Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 lutego 2016

Jacek Getner "Pan Przypadek i fioletowoskórzy"

Wydawnictwo Zakładka,
Warszawa 2015, 248 s.
Kiedy chwytam za książkę, zwłaszcza tą, w której tajemnica gra główną rolę, czuję dreszczyk emocji. Wiem, że zaraz czeka mnie świat pełen niedomówień, zagadek między kolejnymi wersami oraz pewna doza niepewności. Nigdy bowiem nie wiemy, w którą stronę pójdzie historia pisana czyimś piórem, na jakie rozwiązania się zdecyduje. W przypadku Pana Jacka Getnera i Jacka Przypadka niczego nie można się spodziewać. Niektórzy przecież wiedzą – ten duet potrafi zagrać czytelnikowi na nosie.

Na kolejną historię z przesympatycznym i niezwykle inteligentnym Jackiem Przypadkiem czekałam z utęsknieniem. Polubiłam nie tylko głównego bohatera, ale również charakterystyczny sposób, w jaki Pan Jacek tworzy swoje zagadki. Tok akcji i sposób kreowania poszczególnym elementów świata przedstawionego zdecydowanie różni się od typowych publikacji kryminalnych i bliższy jest produkcjom telewizyjnym z wątkiem sensacyjno-kryminalnym. Tym razem ogromny wpływ na moje podekscytowanie miał również wybór "drugiego" głównego bohatera. Kiedy tylko dowiedziałam się, że czwarta część serii nosi tytuł Pan Przypadek i fioletowoskórzy niezwykle ucieszyłam się...

Tym razem Jacek – człowiek z ogromnymi sukcesami, którego obawia się połowa kryminalnego światka – wkracza do środowiska, w którym nierzadko króluje alkohol, złom oraz tendencja do drobnych kradzieży. Dla jednym jest to wybór, dla innych – następstwo życiowych kolei. Współpracując z bezdomnymi Przypadek będzie próbował odnaleźć na polecenie przyjaciela z przeszłości Old Spejs, później rozwikła sprawę skradzionych dokumentów i własności kamienicy oraz podpadnie organizacji związanej z ochroną środowiska, a wszystko za sprawą podfruwajki brązowonosej.

poniedziałek, 9 listopada 2015

No to... GRANDA!

A przy wejściu...
Kiedy przypadkowo natknęłam się na informację o organizowanym Festiwalu Kryminału w Poznaniu, oniemiałam z zachwytu. Eta świadkiem, że zaczęłam nie tylko planowanie pokaźnych zakupów, ale również z ogromnym napięciem wyczekiwałam zdjęć, postów i programu. Podczas gdy organizatorzy z dnia na dzień uchylali rąbek tajemnicy, ja nie mogłam przestać uśmiechać się.

Planowałam uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, zrobić masę zdjęć, zdobyć kilka autografów i przeprowadzić niepowtarzalne rozmowy. Tymczasem, na kilka dni przed festiwalem otrzymałam mail z wiadomością o zakwalifikowaniu się na warsztaty pisarskie. Te, organizowane w ramach poznańskiego święta, choć uniemożliwiły mi uczestnictwo w wielu spotkaniach, okazały się nie lada gratką. Jak było? Kto poprowadził moją grupę? O tym, innych szczegółach i kilku chwilach na hali dworca opowiem poniżej :)

poniedziałek, 14 września 2015

Joanna Szwechłowicz "Ostatnia wola"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2015, 280 s.
Testamenty mają to do siebie, że nie zawsze są po myśli spadkobierców zmarłego. Ostatnia wola będąca nierzadko powodem sporów i nienawiści. Bywają też sytuacje, w których pośmiertny zapis zbiera swoje żniwo. Nie zawsze bowiem udaje się przezwyciężyć ludzkie ułomności - chciwość, poczucie krzywdy i chęć zemsty. Zabójcę w takiej sytuacji zwykle łatwo zdemaskować. Ale gdy rodziną jest się jedynie na papierku, wszystko staje się trudniejsze...

Joanna Szwechłowicz to absolwentka MISH. Z wykształcenia jest polonistką i socjologiem, co odzwierciedla się w jej prozie. W 2014 roku ukazał się jej debiut literacki - Tajemnica szkoły dla panien.

Akcja powieści rozpoczyna się 30 grudnia 1938 roku, kiedy to krewni baronowej Wirydianny Korzyckiej po nietypowym zaproszeniu, ruszają w podróż do pałacu seniorki rodu w Janowcu. Już podczas podróży dostrzegają pozostałych członków rodziny, którzy również otrzymali zagadkowy list. Zwabieni podstępem stawiają się na miejscu, jednak już nie w komplecie. 

