Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 grudnia 2015

Czytelnicze wspomnienia - konkurs "Mól książkowy"

[źródło]
Przed laty dwukrotnie miałam okazję uczestniczyć we wspaniałym konkursie czytelniczym w mojej okolicy. Pamiętam pierwsze podekscytowanie oraz ambitną lekturę pozycji z listy i sporządzanie notatek po ich ukończeniu. Później pojawiły się jeszcze większe emocje, kiedy zakwalifikowałam się do etapu finałowego w Murowanej Goślinie. Starsi stażem czytelnicy mojego bloga być może pamiętają i wiedzą, o czym piszę. Tym jednak, którzy słyszą o wydarzeniu po raz pierwszy, zaraz wszystko opowiem dokładnie.

Od kilkunastu lat Gimnazjum nr 1 im. Hipolita Cegielskiego w Murowanej Goślinie (woj. wielkopolskie) organizuje konkurs czytelniczy „Mól książkowy skierowany docelowo do młodzieży. Podstawowym założeniem jest propagowanie czytelnictwa wśród wspomnianej grupy wiekowej, która nie zawsze chętnie chwyta za opasłe tomiska. Młodym ludziom zostaje powierzone rozwiązanie tekstu pisemnego sprawdzającego wiedzę z zakresu przeczytanych lektur. Te, spisane na liście, wyznaczone na kilka miesięcy wcześniej zostają opublikowane na stronie wspomnianej placówki. W maju trzy najlepsze osoby wyłonione w eliminacjach szkolnych uczestniczą w etapie finałowym. Wydarzeniu towarzyszy nie tylko niesamowita atmosfera, ale również spotkanie autorskie. Rokrocznie szkoła w Murowanej Goślinie zaprasza pisarza, artystę, osobę związaną ze światem literatury. Dotychczas uczniowie mieli okazję poznać m.in.: przedstawicielki Wydawnictwa Media Rodzina, aktora Sebastiana  Greka, poetkę Łucję Danielewską oraz pisarzy: Barbarę Kosmowską, Ewę Nowacką, Karolinę Małgorzatę Piekarską, Olgę Rudnicką oraz Małgorzatę Gutowską Adamczyk. Sympatycy konkursu wysunęli nawet tezę, że Murowana Goślina jest stolicą czytelnictwa w Wielkopolsce :) Więcej o historii "Mola książkowego" możecie przeczytać TUTAJ.

czwartek, 3 września 2015

Rowan Coleman "Słowa pamięci"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2015, 400 s.
Każdego ranka zaraz po otwarciu oczu powtarzam sobie, kim jestem, kim są moje dzieci i co mi dolega[1].

Spotkanie, wizyta u dentysty, wywiadówka. Miejsce, w którym leżą kluczyki od samochodu, karta kredytowa, dokumenty. Imię współpracownika, przyjaciółki, dziecka. Wszystko powoli ulatuje z pamięci. Nawet umiejętność prowadzenia auta, droga do domu i uczucie do mężczyzny, który jest Twoim mężem. Symptomy są niezauważalne, początkowo nieznaczne. Kiedy już znasz przyczynę, a choroba postępuje chcesz ustrzec wspomnienia przed zapomnieniem...

Claire nie jest staruszką, ani nawet starszą panią spędzającą popołudnia z przyjaciółkami. To kobieta w kwiecie wieku, która mimo upływu lat, wciąż wygląda młodo. Ma dorosłą córkę, niedawno na nowo odkryła uroki miłości i macierzyństwa. Kiedy wszystko wydaje się toczyć jak w bajce, zdiagnozowany zostaje u niej Alzheimer. Pozornie wszystko wygląda tak samo. Kobieta o płomiennie rudych włosach, matka dwóch córek, nauczycielka. Wszystko się zgadza. W środku jednak - osoba pełna wątpliwości, mimowolnego lęku, a jednocześnie świadoma tego, że choroba zabiera ją kawałeczek po kawałeczku. Najpierw sobie samej, mężowi, córce. Claire nie poddaje się. Chce walczyć, nie odbierać dziecku matki. Chce pamiętać, kochać, być. 

Szukając sposobu na zachowanie chwil tak ważnych dla niej i całej rodziny, główna bohaterka zaczyna tworzyć Księgę Pamięci, by pozostawić ją po sobie najbliższym. To, co pozostało w jej świadomości, stara się zachować - opisując mniej i bardziej ważne chwile z wymykającego się między palcami życia. Przed opasłym notesem oprawionym w czerwoną skórę zasiadają również inni domownicy pragnąc przypomnieć chorej tak odległe wspomnienia. Caitlin wspomina dzieciństwo, dorastanie, moment, gdy pojawił się Greg. Mąż pragnie przypomnieć Claire siłę ich uczucia. Niekiedy jednak słowa pozostają słowami, a kobieta nie czuje żadnych emocji, choć wie, że rani innych. 

niedziela, 1 marca 2015

Beata Gołembiowska "Malowanki na szkle"


Wydawnictwo COMM
Poznań 2014, 300 s.
Ocena: 7/10 Dobra 

W górskim krajobrazie to nie zazielenione szczyty czy zapach świeżego powietrza owiewającego ciało mnie zachwyca. Ogromny spokój, uczucie błogości, a zarazem otwarty umysł - wśród ścieżek wiodących ku wierzchołkowi, z którego możemy obserwować piękno otaczającej nas natury, odrywamy się na chwilę od codzienności. Przeżycia, jakich dostarcza człowiekowi wspinaczka, spacery i życzliwość tubylców - to czaruje szczególnie. Cieszę się, że ta magia gór została wykorzystana do stworzenia "Malowanek na szkle" - historii przepełnionej emocjami...

Beata Gołembiowska to pisarka, która w zeszłym roku urzekła całą blogosferę swoją emocjonalną opowieścią "Żółta sukienka". W krótkiej formie zagrała na uczuciach czytających, wprawiając w mimowolne wzruszenie. Po lekturze jej książki czytelnik nie mógł ot tak odłożyć publikacji na półkę - w końcu pozostawiła wyraźny ślad w sercu. W 2014 ukazała się druga z powieści napisanych piórem pisarki pochodzącej z Poznania, która w 1989 roku wyemigrowała do Kanady. Pani Beata studiowała w rodzinnym mieście biologię środowiskową, a przed emigracją mieszkała z mężem i dziećmi w Radomiu.

Jola od lat zajmuje się arachnologią. Wykładnie na Uniwersytecie, poświęca swoje życie nauce o pająkach i spotkaniom ze studentami. Poza tym interesuje się hinduską, lub wędrować górskimi ścieżkami i ujmuje ją taniec i śpiew górali. To właśnie w czasie wyjazdu w Tatry poznaje Jędrka. Będąc grubo po czterdziestce w końcu zaczyna marzyć o o miłości, której nigdy nie zaznała od matki. Dopiero z czasem zdaje sobie sprawę jak brakowało jej tego matczynego uczucia. Czy odnajdzie je w Murzasichlu? Tak rozpoczyna się opowieść o kobietach i mężczyznach, których życie doświadczyło. Losy bohaterów - Joli i Michaliny oraz mieszkańców górskiej chaty - Heli, Bartka i Jędrka, przeplatają się, tworząc barwną opowieść.  

