Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo M. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo M. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2014

[152] Marilynne Robinson „Dom nad jeziorem smutku”


Wydawnictwo M
Kraków 2014, 212 str.
Ocena: 6/10 Niezła

Smutek to jedno z uczuć, które przewija się w naszym życiu. Nie gości ono na stałe – pojawia się, by za chwile zniknąć i ustąpić miejsca radości i szczęściu. Niekiedy życie mimo wszystko płata figla, nie pozwalając by szczery uśmiech pojawił się na buzi, a smutna twarz była zrozumiana przez otaczających ludzi. Bo obcy potrafią ocenić wszystko niesprawiedliwie, nie znając w pełni historii. Tylko dobrnąwszy do ostatniego słowa kolejno następujących, czasem pozornie bezsensownie zdań, odkryjemy radość i smutek mieszkańców „Domu nad jeziorem smutku”.

„(...) trudno jest kogoś opisać, gdyż wspomnienia są ze swej natury niekompletne, odosobnione i przypadkowe jak wieczorne mignięcia oświetlonych okien wagonów.”*

Pani Marilynne Robinson to amerykańska pisarka, która jest doktorantką anglistyki na Uniwersytecie Waszyngtońskim w Seattle. „Dom nad jeziorem smutku” to jej debiut literacki. Kolejną książkę po okraszonym sukcesem „Housekeeping” wydała dopiero dwadzieścia cztery lata później. Okazała się ona równie ciekawa dla czytelników – w 2005 roku autorka otrzymała za nią nagrodę Pulitzera. Jej pierwsza powieść doczekała się ekranizacji w 1987 roku, jednakże ku usilnym staraniom, zbyt trudno odnaleźć gdziekolwiek ten nieco zapomniany film. A szkoda, bo jestem ogromnie ciekawa wizji reżysera i scenarzysty.

Dwie siostry, po samobójczej śmierci matki, trafiają pod dach swojej ciotki Sylvie. Kobieta ta to niepoprawna marzycielka żyjąca w swoim świecie. Szereg zaskakujących dziwactw ciotki od momentu rozpoczęcia nauki w szkole dla jednej stają się atutem, dla drugiej – udręką. Dziewczynki z czasem zaczynają oddalać się od siebie. Gdy jedna stawia na chęć poznania niezwykłego świata ciotki, druga pragnie być zwyczajna i odchodzi z domu. Nikt nie ma pojęcia, iż ta rozłąka sprawia, że rodzina zaczyna zanikać, a brak wartości staje się przyczyną mimowolnego smutku.

Czytając kilka magicznych opinii, wsłuchując się w słowa Esy miałam co raz większy apetyt na tę książkę. Nie od dziś wiadomo, że wszystko to, co w literaturze owiane jest tajemnicą niesamowicie mnie pociąga. Nietypowy tytuł, nieco przygnębiająca, a jednocześnie zagadkowa okładka równie mocno podziałały na moje literackie podniebienie, wręcz domagające się powieści Pani Robinson. Liczyłam na ciepłe i pełne mądrości słowa o rodzinie, szczęściu i pięknie. Wierzyłam, iż w środku odnajdę satysfakcjonującą historię, która nie pozwoli mi się nudzić...

„Źródłem przerażenia, a jednocześnie otuchy było dla mnie to, że często wydawałam się niewidzialna dla otoczenia, jakbym nie w pełni istniała. Odnosiłam wrażenie, że nie mam wpływu na rzeczywistość, i w zamian czułam się wyróżniona, że mogę ją oglądać niezauważona.”*

Nie pamiętam kiedy ostatnim razem w tak wolnym tempie czytałam jakąkolwiek książkę. Początkowo zachwycałam się słowem, jednak z czasem gdy pojawiły się dwie ciotki, opiekujące się opowiadającą historię Ruth i jej siostrą, popadłam w znużenie. Dialogi prowadzone przez kobiety były dla mnie niezwykle usypiające, a nawet momentami sztuczne i nie mogłam się doczekać, kiedy dziewczynki znowu wybiorą się na lodową taflę jeziora, i powróci dawna magia. Przyroda, okolica i zakamarki domu opisywane przez dziewczynkę stanowiły chyba jedyną cząstkę niezwykłości języka, która utrzymywała mnie początkowo przy książce. Dopiero z pojawieniem się Sylvie odnalazłam dawne czary czymś, czym iluzjoniści również zaczarowują publiczność, sprawnie wykonując koleje czynności niezauważalne da oka. Równie umiejętnie słowem zaczęła operować Pani Robinson.