Dlatego zapraszam was na piątek, trzydziestego grudnia i proszę, żebyście zarezerwowali sobie czas do pierwszego popołudnia nowego roku. Wieczorem odbędzie się uroczysta kolacja, a w sobotnie południe odczytam swoją ostatnią. Będzie z nami pan Wasilewski, doktor prawa. Wszystko z nim uzgodniłam, niechaj więc niech nikt nie próbuje później podważać testamentu. Skandal i tak wystarczająco was skompromituje. Zwłaszcza osobę, która otrzyma mój majątek niemalże w całości [...] Wasza ukochana ciotka[1]
 

środa, 15 października 2014

[161] Krzysztof Koziołek „Święta tajemnica”


Wydawnictwo Kropka
Zielona Góra 2009, 288 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Spowiedź święta stanowi jedną z nadrzędnych części w życiu katolika. To dzięki niej możemy splamieni grzechem, ponownie umocnić swoją wiarę. Dla księży spowiedź to posługa, która ma swoje nadrzędne zasady – oznacza bezwzględną tajemnicę nie tylko tego, co zostało powiedziane, ale również tego, że coś w ogólne było mówione. Mężczyźni skryci za kratką konfesjonałów słyszeli już niejedne okropieństwa, pomagali słowem ludziom, którzy dopuścili się zła. Nikt jednak, zarówno z grona spowiedników, jak i spowiadających się, nie spodziewał się, że kiedyś, w konfesjonale padną słowa: „Zabiłem dziecko”, a morderca będzie śmiał się człowiekowi w twarz, mając świadomość, że kapłan nie będzie mógł zdradzić choćby słowa...

Pan Krzysztof Koziołek to pisarz pochodzący z Zielonej Góry, na co dzień mieszkający w Nowej Soli, na której ulicach umieszcza niektóre z fragmentów swoich powieści. Pisarz ukończył Politologię na Uniwersytecie Zielonogórskim. Swoją przygodę z prozą rozpoczął w 2007 roku publikacją „Droga bez powrotu”. „Święta tajemnica”, będąca jego kolejną wydaną pozycją została nominowana do nagrody Lubuskiego Wawrzynu Literackiego. W 2010 roku autor został zgłoszony do Paszportu Polityki 2010. W 2011 roku Krzysztof Koziołek otrzymał Lubuską Nagrodę Literacką, uznany za najbardziej obiecującego lubuskiego pisarza. Dziś na na swoim koncie siedem książek, uczestniczy w wielu spotkaniach z młodzieżą i czytelnikami, które trudno wyprzeć z pamięci. Tak samo jak jego prozę...

Ksiądz Sambor to wikary, któremu kolejne dni mijają na spowiedziach, mszach, modlitwie i nauce w szkole. Pewnego zimowego poranka z półsnu wyrywa go głos spowiadającego się, którym okazuje się morderca osiemnastolatka, który zaginął zaledwie kilkanaście godzin wcześniej. Tajemnica nie pozwala zdradzić księdzu żadnych szczegółów. Z kolejnym wizytami mężczyzny, ojciec postanawia podjąć własne śledztwo, by dać kres działaniom zabójcy, który spędza mu sen z powiek. Nie ma pojęcia, w jaką grę zostanie wplątany i ile poświęci.

Kiedyś przez myśl przeszedł mi wielce podobny pomysł na opowiadanie z księdzem i mordercą w rolach głównych. Gdy na spotkaniu autorskim usłyszałam o fabule książki Pana Koziołka, byłam maksymalnie zaskoczona, ze ktoś wykorzystał „mój” pomysł. W końcu zapragnęłam poznać prozę tegoż pisarza, pożyczając publikację od znajomej. Jednak od chwili „wypożyczenia” do właściwej lektury minęło sporo czasu, a pierwsze emocje rozdzierające duszę i serce minęły. Tak przystąpiłam do czytania.

Gdy zaczynałam czytać książkę i powoli poznawać księdza Sambora moja wyobraźnia sprawiła, że w postaci tej upatrywałam znajomego kapłana. Początkowo wydawało mi się to intrygujące, że wiele w wielu cechach ojciec przypominał dobrze znaną mi osobę, jednak z czasem pomyślałam sobie również o kilku innych duchownych, których znam osobiści i zlękłam się. Bo, gdyby wydarzyło się coś podobnego, nie byłoby już tak zajmujące...

„Z młodzieżą trzeba postępować inaczej. Nie można jej wszystkiego narzucać i mówić 'Bo tak ma być i już”. Młodzi ludzie, tak samo zresztą jak wielu starszych, a w dzisiejszych czasach jest ich szczególnie dużo, chcą myśleć samodzielnie, samemu dochodzić do pewnych rzeczy. Zresztą zawsze uważałem, że Stwórcy nie zależy na produkowaniu owieczek podążających ślepo za swoim pasterzem, tylko tworzeniu istot myślących, szukających Boga, zastanawiających się nad Jego potęgą, miłością i miłosierdziem (...)” 

Początek mimo wszystko wydawał się nieco słaby – nie mogłam się w nim odnaleźć, a narrator opisujący wszystko dość szczegółowo denerwował. Na dodatek, nie wszystko było tak, jakbym sobie wyobrażała i jak obstawiałam, mając kiedyś w głowie podobną wersję wydarzeń. Z kolejnymi stronami powieść zaczynała nabierać kolorytu, zdarzenia przybierały na tempie, a moje czytanie stawało się co raz bardziej zachłanne. Postanowiłam przymknąć oko na dość smętne moim zdaniem wprowadzenie w szkolną rzeczywistość ks. Sambora, będącą najsłabszym punktem pierwszych rozdziałów i rozpocząć wspólne poszukiwanie bestialskiego mordercy.

