(...) Mauma już więcej nie upadła, a ja doszłam do wniosku, że Bóg mnie wysłuchał. Może wcale nie był biały, może ten świat miał też kolorowego Boga.”*

W historii spisanej piórem Pani Kidd widać wielki wpływ wiary na tworzone przez nią dzieło. Na kartach powieści odnajdujemy liczne dowody na to, że Bóg odgrywa wielką rolę nie tylko w życiu niewolników, ale i panów. Niezależnie od koloru skóry każdy z nas potrzebuje wsparcia kogoś, kogo nie ma materialnie gdzieś obok, a jest duchowo. Dlatego też kiedy zobaczyłam rozważania Hetty na temat istnienia kolorowego Boga, z uporem maniaka wypatrywałam podobnych fragmentów dalej. Dzięki nim pisarka jeszcze bardziej uświadamiała czytelnikowi, że nawet w kwestii wiary niewolnicy niczym się nie różnili, a jednak byli oddzielani od społeczeństwa.

„Mówisz jakby Bóg był białym Południowcem! Jakby jego wizerunek stanowił naszą własność. Mówisz jak głupiec. Czarni nie są istotami innymi niż my. Biała skóra to nie świętość. Mary! Nie możecie usprawiedliwiać nią wszystkiego.”*

Historia ukazana w „Czarnych skrzydłach” to nie tylko opowieść o niewolnictwie, ale także walce o prawa kobiet. Część, w której Sara i jej siostra Nina podróżowały po kraju jako mówczynie, zdecydowanie zaliczam do jednej z bardziej pozytywnych. Każda z ich wypowiedzi była przepełniona wiarą w lepsze jutro, a jednocześnie siłą, z jaką niosły na swoich ramionach skutki tych wypowiedzi. Cieszę się, że takie osoby, jak one, dały Nam – kobietą – prawo wolnego głosu. Wtedy cała sprawa raczkowała, jednakże młode siostry Grimkè były w swych czynach niebywale uparte.

„Bóg stworzył kobiety do roli salonowych lalek. Jak ja tego nie cierpię!”*

Niezwykle ważną częścią książki, a może nawet najważniejszą w odbiorze całej lektury są słowa od autorki. Dzięki nim możemy zrozumieć sens całej powieści i odkryć pobudki z jakich pisarka zdecydowała się na ten, a nie inny temat. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona, kiedy odkryłam prawdziwe fakty, szczegół po szczególe znajdujące się w książce. Choć już od początku widziałam, że Sara jest postacią realną, a nie jak Hetty – wytworem wyobraźni, byłam zaskoczona jak Pani Kidd genialnie połączyła ze sobą w całość wszelkie dostępne informacje na temat życia Sary Grimkè. Po przeczytaniu tego swoistego podsumowania jeszcze bardziej przekonałam się w przekonaniu, że „Czarne skrzydła” to prawdziwy majstersztyk.

„Historia to nie tylko ciąg faktów i zdarzeń. Historia to również ból w sercu. A my powtarzamy ją raz za razem, aż w końcu cudzy ból stanie się naszym własnym.”**

Wielce ciekawym odkryciem w podsumowaniu okazują się informacje o badaniach, jakie kobieta prowadziła szukając materiałów do książki. Byłam pod wrażeniem ile włożyła w to nie tylko czasu, ale i serca. Nie ma nic piękniejszego niż pasja w odkrywaniu nieznanych tajemnic tematu, który w jakiś sposób nas zainteresował. Bardzo podziwiam Panią Kidd za wysiłek, jaki włożyła w stworzenie tak wnikliwej opowieści.