Łódki w Sierakowie przypomniały mi o podróży z Sylvie...
Od zawsze uważałam, że opisy kolejnych wydarzeń okraszone odrobiną czarodziejskiej tajemnicy, nawet bez mnogości dialogów powodują, że powieść jest bogatsza. Mimo wszystko jednak te wizje nie powinny być zbyt obszerne, a czasem nawet o niczym istotnym. Czytając niektóre fragmenty „Domu nad jeziorem smutku” miałam wrażenie, że są one niepotrzebne i nic nie wnoszą do historii. Na dodatek sprawiały one, że książka znajdowała u mnie minusy, a ja wręcz oczekiwałam i byłam głodna przepięknie tworzonych opisów przyrody.

„(...) pod zachęcającym wpływem światła szron, który przedtem wydawał się jałowy i suchy jak sól, zakwitł. Trawa mieniła się kolorami lodowych kryształków. Ze wszystkich drzew, w ilościach tak niezliczonych jak kryształki, spadały krople wody.”*

Sztuką jest pisanie o otaczającym świecie i wbrew pozorom – nie jest to rzecz łatwa. Pani Robinson uczyniła tereny wokół jeziora i jego zamarzniętą zimą tafle krainą baśniową, w której niejeden czytelnik chciałby zawitać teraz, już. Było to niezwykle pozytywne w moim odczuciu. Dom i jego ciemne zakamarki opisywała z równą finezją, której brakowało mi przez ponad połowę książki. Cały czas miałam wrażenie, że pisarka pragnie przekazać coś ogromnie ważnego, jednakże trudno ubrać jej to w słowa, dlatego momentami posługiwała się zaskakującymi dla czytelnika środkami.

Kiedy pomyślę o opowieściach narratorki przywoływanych często ni stąd ni zowąd – z czasem działały one na mnie już odpychająco, a w głowie miałam moją siostrę, którą nierzadko nachodzą podobne relacje, kiedy o czymś mówi. Potrafi objechać pół świata, nim przejdzie do sedna sprawy... Przez to miałam wrażenie,że narratorka to równie „rozgadana” osoba, krążąca wokół faktów, które nie do końca mnie interesują... Z czasem okazywało się, że denerwujące „gadanie” otwiera umysł sprawiając, że smutna rzeczywistość staje się bliższą.

„Nigdy nie wiemy, kiedy widzimy kogoś ostatni raz.”*

Ciemna kuchnia do końca moich dni będzie magią wieczorów Sylvie i Ruthie, w których opisy mogłabym zaczytywać się od nowa, od nowa i od nowa. Myślę, że po stu razach nie znudziło by mi się czytanie o tym niecodziennym zwyczaju. Przywary i nietypowe cechy zachowania przypisywane Sylvie nie sprawiały, iż odsuwałam swoje myśl ze wstrętem od tej postaci, a wręcz przeciwnie – czekałam co jeszcze wpadnie do jej jakże kreatywnej głowy, w której drzemały skrywane od lat wspomnienia. Bardzo ją polubiłam za to, że była inna, że była po prostu sobą. Od początku, aż do końca.

„(...) jeden wyłączony zmysł wyostrza pozostałe, a my nic nie widziałyśmy.”*

Dawno nie miałam tak mieszanych uczuć podczas lektury. Z jednej strony uśmiech nie potrafił schodzić z buzi przez kilka stron, z drugiej – czasami porzucałam książkę, nie mogąc przebrnąć do końca strony. Kiedy dobrnęłam do sto pięćdziesiątej którejś strony, powieść Pani Robinson zaczęła odkrywać przede mną swoją tajemnicę. Sekret smutnego jeziora, zagadkę kruchości życia i rodziny, którą często staramy się po prostu wyprzeć z pamięci.

„Tak to jest z rodziną – mówiła dalej. - Najbardziej jej brakuje, kiedy przestaje istnieć.”*

Niezwykłymi okazały się ostatnie rozdziały, których czytanie wprawiało czytelnika w zakłopotanie. Zdecydowanie takiego czytającego, jak ja. Oczekiwałam uzasadnienia każdego zdania, najmniejszej sytuacji, piękna w prozie życia. Dochodząc do końca zdałam sobie sprawę, że „Dom nad smutnym jeziorem” ma w sobie nie tylko elementy historii Stworzyciela, która była pięknym wprowadzeniem do dziesiątego rozdziały, ale także cząstkę istnienia każdego z Nas. Bo przecież czasem kolejne wydarzenia, które urzeczywistniają się wbrew naszej woli, sprawiają, że w sercu gości smutek i obawa o tych, którzy pozostaną jedynie w naszej pamięci, zdała od nas samych.

