Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 czerwca 2016

Diane Chamberlian, Chcę Cię usłyszeć

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2016, 456 s.
Każdy z nas był w sytuacji, kiedy zabrakło słów, a głos ugrzązł w gardle. Zwykle towarzyszył też temu potworny stres i szczypta lęku. Niekiedy jednak następuje moment, że strach paraliżuje nas z jakiegoś powodu i nie możemy się odezwać. Co zrobiłabyś, gdybyś straciła głos?

Kiedy poznajemy Laurę, jej ojciec umiera po latach zmagań z rakiem. Jest to dla niej ogromny cios to tata pokazał jej piękno podniebnego świata. Przed śmiercią zdążył jednak poprosić córkę, by zaopiekowała się Sarah Tolley starszą panią, o której nigdy wcześniej nie słyszała. Chcąc dopełnić zobowiązania, jedzie do Meadow Wood Village. Po powrocie do domu widzi na schodach płaczącą Emmę. Nie mogąc znaleźć nigdzie męża, spodziewa się najgorszego. Mężczyzna od lat walczy z depresją i nieudolnie próbuje wydać książkę. Spada na nią kolejna tragedia Ray popełnił samobójstwo. Na dodatek pięciolatka, będąca świadkiem zdarzenia, nie chce o tym mówić... nie chce wcale mówić...

Światowej sławy astronom, a jednocześnie matka i zrozpaczona żona staje przed kolejnym wyzwaniem. Próba powrotu do normalności wydaje się niemożliwa. Na dodatek winą za śmierć Raya i mutyzm córki, Laura obarcza siebie. W walce o dawną Emmę może pomóc jej tylko jeden mężczyzna, z którym nie widziała się od sześciu lat biologiczny ojciec dziewczynki. Jej czas pochłaniają również cotygodniowe odwiedziny u Sarah. Kim jest ta kobieta? Czy obietnicy zawsze należy dochować? I w końcu: A ty co być zrobiła aby pomóc swojemu dziecku?

czwartek, 22 października 2015

Katarzyna Kołczewska "Wbrew sobie"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka,
Warszawa 2015, 760 s.
Adam i Ewelina są małżeństwem od lat. Będąc po trzydziestce należą do ludzi sukcesu. On - współwłaściciel agencji reklamowej. Ona - szanowany chirurg. Rajscy wydają się być nie tylko idealnie dopasowani, ale również szczęśliwi. Wykształceni, z dobrze płatną pracą nie myślą o problemach codzienności. Eleganckie mieszkanie, sprzątaczka, urlopy w malowniczych miejscach Europy. O brak środków do życia nie trzeba martwić się, te jednak nie zapewniają wszystkiego, o czym marzyli by. Do nieskazitelnej układanki brakuje tylko jednego elementu...

...dziecka, które jest największym pragnieniem Eweliny. A ta zdecydowanie jest zdeterminowaną kobietą i zrobi wszystko, by osiągnąć upragniony cel. Razem z mężem postanowili podjąć walkę, która okazała się wyboistą drogą do szczęścia. Wpadając w wir badań, zabiegów i kolejnych prób zapłodnienia, liczyli na sukces. Czytelnik poznaje bohaterów, którzy oczekują wizyty w klinice leczenia bezpłodności. Brzuch Eweliny jest delikatnie podkreślony, a wewnątrz kiełkuje nowe życie. Ich radość nie zna granic. Ten obraz zdecydowanie wywołuje uśmiech. Początkowy entuzjazm znika, kiedy ginekolog zupełnie zmienia wyraz twarzy po badaniu USG.

Chwilowe zawieszenie poza rzeczywistością nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. Tak też jest w tym wypadku - dochodzi do tragedii, która na zawsze odmieni życie Rajskich. Łzy, żal, ból, który niewyobrażalnie rozdziera serce. Zwłaszcza serce matki. Ewelina musi bowiem urodzić martwy płód.

poniedziałek, 14 września 2015

Joanna Szwechłowicz "Ostatnia wola"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2015, 280 s.
Testamenty mają to do siebie, że nie zawsze są po myśli spadkobierców zmarłego. Ostatnia wola będąca nierzadko powodem sporów i nienawiści. Bywają też sytuacje, w których pośmiertny zapis zbiera swoje żniwo. Nie zawsze bowiem udaje się przezwyciężyć ludzkie ułomności - chciwość, poczucie krzywdy i chęć zemsty. Zabójcę w takiej sytuacji zwykle łatwo zdemaskować. Ale gdy rodziną jest się jedynie na papierku, wszystko staje się trudniejsze...

Joanna Szwechłowicz to absolwentka MISH. Z wykształcenia jest polonistką i socjologiem, co odzwierciedla się w jej prozie. W 2014 roku ukazał się jej debiut literacki - Tajemnica szkoły dla panien.

Akcja powieści rozpoczyna się 30 grudnia 1938 roku, kiedy to krewni baronowej Wirydianny Korzyckiej po nietypowym zaproszeniu, ruszają w podróż do pałacu seniorki rodu w Janowcu. Już podczas podróży dostrzegają pozostałych członków rodziny, którzy również otrzymali zagadkowy list. Zwabieni podstępem stawiają się na miejscu, jednak już nie w komplecie. 

Dlatego zapraszam was na piątek, trzydziestego grudnia i proszę, żebyście zarezerwowali sobie czas do pierwszego popołudnia nowego roku. Wieczorem odbędzie się uroczysta kolacja, a w sobotnie południe odczytam swoją ostatnią. Będzie z nami pan Wasilewski, doktor prawa. Wszystko z nim uzgodniłam, niechaj więc niech nikt nie próbuje później podważać testamentu. Skandal i tak wystarczająco was skompromituje. Zwłaszcza osobę, która otrzyma mój majątek niemalże w całości [...] Wasza ukochana ciotka[1]
 

czwartek, 3 września 2015

Rowan Coleman "Słowa pamięci"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2015, 400 s.
Każdego ranka zaraz po otwarciu oczu powtarzam sobie, kim jestem, kim są moje dzieci i co mi dolega[1].