„Kto pyta, ten przynajmiej się nas czymś zastanawia, sam dochodzi do wniosków. A że to trwa czasami bardzo długo, bywa że i całe życie? Co z tego, skoro wiara urodzona w taki sposób, zazwyczaj bardzo bolesny, jest znacznie silniejsza od tej ślepo przyjętej?”*

Rzeczą, która wprowadziła mnie w największy podziw był sposób podziału książki. Okazało się to nie tylko funkcjonalne, ale i niezwykle sprytne. Tradycyjnie rozpoczęła się ona prologiem. Potem nastąpiły trzy tematyczne części, zapowiadające w jednym słowie o czym czytelnik będzie mógł przeczytać w nadchodzących rozdziałach. Zabieg ten sprawił, iż wędrowanie z ojcem dzień po dniu okazywało się niezwykle ekscytujące. Choć zabójca zostaje ujawniony na ponad sto stron przed końcem ze względu na koniec części opatrzonej tytułem „pościg”, nie żałowałam, iż tak została rozstrzygnięty najbardziej znamienny szczegół kryminału. Wkrótce po rozpoczęciu fragmentów opatrzonych tytułem „proces”, przekonałam się jak wiele uczynił dla nas – czytelników Pan Koziołek, nie kończąc powieści, po odkryciu zbrodniczych kart. Jestem mu niezwykle wdzięczna za ten, pełen rozdzierających serce emocji, ostatni kawałek tekstu.

„Ksiądz Sambor spuścił wzrok, pochylił głowę, chowając twarz w dłoniach. Westchnął głęboko, niemal doświadczając zmysłami pogrążenia się w otchłani. Czuł się zupełnie tak, jakby znalazł się w wielkiej beczce lepkiej smoły, mając przy tym zawiązane oczy i zakneblowane usta. Jakby szukał rękoma brzegu kadzi, jednak ślepy, miotał się tylko, nie mogąc też wezwać pomocy. A każdy kolejny ruch zamiast prowadzić go ku wolności, pogrążał tylko coraz głębiej i głębiej...”*

Autorowi należą się również gromkie brawa za kreację głównego bohatera. Pan Koziołek znacznie bardziej skupił się na portrecie psychologicznym, co tutaj okazało się niezwykle ważnym posunięciem. Wszystkie rozterki, wahania i krzyki suszy były opisami niezwykle realnymi – pełnymi bólu, smutku, bezradności czy złości. W części zatytułowanej „Proces” emocje zawarte między słowami przybrały na sile i nie sposób było dołączyć do grona skandujących przed sądem „Dajcie go nam!” ludzi, mając ogląd na całość wydarzeń.

„Bardzo łatwo jest oceniać kogoś na podstawie relacji w mediach. Szkopuł w tym, iż media często posługują się tylko strzępami informacji, najczęściej tymi najbardziej spektakularnymi, niekoniecznie jednak najważniejszymi i dającymi pełny obraz sytuacji (...)”*

Ciekawie zostało przedstawione również dojście do sedna sprawy osób postronnych – Nowickiego, Nadkomisarz Bielskiej, Stawskiej i Piecuch. Bohaterowie Ci zaimponowali mi swoją odwagą, zapalczywością i wiarą w niewinność księdza zwłaszcza jeżeli chodzi o nauczycielki i dziennikarza. Negatywną postacią wg mnie, która pozornie nie zaliczała się do części z morderstwem i innymi przestępstwami wypisanymi na dłoniach, był adwokat. Patrząc na jego postawę wobec oskarżonego, byłam przekonana, że nawet on uznaje księdza za winnego. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać ile osób stających na ławie oskarżonych, choć nie mieli winy, było bronionych przez podobne osoby...

„Czasem prawda skrywa się nieco głębiej. Tylko trzeba chcieć ją znaleźć.”*

Choć początkowo byłam zwiedzona końcem, doszłam do wniosku, iż tym sposobem zakończenia fabuły autor nie poszedł w kierunku banalnych rozwiązań, sięgając po coś własnego, innego. Epilog nieco skojarzył mi się z ostatnimi scenami popularnych TVN-owskich produkcji, aczkolwiek słowa wyjaśnienia co do każdej postaci usatysfakcjonowały mnie. Cały wydźwięk powieści wprawił mnie nieco w smutek, iż człowiekowi czasem zabrana zostaje dość pochopnie szansa na zwykłą sprawiedliwość. Ksiądz Sambor to jedynie postać fikcyjna, ale ile jest tych, być może nawet niewinnych, którzy nie mieli możliwości na obiektywny proces.

„Żeby coś w sobie zmienić, trzeba najpierw tego chcieć.”*

Myśląc o moim, początkowo nieco sceptycznym nastawieniu do „Świętej tajemnicy”, zastanawiam się skąd znalazło ono miejsce w mojej głowie. Powieść pełnego zaskakujących pomysłów na książki pisarza, okazała się wciągającą lekturą, nawet zważywszy na to, iż czasu nie mam tak wiele jak zawsze, ze względu na wakacyjną pracę. Krótko mówiąc: Szczerze polecam publikację, w której choć od początku będziemy niemalże wiedzieć co się wydarzy, mimo wszystko nie będziemy się nudzić, a wręcz przeciwnie – będziemy razem z księdzem Samborem próbować podsunąć zbrodniarza pod nos policji. 

Cytaty pochodzą z książki "Święta tajemnica", kolejno ze stron: 243, 243, 193, 228, 210 ,91 

piątek, 15 sierpnia 2014

[154] Olga Rudnicka „Natalii 5”


Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2011, 560 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Imię wydawać by się mogło, że we współczesnym czasie jest naszą „niematerialną legitymacją”. Znajomi po imieniu wołają nas, by znaleźć w tłumie. W pracy zwraca się tak szef, by wezwać na dywanik. Przy sprawdzaniu obecności na zajęciach także słyszymy swoje imię. Wydaje się nam one niepowtarzalne, póki nie spotkamy kogoś, kto nazywa się tak samo, jak my. Może trochę działa na nerwy, ale to tylko imię. Co byłoby gdyby jednak nie tylko imię było identyczne? W dowodzie możemy znaleźć, że jest kilka osób, które noszą część naszych personali. Zazwyczaj nigdy ich nie poznamy. Ale... nigdy nie mówi nigdy. Życie płata figle, a Natalii Sucharskich może być pięć.