„Przy braku grobów w poświęconej ziemi pamięć o najbliższych i więź z nimi pozostaje wyłącznie w sercach i umysłach. Bo rodziny nigdy nie ulegają rozbiciu. Można je przekląć i wygnać, wysłać dzieci na poniewierkę, żeby ginęły w powodziach i pożarach, a jednak stare kobiety ułożą z tych smutków piosenki i będą je śpiewać na gankach w ciepłe wieczory.”*

Przyznam, że książka początkowo nie do końca spełniała moje oczekiwania wśród wielu zachwytów innych czytelników. Brakowało mi czegoś, co trudno określić słowami. Być może zbyt wiele oczekiwałam, a kolejne słowa chłonęłam z nieodpartą nadzieją, iż pojawi się przyciągająca siła działająca zawsze i wciąż, a nie jedynie przy wybranych opisach, które zapierały dech w piersiach swoją delikatnością i czarem. Kiedy jednak usiadłam do pozostałych mi siedemdziesięciu stron po czasie, odnajdowałam piękno w codzienności. Tak trudnej i ciężkiej, że trudno było wyprzeć smutek z domu nad jeziorem. Z budynku podobnego do tych, w których mieszamy i my... Jestem wdzięczna Pani Marilynne za zwykła powieść o niezwykłej rodzinie, w których życiu odnalazłam kilkanaście niezwykłych rad i prawd życiowych zaznaczanych kolorowymi karteczkami ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa M, za co serdecznie dziękuję ;)


Cytaty pochodzą z książki „Dom nad smutnym jeziorem” kolejno ze stron: 55, 105, 150, 88, 87, 180, 188.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

[143] Cesarina Vighy „Ostatnie lato”

Wydawnictwo M,
Kraków 2011, 164 str.
Ocena: 7/10 Dobra

Lato bywa upalne, ale jednak odprężające i pozwalające choć na chwilę oderwać się od szarej codzienności. Czasem zdarza się, że jest to ciężka przeprawa przy panującej gorączce w pracy, a nawet w domu. To moment przerwy od szkoły dla uczniów, czasu zbiorów dla rolników albo po prostu chwila odpoczynku dla osób odrywających się w tym czasie od korporacyjnej rzeczywistości. Mimo to lato może być niczym kruche stąpanie po lodzie w kierunku nieuniknionej przyszłości. Może być to mgnienie oka, które sprawi, że zaczniemy inaczej spoglądać na świat. Nawet jeśli te spojrzenie miało by trwać ułamek sekundy warto...

Przyznaję, że niezwykle ciekawiła mnie postać autorki, która w ostatecznym momencie życia postanowiła napisać o tym, czego doświadczyła przez te wszystkie lata. Cesarina Vighy urodziła się w 1936 r. w Wenecji. Już w latach dzieciństwa ciekawili ją otaczający ludzie i zdecydowanie wyróżniała się spośród swoich rówieśników. Talent aktorski i zamiłowanie, które zakiełkowało w niej już w najmłodszych latach, przesądziło o wielkim szacunku i ciekawości wobec teatru. Ukończyła studia filozoficzne na Uniwersytecie w Padwie. Większość życia spędziła natomiast w Rzymie. Jej spokojne życie u boku córki i męża stanęło na głowie w momencie, kiedy dowiedziała się o chorobie - stwardnieniu zanikowym bocznym, które z czasem sprawiło, że nie była w stanie samodzielnie wykonywać najprostszych czynności. Nim odeszła oddała w ręce czytelników historię swojego życia – świadectwo pogodzenia się z losem, przemijaniem, cierpieniem i śmiercią. Cesarina Vighy zmarła w 2010 r.

Spisując własną autobiografię Pani Cesarina podejmuje rozważania nad cierpieniem, które często opisuje nie tylko jako udrękę, ale wręcz przeciwnie – akceptuje je, opisując wszystko niezwykle prosto z nutką sarkazmu i szczyptą zaskakującego humoru. Nie stara się niczego „wynieść na piedestał” - wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że jej opowieść ma być swoistym znakiem dla innych chorych, że można żyć, doszukiwać się w życiu pełnych piękna i szczęścia chwil, mimo balastu, jaki niesie ze sobą dolegliwość. Jak głosi opis na okładce książki – uświadamia czytelnikowi, że nie opisuje czegoś przerażającego, bezlitosnego, a czasem nawet drastycznego, ale:

Życie naznaczone, ale piękne. I pełne marzeń, wspomnień, duchów, mądrości”.