Spotkanie, wizyta u dentysty, wywiadówka. Miejsce, w którym leżą kluczyki od samochodu, karta kredytowa, dokumenty. Imię współpracownika, przyjaciółki, dziecka. Wszystko powoli ulatuje z pamięci. Nawet umiejętność prowadzenia auta, droga do domu i uczucie do mężczyzny, który jest Twoim mężem. Symptomy są niezauważalne, początkowo nieznaczne. Kiedy już znasz przyczynę, a choroba postępuje chcesz ustrzec wspomnienia przed zapomnieniem...

Claire nie jest staruszką, ani nawet starszą panią spędzającą popołudnia z przyjaciółkami. To kobieta w kwiecie wieku, która mimo upływu lat, wciąż wygląda młodo. Ma dorosłą córkę, niedawno na nowo odkryła uroki miłości i macierzyństwa. Kiedy wszystko wydaje się toczyć jak w bajce, zdiagnozowany zostaje u niej Alzheimer. Pozornie wszystko wygląda tak samo. Kobieta o płomiennie rudych włosach, matka dwóch córek, nauczycielka. Wszystko się zgadza. W środku jednak - osoba pełna wątpliwości, mimowolnego lęku, a jednocześnie świadoma tego, że choroba zabiera ją kawałeczek po kawałeczku. Najpierw sobie samej, mężowi, córce. Claire nie poddaje się. Chce walczyć, nie odbierać dziecku matki. Chce pamiętać, kochać, być. 

Szukając sposobu na zachowanie chwil tak ważnych dla niej i całej rodziny, główna bohaterka zaczyna tworzyć Księgę Pamięci, by pozostawić ją po sobie najbliższym. To, co pozostało w jej świadomości, stara się zachować - opisując mniej i bardziej ważne chwile z wymykającego się między palcami życia. Przed opasłym notesem oprawionym w czerwoną skórę zasiadają również inni domownicy pragnąc przypomnieć chorej tak odległe wspomnienia. Caitlin wspomina dzieciństwo, dorastanie, moment, gdy pojawił się Greg. Mąż pragnie przypomnieć Claire siłę ich uczucia. Niekiedy jednak słowa pozostają słowami, a kobieta nie czuje żadnych emocji, choć wie, że rani innych. 

sobota, 14 marca 2015

Diane Chamberlain "Milcząca siostra"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
  Warszawa 2015, 456 s.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra 

Każda rodzina ma swoją tajemnicę. Jedna bardziej trywialną, inna - niezwykle mroczną. Trafiając na strzępki informacji z przeszłości, trudno oderwać się od kart, które wręcz proszą się o odkrycie. Idąc krok za krokiem z ciekawością, gdzieś w sercu nieświadomie pojawia się lęk przed przeniknięciem niejasnych faktów. Przecież nie musi być tak, jak się spodziewany. Prawda może zburzyć cały dotychczasowy porządek świata, zwłaszcza, gdy okaże się, że rzeczywistość, w którym żyliśmy była jedynie dobrze skonstruowanym kłamstwem.

Rhiley przez całe dotychczasowe życie była pewna, że jej siostra Lisa, będąc nastolatką, popełniła samobójstwo. Nikt nigdy nie wspominał jej o okolicznościach tych wydarzeń, ona też nie pytała. Po ponad dwudziestu latach, sprzątając dom ojca po jego śmierci, odkrywa, że Lisa wcale nie umarła - jej siostra przybrała nową tożsamość. MacPherson w czasie poszukiwań będzie musiała znaleźć odpowiedź na wiele pytań. Co stało się przed laty? Dlaczego Lisa opuściła dom, rodzinę i miasto, pozostawiając ich bez żadnej wiadomości? I w końcu - dlaczego jej siostra od tak dawna milczy?

Chamberlain to pisarka, której twórczość stopniowo odkrywam. Nie raz już wspominałam, że za sprawą Książkówki trafiłam na literaturę tworzoną przez amerykańską autorkę, i nie żałuję. Popularna twórczyni powieści obyczajowych, które cieszą się sympatią czytelników na całym świecie, zyskuje co raz większą aprobatę wśród polskich książkoholików. Nie boi się poruszać trudnych tematów, robiąc to w sposób wnikliwy i na tyle tajemniczy, że jej książek nie idzie porzucić ot tak między zdaniami. Ponadto w jej lekturach nigdy nic nie bywa oczywiste...
 
Porządkując dom razem z Rhiley, mimowolnie angażujemy się w życie bohaterki. Kobieta, przygotowując na aukcję miejsce, w którym dorastała, musi uporać się nie tylko z bagażem emocji, ale i masą pamiątek i papierzysk, które po swojej śmierci pozostawił jej ukochany ojciec. Wśród mnóstwa bibelotów, które Frank darzył szczególną sympatią, Rhiley odnajduje zdjęcia siostry - młodej skrzypaczki - i nagrania z koncertów, kiedy ta była jeszcze dzieckiem. Chce zrobić to, czego nigdy nie miała możliwości - poznać siostrę chociażby przez te filmy i fotografie. Obraz Lisy, którego nie mogła zapamiętać jako dwulatka, nabiera dla niej namacalnych cech.

"[...] uświadomiłam sobie, że od początku do końca ją sobie wymyśliłam. Nic o niej nie wiedziałam, więc musiałam sobie wyobrazić, jaka była. Teraz nagle zobaczyłam jej twarz. Zobaczyłam, jak ciężko pracowała. Była tylko dzieckiem."*

Kolejne etapy poszukiwań i następne, równie zaskakujące odkrycia głównej bohaterki sprawiają, że poznajemy obraz całej rodziny, której kulą u nogi staje się przeszłość. Matka nie potrafi porzucić żalu po śmierci ukochanej córki; ojciec, pełen zmęczenia odznaczającego swe piętno na twarzy, żyje obok bliskich, ale jednocześnie poza nimi. Samobójstwo Lisy wpływa na wszystkich MacPerson'ów. Wszystkim brak brak ciepła, bliskości, a przede wszystkim rozmowy. Każdy jednak inaczej sobie z tym radzi.