"[...] moja samodzielność była skorupą ochronną stworzoną przez lata usilnych starań. Zdawało mi się, że wystarczą mi przyjaźnie i pasja zawodowa. W tym momencie, na tych schodkach poczułam, że zawsze tęskniłam do prawdziwej, matczynej miłości."*

Pierwsze fragmenty książki idealnie zarysowują całą sytuację i po zaledwie kilku stronach czytelnik wkracza w świat wykreowany przez Gołembiowską. Pisarka niespiesznie prowadząc czytelnika niemal za rękę przez czeluście pamięci kolejnych bohaterów tworzy prostą, niepretensjonalną opowieść o wszystkich barwach życia - tych lepszych i gorszych. Tytuł podsuwa mi na myśl, że nasza podróż od przeszłości do teraźniejszości jest jak odkrywanie barw i warstw farby na obrazie stworzonym przed laty. Tutaj także fundament historii ma swoje źródła w tym, co minione.
Pani Beata Gołembiowska [źródło].

Narrator, który zmienia się w kolejnych rozdziałach powieści opowiada zwykle o wydarzeniach, które już miały miejsce. Całość stanowi więc swego rodzaju "wspominki", które często, jak to bywa, są niezwykle fragmentaryczne. Pomysł zmieniającej się perspektywy w opisywaniu rzeczywistości był jak najbardziej trafiony. Dzięki temu czytelnik ma okazje poznać każdego z bohaterów "od środka". Początkowo byłam przekonana, że będą "mówić" jedynie kobiety. Rozdziały pisane "męską" ręką jednak bardzo mi się spodobały i sprawiły, że "Malowanki na szkle" nie są jedynie powieścią o kobietach, ale i mężczyznach, którzy również stają twarzą w twarz z trudnymi wyborami.

Przyznam, że równie mocno, jak miejsce rozgrywania się akcji upodobałam sobie fragmenty związane z tworzeniem obrazów. Uwielbiam malarstwo i fakt, że właśnie na sztuce budowana jest cała opowieść, był dla mnie niezwykle znaczny. Z nadzieją czekałam na momenty, w których będzie opisywany sam proces tworzenia i nie zawiodłam się. Adam, Jędrek i Hela - trójka artystów, którzy różnili się od siebie stylem i motywami, z jakimi chwytali pędzel, malują z równie wielką pasją i zaangażowaniem. Autorka idealnie przelewa natomiast na papier ich intencje, pragnienia i uczucia.

"Spojrzałem na ledwie zaczęty obraz - kilka maźnięć pędzlem na kremowym podkładzie. Był to widok, który zawsze podnosił mi poziom adrenaliny i rozbudzał wyobraźnię to tego stopnia, że wpadałem w amok i - prawie bez snu i jedzenia, tylko pijąc duże ilości wody - pracowałem do końca, aż wreszcie mogłem ujrzeć to, o czym marzyłem."*
  
Jedynym minusem powieści jest dziwne urwanie, którego nijak nie mogę zrozumieć. Momentami wydaje się, że zdarzenia następują zbyt szybko. Brakuje czegoś pomiędzy zdaniami, jakby celowo zostało wykasowane. Oczywistym jest fakt, że nie każdy szczegół w życiu jest istotny, ale moim zdaniem miesiące przemijają z zawrotną prędkością. Te zabieg, choć jak najbardziej właściwy dla charakteru opisywanych wydarzeń, czasem zwyczajnie denerwuje, a w umysł wkrada się niepokój. W takich chwilach zwątpienia w celowość akcji pisarka momentalnie jakby wyczuwała naszą wątpliwość, kierując myśli w stronę bohaterów, spisując znamienne dla ich życia wydarzenia. Może i to było celowe? :)

Decyzje Joli były dla mnie często zaskakujące. Z każdą stroną uczyłam się akceptować jej poczynania - była bohaterką, która nigdy nie postępowała tak, jakby się spodziewał czytający. Była to jednocześnie jej wada i zaleta. Z sympatią zaczęłam na nią dopiero spoglądać, gdy stworzyła niepojętą więź z Helą - ujmującą góralką z krwi i kości. Były niemal jak matka i córka.
 
Prócz Heleny, którą polubiłam z całego serca mimo błędów przeszłości, pozytywnie w moim odczuciu wypadła postać Wandy.Przez wielu może niezauważona, niedostrzegalna szara myszka, ale jakże ważna w życiu Joli. Choć miała mnóstwo własnych problemów, potrafiła słuchać i być dla przyjaciółki swoistą studnią, gdzie wrzucała woreczki z problemami, by móc odejść z oczyszczoną głową i sercem pełnym radości. Ujmował mnie jej zaangażowanie w rodzinę, a zarazem ciekawiła pasja muzyczna, którą dopiero po jakimś czasie postanowiła pielęgnować.

Kadr z filmu zwiastującego premierę "Malowanek na szkle".
"Kochamy obce osoby, a najbliższych nie potrafimy. I wyrzuty sumienia nic nie pomogą. Trzeba zostawić je za brzózką.
- Gdzie? – spojrzałam na nią ze zdumieniem.

- Mój dziadek, Franciszek, kiedy miał jakieś problemy, to zwykł brać skrzypki i szedł nad potok, gdzie rosła stara brzoza. Opierał się o nią i grał tak długo, aż zapomniał o wszystkich kłopotach."*

Najbardziej w pamięć zapadł mi jednak wątek Michaliny. Fakt zbieżności imion na pewno jakoś wpłynął na mój stosunek do tej postaci, ale to rozterki, lęki i sama historia kobiety dogłębnie mnie poruszyły. Matka Joli, z którą nie łączyła ją szczególna wieź emocjonalna okazała się bohaterką, która bała się utraty, dlatego też rezygnowała z przywiązania nawet do córki. W chwili, gdy zaczynamy czytanie wydaje nam się przysłowiową kulą u nogi Joli. Z czasem przychodzi sympatia, kiedy Michalina opowiada o najtrudniejszej chwili w swoim życiu - śmierci rodziców i momencie utraty brata. 

"Jacuś jeszcze żył, chciał nawet coś siostrze powiedzieć, lecz po kilku minutach skonał. Trzymając cały czas w objęciach martwego chłopczyka, odnalazła ciała rodziców. Śmierć ojca i matki dotarła do jej świadomości, ale z utratą braciszka nie mogła się pogodzić."*

"Malowanki na szkle" to powieść, która powinna zachwycić wielu, jednak bez rozgłosu medialnego nie trafi w ręce czytelników w całej Polsce. A szkoda, bo to kolejna pozycja tej pisarki, która zasługuje na równie ciepłe przyjęcie. Mam nadzieję, że piękny zwiastun powieści, w którym przy każdym oglądaniu zakochuję się od nowa oraz recenzje blogerów sprawią, że prozą Gołembiowskiej zainteresuje się znacznie więcej osób i kolejne książki (a wierzę, że takie będą!) od razu zdobędą uwagę książkoholików :) 

Po lekturze nie czujesz się wbity w fotel, Twoje oczy nie są wilgotne, ale serce nadal pozostaje w ogromnym poruszeniu. Pani Gołembiowska kolejny raz stworzyła zwykła opowieść, która czyni niemały zamęt w psychice, sprowadza na nas chwile refleksji. Tak jak Adam, oczyma wyobraźni siedzimy "z duszą na ramieniu" wpatrzeni w widok za oknem. W uszach słyszymy muzykę, która w rzeczywistości dochodzi z naszego wnętrza. Taj jak bohaterowie zaczynamy rozmyślać nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Emocje, które wywołała powieść są trudne do opisania - ale zdecydowanie było warto poczuć to "coś", które nie pozwala odwrócić głowy od tytułu, okładki, malunków na szkle i górskich krajobrazów. :)

*Cytaty pochodzą z książki Beaty Gołembiowskiej "Malowanki na szkle", kolejno ze stron: 47, 148, 46, 3. 