Kiedy pozycja trafiła w moje ręce, mając wiele spraw na głowie, postanowiłam, że jej lektura będzie mi umilać czas podróży autobusami ze szkoły. Choć tematyka publikacji nie jest łatwa, postanowiłam czytać ją w miejscach, gdzie ludzkie oko nie jest tak wyczulone na małe szczegóły, licząc, że poprzez „Ostatnie lato” zacznę dostrzegać więcej wokół siebie. I tak też się stało. Kolejno czytane dwa, czasem trzy rozdziały sprawiały, że niespiesznie poznawałam historię pełną małych (sporadycznie nieznośnych) szczegółów, niewielkich, ale znacznych radości. Słowa świadectwa pełne prawdy, a niekiedy może i niepewności...

Dawno nie pamiętam pozycji, w którą tak trudno było mi się w pełni zaczytać jak w „Ostatnie lato”. Podczas lektury tejże powieści niewątpliwie nadrzędnym słowem stał się spokój okraszony muzyką płynącą z słuchawek (o ile o względnej harmonii można mówić w autobusie). Dość mozolnie przychodziło mi czytanie obrazów z pierwszych lat życia kobiety. Często gubiłam się między jej wspomnieniami, niektóre informacje wydawały mi się zapisane dość chaotycznie. Choć to autobiografia i od piszącego zależy, co chce przekazać czytelnikom, trochę denerwowało mnie ten nieporządek i znacznie utrudniał i tak już ciężką pod względem przemyśleń, lekturę.

(...) życie widziane z bliska to tragedia, z oddali – komedia.”

Rozdziałem, który według mnie najbardziej zapada w pamięci jest jeden z dłuższych opatrzony tytułem „Rady pani La Palisse”. Wydawać by się mogło, że w tej części spotkamy się z opowieścią na temat wskazówek pani La Palisse. Jednak rzeczywistość okazuje się zgoła inna. Począwszy od nieco zabawnej rymowanki, przechodzimy do stworzonego przez Panią Z. minidekalogu do ludzi chorujących tak jak ona. Kolejne punkty – jedne bardziej poważne, inne nieco zabawne – pokazują, że kobieta oswoiła swoją sytuację. Szczególnie spodobał mi się fragment następujący po dziesiątym przykazaniu:

Ojciec Niebieski zatrzymał się, gdy doszedł do dziesiątego przykazania: najwyraźniej szkoda Mu było Mojżesza, który musiał zejść z góry Synaj w sandałach, wlokąc ze sobą dwie ciężkie kamienne tablice. Ponieważ my piszemy na lekkich kartkach, możemy dodać jeszcze kilka zaleceń.”

I tak dochodzimy do przykazania numer trzynaście, właściwie wieńczącego poprzednie zasady wyznawane przez narratorkę powieści. Należy więc zdobyć lub pielęgnować w takiej iście kryzysowej sytuacji nic innego, jak poczucie humoru. Myślę, że doza śmiechu jest niezwykle ważna przy borykaniu się z tak poważną dolegliwością jak stwardnienie zanikowe boczne, bo przecież, jak pisze autorka:

Jest wiele rzeczy na świecie, z których można się śmiać: inni ludzie, my sami, sprawy, które wydawały się wam ważne, a teraz okazały się głupstwem. Jest to chwila, w której nasze oko widzi najjaśniej.”

Ostatni rozdział uzmysławia czytelnikowi, że faktycznie było to tytułowe „Ostatnie lato” Pani Z. Kobieta odeszła, nie doczekawszy, tak jak przeczuwała, końca lata. Moment ten, ta chwila ulotna opisywana w „Białym kosie” wprawia czytelnika w nostalgię. Muszę przyznać, że czytając ten niezwykły kawałek podsumowujący jakby chwile ostateczne chorej, zaczęłam się zastanawiać nad własną śmiercią, odejściem bliskich, tych których kocham. Tak jak i ona, odchodzi kos, ale jego historii bohaterka nie miała już okazji poznać. Wszystko koniec końcom nadchodzi prędzej czy później...

W pewniej chwili. W pewnej chwili. W pewnej chwili...”