Kończąc moje rozważania na temat „Czarnych skrzydeł” trudno mi nie wspomnieć, że te dzieło zawierającą kawał historii minionych lat powinien przeczytać każdy. Pani Sue Monk Kidd to „literacka marka”, za którą szczególnie polecam wam chwytać bez żadnego wahania. W jej powieściach w końcu nie chodzi tylko o pisanie, które kocha, ale również o coś znacznie ważniejszego. Pisarka pragnie przekazać opowieść, która wedrze się w najgłębsze czeluście ludzkiego serca i poruszy je tym, co w niej opisywane. I nie są to rzeczy błahe, niewarte uwagi, a sprawy, o których każdy stąpający po ziemi powinien mieć choć minimum pojęcia. Jeszcze raz więc polecam Wam lekturę autorstwa Pani Kidd.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki "Czarne skrzydła", kolejno ze stron: 439, 244, 261, 16, 56, 198, 66, 463, 140.
** Cytat pochodzi z książki "Czarne skrzydła" i został zawarty w podsumowaniu od autorki. Są to słowa profesora Juliusa Lestera zawarte na stronie 482

piątek, 15 sierpnia 2014

[154] Olga Rudnicka „Natalii 5”


Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2011, 560 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Imię wydawać by się mogło, że we współczesnym czasie jest naszą „niematerialną legitymacją”. Znajomi po imieniu wołają nas, by znaleźć w tłumie. W pracy zwraca się tak szef, by wezwać na dywanik. Przy sprawdzaniu obecności na zajęciach także słyszymy swoje imię. Wydaje się nam one niepowtarzalne, póki nie spotkamy kogoś, kto nazywa się tak samo, jak my. Może trochę działa na nerwy, ale to tylko imię. Co byłoby gdyby jednak nie tylko imię było identyczne? W dowodzie możemy znaleźć, że jest kilka osób, które noszą część naszych personali. Zazwyczaj nigdy ich nie poznamy. Ale... nigdy nie mówi nigdy. Życie płata figle, a Natalii Sucharskich może być pięć.

„Spoglądały na siebie nieufnie. Ojciec okazał się łajdakiem i jest ich pięć. Pięć Natalii, ale nie pięć sióstr. Umył to rozumiał, serce jeszcze nie. Poczucia pokrewieństwa, ani wspólnoty dusz nie miały. Nie miały też wspólnej przeszłości i, co bardzo prawdopodobne, przyszłości.”*

Olga Rudnicka to młoda pisarka, która zadebiutowała będąc niewiele straszą ode mnie. Ma ona na swoim koncie dziewięć błyskotliwie napisanych pozycji, które cieszą się niewątpliwą popularnością wśród wielu czytelników w Polsce. Będąca baczną obserwatorką otaczającej rzeczywistości dziewczyna, na co dzień pracuje jako asystentka osób niepełnosprawnych w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej w Śremie. W jej niezwykle wybujałej wyobraźni pojawiają się co raz to nowe pomysły na literackie smaczki, przez co rokrocznie dostarcza swoim fanom wiele emocji. Niedawno obiło mi się o uszy, że „Natalii 5” ma zostać zekranizowane, więc śmiało można rzec, iż każde marzenia mogą się zmaterializować.

Testament skupia w biurze notariusza pięć kobiet. Każda jest inna nie tylko pod względem wyglądu, ale jak się później okaże – również charakteru. Wszystkie z Pań jednak mają cechę wspólną – noszą to samo imię i nazwisko. Wszystkie także nie mają pojęcia iż ojciec nie żyje, pozostawiwszy dla nich zadanie i... dom. Budynek, w którym odkrywać siebie, relacje między nimi się rodzące, tajemnice Sucharskiego oraz historię zaginionych monet. Nie zabraknie oczywiście także serii włamań, co dziwne następujących dopiero od momentu nie do końca wyjaśnionej śmierci właściciela domu...