„Spoglądały na siebie nieufnie. Ojciec okazał się łajdakiem i jest ich pięć. Pięć Natalii, ale nie pięć sióstr. Umył to rozumiał, serce jeszcze nie. Poczucia pokrewieństwa, ani wspólnoty dusz nie miały. Nie miały też wspólnej przeszłości i, co bardzo prawdopodobne, przyszłości.”*

Olga Rudnicka to młoda pisarka, która zadebiutowała będąc niewiele straszą ode mnie. Ma ona na swoim koncie dziewięć błyskotliwie napisanych pozycji, które cieszą się niewątpliwą popularnością wśród wielu czytelników w Polsce. Będąca baczną obserwatorką otaczającej rzeczywistości dziewczyna, na co dzień pracuje jako asystentka osób niepełnosprawnych w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej w Śremie. W jej niezwykle wybujałej wyobraźni pojawiają się co raz to nowe pomysły na literackie smaczki, przez co rokrocznie dostarcza swoim fanom wiele emocji. Niedawno obiło mi się o uszy, że „Natalii 5” ma zostać zekranizowane, więc śmiało można rzec, iż każde marzenia mogą się zmaterializować.

Testament skupia w biurze notariusza pięć kobiet. Każda jest inna nie tylko pod względem wyglądu, ale jak się później okaże – również charakteru. Wszystkie z Pań jednak mają cechę wspólną – noszą to samo imię i nazwisko. Wszystkie także nie mają pojęcia iż ojciec nie żyje, pozostawiwszy dla nich zadanie i... dom. Budynek, w którym odkrywać siebie, relacje między nimi się rodzące, tajemnice Sucharskiego oraz historię zaginionych monet. Nie zabraknie oczywiście także serii włamań, co dziwne następujących dopiero od momentu nie do końca wyjaśnionej śmierci właściciela domu...

„Warto prowadzić poszukiwania tak, jakby chodziło o coś bardzo, bardzo małego.”*

O książce „Natalii 5” słyszałam już nie raz. Wiele opinii na temat tej pozycji przewijało się przez blogi, a na dodatek moja przyjaciółka Eta nie mogła się nachwalić tej książki. Dlatego, kiedy zobaczyłam ją na bibliotecznej półce, sięgnęłam po nią bez wahania, by nikt nie zwinął mi jej sprzed nosa (choć w promieniu kilku metrów nie było nikogo prócz bibliotekarki). Z zadowoloną miną w pierwszej lipcowej gorączce wracałam busem do domu, by jak najszybciej otworzyć tą tajemniczą księgę :)

Choć powieść Pani Rudnickiej nie należała do najcieńszych, które piętrzyły się na moich stosach na biurku, bez wahania postanowiłam jak najszybciej odkryć świat przez nią wykreowany. Poznając na pierwszych kilkudziesięciu stronach kolejne główne bohaterki, czułam się nieco skołowana zresztą, jak się później okazało, większość osób, które miały do czynienia z siostrami Sucharskimi popadała przy pierwszym kontakcie w podobny obłęd. Natalia Anna, Natalia Sucharska – Dębska, Natalia Magdalena, Natalia i Natalia Anastazja – i jak tu nie przecierać powiek ze zdumienia? Kiedy jednak pozna się wszystkie Panie, aż szokujący jest fakt, że wcześniej nie mogliśmy uch odróżnić. W końcu choć nieco podobne, każda z nich była inna i mała swoje zalety oraz wady.
Proporcje nie takie - zbyt mało książki, za dużo herbaty.

Wspominając już o Pannach Sucharskich należy zaznaczyć, że za wykreowanie tych postaci, zadbanie o najdrobniejsze szczegóły w tworzeniu głównych bohaterek, należą się młodej pisarce nie lada owacje. Zrobiła to wręcz fenomenalnie. Nie tylko nie można ich nie lubić, ale również to, co robią, niejednokrotnie sprawia, że czytelnik się śmieje do tomiszcza (jak to mój tata stwierdził – musi być już z Tobą źle, że się do książki śmiejesz...) ;)

-Natalia Sucharska.
Przez chwilę czuła się jak oszustka. Powoli wchodziło jej w nawyk przedstawianie się drugim imieniem. Jak wyjdziemy z domu dwie, to będziemy musiały recytować komplet danych osobowych, przemknęła jej nagła myśl. Zamiast mówić imię i nazwisko, będę podawać PESEL.”*

Prócz świetnie wykreowanych głównych bohaterek Pani Rudnicka zafundowała nam zabawne postacie z policyjnej komendy. „Policjant z wątpliwościami” jak roboczo zapisałam sobie Potockiego, ciekawił mnie swoją elokwencją i wnikliwością w śledztwie, mimo niemalże pewnych danych. Z kolei Marcin Kurek okazał się kawalarzem, a jego powiedzonka były na miarę tekstów, którymi zaskakiwała nas moja poprzednia germanistka. Także dzieciaki okazały się równie przebojowe. Całe towarzystwo odwiedzając dom w Mechlinie w liczbie wahającej się od siedmiu, przez dziewięć, po... kilkanaście osób mogliśmy obserwować niemalże z bliska dzięki fantastycznym opisom stworzonym plastycznym i przystępnym językiem, jakim posługuje się w swojej prozie Pani Rudnicka.