Myślę, że cudzie wspomnienia naprawdę trudno jasno i konkretnie ocenić, ale jeszcze trudniej je odczytywać. Sentymentalni, będą w nich odszukiwać małych szczegółów, przedmiotów ważnych w życiu przez to, że przypominają kogoś, coś (?) Romantycy będą upatrywać kwiecistych opisów doznawania miłości, a realiści – konkretów. Myślę, że każdy z nich znalazłby w tej pozycji coś dla siebie. Trzeba jednak umieć dobrze szukać, bo nie zawsze słowa podane są na tacy, ale wręcz przeciwnie – wypisane między wierszami.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa M, za co serdecznie dziękuję ;)

piątek, 16 sierpnia 2013

[129] Anna Drzewiecka „Ciotki”

Wydawnictwo M,
Kraków 2012, 152 str.
Ocena: 7/ 10 Dobra

Rodzina w życiu człowieka odgrywa niezwykle ważną rolę. To nadopiekuńcza ciocia, która uwielbia karmić nas słodyczami, wujek, który opowiada o naukowych sprawach czy poważna i dystyngowana żona brata taty swoimi zachowaniami kształtują nas ogląd na świat. Mogłoby się wydawać, że to, co przeżywamy w dzieciństwie jest małą, nic nie znaczącą rysą w naszym życiu. Jednak wspomnienia z dziecięcych lat pozostają na zawsze i sprawiają, że widząc wyludnione podwórko i trzepak, uśmiech pojawia się na naszej twarzy, choć wszystko wokół nie jest tak kolorowe jak nasze błogie myśli ;)

Najpiękniejszych chwil w życiu nie zaplanujesz. One przyjdą same.”

Pani Anna nie tworzy zawiłej fabuły czy zaskakującej historii, a postanawia spisać historię własnej rodziny. Śmiało mogę stwierdzić, że to kobieta, w której życiu ważną rolę odgrywa rodzina. To ona jest jej priorytetem. Pani Drzewiecka jest jednocześnie każdą z Nas – matka, córka, żona. Swoją historią sprawia, że każdy czytający może się utożsamiać z piszącą, bo przecież każdy był kiedyś dzieckiem, które z szeroko otwartymi oczyma, obserwowało, może nie do końca zrozumiały, świat.

Debiut Pani Drzewieckiej to opowieść o świecie, którego już nie ma, a istnieje jedynie w sercu. Portrety kobiet zapamiętanych z lat dzieciństwa, smaki i słowa zapamiętane przez małą Anię. Wszystko to tworzy pełną nostalgii, a zarazem ciepła i miłości lekturę pozwalającą zatrzymać się każdemu, kto ciągle prze w życiu do przodu, tracąc to, co być może ważniejsze.

Zastanawia mnie nie od dziś fenomen pisania wspomnień. Czemu i komu mają służyć, prócz oczywiście samych ich autorów? Niby dotykają życia rzeczywistego, opisują zdarzenia autentyczne, a jednak podlegają odmiennym prawom niźli świat, który opisują. Tutaj już nic nie jest trudne ani bolesne. Nawet jeśli kiedyś było dla nas ciężkie do zniesienia, dziś jest już tylko jednym z kolorowych kamyków mozolnie przez nas układanej mozaiki”

Ciotki” były jedną z książek, które wybrały się ze mną w podróż w Bieszczady. Jednak nie w tej pięknej scenerii zaczęłam czytać książkę. Chwyciłam za nią dopiero po kilku dniach od powrotu. Dziś mija ponad miesiąc od zakończenia lektury, jednak publikacja nadal pozostaje we mnie. Co sprawiło, że na tak długo utkwiła mi w głowie? Co dobrego przypomniała i co może przywrócić w człowieku?

Są takie miejsca, które na zawsze zostają w pamięci. Miejsca czasami niespodziewane. Bo dlaczego akurat te, a nie inne? Często zupełnie zwyczajne.”

Pozycja Pani Anny to zbór wspomnień małej dziewczynki, zapisanych ręką dorosłej kobiety. W każdym kolejnym rozdziale poznajemy historię kolejnych członków rodziny. Niezwykle plastyczne opisy otaczającej rzeczywistości, a zarazem sentymentalne opowieści o zupełnie nieznanych nam osobach. A jednak wszystko to sprawia, że zaczynamy spoglądać na własne życie, to, co było dla nas ważnej jako paroletniego dziecka.

To właśnie ciotka Helena zaszczepiła we mnie przekonanie, że zwierzę jest istotą czującą, współrodzajową, a nie zabawką do przytulania, że to naprawdę nasi 'mniejsi bracia'. Przekonanie to pozostało we mnie na zawsze, choć ciotka Helena odeszła dużo za wcześnie, jak odchodzi wielu najlepszych ludzi.”