Próby milczenia doświadczyłam także ja... :)

Powieść podzielona jest na trzy części. Nie tylko Rhiley, ale także Lisa ze swojej perspektywy przedstawia nam historię sprzed lat. Pozycja, której kolejne rozdziały oparte są na dochodzeniu do teraźniejszości, czyta się z wypiekami na twarzy. Przyznaję, że nie mam pojęcia czego byłam bardziej żądna - momentów, w których będę mogła poznać prawdę od bezpośredniego uczestnika tamtych wydarzeń, czy dalszych poszukiwań młodej MacPherson. Chamberlain zdecydowanie pod tym względem gra na pragnieniach czytającego, irytując go w sobie charakterystyczny sposób.

Amerykańska pisarka jak zwykle porusza w swojej powieści tematy trudne, które wymagają zaangażowania emocjonalnego czytelnika. Chamberlain z premedytacją wchodzi na obszary psychiki bohaterów. Każdy, kto w jakiś sposób na chwilę "dostaje głos" w historii toczy wewnętrzną batalię. Moje spojrzenie w szczególności skierowało się ku Danny'emu. Mężczyzna, który ma za sobą doświadczenie walk na froncie, początkowo budził lęk swoim zachowaniem nie tylko w Rhiley, ale również we mnie. Z czasem, gdy dostrzegłam silny wpływ samobójstwa Lisy oraz życia w ciągłym kłamstwie i niedopowiedzeniach także na jego egzystencję, zaczął wydawać mi się najciekawszą i najbardziej złożoną postacią, której "nie odstępowałam" na krok.

"[...] To nie mój umysł jest chory - powiedział - tylko moja dusza. A jej nie wyleczysz prochami."*

Ważną rolę w opowieści odgrywa też mały instrument - Violka. Przez chwilę niesamowity świat muzyki wydaje nam się okrutnym placem, na którym toczy się nieustanna walka. Wiele spostrzeżeń w tej kwestii nasuwa czytelnikowi profesja Rhiley, która zdecydowanie wydaje się być wybrana pod wpływem samobójstwa siostry. Przez długi czas mamy jedną możliwość - podążać za jej przypuszczeniami i wnioskami. Dopiero kiedy zaczęła się przede mną jawić druga strona medalu, spojrzenie to poszerzyło się. Muzyka, każdy dźwięk, staje się niezwykle pożądanym krzykiem smutku i szczęścia całej rodziny. Piękny odgłos skrzypiec i melodia z nich płynąca, która pojawia się gdzieś w naszym umyśle, roztacza swą "woń" przez całą powieść.

Dodanie opowieści odrobiny zabarwienia kryminalnego nie pierwszy raz wychodzi autorce na dobre. Fakt ten sprawia, że stajemy się detektywem, który nie tyle, co Rhiley pragnie odnaleźć siostrę, ale bardziej jak Danny - znaleźć sprawiedliwość. Byłam rozdarta pomiędzy tymi dwoma postawami bohaterów. Każda w jakimś stopniu wydawała mi się słuszna i właściwa dla rozwiązania całej zagadki. Byłam też ogromnie ciekawa jak w świetle działań rodzeństwa zachowa się poszukiwana, która odchodziła od rodziny z myślą, że nigdy więcej ich nie zobaczy, a oni w ogóle nie będą mieli pojęcia, że tak na prawdę nie popełniła samobójstwa.

Kobiety to Czytają!
"[...] sprawiedliwość ma wiele postaci."*

Charakterystyczne postacie uwikłane w całą historię sprawiają, że czytelnik porzuca początkową myśl wedle której cała historia jest przewidywalna. Czytając kolejne strony i odkrywając następne tajemnice czułam się co raz bardziej zaskoczona. Mam wrażenie, że tylko Chamberlain potrafi tak silną nicią spajać najbardziej skrajne elementy świata przedstawionego, tworząc jednorodną i mocną, pod względem dostarczanych wrażeń, opowieść. Nie znam żadnej innej pisarki, która sprawiałaby, że czytelnik jej powieści zdaje się być wyłączony na tych kilka momentów, kiedy oddaje się lekturze, z realnego świata. To, co dzieje się tu i teraz, zdaje się być nam obojętne. Bardziej prawdopodobne było, że wystygnie mi obiad albo spóźnię się na pociąg po siostrę, niż możliwość, że odłożę książkę chociażby przed skończeniem rozdziału.

Chamberlain sprawia, że wydarzenia w lekturze idą w jednym z możliwych kierunków. Czytelnik, jak i sama autorka mają pełną świadomość, że wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Czy rozwiązanie jest dobre? Chamberlain pozostawia tę kwestię sumieniu czytającego, który zaczyna zastanawiać się, jak postąpiłby w obliczu podobnego precedensu we własnej rodzinie. Podzieliłby punkt widzenia Dany'ego czy może cieszyłby się razem z Rihley? Bez próby wczucia się w sytuacje bohaterów nie możemy zdecydować o jednokolorowej barwie finału. 

"Człowiek nie może [...] bez końca uciekać od swoich błędów."* 

"Milcząca siostra" to powieść, która wodzi za nos. Przez nią błądzimy od skrajności w skrajność. Chamberlain niesamowicie miesza, wprowadza zaskakujące rozwiązania, ale nie robi tego odpychająco. To pozycja, którą czyta się błyskawicznie, a która nie nudzi. Myślę, że jej autorka jest jedną z najlepszych przedstawicielek swojego kraju, które tworzą prozę obyczajową. Zdecydowanie polecam powieść, w której tak naprawdę najważniejszą postacią nie jest niewidziana od lat siostra, ale całą rodzina - jako całość i osobne ogniwa. Obiecuję, że tę publikację o barwach ludzkiego kłamstwa przeczytacie z ogromną ciekawością i nieodpartym wrażeniem, że lektura zbyt szybko topnieje w rękach. 

*Cytaty pochodzą z książki Diane Chamberlain "Milcząca siostra", kolejno ze stron: 97,119, 418, 407. 

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka, za co serdecznie dziękuję ;)

niedziela, 28 września 2014

[160] Diane Chamberlain „W słusznej sprawie”


Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2014, 456 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Wolna wola to jedna z najważniejszych rzeczy, jaka została przyrodzona człowiekowi z jego pierwszym tchnieniem. Wybieramy czasem dobrze, niekiedy źle, jednakże robimy to sami, bez żadnych nacisków i presji. Możemy tylko siebie winić za błędy, nie mając pretensji, że ktoś uniemożliwił nam wybór. Samodzielna decyzja jednak niejednokrotnie była odbierana ludziom na całym świecie. O wielu sytuacjach tego typu mówiło się przez lata, do dziś pozostaje to w naszej pamięci. Niektóre z nich zostały tymczasem zostały pominięte i schowane przed światem...