„Więc to nie zawał ani udar, ani nic bardzo strasznego i groźnego? - Nata z trudem ukryła zawód w głosie. Jak ma napisać powieść, skoro jej życie jest tak żałośnie puste i pozbawione sensacji?!”*

Z wypiekami na twarzy czytałam i odkrywałam co raz to nowe skrytki oraz tajemnicze schowki razem z Natką, próbowałam rozplanować dokładnie działania z Anną, otworzyłam wyimaginowane wzory z kolejną Natalią, opiekowałam się dziećmi z każdą z Pań, a nawet pisałam powieść razem z przebojową Natą, która potrafiła rozłożyć mnie na łopatki. Czułam się, jakbym sama znajdowała się gdzieś pośród sióstr Sucharskich i odkrywała tajemnice ich ojca, który okazał się niezłym ziółkiem.

„ - Co tu się dzieje? - do kuchni wkroczyła mama Natki - Dlaczego macie dziurę w podłodze? - zastygła oszołomiona na widok mrocznej czeluści. - To ich dziura - powiadomił ją Marcin - I ich kuchnia - dodał Adrian - I nikomu nic do tego - ze złośliwym uśmiechem dołożył Krzysztof.”*

Do samego końca nie spodziewałam się rozwiązania, co w kryminałach jest ogromną zaletą. Pani Rudnickiej prócz wciągającej powieści z trupem w tle udało się stworzyć barwną obyczajowo historię rozgrywającą się w Mechlinie. Myślę nawet, że momentami gubiliśmy klimat typowy dla publikacji wpisującej się w ramy literatury kryminalne. Doszłam jednak do wniosku, ze to wcale nie odebrało publikacji uroku, a wręcz przeciwnie – dodało jej oryginalności ni tylko w sferze pomysłu, ale również w samej strukturze powieściowej. Miejscowość, w której rozgrywała się akcja tym bardziej intrygowała, gdyż z tamtych okolic pochodzili Watt-Skrzydlewscy związani z moją rodzinną miejscowością – Ocieszynem.

Muszę przyznać, że gdy znajdowałam się co raz bliżej końca, nie chciałam rozstawać się ze siostrami Sucharskimi i dwoma zabawnymi komisarzami. Całe te towarzystwo spodobało mi się na tyle, że postanowiłam sobie przedłużyć czytanie o jeszcze jeden dzień, zostawiając bodajże pięć stron na poranek. Było to trochę dziwne, ale cóż, tylko ja mogę wpaść na tego rodzaju pomysły. Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że Pani Olga postanowiła nie porzucić po tych ponad pięciuset stronach tej niemal wybuchowej mieszanki charakterów. Dla mnie „Natalii 5” to powieść za krótka. Gdyby od razu dołożyła jeszcze kilkaset stron, z pewnością nie spostrzegłabym się, kiedy bym je przeczytała. W każdym razie kolejną powieść Pani Olgi kupię. Jeszcze nie wiem kiedy, ale koniecznie muszę to zrobić, bo już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła chwycić za „Drugi przekręt Natalii”.

Marmurowo... - bardzo podoba mi się to zdjęcie :)
„Natalia Magdalena, kręcąc z niedowierzaniem głową, zaczęła wspinać się po schodach. O kimś, kto umarł, mówi się, że odszedł. Ale w tym przypadku z jednym odejściem jest związane tyle nadejść, że głowa boli!”*

Zdecydowanie mogę powiedzieć, iż to, co zaserwowała swoim czytelnikom Pani Olga, trudno określić składnymi zdaniami i ładnymi frazesami. W mojej głowie po lekturze powieści „Natalii 5” szaleje niezmierzona burza emocji niezwykle pozytywnych. Nie mogę się nadziwić nad tak dokładnie i skrupulatnie dopasowanymi wyrazami, tworzącymi ciągi nie tyleż nieprawdopodobnych zdarzeń, co spójną całość, mimo braku typowych wyznaczników moich oczekiwań względem powieści z dreszczykiem. Od dziś postanawiam, że pisarkę tę pozostawiam poza tymi granicami, oczekując równie wielkich emocji w kolejnych czytanych przeze mnie publikacjach.

Czytaliście kiedyś świetny i błyskotliwy kryminał? Spotkaliście się kiedyś z niebywała komedią, która sprawia, że śmiejesz się sam do siebie? Czy autor kiedyś zrobił Was tak w przysłowiowe jajo, że mieliście ochotę mu przyklasnąć? Po przeczytaniu „Natalii 5” z pewnością na każde z tych pytań będziecie mogli opowiedzieć „TAK”. Kiedy spoglądam na to opasłe tomiszcze leżące obok mnie, za każdym razem głos ze środka woła „jeszcze raz”. Obstawiam, że z Wami będzie podobnie. Gorąco polecam powieść Rudnickiej, która z pewnością niejednego czytelnika jeszcze zaskoczy! ;)

*Cytaty pochodzą z książki „Natalii 5” kolejno ze stron: 85, 276, 305, 88, 92

niedziela, 9 grudnia 2012

[107] J. D. Bujak „Bilbord”

Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2012, 448 str.
Ocena 10/10 Niecodzienna

Bilbord. Tata prosta, krótka, a zarazem niezwykła nazwa. Większości kojarzy się ze smukłymi dziewczynami, które reklamują przeróżne produkty. Często miłe oku lecz niestety stojące blisko drogi i rozpraszające kierowców pokonujących długie lub krótsze trasy. Reklamy w gazetach, jak i te na bilbordach to sposób na życie, krótka chwila utrwalenia ich piękna, które prędzej czy później przeminie. Mimo to wyzwalają w oglądającym raczej pozytywne wrażenia. Ale czy na pewno?