W swej opowieści Pani Drzewiecka poświęca najwięcej miejsca ciotkom. Każda z nich jest inna i niepowtarzalna. Najbardziej zaintrygowała mnie ciotka Helena, która była pełną życia kobietą , która wszystkiego chciała spróbować. Na dodatek była świetną słuchaczką i służyła radą w trudnych, nastoletnich chwilach małej Ani. Ujęła mnie również za swoje czytanie na głos. Wokół czytającej Heleny skupiała się jak zaczarowana, cała rodzina. Moją sympatię zdobyła również ciotka Kazia. Była taką „dobrą ciotuchną”, która potrafiła wywołać na twarzy każdego dziecka duży promienny uśmiech. Również jej mąż Bolesław znalazł się w gronie moich ulubieńców, mimo swojego flegmatyzmu i zrzędliwości. Ciekawił mnie jego zawód, a pomysł na który wpadł podczas emerytury – początkowo rozbawił, a potem nawet przeraził.

Myślę, że niezwykle ważna wśród ciotek jest także Liliana. Piękna i urodziwa w młodości kobieta, po latach została sama. Dawniej mieszkanka niezwykłego strychu, dziś zgorzkniała i nie przyjmująca gości staruszka w jednym z szarych, niczym nie wyróżniających się bloków. Ile raz wszyscy mówią, że ludziom pięknym w życiu łatwiej. Historia Liliany pokazuje, że nie zawsze wszystko musi wyglądać tak kolorowo, jakbyśmy sobie to wyobrażali, jak również to, iż nie warto w życiu polegać jedynie na urodzie, bo ona prędzej czy później przeminie.

A ja, patrząc na nią, zawsze zastanawiałam się, ile prawdy jest w przekonaniu, że podobno ludziom pięknym jest w życiu łatwiej.”

Mogłoby się wydawać, że książka Pani Drzewieckiej, mimo że traktuje o jej własnych doświadczeniach i wspomnieniach, pozwala przypomnieć sobie czytelnikowi jego własne dzieciństwo. W pamięci pisarki pozostała niezatarta jabłonka, czy podwórko pełne dzieci. Tak samo w naszej podświadomości skrywają się takie drobne radości, jak przerwa wakacyjna, fascynacja deszczem czy smakołyki zjadane z przyjaciółką. Podczas lektury wszystko powraca. Przypominają się Nam nasze wygłupy, wzloty i upadki – smaki dzieciństwa, które mimo iż odeszło, pozostawiło w nas trochę dziecka, choć pozornie może być to niezauważalne.

Niezwykłym rozdziałek książki było dla mnie „Pamiątkowo”. Pani Ania opisuje, że od lat zbiera w kartonie szpargały, które przypominają jej minione lata i poprawiają humor za każdym razem, kiedy tylko w spokoju usiądzie się nad pudełkiem, kolejno wykładając następne skarby. Pisarka nie jest jedyną, która tak utrwala wspomnienia – sama też mam kilka rzeczy, które od lat zalegają w kartoniku w szafce lub nawet w samej szufladzie, a z którymi nie mogłabym się od tak rozstać.

Stoi na jednej z półek mojej szafy, a ja zawsze, gdy ją otwieram, napotykam wzorem sfatygowane pudło, które kiedyś pieczołowicie okleiłam różowym papierem drukowanym w bukieciki polnych kwiatków. I czasem wydaje mi się, że to nie wypłowiały papier, ale że na półce w szafie zaplątał się kawałek mojej własnej łąki. Łąki mojego życia, które zaczyna się w tym kartonie, a gdzie się skończy? Tego nikt nie wie. Los czasami wybiera za nas. Poddajemy się wtedy jego woli, nie chcąc, albo nie umiejąc zmienić jego wyroków. Tej łąki mogło wcale nie być albo mogła być jakaś inna. Może piękniejsza, a może mniej prawdziwa. Ale jest właśnie taka, jaka jest. I wiem, że tam trwa, nawet w samym środku najciemniejszej nocy, a każdy przeżyty dzień rozkwita na niej kolejnym kwiatkiem albo... chwastem. Jak na każdej prawdziwej łące.”