„Warto prowadzić poszukiwania tak, jakby chodziło o coś bardzo, bardzo małego.”*

O książce „Natalii 5” słyszałam już nie raz. Wiele opinii na temat tej pozycji przewijało się przez blogi, a na dodatek moja przyjaciółka Eta nie mogła się nachwalić tej książki. Dlatego, kiedy zobaczyłam ją na bibliotecznej półce, sięgnęłam po nią bez wahania, by nikt nie zwinął mi jej sprzed nosa (choć w promieniu kilku metrów nie było nikogo prócz bibliotekarki). Z zadowoloną miną w pierwszej lipcowej gorączce wracałam busem do domu, by jak najszybciej otworzyć tą tajemniczą księgę :)

Choć powieść Pani Rudnickiej nie należała do najcieńszych, które piętrzyły się na moich stosach na biurku, bez wahania postanowiłam jak najszybciej odkryć świat przez nią wykreowany. Poznając na pierwszych kilkudziesięciu stronach kolejne główne bohaterki, czułam się nieco skołowana zresztą, jak się później okazało, większość osób, które miały do czynienia z siostrami Sucharskimi popadała przy pierwszym kontakcie w podobny obłęd. Natalia Anna, Natalia Sucharska – Dębska, Natalia Magdalena, Natalia i Natalia Anastazja – i jak tu nie przecierać powiek ze zdumienia? Kiedy jednak pozna się wszystkie Panie, aż szokujący jest fakt, że wcześniej nie mogliśmy uch odróżnić. W końcu choć nieco podobne, każda z nich była inna i mała swoje zalety oraz wady.
Proporcje nie takie - zbyt mało książki, za dużo herbaty.

Wspominając już o Pannach Sucharskich należy zaznaczyć, że za wykreowanie tych postaci, zadbanie o najdrobniejsze szczegóły w tworzeniu głównych bohaterek, należą się młodej pisarce nie lada owacje. Zrobiła to wręcz fenomenalnie. Nie tylko nie można ich nie lubić, ale również to, co robią, niejednokrotnie sprawia, że czytelnik się śmieje do tomiszcza (jak to mój tata stwierdził – musi być już z Tobą źle, że się do książki śmiejesz...) ;)

-Natalia Sucharska.
Przez chwilę czuła się jak oszustka. Powoli wchodziło jej w nawyk przedstawianie się drugim imieniem. Jak wyjdziemy z domu dwie, to będziemy musiały recytować komplet danych osobowych, przemknęła jej nagła myśl. Zamiast mówić imię i nazwisko, będę podawać PESEL.”*

Prócz świetnie wykreowanych głównych bohaterek Pani Rudnicka zafundowała nam zabawne postacie z policyjnej komendy. „Policjant z wątpliwościami” jak roboczo zapisałam sobie Potockiego, ciekawił mnie swoją elokwencją i wnikliwością w śledztwie, mimo niemalże pewnych danych. Z kolei Marcin Kurek okazał się kawalarzem, a jego powiedzonka były na miarę tekstów, którymi zaskakiwała nas moja poprzednia germanistka. Także dzieciaki okazały się równie przebojowe. Całe towarzystwo odwiedzając dom w Mechlinie w liczbie wahającej się od siedmiu, przez dziewięć, po... kilkanaście osób mogliśmy obserwować niemalże z bliska dzięki fantastycznym opisom stworzonym plastycznym i przystępnym językiem, jakim posługuje się w swojej prozie Pani Rudnicka.

„Więc to nie zawał ani udar, ani nic bardzo strasznego i groźnego? - Nata z trudem ukryła zawód w głosie. Jak ma napisać powieść, skoro jej życie jest tak żałośnie puste i pozbawione sensacji?!”*

Z wypiekami na twarzy czytałam i odkrywałam co raz to nowe skrytki oraz tajemnicze schowki razem z Natką, próbowałam rozplanować dokładnie działania z Anną, otworzyłam wyimaginowane wzory z kolejną Natalią, opiekowałam się dziećmi z każdą z Pań, a nawet pisałam powieść razem z przebojową Natą, która potrafiła rozłożyć mnie na łopatki. Czułam się, jakbym sama znajdowała się gdzieś pośród sióstr Sucharskich i odkrywała tajemnice ich ojca, który okazał się niezłym ziółkiem.