J. D. Bujak – imiona i nazwisko, które jeszcze półtora roku temu nie były mi znane. Pamiętam, że kiedy czytałam „Listę” za pośrednictwem Google przeszukiwałam wszelkie możliwe zakamarki sieci, by dowiedzieć się choć słówko o tej niezwykłej debiutującej pisarce, którą początkowo po niezwykle tajemniczym zapisie na okładce, uważałam za mężczyznę. Asia od urodzenia zakochana w muzyce. Choć ukończyła architekturę i urbanistykę, zajęła się pisarstwem. Chłodny ścisły umysł otwarty na niewytłumaczalność, inność i mistycyzm. A prywatnie – najmilsza osoba jaką znam ;) Nie tylko uprzejma, ale również kontaktowa, pełna optymizmu pisarka. 

„Krzysztof Pasłęcki – właściciel świetnie prosperującej, uroczej kwiaciarni w centrum Kazimierza Dolnego, ukochany partner mądrej i oddanej kobiety, dobry przyjaciel i szef – ma wszelkie powody, by uważać się za człowieka sukcesu. Wiedzie spokojne, szczęśliwe życie, które nagle urywa się wraz z wizytą dawnego przyjaciela – policjanta Feliksa Pokornego. Kim jest Pokorny i jaką wiadomość przekazał? Co łączy Pasłęckiego z serią wyjątkowo brutalnych morderstw? Odpowiedzi na te pytania są zaskakujące, a w obliczu tragedii, otaczający Krzysztofa Pasłęckiego świat okazuje się zupełnie inny niż dotychczas.” - i bez tego krótkiego opisu z tyłu okładki miałam wielką ochotę na najnowszą publikację Asi Bujak.
Fiszek niewiele, ale...

Kwietniowy, zimny poranek, a ja razem z koleżanką przebijam się przez miasto, by jak najszybciej dotrzeć do ulubionej księgarni. Pod drzwiami sklepu jestem prędzej niż sam sprzedawca. Kiedy książkę mam już w rękach i idę ze znajomą w stronę szkoły ona mnie pyta:
-Co to za książka?
- Mojej znajomej. Piszę genialne kryminały – odpowiadam.
- To będziesz musiała mi ją kiedyś pożyczyć – mówi, a ja już wiem, że zarażę zafascynowaniem prozą Asi nie tylko Karolę ;)

Palce w kielichach tulipanów, brutalne ułożenie kobiety, która przed kilkoma minutami zmarła przy porodzie, a na dodatek ta wirówka – kolejne morderstwa i gesty seryjnego mordercy coraz to bardziej mnie zaskakiwały. Cały czas brakowało mi jednak jednego elementu układanki – co łączy kobiety (wzajemnie ze sobą) i jaki jest motyw mordercy? Po lekturze „Listy” czułam, że wszystkiego mogę się spodziewać nie tylko po kolejnych „pomysłach” na mord, ale również po pobudkach zabijającego. Każda kolejna strona zaskakiwała i choć robiło się już ciemno za oknem i dobrze wiedziałam, że jedno z makabrycznych morderstw napędzi mi trochę strachu, nie mogłam przestać czytać.

„Pstryk. Włączona. Wiedział, że baterie są na wyczerpaniu, a drugich takich nie znajdzie w całym domy. Chciał, żeby latarka świeciła zawsze, kiedy jej potrzebuje, kiedy się boi.”

Dowody "zbrodni" - zdjęcie moich dochodzeniowych poczynań.
Przyznam, że dawno, tak nie wciągnęłam się w rozgrywki psychologiczne autora kryminału, które w „Bilbordzie” zafundowała swoim czytelnikom Asia. W pewnym momencie czytania publikacji moja ciekawość doszła do tego stopnia, że sama chwytałam za kartkę i zapisywałam kolejne nazwiska zamordowanych i przeróżne fakty i okoliczności dotyczące morderstw. Choć nic szczególnego nie wyszło z mojego „dochodzenia”, mój szósty zmysł pod[powiadał, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda – mordercą nie będzie „pewniak” wg Pokornego. „Bo przecież czym autorka zaskoczyłaby czytających? Ale jak nie on, to kto? A może jednak będzie tak, jak obstawia detektyw” - takie błędne koło zataczało się w mojej głowie, kiedy czytałam najnowszy kryminał Joanny Bujak.

„Puławy późnym popołudniem były wyjątkowo puste, przynajmniej przelotówka, problem zaczął się zaraz za miastem, gdzie drogowcy łatali dziury w asfalcie.
- Oni się chyba wszyscy zmówili, żeby akurat dzisiaj.”

Autorka z kolei zapunktowała u mnie nie tylko świetną budową fabuły i zmiennym biegiem akcji, ale również strasznie realistycznie ukazanych tłem Polski. Piętnując działanie policji czy „piękno” załatanych polskich dróg, umożliwiła czytelnikowi poczucie klimatu, gdyż często samego dotykały go opisywane wydarzenia. Przez taki splot akcji z drugim planem, można było pomyśleć, że Nas również mogą spotkać takie sytuacje. Jednocześnie Asia wprowadzała napięcie i dreszczyk emocji, co dla dobrego kryminału jest konieczne.