Podsumowując, muszę powiedzieć, że pozycja Pani Drzewieckiej mimo braku wartkiej akcji, rozbudowanej fabuły czy pełnych miłości wyznań, jak to bywa w kryminałach czy powieściach obyczajowych, które czytam dość często , zachwyca. To bezcenna książka, dzięki której każdy z Nas może powrócić do lat dzieciństwa i przypomnieć sobie o tym, co w życiu najważniejsze – o rodzinie. Jednym słowem – polecam! ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa M, za co serdecznie dziękuję ;)


 PS. Konkurs na Fanpage właśnie ruszył! Zapraszam do zabawy!

piątek, 3 maja 2013

[122] Artur Barciś, Marzanna Graff „Rozmowy bez retuszu”

Wydawnictwo M
Kraków 2011, 220 str.
Ocena: 10/10 Perełka


To nie wzrost, czy postura odzwierciedlają wielkość człowieka – jego siłę ducha, pozytywne usposobienie czy po prostu talent. Nie raz ta niewątpliwa zdolność wcielania się we wszelakie postaci przychodzi z czasem, po latach ciężkiej pracy, a czasami, jak to jest w przypadku „bohatera” czytanej przeze mnie książki, to po prostu dar od Boga. Ale jak pokonać pewne bariery, spełniać marzenia – te mniejsze i te większe, a także cieszyć się życiem każdego dnia? O tym właśnie opowiada Nam Pan Artur Barciś, przez wielu kojarzony z Norkiem (niestety, a może wcale nie) w rozmowie „rzece” z Panią Marzanną Graff.

(...) aktorstwo to nie jest coś, czego można się ot, tak nauczyć. To jest dar, z którym człowiek się rodzi. Można to oczywiście spaskudzić, zmarnować, rozmienić na drobne albo szlifować. Jednak, żeby coś z tym zrobić, trzeba najpierw to mieć, czuć w sobie.”

On – Artur Barciś – mały, wielki człowiek, który przyszedł na świat w 1956 roku w miejscowości Kokawa pod Częstochową. Od urodzenia chłopiec niewielkiej postury, już od najmłodszych lat wyróżniał się wśród swoich rówieśników- już w zerówce z zapałem opowiadał bajki swoim koleżanką i kolegom, którzy siedzieli zgromadzeni wokół niego. Pierwsze recytowane wiersze, aż w końcu niewątpliwe uznanie wiążące się z Ogólnopolskim Konkursem Recytatorskim i „Fortepianem Chopina” (który to wiersz osobiście bardzo lubię ;]). Pierwsze filmy w roli statysty, teatr, poważniejsze produkcje... Aż do dziś, kiedy jest rozpoznawalny wśród niemal wszystkich Polaków...

Ona – Marzanna Graff – osoba, którą aktor zna od lat i z którą rozmowa nie jest jedynie rozmawianiem z drugim człowiekiem, a radością z kolejno wypowiadanych słów. A ponadto – pisarka, autorka wielu tekstów piosenek i scenariuszy teatralnych, a nawet bajek dla dzieci.

Pani Marzanna Graff
Przed nami leżą rozsypane zdjęcia. Przeglądam je, słucham opowieści, których dotyczą. Każda historia z fotografii mnie ciekawi. Trzeba przyznać, że Artur potrafi opowiadać(?) Lubię słuchać, jak Artur opowiada o innych artystach, słyszę mnóstwo pochwał pod adresem innych aktorów, reżyserów. niektórych opowiada z takim zaangażowaniem i ogromną pokorą? Nie każdy potrafi się na to zdobyć? Po rozmowach z nim i ja mam tę pewność, że powinniśmy też dostrzec i docenić ludzi, którzy pomagają nam na tej drodze.”

Przemiła atmosfera, silna relacja osób rozmawiających – momentami czułam się, jakbym razem z Panią Marzanną i Panem Arturem siedziała w kuchni i przysłuchiwała się konwersacji, chwytając pojawiające się na dębowym stole, zaraz obok kubka gorącej, parującej herbaty, zdjęcia młodego aktora. Nie ma tu sztywności i niepotrzebnych napięć, dzięki czemu czytelnik nie zdaje sobie nawet sprawy, że czyta biografię, a wydaje mu się wręcz (przynajmniej mi), że jeden z najbardziej uzdolnionych polskich aktorów, siedzi obok Nas. Najpiękniejsze jest jednak to, że żadne zdanie nie jest tu zbędne, a wręcz przeciwnie – powoduję lawinę pytań w głowie czytającego, na które odpowiedź za każdym razem uzyskuje w kolejnej frazie. Na dodatek z każdego wypowiadanego słowa, zarówno przez Panią Marzannę, jak i samego bohatera książki, płynie mnóstwo pozytywnej energii, a momentami nawet humoru. A kiedy Pan Artur zboczy z tematu... Aż żal było do istoty pytania, kiedy ten człowiek miał tyle do powiedzenia ;)

Wiele radości sprawiła mi opowieść, w której Aktor opowiadał o tym, co działo się za młody, kiedy czytał. Uśmiech od razu pojawiał się na mojej twarzy, bo i ze mną tak jest, że po prostu wyłączam się i to, co dzieje się wokół mnie, przemija niezauważalnie. Dobrze, że nie hodujemy żadnych zwierząt pastwiskowych, bo z pewnością podzieliły by losy tych, wypasanych przez Pana Artura.

