Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cecelia Ahern. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cecelia Ahern. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2015

Cecelia Ahern "Kiedy cię poznałam"

Wydawnictwo AKURAT
Warszawa 2015, 416 s. 
Ocena: 8/10 Bardzo dobra


Życie wiedzie różnymi ścieżkami. Niekiedy nasza droga biegnie pomiędzy pięknymi krajobrazami, pełnymi zieleni, zapachu wiosny i powiewu świeżości. Są jednak dni, a czasem nawet miesiące czy lata, gdy nasza podróż staje się wyjątkowo trudna, a jej szlak biegnie niemal pod górkę. Zarówno te dobre, jak i złe chwile kształtują w nas konkretnego człowieka. A doświadczenia minionych lat sprawiają, że jesteśmy taką, a nie inną osobą.

"To brzmi jak banał, kiedy ktoś mówi, że trzeba zwolnić tempo, ale to prawda. Ja zwolniłam i dzięki temu dostrzegam dużo więcej."*


Cecelia Ahern, to jedna z najbardziej znanych pisarek na całym świecie, którą niemalże znają choć w najbardziej nikłym stopniu wszyscy. Pochodząca z Irlandii kobieta, która ma dwoje dzieci i miesza w dużym mieście, przypomina wiele z nas. Ale to, że posiada niebywałą wrażliwość na świat i potrafi przelać swoje emocje na karty książki, zdecydowanie sprawia, że można ją nazwać kimś wyjątkowym. Dla mnie jest jednak jeszcze kimś więcej - osobą, która swoimi powieściami pomaga znaleźć w sobie to coś, dzięki czemu błyszczymy równie mocno jak ona. 

Jasmine może i nie jest pracoholiczką, ale kocha to, co robi i uwielbia być nieustannie zajętą. Jej czas, prócz pracy zajmuje też opieka nad starszą siostrą - Heather, dotkniętą zespołem Downa, z którą po śmierci matki, zostały same. Do stałych punktów w jej życiu należy również znienawidzony sąsiad, który codziennie zakłóca ciszę nocną oraz ojciec, w którym brak jej zrozumienia. Kiedy jednak w jej układance zaczyna brakować stałego zajęcia, nie może pogodzić się z panującą pustką. Zwolniona z pracy i zmuszona do rocznego płatnego urlopu ogrodowego, rozpaczliwie próbuje znaleźć dla siebie zajęcie, angażując się w coś, czego dotąd nie robiła. Nie wie jeszcze, jak to odmieni jej życie.

"Moja młodsza siostra Jasmine zawsze była zajęta. Zajęta, zajęta, zajęta. A kiedy nie była, opiekował się mną. Ale teraz nie jest zajęta i nie musi się już mną opiekować. Musi się zaopiekować sobą."*

Pierwsze wrażenie. Chwytasz książkę w dłonie, przeglądasz pobieżnie strony pełne słów. Być może natrafiasz na jedną ze stron tytułowych rozdziałów. Niezależnie od pory roku i charakterystycznego dopisku pod nią, intryguje Ciebie tytulatura. Z dopiero kiełkującą ciekawością, poszukujesz pozostałych, kompletując okrągły rok. Tylko co może ten czas oznaczać? 

Drugie spojrzenie. Wtedy wszystko zaczyna kształtować się w głowie. Czytasz kolejne strony, początkowo czując, że wkraczasz nie w tą opowieść co trzeba. Pełno tu wspomnień, mnóstwo emocji tych tu i teraz, jak i tamtych sprzed lat. Poznajesz ją - główną bohaterkę. Ma na imię Jasmine. Razem z nią przychodzi też on - Matt. Zaczynasz myśleć, planować, co może się wydarzyć. Pisarz jest jednak ponad tymi wszystkimi scenami, które rozgrywają się wewnątrz Ciebie...