A poniżej zwiastun, o którym wspominałam :)

  

sobota, 10 stycznia 2015

Gayle Forman „Jeśli zostanę”


Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Warszawa 2010, 248 s.
Ocena: 9/10 Niecodzienna 

Czy łatwo jest powiedzieć „chcę odejść” ? Bo przecież co pozostało z życia, które jak domek z kart przewróciło się w bezkształtną kupkę. Stos, w którym brak uśmiechu mamy, naleśników taty i wiecznej walki o wybór muzyki z bratem.. Bo przecież jeden ułamek sekundy, w którym nie jesteś w stanie nawet mrugnąć, stał się chwilą, w której wszystko straciło sens. Jak żyć, gdy giną Ci, którzy są dla nas najważniejsi? Czy w ogóle słowo „żyć” jest w takim przypadku właściwym?

Mia i jej rodzina ulega tragicznemu w skutkach wypadkowi samochodowemu. Jej najbliżsi giną, a ona widzi, jak jej ciało zostaje przewiezione karetką do szpitala. Widzi jak jest operowana, jak zostaje podpięta pod monitorujące jej życie urządzenia. Ma możliwość zobaczenia tego wszystkiego, choć nikt nie ma świadomości, że znajduje się obok. Wszystko przez to, że trafiła w dziwny stan zawieszenie. Musi zdecydować, czy nadal chce walczyć i żyć, po tym, co się stało.

Wielu może powiedzieć, że książka Forman, która na polskim rynku wydawniczym pojawiła się początkowo niezauważalnie, opowiada o kolejnej nastoletniej miłości, że wielkie uczucie jakie dotyka Mie to przeżytek. Jednak zatrzymując się na chwilę w czasie z tą powieścią, stając „obok rzeczywistości” jak główna bohaterka, widziałam piękną opowieść o wartościach, które są dla mnie najważniejsze w życiu. Publikacja Gayle Forman, której fenomen obiegł cały świat to ujęcie kwintesencji ludzkiej egzystencji. Rodzina – to ona jest początkiem (i wydawać by się mogło, że także końcem) tego, co czujemy, robimy, doświadczamy. Nie wyobrażamy sobie bez niej istnienia, nawet nie zakładamy, że moglibyśmy stracić coś tak stałego w życiu.

Fabuła książek młodzieżowych w większości brnie przez utarty schemat. Przedstawia skromną, często nieśmiało dziewczynę i zbuntowanego oraz pełnego uroku chłopaka, którzy wspólnie muszą walczyć o swoją wielką miłość. Banał niejednokrotnie goni banał, jednak są tacy, którzy próbują pokazać, że powieści młodzieżowe nie muszą być skazane na śmiech i ignorancje. Zaczynają poruszać ciężkie tematy, choroby, śmierci – piszą o tym, o czym często milczą w literaturze pisarze dla starszego grona odbiorców. Chcą uwrażliwić, sprawić, żeby spojrzano na życie inaczej, nie tylko jak na świat, w którym rodzice wiecznie sprzeciwiają się dzieciom, a to stanowi wieczną udrękę. Są rzeczy ważniejsze, o których twórcy literatury młodzieżowej nie chcą milczeć... i dobrze. 

„- Jestem jak urzędnik poczty – odpowiada tato, zdrapując z wozu śnieg jednym z plastikowych dinozaurów Teddy'ego, które poniewierają się po trawniku.- Ani śnieg z deszczem, ani ulewa, ani nawet centymetrowa warstwa śniegu nie zmuszą mnie, żebym przebrał się za drwala.”* 

Po tragicznym w skutkach wypadku dziewczyna niezwykle przeżywa swoją rozłąkę z rodziną. Nie może sobie wyobrazić świata, który miałby dalej biec bez nich. Gayle Forman pokazuje czym jest rodzina w życiu człowieka, zwłaszcza młodego. Każde kolejne zdanie jednocześnie przywołuje smutek i radość. Ile to razy uśmiechałam się przyglądając się zza papierowych kart życiu Mii, jej brata i rodziców. Podziwiałam miłość między nimi panującą, wsparcie wobec córki i typowe zachowania dla matek i ojców. Fragmenty pełne ciepłych myśli związanych z domem były miodem dla mojego serca. Za każdym razem przywoływałam w pamięci równie zabawne wydarzenia w mojej rodzinie. Wspominałam też trudniejsze chwile, które nas zespoliły. Z końcem każdego takiego urywku przychodził jednak smutek i ciężar, jaki niosły ze sobą kolejne zdania powieści. 

Kreatywne fotografowanie :)
„Jak to będzie, jeśli zostanę? […] Nie jestem pewna, czy jeszcze należę do tego świata. Nie jestem pewna, czy chcę się obudzić.”* 

Czytając książkę płakałam jak bóbr. Nie mogłam sobie poradzić z emocjami, jakie wywoływała lektura tej niepozornej książki. Myślałam, że będzie to kolejny ślepo upatrywany fenomen, który postanowiono przenieść na kinowe sale, zbijając na tym całkiem niezły interes. Jednak zagłębiając się w tragedię dziewczyny, która mogłaby być każdym z nas, także mną, co raz bardziej przywiązywałam się do historii, szukałam w niej prawdy. Było to bolesne, aczkolwiek dopiero kiedy zamknęłam publikację rozpłakałam się na dobre. Niewyobrażalnym byłby dla mnie, gdybym tak, jak Mia straciła rodzinę. Czy byłabym wstanie podnieść się? Podjąć dalszą walkę z i tak już nie sprawiedliwym życiem?

Dobrze, że kolejny autor nie poszedł w stronę miłosnego trójkąta i „ciężkich” wyborów, jakich pełno w publikacjach zalewających rynek. Polubiłam Adama za muzyczną stronę osobowości oraz niepoprawny luz, który o dziwo nie był denerwujący. Niezwykle zaimponował mi też swoją postawą w krytycznym momencie, w szpitalu. Pokazał tam, że o sile człowieka nie świadczy jedynie pancerz, jakim się okala, ale dusza, która mimo że się łamie, pragnie walczyć. 