„A przecież to właśnie jest najważniejsze, czyż nie? Móc wybrać to, czego pragniemy.”*

Diane Chamberlain to pisarka, która olśniła mnie przed kilkoma miesiącami swoim spojrzeniem na otaczającą rzeczywistość. Ta amerykańska pisarka w ostatnich latach staje się co raz bardziej poczytną autorką w Polsce, której publikacje wypełniają nie tylko półki w księgarniach, ale i w bibliotekach. Do jej najbardziej znanych publikacji należy „Prawo matki”. Kilka miesięcy temu wydawnictwo Prószyński i S-ka opublikowało jej kolejne dzieło pt. „ Dobry ojciec”. Dotąd miałam okazję czytać jedynie dwie jej książki: „Szansę na życie” oraz recenzowaną przeze mnie powieść „W słusznej sprawie”.

Jane rozpoczyna swoją pierwszą pracę. W wyniku pechowych wydarzeń od razu zostaje rzucona na głęboką wodę. Rozpoczyna opiekę nad kilkoma rodzinami, wśród których jest Ivy Hart, jej babka oraz siostra z synem. Fatalna sytuacja materialna sprawia, że opiekunka społeczna nie ma wyjścia – musi zastosować się do praw panujących w Karolinie Północnej i doprowadzić do sterylizacji młodej dziewczyny, by ta nie poszła w ślady siostry, rodząc dziecko. Jane ma opory przed podjęciem decyzji za nastolatkę, jednak kiedy zostaje do tego przymuszona przez przełożonych, jest już za późno – Ivy zachodzi w ciążę. Wg planu opieki społecznej po narodzinach dziecko ma zostać oddane do adopcji, a młoda panna Hart – poddana sterylizacji. Czy uda się tego uniknąć? 

„Uczucia nigdy nie są dobre albo złe. - odrzekła po chwili. - One po prostu są.”*
 
Proces eugeniki kojarzy się wielu, tak jak i mi przed lekturą powieści Chamberlain, wyłącznie z Hitlerem i czasami rządów nazistowskich, kiedy to istniało pragnienie stworzenie nieskażonej genetycznie, czystej rasy. Jednak czytając powieść amerykańskiej pisarki zrozumiałam, że człowiek może wykorzystywać coś, co dawniej było określane jako złe, dla pozornego dobra człowieka i zdecydowanej wygody otaczającego społeczeństwa. Szczytne idee przez wiele lat były używane w celu przerażających procesów. Obok dobrze znanego ludobójstwa i segregacji rasowej pojawia się pojęcie sterylizacji, której to Pani Diane poświęciła swoją powieść.

W nietypowej scenerii...
Od samego początku można było domyślać się, że „W słusznej sprawie” podejmuje tematy nie tylko trudne, ale często bardzo bolesne w skutkach dla osób, które objął przed laty program. Czytając słowa od autorki możemy dowiedzieć się, że ta postanowiła unaocznić nie tylko swoim rodakom, ale i całemu światu szczegóły sterylizacji eugenicznej, która dozwolona była wg prawa Karoliny Północnej ponad trzydzieści lat temu. Dziś po tych wydarzeniach pozostali jedynie dojrzalsi już ludzie, którzy pamiętają piekło minionych dni. Pisarka tworząc fikcyjne postaci wraca do wydarzeń sprzed lat, chcąc zauważyć panującą wtedy niesprawiedliwość i nieprawidłowość systemu prawnego.

„Do ulotki ktoś włożył złożony na trzy części artykuł z jakiegoś magazynu. Rozwinęłam go i przeczytałam tytuł: 'Lepsze ludzkie istoty – jutro'. I pierwszą linijkę tekstu: 'Przyszłe pokolenia powinny powstać z najlepszego, jakim dziś dysponujemy, ludzkiego materiału'. Przebiegłam oczami artykuł, który opowiadał się za sterylizacją 'mentalnych kalek'. Jedyne co przyszło mi na myśl, to Hitler i jego 'rasa panów'. Czy była tu jakaś różnica?”*

Po pierwszym sukcesie, jaki odniosła w moich oczach proza Pani Chamberlain, długo się nie wahałam – zarezerwowałam w bibliotece kolejną powieść amerykańskiej pisarki, by po raz kolejny zatopić się w tej jakże prostej, przejrzystej i lekkiej językowo powieści. Kiedy po kilkunastu dniach odebrałam publikację, od której wszystko zaczęło się u Książkówki, nie posiadałam się z radości, że „W słusznej sprawie” trafiło w moje ręce tak szybko. Rozemocjonowana wspomnieniem przeżyć doznawanych podczas lektury przez Ewę, rozpoczęłam niezwłocznie czytanie, by poznać sekret skrywany na kartach powieści Amerykanki.

Tak jak przy poprzedniej książce Chamberlain, przystąpiłam do lektury na przełomie miesięcy – lipca i sierpnia. Miło było poczuć smak słów i kolejnych zwrotów, które sprawiły, że z późnego wieczoru robiła się noc, a rankiem oczy bolały od niewyspania. Mimo wszystko warto było, gdyż historia Ivy i Jane przesiąknięta jest prawdą i smutkiem, z którym należy się oswoić... Jest ogromnie wdzięczna pisarce, że i ja mogłam poznać historię, która mogła wydarzyć się naprawdę.

Jane dopiero zaczyna pracę, kiedy wszystkie obowiązki spadają na nią, jak grom z jasnego nieba. Jako opiekunka społeczna musi jednak stanąć na wysokości zadania – są rodziny, które wyczekują dnia przyjazdu kogoś z miasta, a dokładniej Charlotte. Nikt jednak nie spodziewa się, że w ciągu kilku minut jej miejsce może zająć ktoś inny. Nieznajoma. Ktoś gorszy? Lepszy? Nie mają pojęcia. Podchodzą do młodej kobiety początkowo nieufnie, by potem nabrać śmiałości.