„ - Co tu się dzieje? - do kuchni wkroczyła mama Natki - Dlaczego macie dziurę w podłodze? - zastygła oszołomiona na widok mrocznej czeluści. - To ich dziura - powiadomił ją Marcin - I ich kuchnia - dodał Adrian - I nikomu nic do tego - ze złośliwym uśmiechem dołożył Krzysztof.”*

Do samego końca nie spodziewałam się rozwiązania, co w kryminałach jest ogromną zaletą. Pani Rudnickiej prócz wciągającej powieści z trupem w tle udało się stworzyć barwną obyczajowo historię rozgrywającą się w Mechlinie. Myślę nawet, że momentami gubiliśmy klimat typowy dla publikacji wpisującej się w ramy literatury kryminalne. Doszłam jednak do wniosku, ze to wcale nie odebrało publikacji uroku, a wręcz przeciwnie – dodało jej oryginalności ni tylko w sferze pomysłu, ale również w samej strukturze powieściowej. Miejscowość, w której rozgrywała się akcja tym bardziej intrygowała, gdyż z tamtych okolic pochodzili Watt-Skrzydlewscy związani z moją rodzinną miejscowością – Ocieszynem.

Muszę przyznać, że gdy znajdowałam się co raz bliżej końca, nie chciałam rozstawać się ze siostrami Sucharskimi i dwoma zabawnymi komisarzami. Całe te towarzystwo spodobało mi się na tyle, że postanowiłam sobie przedłużyć czytanie o jeszcze jeden dzień, zostawiając bodajże pięć stron na poranek. Było to trochę dziwne, ale cóż, tylko ja mogę wpaść na tego rodzaju pomysły. Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że Pani Olga postanowiła nie porzucić po tych ponad pięciuset stronach tej niemal wybuchowej mieszanki charakterów. Dla mnie „Natalii 5” to powieść za krótka. Gdyby od razu dołożyła jeszcze kilkaset stron, z pewnością nie spostrzegłabym się, kiedy bym je przeczytała. W każdym razie kolejną powieść Pani Olgi kupię. Jeszcze nie wiem kiedy, ale koniecznie muszę to zrobić, bo już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła chwycić za „Drugi przekręt Natalii”.

Marmurowo... - bardzo podoba mi się to zdjęcie :)
„Natalia Magdalena, kręcąc z niedowierzaniem głową, zaczęła wspinać się po schodach. O kimś, kto umarł, mówi się, że odszedł. Ale w tym przypadku z jednym odejściem jest związane tyle nadejść, że głowa boli!”*

Zdecydowanie mogę powiedzieć, iż to, co zaserwowała swoim czytelnikom Pani Olga, trudno określić składnymi zdaniami i ładnymi frazesami. W mojej głowie po lekturze powieści „Natalii 5” szaleje niezmierzona burza emocji niezwykle pozytywnych. Nie mogę się nadziwić nad tak dokładnie i skrupulatnie dopasowanymi wyrazami, tworzącymi ciągi nie tyleż nieprawdopodobnych zdarzeń, co spójną całość, mimo braku typowych wyznaczników moich oczekiwań względem powieści z dreszczykiem. Od dziś postanawiam, że pisarkę tę pozostawiam poza tymi granicami, oczekując równie wielkich emocji w kolejnych czytanych przeze mnie publikacjach.

Czytaliście kiedyś świetny i błyskotliwy kryminał? Spotkaliście się kiedyś z niebywała komedią, która sprawia, że śmiejesz się sam do siebie? Czy autor kiedyś zrobił Was tak w przysłowiowe jajo, że mieliście ochotę mu przyklasnąć? Po przeczytaniu „Natalii 5” z pewnością na każde z tych pytań będziecie mogli opowiedzieć „TAK”. Kiedy spoglądam na to opasłe tomiszcze leżące obok mnie, za każdym razem głos ze środka woła „jeszcze raz”. Obstawiam, że z Wami będzie podobnie. Gorąco polecam powieść Rudnickiej, która z pewnością niejednego czytelnika jeszcze zaskoczy! ;)

*Cytaty pochodzą z książki „Natalii 5” kolejno ze stron: 85, 276, 305, 88, 92