(...) oczywiście do pasania krów brałem książkę. I jak wchodziłem w ten magiczny świat, to krowy szły, gdzie chciały. A ja czytałem i nie widziałem w ogóle, co się dzieje, mnie tam nie było. Zamiast pilnować krów, przechodziłem w inny wymiar. Do dziś tak mam, gdy się zaczytam. Żona mówi, że się „zawieszam”. Jak komputer. Ma racje.”

Padający cień, nie tylko na dębową powierzchnię...
Rozmowy bez retuszu” były dla mnie też lekcją prawdziwego teatru, z którym w XXI wieku mamy co raz mniejszą styczność, mimo oferowanej jego dostępności. Dlatego momenty, w których Pan Artur opowiadał o przygotowaniach do kolejnych spektaklów, trudnością wcielenia się w niektóre role (np. kobiety), a nawet o szczegółach wystawiania poszczególnych inscenizacji, w których trema wymagała dodania sobie odrobinki „odwagi”. Szkoda, że we współczesnym świecie tak mało osób, które tak PIĘKNIE opowiadają o pasji, jaką jest dla Pana Barcisia teatr.

Teatr ma sens tylko wtedy, kiedy jest widz.”

Wiele emocji dostarczyło mi oczywiście odkrywanie na nowo człowieka, którego polubiłam za Norka, a potem jeszcze bardziej Czerepacha. I muszę podkreślić, że choć Pan Artur nie lubi być utożsamiany z Tadzikiem z „Miodowych lat” (skądinąd ciekawostką jest, że ten serial był nagrywany na żywo, w teatrze), to właśnie dzięki tej roli poznało go szersze grono widzów. I nie chodzi tu tylko o wzrastającą popularność, ale przede wszystkim o to, że dzięki temu serialowi wiele osób postanowiło obejrzeć inne produkcje, w których choć w najmniejszym stopniu pojawił się Pan Barciś, poznając DZIEŁA, które musiałby po prostu obejrzeć każdy. I dlatego moim zdaniem rola, którą aktor lubi nieco mniej, pozwoliła dostrzec jego talent, a także wiele niesamowitych filmów dużej liczbie Polaków.

(…) Zgodziłem się i tak zacząłem grać Czerepacha. Dla niektórych ciągle byłem jeszcze Norkiem... Pamiętam, jak jakiś podpity facet mi wygarnął: `Norek, ale się z ciebie szuja zrobiła`... Ale dla większości byłem już kimś zupełnie innym.”

Kiedy czytałam, Pan Artur spoglądał wprost z okładki ;)
Kwintesencją rozmów, nad którymi wręcz rozpływałam się niezależnie od miejsca czytania i reakcji otaczających mnie osób, był ostatni rozdział książki – bajka pisana piórem Pana Artura. Ogromna świadomość operowania słowem, a także umiejętność dawkowania czytelnikowi kolejnych wrażeń. Choć nie była to typowa historia, a raczej opowiastka dla dorosłych, z zapałem zagłębiałam się w jej kolejne wersu, nie mogąc doczekać się rozwiązania. A kiedy je przeczytałam... dech mi zaparło z wrażenia. Zdecydowanie chciałabym pogratulować Panu Arturowi i nie mogę się doczekać, kiedy będziemy mogli przeczytać więcej jego utworów!

Podsumowując, muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrej biografii, która z każdą stroną wydawała się nie książką, a usłyszaną rozmową. Na pewno nie zapomnę masy wzruszeń i emocji towarzyszących mi podczas lektury, a przede wszystkim – dawki pozytywnej energii i wiary w spełnienie się w pełni w mojej pasji, którą przyniosły mi „Rozmowy bez retuszu”. Szczerze polecając lekturę tej książki każdemu, chciałabym jednocześnie podziękować Pani Marzannie i Panu Arturowi za nią ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa M, za co serdecznie dziękuję ;)