„Czasem jednak można zrobić coś dobrego, a i tak czuć się podle z powodu dręczących wątpliwości.”*

Podobne podejście ma też czytelnik, poznając kobietę. Młoda i pełna zapału dziewczyna z czasem, zdobywając sympatię czytelnika i bohaterów. Współpracownicy z opieki społecznej uważają ją jednak za niedoświadczoną i twierdzą, że wkrótce popełni błąd. Przecież nie łatwo upilnować jest młodą dziewczynę, której wszyscy wróżą drogę o dwa lata starszej siostry. Mary Ella uważana za opóźnioną w rozwoju, została zaraz po urodzeniu Williama uparcie nazywanego Dzidziusiem, poddana procesowi sterylizacji. Teraz musi się pilnować, by nie straciła syna, nienależycie się nim opiekując. W końcu nie łatwo upilnować ruchliwego chłopca, którym zajmuje się babka – Winona Hart wychowująca dziewczynki, kiedy te pracują w polu u farmera - Pana Gardinera. Nad domem Hartów zaczyna krążyć widmo niebezpiecznych zdarzeń, które przy pierwszych krokach nowicjuszki -Jane następują niebłagalnie szybko...

„Tak już zostałam wychowana. Człowiek musi pomagać innym, nawet gdy napotyka na trudności. Zwłaszcza wtedy.”*

Mimo niepowodzeń, jakie napotykają bohaterów, nikt się jednak nie poddaje, zwłaszcza czołowa postać jaką jest młoda mężatka i jednocześnie świeżo upieczona opiekunka. Mimo traumatycznych przeżyć jakie są dostarczane wszystkim bohaterom, między kobietą a Ivy wykształca się nić porozumienia i zaufania, która okaże się niezwykle ważna.

„- Nic dobrego nie przyjdzie ze wspominków. Tak zawsze powtarza Nonnie i chyba ma racje, Co to da?
- No... być może jesteśmy to winni osobie, którą straciliśmy. Dobre wspomnienia trzeba zachowywać.”*

Uwielbiam to zdjęcie :)
Pani Chamberlain stworzyła nie tylko niezwykle wciągającą, ale także wzbudzającą najbardziej niespodziewane emocje, powieść, o której nie zapomina się z zamknięciem strony. Wzruszająca, al także przepełniona bólem i cierpieniem historia Ivy i rodziny Hartów pozostaje w pamięci powodując nie małe rozważania w czytelniku. Do głosu dochodzi nasza moralność i poczucie krzywdy, kiedy patrzymy na perypetie drugiego człowieka.

Przyznam, że zadziwiającym było dla mnie momentami życie Ivy i osób, które podobnie jak ona były objęte programem opieki społecznej. Czytając kolejne strony powieści Chamberlain mogłam ujrzeć skrajną biedę, a przy tym wielką radość z codziennych radości, która często umyka. Bardzo polubiłam środowisko pracujące na farmie Davinsona Gardinera, co powodowało, że dalsze perypetie i kolejne zdarzenia były momentami, kiedy serce przekrzykiwało rozum, podobnie jak w przypadku bardzo wrażliwej na potrzebujących Jane.

„Mój ojciec zawsze powtarzał, że prawdziwe szczęście płynie z pomagania innym.”*

Czytając ostatnie strony powieści płakałam ze wzruszenia. Uwielbiam w prozie Chamberlain to, że potrafi zachwycić wzbudzając najbardziej skrajne emocje dosłownie w chwilę – tak, że czytelnik nie spostrzeże się, a po policzku będą mu ni stąd ni zowąd kapać łzy. Koniec powieści świetnie pieczętuje niekiedy wręcz nerwowo przeżywane podczas czytania wnętrze, rozjaśniając całą historię, dając jej promyczek radości i optymizmu.

Pamiętam, jak żałowałam, ze to już koniec. Wiedziałam, że po czytaniu „W słusznej sprawie” będzie mi trudno chwycić za jakąkolwiek inną powieść, nie krzywdząc jej wspomnieniem niezwykłości publikacji Pani Diane. Jeśli chcecie tak, jak ja przeżywać równą niepewność przy jednoczesnym ogromnych cieple na sercu, gorąco polecam nie tyle jedynie perełkę, jaką stworzyła Pani Chamberlain, ale również inne jej pozycje. Jestem pewna, że kto, jak kto, ale ta amerykańska pisarka Was nie zawiedzie :)

Cytaty pochodzą z książki "W słusznej sprawie", kolejno ze stron: 223, 175, 200, 311, 139, 174, 34.

piątek, 15 sierpnia 2014

[154] Olga Rudnicka „Natalii 5”


Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2011, 560 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Imię wydawać by się mogło, że we współczesnym czasie jest naszą „niematerialną legitymacją”. Znajomi po imieniu wołają nas, by znaleźć w tłumie. W pracy zwraca się tak szef, by wezwać na dywanik. Przy sprawdzaniu obecności na zajęciach także słyszymy swoje imię. Wydaje się nam one niepowtarzalne, póki nie spotkamy kogoś, kto nazywa się tak samo, jak my. Może trochę działa na nerwy, ale to tylko imię. Co byłoby gdyby jednak nie tylko imię było identyczne? W dowodzie możemy znaleźć, że jest kilka osób, które noszą część naszych personali. Zazwyczaj nigdy ich nie poznamy. Ale... nigdy nie mówi nigdy. Życie płata figle, a Natalii Sucharskich może być pięć.

„Spoglądały na siebie nieufnie. Ojciec okazał się łajdakiem i jest ich pięć. Pięć Natalii, ale nie pięć sióstr. Umył to rozumiał, serce jeszcze nie. Poczucia pokrewieństwa, ani wspólnoty dusz nie miały. Nie miały też wspólnej przeszłości i, co bardzo prawdopodobne, przyszłości.”*

Olga Rudnicka to młoda pisarka, która zadebiutowała będąc niewiele straszą ode mnie. Ma ona na swoim koncie dziewięć błyskotliwie napisanych pozycji, które cieszą się niewątpliwą popularnością wśród wielu czytelników w Polsce. Będąca baczną obserwatorką otaczającej rzeczywistości dziewczyna, na co dzień pracuje jako asystentka osób niepełnosprawnych w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej w Śremie. W jej niezwykle wybujałej wyobraźni pojawiają się co raz to nowe pomysły na literackie smaczki, przez co rokrocznie dostarcza swoim fanom wiele emocji. Niedawno obiło mi się o uszy, że „Natalii 5” ma zostać zekranizowane, więc śmiało można rzec, iż każde marzenia mogą się zmaterializować.