„Zawsze uważałam, że wiolonczela to samoistny instrument, teraz jednak zaczynam się zastanawiać, czy to nie ja jestem samotniczką.”* 

Czynnikiem, który niezwykle zachęcił mnie do lektury powieść był wątek muzyczny. Uwielbiam wsłuchiwać się w melodię, wyszukiwać w dźwiękach konkretnych instrumentów. Przyznam, że niezmiernie się ucieszyłam, iż główna bohaterka gra na tak niecodziennym instrumencie jak wiolonczela. Uwielbiam surowe, a zarazem płynne i kojące zmysły brzmienie, które słychać, gdy wiolonczeliści z miłością i pasją rozpoczynają swoją grę. Mam znajomych, którzy grają na klawiszach, gitarach basowych i akustycznych, saksofonie, a nawet perkusji. Lubię patrzeć, kiedy wchodzą w świat muzyki. Forman genialnie oddała na kartach powieści ten klimat, iskierkę radości w oku i bijące serce z każdy dźwiękiem. Tego oczekiwałam i cieszę się, że mnie nie zawiodła :) 

„Lekarze na sali operacyjnej debatują, jaką puścić muzykę – zupełnie jak my w samochodzie dziś rano. Jeden życzy sobie jazz. Drugi rocka. Pani anestezjolog stojąca przy mojej głowie prosi o klasykę. Kibicuje jej i mam wrażenie, że to pomogło, bo ktoś nastawia CD z Wagnerem [...]”* 

Najbardziej wzruszającym momentem była dla mnie wizyta dziadka przy łóżku wnuczki. Jego postawa była maksymalnie zadziwiająca, chociaż bardzo odważna i silna. Ten starszy człowiek swoimi słowami pokazał, co to znaczy kochać bezgranicznie. Mówił o rzeczach trudnych, jednak pozostawił decyzję dziewczynie. Wiedział, że nikt nie może jej pomóc mówiąc „WSTAŃ!”. Kiedy leży się na szpitalnym łóżku wszystko zależy wyłącznie od nas, od tego, czy będziemy chcieli podjąć walkę. 

„[...] zrozumiem, jeżeli odejdziesz. To w porządku, jeśli musisz nas opuścić. To w porządku, jeśli chcesz przestać walczyć”.* 

Kwestie umierania i przemijania silnie wybrzmiewały w tej jakże prostej, ale nie błahej fabule. Całe zawieszenie Mii między światem żywych, a umarłych uruchamia ciąg myśli. Nie są to łatwe sprawy. W końcu wielu boi się śmierci, a myśl o niej wywołuje mimowolne poruszenie i lęk. Nie co dzień tracimy tych, których kochamy. „Jeśli zostanę” przybliża nam kwestie przemijania, dając do zrozumienia, byśmy cieszyli się tym, co jest tu i teraz. 

Bo muzyka jest wszędzie...
"Uświadamiam sobie nagle, że umieranie jest proste. To życie jest trudne.”* 

Co zrobilibyśmy, gdybyśmy znaleźli się na miejscu postaci wykreowanej przez Forman? Jaką decyzję byśmy podjęli? Wcale nie dziwił mnie dylemat, jaki rozgrywał się w sercu dziewczyny. Nie zaskakiwał on zapewne żadnego z czytelników. W niezwykle prostych zdaniach, przyjemnym w odbiorze i nieskomplikowanych językiem pisarka opowiada historię o przyjaźni, wyborach, śmierci. Nic nie ubarwia, niczego nie opisuje ze zbyt wielkim dramatyzmem. Wykłada wszystko tak, jak jest, nie stosując przedziwnych manier językowych i wyolbrzymień. Jednocześnie pokazuje, jak pokonać barierę i lęk przed życiem, gdy traci się coś najważniejszego na świecie, czego nie można zmierzyć żadną miarą. 

„Czemu ktoś nie może rozstrzygnąć za mnie? Czemu nie mogę dostać pełnomocnika do spraw śmierci? Albo postąpić jak drużyny baseballowe, kiedy mecz się koczy i potrzebny jest świeży piłkarz, aby gracze mogli wrócić do bazy domowej? Czemu nie mogę poprosić o gracza rezerwowego, by mnie zaprowadził do domu?”* 

Prócz języka chciałabym pochwalić sposób zapisu i jego konsekwencje. Zmieścić w jedną dobę tyle wydarzeń – to jest wyczyn. Przyznam, że gdy po raz pierwszy pojawiło się zdarzenie z przeszłości, obawiałam się, że retrospekcje zburzą wydźwięk wydarzeń aktualnych. Gayle płynnie porusza się jednak między teraźniejszością i przeszłością, mając w tym swój konkretny cel. Bez wspomnień książka nie byłaby już tym samym, straciła by swoją niezwykłość.

Muszę przyznać, że nigdy nie byłam przekonana do ekranizacji książek. Zawsze starałam się najpierw przeczytać, potem obejrzeć. Kiedy jednak w końcu zagościła przed „wielkim ekranem” bywał różnie – rzadko czułam ogromną radość, jaką udało się wnieść w życie scenarzyście i autorowi. Zawsze zadowalał mnie tylko jeden. Mimo to coś mną tchnęło, by wcisnąć „play” i obejrzeć film pt. „Jeśli kochasz, zostań”. Za tą niechlubną zmianę nazwy trochę ze wstrętem podchodziłam do produkcji. Jak można zmienić tytuł powieści na rzecz filmu? - myślałam. Jednak po kilkudziesięciu minutach miałam pewność, że ten, kto tworzył ekranizacje, nie przeszedł, jak wielu, dość obojętnie obok publikacji. Były w niej zdania wprost wyjęte z kart „Jeśli zostanę”, chwile, które zapadły mi w pamięci podczas lektury. Była pasja, miłość i radość. Nie zabrakło tej wolności, jaką codziennie niesie za sobą muzyka. Odtworzyć powieść na ekranie jest nie łatwo, jednak w tym przypadku aż nie mogłam się nadziwić, że w punkt padają nawet najkrótsze słowa, gesty, chwile. Kawał roboty!

Za takie publikacje jak ta, powinna chwytać nie tylko młodzież, ale i dorośli. Pokazują one, że literatura zmierza w dobrym kierunku, wyzbywając się niepotrzebnych i często mocno wydumanych historii. Moim zdaniem życie pisze najlepsze scenariusze, a wyobraźnia podsuwa często zbyt bardzo skoloryzowane rzeczywistości. Szczerze polecam „Jeśli zostanę”. To niezwykła powieść o miłości, która nie zna granic i decyzjach, które na zawsze zmienią bieg życia.



Cytaty pochodzą z książki „Jeśli zostanę”, kolejno ze stron: 17, 174, 47, 142, 190, 185, 191.

czwartek, 21 sierpnia 2014

[155] Katarzyna Meres „Dźwięki wspomnień”


Wyd. Novae Res
Gdynia 2014, 104 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Miłość, która rozgrywa się niczym utwór grany na fortepianie między dwojgiem ludzi jest tematem zawsze popularnym i pożądanym. Każdy z nas kogoś kochał, kocha, będzie kochał. Nie można rzec – potrzebuje miłości teraz i już, ona przychodzi sama. W najmniej oczekiwanym momencie, jak stara się przekonywać mnie wielu. Uczucie to, niezależnie od wieku, stanu społecznego czy materialnego jest jednak czymś, o co koniecznie trzeba walczyć, jeśli tak podpowiada nam serce, a nie wyłącznie rozsądek. Bo w miłości najważniejsze jest serce.

„Nie wiesz, co masz, dopóki tego nie stracisz.”*

Katarzyna Meres to debiutująca z Novae Res pisarka i blogerka. Wielu z czytelników blogosfery znana jest ze Świata Kasiencjusza, gdzie dziewczyna publikuje swoje recenzje, zdjęcia i nierzadko inne, ciekawe przemyślenia. Kiedy tylko spojrzymy na pełen szczerości uśmiech, możemy w Kasi upatrywać nie tylko niezwykle sympatycznej osoby, ale i kobiety żądnej romantycznej miłości i spełnionych marzeń. To, co jest kwintesencją jej osoby w moim odczuciu, gdy spoglądam na jej bloga, zostało Nam – Czytelnikom zaserwowane w jakże emocjonalnej, choć niezwykle krótkiej publikacji pt. „Dźwięki wspomnień”.