Kiedy zaczynałam książkę, właśnie tak się czułam. Przeszłam przez owe dwa etapy, z czasem porzucając swój pancerz stereotypowego, nieufnego czytelnika i wczytując się w powieść, tak niepodobną do wszędobylskich romansów czy krwawych kryminałów. Cecelia Ahern opisując skrawek życia Jasmine tworzy opowieść o dojrzewaniu dorosłego człowieka, pokazując, jak ważne jest to, by poznać siebie i osiągnąć upragnione szczęście, nawet, jeśli wymagałoby to dużo czasu oraz chwili zawieszenia, zwolnienia bezlitosnego tempa, jakie wyznacza współczesny świat.

Główna bohaterka nie spodziewała się, że może ją połączyć jakakolwiek pozytywna więź z Mattem Marshallem, którego szczerze nienawidziła od pamiętnej audycji. Irlandzka pisarka, wiążąc losy sąsiadów, pokazuje przejrzysty, ale niepozbawiony zabawnych scen, pełnych ironii dialogów i wspólnych działań na przekór uprzedzeń, obraz budowania przyjaźni. Jasmine przez długi czas nie zauważa jak przebyła drogę między nienawiścią, a sympatią. Kiedy połączyła ich samotność, współczucie i mimowolnie rodzące się wsparcie, stali się dla siebie kołem ratunkowym, dzięki któremu dryfując, w końcu nauczyli się samodzielnie pływać.

"Patrzę na swój ogródek, piękny i kwitnący, który połączył mnie z magicznym, wewnętrznym źródłem wiedzy. Im głębiej kopię w ziemi, tym głębiej kopię w sobie."*

Więź, która rodzi się między nimi jest niezwykła. Cecelia pozwala czytelnikowi na nowo uwierzyć w przyjaźń mimo znacznej różnicy poglądów i sympatię, która nie ma nic wspólnego z głębokim uczuciem, a mimo to wiąże się z ogromnym wsparciem. Sam Matt, któremu również wypadałoby poświecić choć chwilę, okazuje się bardziej skomplikowaną osobą, niż na początku myślał zarówno czytający, jak i główna bohaterka. Bo przecież:

 "Można jednak myśleć, że się kogoś zna, a tak naprawdę wcale go nie znać."*

Słowem, które pozostaje w pamięci i sercu po lekturze, motywem, tak pełnym treści, zapachów i wspomnień czytelnika oraz bohaterów, staje się OGRÓD. Ahern opierając całą fabułę i losy bohaterki na skrawku jałowej przestrzeni, a z czasem pięknym i zadbanym terenie, stworzyła powieść zupełnie inną od swoich poprzednich dokonań. Jasmine odnajdując ukojenie w budowaniu ogrodu, tworzy z placu pełnego szlachetnego piaskowca, pięknie malowany słowami zakątek, który staje się powodem jej wewnętrznej przemiany. Kobieta przeobraża się tak, jak jej ogród - Kwitnie i pięknieje.

Nietypowe zapełnienie pustki przez bohaterkę pokazuje też, jak wielką rolę w życiu człowieka zaczyna odgrywać nieustanna pogoń, w której praca staje się pojęciem zasadniczym. Wydaje się, że Cecelia niemal pyta, jak Gauguin - "Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?" Jasmine nie od razu odnajduje odpowiedzi na te pytania. Dopiero po jakimś czasie potrafi oddzielić ziarno od plew. Dopiero wtedy może zacząć żyć.

"Żeby pofrunąć, trzeba najpierw oczyścić skrzydła z gówna. Pierwszy krok: rozpoznać, co jest gównem."*


Trudno nie wspomnieć o Heather i jej wpływie na kształt powieści. Starsza siostra bohaterki urodziła się z zespołem Downa. Po śmierci matki, Jasmine czuje, że musi przejąć opiekę nad siostrą. Wspólne tworzą system kręgów (piekielnie ciekawa sprawa!) i decydują razem z grupą wsparcia o najważniejszych działaniach. Cecelia świetnie akcentuje zarówno stosunek społeczeństwa do osób, które posiadają dodatkowy chromosom, jak i zachowanie bliskich, którzy próbują chronić ich przed całym złem świata. Heather zdecydowanie jest bohaterką, której nie da się nie lubić, a którą pisarce udało się chyba najlepiej dookreślić, oddają piękno jej natury.