Testament skupia w biurze notariusza pięć kobiet. Każda jest inna nie tylko pod względem wyglądu, ale jak się później okaże – również charakteru. Wszystkie z Pań jednak mają cechę wspólną – noszą to samo imię i nazwisko. Wszystkie także nie mają pojęcia iż ojciec nie żyje, pozostawiwszy dla nich zadanie i... dom. Budynek, w którym odkrywać siebie, relacje między nimi się rodzące, tajemnice Sucharskiego oraz historię zaginionych monet. Nie zabraknie oczywiście także serii włamań, co dziwne następujących dopiero od momentu nie do końca wyjaśnionej śmierci właściciela domu...

„Warto prowadzić poszukiwania tak, jakby chodziło o coś bardzo, bardzo małego.”*

O książce „Natalii 5” słyszałam już nie raz. Wiele opinii na temat tej pozycji przewijało się przez blogi, a na dodatek moja przyjaciółka Eta nie mogła się nachwalić tej książki. Dlatego, kiedy zobaczyłam ją na bibliotecznej półce, sięgnęłam po nią bez wahania, by nikt nie zwinął mi jej sprzed nosa (choć w promieniu kilku metrów nie było nikogo prócz bibliotekarki). Z zadowoloną miną w pierwszej lipcowej gorączce wracałam busem do domu, by jak najszybciej otworzyć tą tajemniczą księgę :)

Choć powieść Pani Rudnickiej nie należała do najcieńszych, które piętrzyły się na moich stosach na biurku, bez wahania postanowiłam jak najszybciej odkryć świat przez nią wykreowany. Poznając na pierwszych kilkudziesięciu stronach kolejne główne bohaterki, czułam się nieco skołowana zresztą, jak się później okazało, większość osób, które miały do czynienia z siostrami Sucharskimi popadała przy pierwszym kontakcie w podobny obłęd. Natalia Anna, Natalia Sucharska – Dębska, Natalia Magdalena, Natalia i Natalia Anastazja – i jak tu nie przecierać powiek ze zdumienia? Kiedy jednak pozna się wszystkie Panie, aż szokujący jest fakt, że wcześniej nie mogliśmy uch odróżnić. W końcu choć nieco podobne, każda z nich była inna i mała swoje zalety oraz wady.
Proporcje nie takie - zbyt mało książki, za dużo herbaty.

Wspominając już o Pannach Sucharskich należy zaznaczyć, że za wykreowanie tych postaci, zadbanie o najdrobniejsze szczegóły w tworzeniu głównych bohaterek, należą się młodej pisarce nie lada owacje. Zrobiła to wręcz fenomenalnie. Nie tylko nie można ich nie lubić, ale również to, co robią, niejednokrotnie sprawia, że czytelnik się śmieje do tomiszcza (jak to mój tata stwierdził – musi być już z Tobą źle, że się do książki śmiejesz...) ;)

-Natalia Sucharska.
Przez chwilę czuła się jak oszustka. Powoli wchodziło jej w nawyk przedstawianie się drugim imieniem. Jak wyjdziemy z domu dwie, to będziemy musiały recytować komplet danych osobowych, przemknęła jej nagła myśl. Zamiast mówić imię i nazwisko, będę podawać PESEL.”*

Prócz świetnie wykreowanych głównych bohaterek Pani Rudnicka zafundowała nam zabawne postacie z policyjnej komendy. „Policjant z wątpliwościami” jak roboczo zapisałam sobie Potockiego, ciekawił mnie swoją elokwencją i wnikliwością w śledztwie, mimo niemalże pewnych danych. Z kolei Marcin Kurek okazał się kawalarzem, a jego powiedzonka były na miarę tekstów, którymi zaskakiwała nas moja poprzednia germanistka. Także dzieciaki okazały się równie przebojowe. Całe towarzystwo odwiedzając dom w Mechlinie w liczbie wahającej się od siedmiu, przez dziewięć, po... kilkanaście osób mogliśmy obserwować niemalże z bliska dzięki fantastycznym opisom stworzonym plastycznym i przystępnym językiem, jakim posługuje się w swojej prozie Pani Rudnicka.

„Więc to nie zawał ani udar, ani nic bardzo strasznego i groźnego? - Nata z trudem ukryła zawód w głosie. Jak ma napisać powieść, skoro jej życie jest tak żałośnie puste i pozbawione sensacji?!”*

Z wypiekami na twarzy czytałam i odkrywałam co raz to nowe skrytki oraz tajemnicze schowki razem z Natką, próbowałam rozplanować dokładnie działania z Anną, otworzyłam wyimaginowane wzory z kolejną Natalią, opiekowałam się dziećmi z każdą z Pań, a nawet pisałam powieść razem z przebojową Natą, która potrafiła rozłożyć mnie na łopatki. Czułam się, jakbym sama znajdowała się gdzieś pośród sióstr Sucharskich i odkrywała tajemnice ich ojca, który okazał się niezłym ziółkiem.

„ - Co tu się dzieje? - do kuchni wkroczyła mama Natki - Dlaczego macie dziurę w podłodze? - zastygła oszołomiona na widok mrocznej czeluści. - To ich dziura - powiadomił ją Marcin - I ich kuchnia - dodał Adrian - I nikomu nic do tego - ze złośliwym uśmiechem dołożył Krzysztof.”*

Do samego końca nie spodziewałam się rozwiązania, co w kryminałach jest ogromną zaletą. Pani Rudnickiej prócz wciągającej powieści z trupem w tle udało się stworzyć barwną obyczajowo historię rozgrywającą się w Mechlinie. Myślę nawet, że momentami gubiliśmy klimat typowy dla publikacji wpisującej się w ramy literatury kryminalne. Doszłam jednak do wniosku, ze to wcale nie odebrało publikacji uroku, a wręcz przeciwnie – dodało jej oryginalności ni tylko w sferze pomysłu, ale również w samej strukturze powieściowej. Miejscowość, w której rozgrywała się akcja tym bardziej intrygowała, gdyż z tamtych okolic pochodzili Watt-Skrzydlewscy związani z moją rodzinną miejscowością – Ocieszynem.