„Pokaż jej piękne życie. I przekaż wszystko, co wiesz. Nikt nie zrobiłby tego lepiej od Ciebie.”*

Niejeden z ludzi stąpających po ziemi, po polskich, jak i zagranicznych gruntach, pisze pamiętnik. Także bohaterki opowiadań młodej pisarki zamykają swoją opowieść w intymnym i bardzo dojrzałym dzienniku. Mimo, że nie piszą wierszem, sprawiają, że słowa wręcz płyną stronami zwartego, ale niesamowicie poetyckiego tekstu. Mają swoje problemy, smutki, ciężary. Są kobietami takimi, jak my wszystkie – potrzebującymi miłości i ciepła. Autorka doprowadza do głosu także mężczyznę, pokazując jak te dwie istoty, zewnętrznie inne, są do siebie podobne.

Od kilku lat sama próbuję swoich sił w pisaniu. Dotychczas moje trzy opowiadania pojawiły się w zbiorach wydawanych razem z Panią Magdaleną Kordel. Od wielu miesiącu marzę o tym, by skończyć opowieść, która będzie w pełni napisana tylko i wyłącznie przeze mnie. Za każdym razem, gdy odkrywam, że ktoś ze znajomych blogerów osiągną tak wielki sukces, jakim jest wydanie pierwszej powieści, patrzę z podziwem i wielką radością licząc, że po jednej, pojawią się kolejne. Moja radość nie znała granic, kiedy dowiedziałam się o „Dźwiękach wspomnień”. Czułam, że w końcu przyjdzie czas, kiedy na zawsze zagoszczą na mojej półce.

Książka Kasi i ciasto mojej siostry - idealne połączenie :)
Po fenomenie „W słusznej sprawie” trudno było mi wybrać lekturę, która będzie mnie w stanie w pełni zadowolić. Długo wahałam się co wybrać, ostatecznie postanowiłam dać szansę pozycji Kasi, która zachwyciła już wielu jej czytelników. Miałam nadzieję, że i u mnie wzbudzi ona równie pozytywne emocje i spędzę z tą krótką opowieścią godzinę, a może więcej pięknych, a także niezapomnianych chwil.

„Nie zapomniałam o Tobie. Ciągle pamiętam Twój głos i Twoje ciepłe dłonie, Dziecko nie zapomina takich rzeczy.”*
 
Początek rysował się niezobowiązująco. Wszystko zaczęło się dość gwałtownie i kiedy zostałam wciągnięta w opowieść nie minęło zbyt wiele czasu, aż dotarłam do jej końca. Niezbyt lubię takie krótkie formy – wydaje mi się zawsze, że nie wszystkie wątki zostają do końca wyczerpane. W przypadku „Dźwięków wspomnień” okazało się jednak, że można w pełni zagospodarować rozrysowane przez siebie wątki, sprawiając, że historia nie straci na wartości w oczach czytelnika przez swoje niewielką objętość.

„Dla obcych osób to wyda się zwykłymi słowami, czymś prostym do napisania, ale miłości nie da się opisać słowami, tak samo jak bólu, żalu i tęsknoty. Wbrew pozorom to ciężkie zadanie.”* 
Opowiadania, które spisała dla swoich czytelników, przesycone są mnogością wielu emocji – radości, czasem bezsilności i złości, nadziei... Przede wszystkim na stronach publikacji odnaleźć możemy kwintesencje uczucia – bezinteresowność miłości została w pełni świadomie i niesamowicie przystępnie ukazana. Młoda pisarka uzmysławia swoim czytelnikom, jak ogromną wartość niesie ze sobą coś, co darujemy drugiemu człowiekowi bez żadnych oczekiwań. Nie chcemy nieziemskich wyznać i zaskakujących czynów. Kasia pokazuje w ten sposób najprawdziwszą prawdę – ludzie nie potrzebują wielkich gestów, a wręcz przeciwnie – zwykłego ludzkiego zainteresowania i ciepła wypływającego wprost z serca.

Wiersz „Dźwięki wspomnień” znajdujący się pomiędzy dwoma opowiadaniami to zbiór najpiękniejszych słów. W tym krótkim tekście ogromnie widać nie tylko dojrzałość Kasi, ale i pełną emocjonalność jej duszy oraz siłę z jaką potrafi kochać drugiego człowieka. Czytałam go kilka razy, za każdym wzruszając się tak samo, a może nawet bardziej. O miłości trudno pisać, a ten wiersz nadaje sensu zarówno zdaniom wypowiedzianym przed jego pojawieniem się, jak i tym, które będziemy czytać zaraz za nim.

„Kto raz prawdziwie dotknie twojego serca, zostanie w nim już na zawsze.”*

W każdym z tekstów autorstwa Katarzyny Meres spotkamy się z licznymi porównaniami. Zabieg ten ma na celu nieco zmaterializować uczucie i stanowi próbę jego opisania. Niektóre z środków stylistycznych, jakie używała pisarka zdecydowanie dziwią i dopiero po chwili widzimy jaśniej, o co tak naprawdę chodziło. Szczególnie spodobał mi się jeden fragment, który odnosił się do pór roku. Zafascynowała mnie tym niecodziennym stwierdzeniem, dodając jeszcze więcej piękna uczuciu rozgrywającemu się między dwoma osobami.

Bardziej malinowo i więcej książki :)
„Dlaczego właśnie porównałam miłość do wiosny, a nie innej pory roku? Mawia się, że miłość przechodzi każdy etap: wiosna, lato, jesień, zima. Ja tak nie uważam, oznaczałoby tom że w zimnie należy się rozstać, bo jesień przynosi płacz, ponieważ niebo płacze deszczem, a przecież nasza miłość zaczęła się pośród tysiąca pożółkłych liści, a wzrastała razem z pojawieniem się pierwszych płatków śniegu. I nie skończyła się, bo jeśli miłość jest prawdziwa i szczera – nie kończy się”*

Druga z historii, która opisuje już miłość dojrzalszą, wydawała mi się słabszym punktem „Dźwięków wspomnień”. Muszę przyznać, że kiedy zaczynałam czytać pierwsze linijki opisów stworzonych kobiety, która trochę przeżyła, nadal żyło we mnie te młodzieńcze, pierwsze i jakże gwałtowne uczucie, które okazało się silniejsze, niż śmierć. W szereg wspomnień płci pięknej wczytałam się w pełni dopiero po kilkunastu stronach, starając się wczuć w emocje, jakie towarzyszyły bohaterce. Muszę przyznać, że momentami jej entuzjazm i radość związana z uczuciem, kojarzyła mi się ze zdaniami wypowiadanymi przez moją szczęśliwie zakochaną przyjaciółkę. Dodawało to unikalnego realizmu i znacznie przekonywało do tej przesyconej na wskroś intensywnością uczucia.

„Każdy potrzebuje pięknej melodii, kiedy noc jest długa, bo nie ma gwarancji, że życie jest proste i potrzeba nadziei, choć trochę nadziei.”*

Zaraz za niecodziennymi opowiadaniami odnalazłam „Hymn o miłości” zwieńczający idealnie całą publikację. Umieszczenie mojego ulubionego tekstu było świetnym posunięciem. Nie mówię tutaj tylko o tym, że z chęcią wczytuję się w ten tekst za każdym razem z równie wielkim uśmiechem na ustach. Teksty napisane piórem Meres zawierały każde z zdań fragmentu Biblii ujęte prozaicznie przez młodą pisarkę. Dzięki jego umieszczeniu książka okazała się jedną całością, a nie jedynie dwoma opowiadaniami o podobnej tematyce.