„Przebijali się zatłoczoną Puławską w stronę zjazdu na siódemkę w kierunku Radomia i Kielc, rozmawiając o korkach, remontach dróg, budowie stadionów prze mistrzostwami Europy oraz o życiu.”

Postacią, która bezwzględnie skradła moje serce, nie był, jak można by się spodziewać niezwykle męski, a przy tym opiekuńczy i zaradny Krzysztof, a zdecydowany, a czasem nieco opryskliwy Pokorny. W tym mężczyźnie fascynowała mnie nieustępliwość i zdecydowanie w swoich dzianiach. Jednak największe uznanie w moich oczach budziła jego sprzeczność charakteru – mimo iż był określany przez twarde zasady, stalowe ramy i racjonalne spojrzenie na sprawę , był niezwykle opiekuńczy w stosunku do tych, których kochał, zwłaszcza Krzysztofa, który był dla niego niczym syn i za którego to czuł się odpowiedzialny.

„Mruganiem odpędził łzy. Nie przy Krzysztofie nie będzie się rozklejał. Musi być twardy jak skała. Jak opoka.”

Czytając ;)
Kolejnym ciekawym aspektem lektury, który nieco aż mnie zaszokował był syndrom, którego doświadczył Krzysztof. Początkowo myślałam, ze ktoś faktycznie wchodzi w nocy do domu mężczyzny i zadaje mu rany. „Ale jak?” - kombinowałam. Z czasem zaczynałam się zastanawiać czy to może nie on sam zadaje sobie rany, ale wydawało mi się to nader irracjonalne. Przyznam, że Asia niezwykle umiejętnie po raz kolejny zagrała „melodię” wg której krążyły moje myśli, choć kierunek był zupełnie wręcz odwrotny.

"Ty jesteś sobą, a nie swoim ojcem. Co z tego, że on jest przestępcą, skoro wyrosłeś na dobrego, łagodne człowieka? Złe czyny rodziców nie mogą być wiecznym piętnem. Nie mogą skreślać dzieciaków z listy potencjalnych dobrych obywateli. (…) Za dobrze cię znam i wiem, że nigdy nie skrzywdziłbyś ani mnie, ani naszych dzieci.”

Podsumowując, muszę powiedzieć, że dawno nie czytałam pozycji, która nie tyle zawładnęła moimi emocjami, ale właśnie psychiką. Kolejne strony niosły za sobą następne rozmyślania – spirala coraz bardziej się skręcała. Po lekturze, która choć nie dorównała „Liście”, czułam, że mogłabym zaraz zacząć czytać od początku. I choć opinię spisuję po ponad dwóch tygodniach od lektury, jedno wiem na pewno – Asi i wydawnictwo Prószyński i S-ka chcę kolejną książkę!

-------------------------

Dość długi czas nie pisałam. Wpłynęła na to nie tylko przegrana (i to dwa weekendy z rzędu) mojej ulubionej drużyny, ale również mała dezorganizacja czasu. Bywały dni, kiedy wykończona padała na łóżko koło godziny jedenastej, ale miały miejsce też momenty, kiedy aż mną władało, żeby usiąść do napisania opinii, ale komputer był niestety „zajęty” przez którąś z sióstr lub tatę. Zbliżają się Święta – magiczny czas, nie tylko dla ciała (odpoczynek), ale również dla duszy. Święta, które będą chyba jednymi z najpiękniejszych – spełnią się moje największe marzenia. Obiecuję się wziąć na dniach za pisanie i opublikować recenzję „Odysei...” i „Telefonu od Anioła”. Jak tylko zmodernizuje stronę Projektu Musierowicz, nad którym opiekę przekazała mi Karolina, przedstawię Wam (mam nadzieję, że znajdę wśród czytelników mojego bloga Musierowiczoholików) idee wyzwania i nową, odświeżoną stronę, o którą tak długo dbała Karolina.

piątek, 27 sierpnia 2010

[30] Andriej Bielanin „Tajny wywiad Cara Grocha”

                                                     Wyd. Fabryka Słów
Lublin 2010, 268 str. 
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

O czym:

Za górami, za lasami, żyła sobie Baba Jaga. I miała lokatora - milicjanta, który pewnego dnia wylazł spod podłogi, zbłądziwszy z dalekiej Moskwy hen, aż do bajkowej krainy.
A skoro już się zabłąkał, to robi to, co prawdziwy milicjant z ambicjami, czynić powinien - strzeże porządku i bezpieczeństwa obywateli. Tyle że w miejscu, gdzie aż kipią czary, nie jest to takie proste...