Muszę przyznać, że gdy znajdowałam się co raz bliżej końca, nie chciałam rozstawać się ze siostrami Sucharskimi i dwoma zabawnymi komisarzami. Całe te towarzystwo spodobało mi się na tyle, że postanowiłam sobie przedłużyć czytanie o jeszcze jeden dzień, zostawiając bodajże pięć stron na poranek. Było to trochę dziwne, ale cóż, tylko ja mogę wpaść na tego rodzaju pomysły. Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że Pani Olga postanowiła nie porzucić po tych ponad pięciuset stronach tej niemal wybuchowej mieszanki charakterów. Dla mnie „Natalii 5” to powieść za krótka. Gdyby od razu dołożyła jeszcze kilkaset stron, z pewnością nie spostrzegłabym się, kiedy bym je przeczytała. W każdym razie kolejną powieść Pani Olgi kupię. Jeszcze nie wiem kiedy, ale koniecznie muszę to zrobić, bo już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła chwycić za „Drugi przekręt Natalii”.

Marmurowo... - bardzo podoba mi się to zdjęcie :)
„Natalia Magdalena, kręcąc z niedowierzaniem głową, zaczęła wspinać się po schodach. O kimś, kto umarł, mówi się, że odszedł. Ale w tym przypadku z jednym odejściem jest związane tyle nadejść, że głowa boli!”*

Zdecydowanie mogę powiedzieć, iż to, co zaserwowała swoim czytelnikom Pani Olga, trudno określić składnymi zdaniami i ładnymi frazesami. W mojej głowie po lekturze powieści „Natalii 5” szaleje niezmierzona burza emocji niezwykle pozytywnych. Nie mogę się nadziwić nad tak dokładnie i skrupulatnie dopasowanymi wyrazami, tworzącymi ciągi nie tyleż nieprawdopodobnych zdarzeń, co spójną całość, mimo braku typowych wyznaczników moich oczekiwań względem powieści z dreszczykiem. Od dziś postanawiam, że pisarkę tę pozostawiam poza tymi granicami, oczekując równie wielkich emocji w kolejnych czytanych przeze mnie publikacjach.

Czytaliście kiedyś świetny i błyskotliwy kryminał? Spotkaliście się kiedyś z niebywała komedią, która sprawia, że śmiejesz się sam do siebie? Czy autor kiedyś zrobił Was tak w przysłowiowe jajo, że mieliście ochotę mu przyklasnąć? Po przeczytaniu „Natalii 5” z pewnością na każde z tych pytań będziecie mogli opowiedzieć „TAK”. Kiedy spoglądam na to opasłe tomiszcze leżące obok mnie, za każdym razem głos ze środka woła „jeszcze raz”. Obstawiam, że z Wami będzie podobnie. Gorąco polecam powieść Rudnickiej, która z pewnością niejednego czytelnika jeszcze zaskoczy! ;)

*Cytaty pochodzą z książki „Natalii 5” kolejno ze stron: 85, 276, 305, 88, 92

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

[153] Diane Chamberlain „Szansa na życie”


Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2012, 408 str.
Ocena: 9/10 Niecodzienna

Każdy z ludzi ma tylko raz szansę stąpać po ziemi. Tylko raz może czuć, kochać, smucić się i płakać. Czasem jednak ziemska wędrówka nie trwa latami, a życie niczym światełko na świeczce, które rozpala się gwałtownie, gaśnie w mgnieniu oka. Ważnym jest jednak to, by rodzina swoim ciepłem i radością z małych promieni codzienności, mogła towarzyszyć w tym, co trudne. Tylko co zrobić jeśli stracimy z oczu ukochane dziecko wiedząc, że w każdej chwili może umrzeć? Ale przecież śmiercią nie jest jedynie serce, przestające bić. Kres życia to też lęk odbierający wolną wolę, wyrzuty sumienia nęcące myśli czy odcięcie od świata nie pozwalające oddychać pełną piersią...

„(...) ludzie są w stanie dokonać wszystkiego, na czym im zależy, i jestem pewny, że w tej chwili jakiś naukowiec usiłuje znaleźć lek na chorobę Sophie. I może mu się uda. Mówię tylko, że nie możesz wykluczać takiej ewentualności, nie możesz pozbywać się nadziei.”**

Sophie od kilku lat choruje na niewydolność nerek. To krucha dziewczynka, będąca oczkiem w głowie dziadków i rodziców. Codziennie otaczana najtroskliwszą opieką nie może razem uczyć się z dziećmi i jeździć z nimi na obozy. Wszystko zmienia się za sprawą eksperymentalnej terapii z herbaliną, której wszyscy, prócz Janine są przeciwni. Matka, choć również miała obawy, zaryzykowała, by zobaczyć promienny uśmiech córki, której nie dawano wielu szans. Sophie staje się na tyle silna, że kobieta zezwala jej na weekendowy biwak. Nie ma jednak pojęcia, że straci córkę z oczu na więcej niż trzy dni, może już na zawsze...

„Janine nagle zrozumiała, jak to jest, kiedy człowiek znajdzie się po drugiej stronie informacji wypełniających dzienniki. Dla widzów zniknięcie trzecich osób jest tylko kolejną odległą tragedią, dla rodzin to wydarzenie oznaczające koniec świata.”*

Pani Chamberlain była jedną z zagranicznych pisarek, o których dość dużo się naczytałam, jednak ciągle brakowało odwagi (?) lub czasu (?) by chwycić za ich prozę. Autorka powieści, za którą chwyciłam była wielokrotnie nagradzana. W swoim literackim dorobku ma już dwadzieścia dwie publikacje, które cieszą się sympatią czytelników na całym świecie. W Polsce nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazało się sześć książek, a sama autorka trafiła swoimi słowami do serc wielu Polaków.