Po lekturze pozostała mi głowa pełna myśli, które walczą ze sobą o pierwszeństwo. Gdy zamknę oczy widzę uśmiechniętego człowieka. Kiedy wysilę zmysł zapachu - czuję świeży zapach trawy i licznych kwiatów. To coś zupełnie innego niż dotychczas. Ahern sprawia, że spoglądając na powieść nie przypominam sobie jedynie imion bohaterów czy konkretne sytuacje, ale przeróżne wonie. Bo ta książka zdecydowanie pachnie. I to wieloma porami roku :)

Przesłanie powieści, które uświadamiamy sobie z każdą kolejną stroną, niesie co raz większe pokłady optymizmu, a zarazem spokoju i błogości, które wypełniają całe ciało. Z każdą, kolejno następującą porą roku rozkwitamy jak Jasmine, akceptując to co było, jest i będzie. Do dziś nie mogę się nadziwić nad pięknem ostatnich słów powieści, które genialnie podsumowują całość, w końcu każdy kiedyś z nas przeobrazi się z gąsienicy w motyla. I tego też Wam życzę razem z Cecelią Ahern. :)

"Teraz rozumiem, że nigdy nie zastygamy w miejscu, nasza podróż nigdy się nie kończy, bo nigdy nie przestaniemy się rozwijać i rozkwitać: kiedy gąsienica myślała już, że świat się skończył, stała się motylem."*

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Business & Culture, za co serdecznie dziękuję ;)

 *Cytaty pochodzą z książki Ceceli Ahern "Kiedy cię poznałam", kolejno ze stron: 377, 327, 310, 373, 342, 413.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Cecelia Ahern "Zakochać się"


Wydawnictwo AKURAT
Warszawa 2014, 416 s.
Ocena: 7/10 Dobra
 
Czasami człowiek dochodzi do momentu, w którym wydaje się, że życie nie daje mu wyboru. Czuje, że nie pasuje do otaczającego świata, że nie spełnia jego oczekiwań. W jego głowie i sercu walczy ze sobą żywioł - wicher rozumu z ogromną siłą wpada w szalejący huragan psychiki. Walka jest jednak nierówna - uczucia i myśli zwykle wygrywają nad zdroworozsądkowym podejściem do życia, które w tym momencie ma nikły koloryt. Poczucie oddalenia od rzeczywistości wydaje się ogromne. Przez głowę przebiega myśl. Jak to jest decydować, że właśnie dziś umrzesz?

Cecelia Ahern to jedna z najpopularniejszych pisarek w wielu krajach Europy i świata. Wszystkich zachwyciła wzruszającym debiutem - powieścią "PS. Kocham Cię". Po sukcesie pierwszej publikacji, Cecelia uraczyła swoich wiernych czytelników kolejnymi opowieściami - równie emocjonalnymi i magicznymi, jak ta pierwsza. Kolejne lektury urzekły czytających w 46 krajach i trafiły do serc odbiorców na pięciu kontynentach. Ich łączny nakład sięga kilkunastu milionów. Lekki język, a zarazem niebanalny styl sprawiają, że obok książek z jej nazwiskiem trudno przejść obojętnie.

Pierwsze kilka zdań wydawało mi się zadziwiająco sztucznymi i niepotrzebnymi formułkami. Nie było tego, co zwykle - czarowania słowem. Kilkanaście stron rozpoczynających powieść było przesączone ciężarem psychologiczno emocjonalnym i naszpikowane zaskakującymi dla dotychczasowego stylu Ahern definicjami. Dopiero po pięćdziesięciu kartach, kiedy byliśmy w pełni przygotowani przez autorkę, by "wejść z buciorami" w życie Christine i Adama, mogłam znów z radością czytać kolejne słowa i odkrywać czasem zaskakujące koleje życia tych dwojga ludzi, którzy w grudniową noc znaleźli się na moście Ha'penny w Dublinie.