Kasia, która niejednokrotnie ciepło spogląda z uśmiechem na twarzy ze zdjęć umieszczanych na jej blogu jest moją małą iskierką nadziei, moim promykiem na lepszy dzień. Ta młoda pisarka swoją, jakże prostą, ale niezwykle wymowną opowieścią pokazała jak wiele można powiedzieć, w niewielu słowach. Nie próbowała na siłę rozciągnąć dwóch historii znajdujących się w „Dźwiękach wspomnień”. Każde słowo było u Niej doskonale wyważone i wpasowane w całość. Z całego serca polecam i oczekuję kolejnej jej książki :)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki "Dźwięki wspomnień" kolejno ze stron: 39, 24, 46, 54, 86, 82, 95

wtorek, 29 lipca 2014

[152] Marilynne Robinson „Dom nad jeziorem smutku”


Wydawnictwo M
Kraków 2014, 212 str.
Ocena: 6/10 Niezła

Smutek to jedno z uczuć, które przewija się w naszym życiu. Nie gości ono na stałe – pojawia się, by za chwile zniknąć i ustąpić miejsca radości i szczęściu. Niekiedy życie mimo wszystko płata figla, nie pozwalając by szczery uśmiech pojawił się na buzi, a smutna twarz była zrozumiana przez otaczających ludzi. Bo obcy potrafią ocenić wszystko niesprawiedliwie, nie znając w pełni historii. Tylko dobrnąwszy do ostatniego słowa kolejno następujących, czasem pozornie bezsensownie zdań, odkryjemy radość i smutek mieszkańców „Domu nad jeziorem smutku”.

„(...) trudno jest kogoś opisać, gdyż wspomnienia są ze swej natury niekompletne, odosobnione i przypadkowe jak wieczorne mignięcia oświetlonych okien wagonów.”*

Pani Marilynne Robinson to amerykańska pisarka, która jest doktorantką anglistyki na Uniwersytecie Waszyngtońskim w Seattle. „Dom nad jeziorem smutku” to jej debiut literacki. Kolejną książkę po okraszonym sukcesem „Housekeeping” wydała dopiero dwadzieścia cztery lata później. Okazała się ona równie ciekawa dla czytelników – w 2005 roku autorka otrzymała za nią nagrodę Pulitzera. Jej pierwsza powieść doczekała się ekranizacji w 1987 roku, jednakże ku usilnym staraniom, zbyt trudno odnaleźć gdziekolwiek ten nieco zapomniany film. A szkoda, bo jestem ogromnie ciekawa wizji reżysera i scenarzysty.

Dwie siostry, po samobójczej śmierci matki, trafiają pod dach swojej ciotki Sylvie. Kobieta ta to niepoprawna marzycielka żyjąca w swoim świecie. Szereg zaskakujących dziwactw ciotki od momentu rozpoczęcia nauki w szkole dla jednej stają się atutem, dla drugiej – udręką. Dziewczynki z czasem zaczynają oddalać się od siebie. Gdy jedna stawia na chęć poznania niezwykłego świata ciotki, druga pragnie być zwyczajna i odchodzi z domu. Nikt nie ma pojęcia, iż ta rozłąka sprawia, że rodzina zaczyna zanikać, a brak wartości staje się przyczyną mimowolnego smutku.

Czytając kilka magicznych opinii, wsłuchując się w słowa Esy miałam co raz większy apetyt na tę książkę. Nie od dziś wiadomo, że wszystko to, co w literaturze owiane jest tajemnicą niesamowicie mnie pociąga. Nietypowy tytuł, nieco przygnębiająca, a jednocześnie zagadkowa okładka równie mocno podziałały na moje literackie podniebienie, wręcz domagające się powieści Pani Robinson. Liczyłam na ciepłe i pełne mądrości słowa o rodzinie, szczęściu i pięknie. Wierzyłam, iż w środku odnajdę satysfakcjonującą historię, która nie pozwoli mi się nudzić...

„Źródłem przerażenia, a jednocześnie otuchy było dla mnie to, że często wydawałam się niewidzialna dla otoczenia, jakbym nie w pełni istniała. Odnosiłam wrażenie, że nie mam wpływu na rzeczywistość, i w zamian czułam się wyróżniona, że mogę ją oglądać niezauważona.”*

Nie pamiętam kiedy ostatnim razem w tak wolnym tempie czytałam jakąkolwiek książkę. Początkowo zachwycałam się słowem, jednak z czasem gdy pojawiły się dwie ciotki, opiekujące się opowiadającą historię Ruth i jej siostrą, popadłam w znużenie. Dialogi prowadzone przez kobiety były dla mnie niezwykle usypiające, a nawet momentami sztuczne i nie mogłam się doczekać, kiedy dziewczynki znowu wybiorą się na lodową taflę jeziora, i powróci dawna magia. Przyroda, okolica i zakamarki domu opisywane przez dziewczynkę stanowiły chyba jedyną cząstkę niezwykłości języka, która utrzymywała mnie początkowo przy książce. Dopiero z pojawieniem się Sylvie odnalazłam dawne czary czymś, czym iluzjoniści również zaczarowują publiczność, sprawnie wykonując koleje czynności niezauważalne da oka. Równie umiejętnie słowem zaczęła operować Pani Robinson.

Łódki w Sierakowie przypomniały mi o podróży z Sylvie...
Od zawsze uważałam, że opisy kolejnych wydarzeń okraszone odrobiną czarodziejskiej tajemnicy, nawet bez mnogości dialogów powodują, że powieść jest bogatsza. Mimo wszystko jednak te wizje nie powinny być zbyt obszerne, a czasem nawet o niczym istotnym. Czytając niektóre fragmenty „Domu nad jeziorem smutku” miałam wrażenie, że są one niepotrzebne i nic nie wnoszą do historii. Na dodatek sprawiały one, że książka znajdowała u mnie minusy, a ja wręcz oczekiwałam i byłam głodna przepięknie tworzonych opisów przyrody.

„(...) pod zachęcającym wpływem światła szron, który przedtem wydawał się jałowy i suchy jak sól, zakwitł. Trawa mieniła się kolorami lodowych kryształków. Ze wszystkich drzew, w ilościach tak niezliczonych jak kryształki, spadały krople wody.”*

Sztuką jest pisanie o otaczającym świecie i wbrew pozorom – nie jest to rzecz łatwa. Pani Robinson uczyniła tereny wokół jeziora i jego zamarzniętą zimą tafle krainą baśniową, w której niejeden czytelnik chciałby zawitać teraz, już. Było to niezwykle pozytywne w moim odczuciu. Dom i jego ciemne zakamarki opisywała z równą finezją, której brakowało mi przez ponad połowę książki. Cały czas miałam wrażenie, że pisarka pragnie przekazać coś ogromnie ważnego, jednakże trudno ubrać jej to w słowa, dlatego momentami posługiwała się zaskakującymi dla czytelnika środkami.