Kiedy przeczytałam recenzję jednej z książek Pani Chamberlain u Książkówki, uparłam się (jak nigdy), że koniecznie już teraz, a nie później, muszę przeczytać powieść tejże pisarki. Wiele nie trwało i między maturami (o zgrozo!) wypożyczyłam „Szansę na życie”, która po prostu wpadła mi w ręce. Minął jednak maj, zaczął mijać powoli czerwiec, a ja, choć spoglądałam nadal na publikację z nadzieją, nie umiałam tak po prostu zacząć jej czytać. Czekałam na moment, w którym proza w pełnym tego słowa znaczeniu, będzie mi potrzebna. Słowa zapisane piórem Pani Diane rozpoczęły wędrówkę przed moim oczami ostatniego czerwca, by zaczarować pięknem każdej kolejno stawianej frazy...

„Kiedy skupiasz się wyłącznie na przyszłości, tracisz dzień dzisiejszy – dla was obu. Jeśli tematem przewodnim staje się niepokój o przyszłość, nie jesteś w stanie cieszyć się tym, co jest możliwe teraz.”**

Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak chłonna nieskomplikowanych zdań, czasem nasyconych tajemnicą, znacznie częściej po prostu emocjami. Po próbach przebicia się przez początek „Domu nad jeziorem smutku”, musiałam na jakiś czas odłożyć tę powieść. Wtedy nieśmiało spoglądała na mnie pozycja biblioteczna, na którą oczekiwał już kolejny czytelnik. Otworzyłam, przeczytałam pierwszy rozdział i kolejny, kolejny, kolejny... Aż zaczęło mi się wydawać, że sama siedzę obok Joego, Pauli, Lucasa i Janine na plastikowym krzesełku, nie mogąc w duchu wytrzymać tej bezczynności. Bo przecież Sophie zaginęła i na pewno żyje.

"Ostatnie pożegnanie" przed biblioteką :)
Muszę przyznać, że Pani Chamberlain trudno cokolwiek zarzucić. Świetnie poprowadzona akcja i idealnie wypracowane napięcie to tylko jedne z wielu zalet, jakie można odnaleźć w jej powieści, która „stanęła” na mojej drodze. Wśród licznych zalet mogę wymienić jeszcze niezwykłą płynność słowa, mimo zmiennej perspektywy narracji. Pani Diane nie pozwalała porzucić od tak książki, co rusz przerywając poszukiwania Sophie rozmyślaniami Zoe, dojrzewającej z każdym spotkaniem z czytelnikami do umiejętności trzeźwego patrzenia na człowieka, którego kocha się od maleńkości mimo wszystko – na córkę.

„Rodzice cię kochają, ale przywykli do mówienia 'czarne' w odpowiedzi na twoje 'białe', i teraz po prostu nie jesteś w stanie z nimi wygrać.”*

„Szansa na życie” to nie tylko świetna powieść z wątkiem detektywistyczno-kryminalnym, ale także idealny obraz matek, ich trosk, problemów, drobnych radości i niekiedy rozdzierającej serce i niepozwalającej na realne spojrzenie – macierzyńskiej miłości. Po lekturze pozycji uświadomiłam sobie, że Pani Chamberlain pokazała nam nie tylko pełną determinacji Janine, która była wiecznie krytykowana przez swoją rodzicielkę. Powieściopisarka genialnie zilustrowała psychikę jednej z głównych bohaterek, pokazując, jak niezwykle ważne są słowa kobiety, która niegdyś dzierżyła nas w swoich objęciach. Młoda Donohue choć często stawia czoło słowom rodziców i Joego bez zawahania, walczy jednocześnie z burzą emocji i poczuciem winy w głębi duszy. W końcu nie każda matka potrafi latać helikopterem i nie brała udział w wojnie. Zoe stanowiła zaś matkę, która pragnęła nadrobić miniony czas, nie zauważając żadnych wad swojego dziecka. Chciała zrekompensować stracone lata Marti, nie dostrzegając jej prawdziwego oblicza...

„Magia nie istnieje. Myślisz, że odwagę bierzesz od drzewa, ale tak naprawdę odwaga jest w tobie.” *

„Szansa na życie” świetnie pokazuje również czym jest odwaga. Nie mam na myśli jedynie postawy Sophie, która mimo choroby codziennie starała się uśmiechać, by sprawić tym radość otaczającym jej ludziom i dodać im otuchy, ale również o Lucasie, Janine i Joem. Ci dorośli ludzie wykazali się hartem ducha w momencie, kiedy śmierć była blisko i wszystko wskazywało na to, że Sophie zginęła. Ich odwaga i siła woli pozwalały im wierzyć, że to jeszcze nie koniec poszukiwać, że w końcu staną na drodze, która poprowadzi ich do chorej dziewczynki.

„Kiedy weszli do lasu, Janine usłyszała warkot ciężarówki, którą odjeżdżała Valerie. Jak się czuje po nieudanej akcji? Czy Sophie będzie prześladować ją w snach, czy może po prostu kobieta zostawi ten tydzień za sobą i rozpocznie nowe, inne poszukiwania z nadzieją na szczęśliwsze zakończenie?”*

Myślę, że tajemnica piękna, które odkryłam na kartach powieści pt. „Szansa na życie” tkwi w prostocie. Pani Chamberlain nie sięga po sytuację skrajnie nierealną, przecież wiele razy widzieliśmy na ekranach telewizorów zrozpaczonych rodziców. Nie przerysowuje żadnych elementów świata przedstawionego od bohaterów, po kolejno następujące zdarzenia. Świetnie miarkowała też emocje bohaterów, które w mig stawały się odczuciami samego czytelnika. Z czasem nie tylko Janine i Joemu mocno bije serce, kiedy nadchodzą kolejne wieści na temat Sophie i przez ułamek sekundy nie mamy pojęcia czy będą one negatywne, czy pozytywne.

Dziś wiem, że proza Pani Diane nie jest tą, którą można mijać z obojętnością. Operując słowem sprawia, że z prostych i nieskomplikowanych pomysłów powstają niecodzienne konstrukcje. To piękna i wzruszająca powieść nie tylko dla kobiet w każdym wieku, ale również mężczyzn żądnych emocji, których nie możemy doznawać na co dzień. Napięcie,strach i niesamowite nerwy, a momentami drżenie rąk i łzy w oczach gwarantowane. Szczerze polecam i już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę lekturę „W słusznej sprawie”, która to książka czeka już na moim biurku na swoją kolej ;)

*Cytaty pochodzą kolejno ze stron: 160, 200, 407, 315.
** Cytaty nieoznakowane stronami z książki „Szansa na życie”.