Moje zdanie:

Książkę tą wygrałam w konkursie na portalu na kanapie. Trochę zwlekałam z jej przeczytaniem, bo wiedziałam, że czeka mnie niezapomniana i pierwsza przygoda z rosyjską literaturą.  I nie myliłam się. Lektura ta rzeczywiście jest godna uwagi, jednak znalazłam też elementy, które niezbyt przypadły mi do gustu. Ale oczywiście tych pozytywnych odczuć jest o wiele więcej. Pierwszą ważną kwestią jest to , że ksiązka na długo pozostanie w mojej pamięci, gdyż było to moje pierwsze spotkanie z rosyjską literaturą. Mam nadzieję, że nie ostatnie ;) W książce jest wiele rosyjskich akcentów i zwyczajów, o których zapewnie będę mogła przeczytać czytając inne dzieła z zakresu tej literatury.  Po drugie moją uwagę zwróciła narracja. Jest ona pisana w pierwszej osobie – wydarzenia oglądamy z punktu widzenia samego Nikity. Podporucznik jest człowiekiem inteligentnym i ma spore poczucie humoru,  zatem nie zanudza swoich słuchaczy. Jego opowieść jest precyzyjna jak policyjny raport, skomplikowane sytuacje, rozłożone na czynniki pierwsze, ukazują nam drugie dno, dzięki czemu powoli i mozolnie zbliżamy się, wraz z bohaterem, do źródła wszystkich problemów.Cechą wyróżniającą "Tajny wywiad cara Grocha" jest "rosyjskość" - specyficzny język i stosunek do siebie bohaterów historii, liczne zapożyczenia ze szlagierów rosyjskiej bajkowości (ot, choćby Babuszka Jaga latająca w stępie). Na dokładkę zręcznie wykonane zderzenie realiów carskiego imperium, jego wysokości Grocha, z typowym myśleniem wyrosłego w wierze w służbowe procedury, milicjanta Iwaszowa. Kolejną rzeczą, której należy wspomnieć są bohaterowie. Barwni, nieraz dziwni, a czasem po prostu intrygujący. Jedną z tych właśnie intrygujących mnie postaci była Baba Jaga. Ta postać mnie urzekła. Była opiekuńcza w stosunku do Gwaszowa i mówiła do niego dość pieszczotliwie – Nikituszka . To także mi się spodobało i przyzwyczaiłam się, że starsza pani za każdym razem, gdy porucznik musiał wstać budziła go właśnie takimi słowami . Baba Jaga była także postacią nieco zabawną, zwłaszcza gdy kłóciła się z Mitką- pomocnikiem Iwaszkowa. Jednym z takich właśnie incydentów, który szczególnie utkwił mi w pamięci było to, jak Mitka został zamieniony w szczeniaka o dużych niebieskich oczkach. Kłócił się wtedy z nią o to, że nie może opuścić porucznika na krok. Zwłaszcza gdy on był pijany. Wściekła kobieta nie wytrzymała tego, że Chłop nie chciał wykonać jej polecenia i zaczarowała go. Cała sytuacja była bardzo zabawnie opisana i ja niemalże pokładałam się ze śmiechu. Dlatego, drugą postacią,  która utkwiła mi w pamięci był właśnie Mitka. Ten, na pozór bardzo głupi chłop był mądrym i opiekuńczym człowiekiem. Ogromnie szanował swojego Porucznika i nie odstępował go na krok. Należy, też wspomnieć o samym Nikituszce, który był bardzo mądrym i obeznanym w kryminalistyce milicjantem. Go także polubiłam. Bardzo podobała mi się jego droga dedukcji, którą potrafił rozwikłać wszystkie problemy. Ciekawą postacią wydał mi się także Car, który utożsamiał moje wyobrażenie o rosyjskim władcy. Największym atutem książki jest jednak jeszcze coś innego: intryga kryminalna. Ona skutecznie broni się nawet wtedy, gdy po skończonej lekturze, Czytelnik mściwie wertuje książkę, tylko po to by wynaleźć potknięcia scenariusza. Muszę także wspomnieć o rzeczy która raziła mnie. Była to niezliczona ilość dziwnych nazwisk rosyjskich, w której nie sposób było się połapać. Z trudnością zapamiętałam niektóre z nich i tylko dzięki temu połapałam się w fabule i dowiedziałam się co kto zrobił, czemu kto był winien. Podsumowując muszę stwierdzić, że książka nie jest dla każdego. Mamy w niej elementy fantasy, horroru, komedii i kryminału. Czy jednak to połączenie jest wystarczająco wciągające, by zająć zwykłego czytelnika, znajdującego się w którymś z wymienionych gatunków? Myślę, że jeśli ma otwartą głowę na nowe i zaskakujące rozwiązania, to tak.  A specjalnie dla was jeszcze niezwykła ilustracja z książki. Tak więc szczerze polecam i jeszcze raz dziękuję portalowi na kanapie za tą piękną nagrodę.

Ulubione cytaty :

„ – Ku–ku–ry–kuuu!
Znów ten sen… Co za idiotyzm! Trzeci raz w tym tygodniu. W ogóle nie mogę się wyspać… To była moja pierwsza sprawa. Nic się wtedy szczególnego nie zdarzyło, zapamiętałem ją tylko dlatego, że była pierwsza… i ostatnia – w tamtym świecie. A słońce już dawno wstało, zaczęło przesączać promienie przez okiennice i łaskotać rzęsy ciepłymi poblaskami. Nie chcę jeszcze wstawać…
– Ku–ku–ry–kuuu!
Uff… Zabiję tego koguta. Jeszcze dzisiaj powiem Jadze, żeby zrobiła z niego rosół. Ta bestia w ogóle nie liczy z ciężką pracą milicjanta – budzi, zaraza, równiutko o piątej!
– Nikituszkaa…
No proszę, zaczyna się! Zaraz powie, żebym wstawał, gołąbeczek, bo śniadanie na stole, że dokumenty czekają od wieczora na rozpatrzenie i – poszło… Do grobu mnie wpędzi tą swoją opiekuńczością.”