Kiedy pomyślę o opowieściach narratorki przywoływanych często ni stąd ni zowąd – z czasem działały one na mnie już odpychająco, a w głowie miałam moją siostrę, którą nierzadko nachodzą podobne relacje, kiedy o czymś mówi. Potrafi objechać pół świata, nim przejdzie do sedna sprawy... Przez to miałam wrażenie,że narratorka to równie „rozgadana” osoba, krążąca wokół faktów, które nie do końca mnie interesują... Z czasem okazywało się, że denerwujące „gadanie” otwiera umysł sprawiając, że smutna rzeczywistość staje się bliższą.

„Nigdy nie wiemy, kiedy widzimy kogoś ostatni raz.”*

Ciemna kuchnia do końca moich dni będzie magią wieczorów Sylvie i Ruthie, w których opisy mogłabym zaczytywać się od nowa, od nowa i od nowa. Myślę, że po stu razach nie znudziło by mi się czytanie o tym niecodziennym zwyczaju. Przywary i nietypowe cechy zachowania przypisywane Sylvie nie sprawiały, iż odsuwałam swoje myśl ze wstrętem od tej postaci, a wręcz przeciwnie – czekałam co jeszcze wpadnie do jej jakże kreatywnej głowy, w której drzemały skrywane od lat wspomnienia. Bardzo ją polubiłam za to, że była inna, że była po prostu sobą. Od początku, aż do końca.

„(...) jeden wyłączony zmysł wyostrza pozostałe, a my nic nie widziałyśmy.”*

Dawno nie miałam tak mieszanych uczuć podczas lektury. Z jednej strony uśmiech nie potrafił schodzić z buzi przez kilka stron, z drugiej – czasami porzucałam książkę, nie mogąc przebrnąć do końca strony. Kiedy dobrnęłam do sto pięćdziesiątej którejś strony, powieść Pani Robinson zaczęła odkrywać przede mną swoją tajemnicę. Sekret smutnego jeziora, zagadkę kruchości życia i rodziny, którą często staramy się po prostu wyprzeć z pamięci.

„Tak to jest z rodziną – mówiła dalej. - Najbardziej jej brakuje, kiedy przestaje istnieć.”*

Niezwykłymi okazały się ostatnie rozdziały, których czytanie wprawiało czytelnika w zakłopotanie. Zdecydowanie takiego czytającego, jak ja. Oczekiwałam uzasadnienia każdego zdania, najmniejszej sytuacji, piękna w prozie życia. Dochodząc do końca zdałam sobie sprawę, że „Dom nad smutnym jeziorem” ma w sobie nie tylko elementy historii Stworzyciela, która była pięknym wprowadzeniem do dziesiątego rozdziały, ale także cząstkę istnienia każdego z Nas. Bo przecież czasem kolejne wydarzenia, które urzeczywistniają się wbrew naszej woli, sprawiają, że w sercu gości smutek i obawa o tych, którzy pozostaną jedynie w naszej pamięci, zdała od nas samych.

„Przy braku grobów w poświęconej ziemi pamięć o najbliższych i więź z nimi pozostaje wyłącznie w sercach i umysłach. Bo rodziny nigdy nie ulegają rozbiciu. Można je przekląć i wygnać, wysłać dzieci na poniewierkę, żeby ginęły w powodziach i pożarach, a jednak stare kobiety ułożą z tych smutków piosenki i będą je śpiewać na gankach w ciepłe wieczory.”*

Przyznam, że książka początkowo nie do końca spełniała moje oczekiwania wśród wielu zachwytów innych czytelników. Brakowało mi czegoś, co trudno określić słowami. Być może zbyt wiele oczekiwałam, a kolejne słowa chłonęłam z nieodpartą nadzieją, iż pojawi się przyciągająca siła działająca zawsze i wciąż, a nie jedynie przy wybranych opisach, które zapierały dech w piersiach swoją delikatnością i czarem. Kiedy jednak usiadłam do pozostałych mi siedemdziesięciu stron po czasie, odnajdowałam piękno w codzienności. Tak trudnej i ciężkiej, że trudno było wyprzeć smutek z domu nad jeziorem. Z budynku podobnego do tych, w których mieszamy i my... Jestem wdzięczna Pani Marilynne za zwykła powieść o niezwykłej rodzinie, w których życiu odnalazłam kilkanaście niezwykłych rad i prawd życiowych zaznaczanych kolorowymi karteczkami ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa M, za co serdecznie dziękuję ;)


Cytaty pochodzą z książki „Dom nad smutnym jeziorem” kolejno ze stron: 55, 105, 150, 88, 87, 180, 188.

niedziela, 6 lipca 2014

[149] Michelle Cohen Corasanti „Drzewo migdałowe”

Wyd. SQN
Kraków 2014, 392 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Niezłomność, wytrwałość, poświęcenie... Czasem mimo wszystkich trudności, częściej przeciw oczekiwaniom rodziny i racjonalnemu spojrzeniu otaczających go ludzi. Niesamowita odwaga stojąca w oporze do dyskryminacji ze względu na narodowość, poglądy czy religię. Hektolitry wylanych łez, nigdy nie upadających na palestyńską czy amerykańską ziemię, lecz kolejne strony opowiadanej bez ogródek czy zbędnych słów historii. Opowieści Ahmada, który zza gałęzi drzewa migdałowego spoglądał na utraconą przeszłość, w nadziei na lepsze jutro. Jutro, które nie wiadomo co przyniesie...

Jeden wybór, jedna ulotna chwila sprawia, że życie ulega diametralnej zmianie. Egzystencja, która i tak nie była lekka wśród krwi niewinnych i niesprawiedliwych sądów, trafia na pełną kamieni, raniących stopy, drogę. Dwunaste urodziny Ahmada stają się początkiem dorosłości, a końcem dzieciństwa. Ojciec trafia do więzienia, dom zostaje zrównany z ziemią, a siostra umiera. Chłopiec ma świadomość, że wszystko, co nastąpiło jest jego winą. Nie ma wyboru - musi zaopiekować się rodziną, utrzymać ją i odnaleźć przysłoniętą mglistym widmem lepszą przyszłość. Tylko czy szczęśliwe życie jest jedynym celem, do którego zmierza Hamid obdarzony matematycznym geniuszem, zdającym się nie być ograniczony żadnymi limitami?

Pani Michelle, która z niezwykłym kunsztem spisała swoim piórem fascynującą historię Palestyńczyka, to Amerykanka z żydowsko-polskimi korzeniami. Rodzinne przywiązanie do tradycji i mocno podkreślane więzi z Izraelem, towarzyszyły jej przez całe młodzieńcze życie. Chęć zwrócenia uwagi na dramatyczny los i niejednokrotnie niepotrzebnie utracone szczęście stąpania po świecie Palestyńczyków, zrodziła się podczas studiów na Uniwersytecie Hebrajskim. Jednak, tak jak dojrzewają owoce tytułowego „Drzewa migdałowego”, tak w kobiecie ukształtować musiał się dystans, pozwalający w pełni przekazać emocje i pragnienia dwudziestoparolatki. Jak twierdzi, jej książka, która jest owocem to manifest nadziei na zgodne życie Izraela i Palestyny.

„Przeszłość jednak zawsze znajdzie sposób, by o sobie przypomnieć.”*

Choć każdy ma świadomość istnienia konfliktu palestyńsko-izraelskiego, wielokrotnie mijany jest on z niekłamaną obojętnością i zatrważającym znieczuleniem. W relacjach telewizyjnych, artykułach prasowych brakuje pierwiastka prawdy i realności, który pozwoliłby się na moment zatrzymać, zastanowić, skierować wzrok na to, co trudne i chwilami nawet nierealne. Człowiek chciałby przetrzeć ze zdziwienia oczy, jak gdyby zobaczył senną marę, która zniknie, gdy zamkniemy i przysłonimy na ułamek sekundy oczy. Pani Michelle przychodzi jednak z książką, by zatrzymać rękę dążącą ku zbyt mocno zamglonemu spojrzeniu, pozwalając odnaleźć w literaturze prawdę o tym, czego doświadcza człowiek kilka tysięcy kilometrów dalej. Choć czy faktycznie jest to tak odległe miejsce dla serc niejednego mieszkańca nawet naszego kraju, którego korzenie nadal trzymają się kurczowo zniszczonej cierpieniem palestyńskiej ziemi?

„Ich siła tkwi w korzeniach, tak głębokich, że nawet po ścięciu pnia wypuszczały młode pędy, z których wyrastały nowe pokolenia. Zawsze wierzyłem, że siła mojego narodu, tak jak drzew oliwnych, bierze się z naszych korzeni."*

Każde kolejne zdanie pozwala otworzyć serce, czasem zamknięte w bańce nierealnych historii z happy endem, które serwuje czytelnikowi ba (!) polski, ale nawet światowy rynek książki. Amerykańska pisarka daje możliwość oswojenia się z tym, co trudne i bezlitośnie niesprawiedliwe. Jednocześnie ukazując w innej, niż tej, do której dotąd przywykliśmy, scenerii rodzinę i podstawowe wartości, którymi kierują się ludzie. Postacią, do której maksym najbardziej się przywiązałam i osobą, której chłonęłam obecności w życiu rodzinnym Ahmada był Baba. Jego wrażliwość, a jednocześnie inteligencja wynikająca nie z kolejno zdobywanych pokładów wiedzy, a ze zwykłej ludzkiej mądrości, niejednokrotnie pozwalały mi dłużej zatrzymać się nad stroną, kontemplować, w choćby wewnętrznej ciszy z trudem utrzymywanych na wodzy emocji, każde kolejne słowo.

„Moim obowiązkiem jako ojca jest cię chronić. - Klepnął się w pierś. Na jego rękach dostrzegłem ślady po przypaleniach papierosami. - Mężczyzna jest nikim, jeśli nie chroni swojej rodziny. Obiecaj mi, że zrobisz dobry użytek ze swojego życia. Nie wdawaj się w tę walkę. Spraw, że będę z ciebie dumny. Nie pozwól, żeby moje aresztowanie zniszczyło ci życie.”*

Spotkania z Babą z czasem nie miały jedynie wielkiej wartości dla Ahmeda próbującego odnaleźć receptę na ujarzmienie myśli idących z nim od pewnej ciemnej nocy, ale także dla mnie, szukającej jakże znacznych wskazówek. Nie były to tyle drogowskazy, przez które wyznaczona droga, okazała by się drogą do sukcesu. Były to raczej myśli, które pozwalają mi cały czas wierzyć w własną siłę i szansę odkrycia przeze mnie tego, co w życiu jest najpiękniejsze. Czego? Miłości, kolorów, nieodkrytych miejsc, rodziny, słów? Piękno tkwi w najbardziej zaskakujących rzeczach, i mam nadzieję, że przyjdzie mi je stopniowo odkrywać.

„Starałem się przestrzegać rad Baby. Zanim ocenisz człowieka, spróbuj sobie wyobrazić, jak sam byś się czuł, gdyby to samo przytrafiło się tobie.”*

Publikacja została podzielona na cztery części – kolejne okresy w życiu najpierw chłopca, potem młodzieńca, aż w końcu ojca. Z każdym kolejnym etapem na linii wyznaczanej przez egzystencje Ahmada przyglądamy się innym rozterkom i wahaniom. Razem z młodym geniuszem odkrywamy świat znajdujący się poza dobrze znanymi terenami, a czasem i normami społecznymi. Ryzykujemy, próbujemy walczyć z samym sobą. Jednocześnie nie pozwalamy tłamsić potrzeby dobra dla drugiego człowieka. Choć Hamid poznaje gorycz porażek, podnosi się. Razem z jego upadkiem i siłą, pozwalająca podnieść zranione ciało z ziemi, uświadamiamy sobie, że to nie sukces buduje geniuszy i spełnionych marzycieli. To właśnie powstanie po niepowodzeniu stanowi o wielkości człowieka.

„Miarą sukcesu nie jest to, ile niepowodzeń nas spotkało, ale to, w jaki sposób na nie reagujemy.”*

Historia Ahmada, pachnie nie tylko migdałami zbłąkanymi wśród liści, jak wielu tamtejszych ludzi, w otaczającej rzeczywistości. Jak każdy maleńki owoc spadający z migdałowca obok drzew oliwnych niosących nadzieję, tak codziennie upada wielu, znikając wśród twardej ziemi okalającej każdy centymetr dopiero co żywego ciała. Sylwetki, z której z jedną miną, strzałem, krzykiem uszła jedna z wielu dusz. Dusz, w których były emocje, pragnienia, marzenia i zwyczajne chwile najdrobniejszych radości w tak okrutnej rzeczywistości. A co najważniejsze była w nich niesamowita siła i potrzeba miłości, brakującej wielu osobom, które mijamy w ferworze chodnikowych zawirowań codzienności.

„Wspiąłem się na drzewo. Nazywaliśmy je z Abbasem 'Szahid', czyli ;świadek', bo spędzaliśmy na nim tyle czasu, obserwując Arabów i Żydów, że było dla nas niczym towarzysz zabaw zasługujący na własne imię. Drzewo oliwne po lewej stronie Szahida nazwaliśmy Amal, 'nadzieja', a po prawej – Sa`ada, 'szczęście'.*

Książka zdecydowanie uczy. I nie mam tu na myśl zawiłych matematycznych zagadek, które każdorazowo wywoływały na mojej twarzy zaskakujący uśmiech. Ahmad i jego postawa pokazują, że nie należy tracić ani chwili w życiu, które i tak biegnie zbyt szybko. Czy tak prędko jak chłopiec z okładki dążący ku... wyzwoleniu? Przebaczeniu? Marzeniom? Nie wiem, nie mam pojęcia. Sądzę jednak, że każdego z nas ludzi, niezależnie od narodowości, pochodzenia czy koloru skóry stać na próbę podjęcia walki. Batalii o siebie, rodzinę, zupełnie obcych ludzi. Co czeka na końcu drogi? To już zależy od konkretnej jednostki, jej wytrwałości, a czasem też uporu. Czy uda się nam zgromadzić w sobie tak wielkie pokłady odwagi jak Ahmedowi? Czy zdołamy dobiec w kierunku, w którym wyruszył wątły dwunastolatek o niecodziennej, jak na swój wiek, sile ducha? Tylko gdzie dotarł główny bohater, jak potoczyła się jego wędrówka przez odrapane dzielnice, piękne domostwa i zaskakujące swoim rozmachem budynki? Myślę, że wobec tylu pytań, które stawiam, trudno będzie nie poczuć wzmożonej chęci poznania wnętrza „Drzewa migdałowego”. Dziś, jutro, a może za kilka lat... Nigdy przecież nie jest za późno, by otworzyć serce na prawdę.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą kolejno ze stron:  388 (podziękowania), 228, 64, 202, 233, 37