"Pragnienie, aby pozostać przy życiu, tkwi głęboko w tobie. Gdy tylko woda dostanie się do krtani, naturalnym odruchem dla twojego organizmu będzie przełykanie. Pełne cieczy płuca zwiększą masę ciała, więc zaczniesz opadać na dno. I jeśli wtedy się rozmyślisz i spróbujesz wypłynąć na powierzchnię, nie zdołasz tego zrobić."*

Okoliczności, w jakich spotkała się ta dwójka, zdecydowanie zaskakują, sprawiając, że historia nie tylko zaciekawia, ale i stanowi opowieść, w której dowiadujemy się ile warte jest życie. Po ciężkich chwilach, jakie przeżyła Christine Rose, nie ma pojęcia co ze sobą zrobić. Czuje się bardzo źle, mając w świadomości obraz sprzed kilku dni, kiedy była świadkiem próby samobójczej Simona. Rozstanie z mężem, którego nie potrafiła nigdy pokochać, nadal prześladuje jej myśli. Pragnie znów poczuć pozytywne wibracje, ciepło i spokój ogarniające serce. Ma jej w tym pomóc widok mostu - czarujący swym pięknem w nocy i przypominający o domu. Nie wszystko jest jak na pocztówce - widok burzy mężczyzna w czerni, uczepiony barierek od strony zewnętrznej - samobójca. Rose nie chce po raz kolejny widzieć wymykającego się jej z rąk ludzkiego istnienia. Wie, że tym razem musi ocalić mężczyznę na moście. 

"Uwierz mi, że nadal możesz zmienić swoje życie. A ja mogę ci pomóc." 

Nietypowa zakładka - choć nie jest pocztówką...
Czy zaufalibyście komuś, kogo widzicie po raz pierwszy? Adam Basil z niewiadomych przyczyn postanawia zawierzyć swoje życie Christine. Znajdując się o kilka sekund od śmierci, przystaje na propozycję pomocy. Mężczyzna ryzykuje, postanowiwszy odłożyć plan odebrania sobie życia na inny termin. Na krawędzi, chłopak mimowolnie wymaga na kobiecie deklarację pokazania mu, jak cudowne może być życie przed jego trzydziestymi piątymi urodzinami. Spontaniczna umowa ma sprawić, że Adam nie targnie się na własne istnienie po raz wtóry. Nie wspomniał jednak o jednym istotnym szczególe - jego urodziny są już za dwa tygodnie. 

Tylko czy Christine to odpowiednia osoba do tego zadania? Dziewczyna jest doradcą zawodowym i pomoc innym to dla niej chleb powszedni. Jednak czy pomysł, aby Rose, która nie potrafi podjąć samodzielnej decyzji bez niezawodnych poradników na każdy temat, ma przekonać kogoś, że życie jest piękne, jest właściwy? Nie tylko czytelnikowi, ale nawet samej głównej bohaterce wydaje się to nieco irracjonalne. Początkowo próbuje stosować się do rad, które od lat pozwalały funkcjonować jej w społeczeństwie, ale często okazują się niezbyt pomocne, a nawet oddalające od sukcesu.

"Gdy spoglądam w przeszłość, dochodzę do wniosku, że kocham marzenie o byciu zakochaną. Aż w końcu mój romans z marzeniem się skończył."*

Ahern jest według mnie idealną osobą, by z miłości czynić niebanalny przedmiot publikacji, ubierając ją w rzeczywistość, bohaterów i sytuacje, którymi umiejętnie splata całość w przyjazną zmysłom opowieść. Nie zdziwił mnie wybór tematyki, na jaki postawiła pisarka. W poprzednich książkach, które wyszły spod jej pióra, a które miałam okazję czytać, była już śmierć męża, ojca i przyjaciółki. Tym razem Ahern poruszyła zagadnienie zgoła inne, ale równie dramatyczne i zamieszane w sferę psychiczną człowieka. 

Samobójstwo. Słowo, które często widnieje w nagłówkach gazet, treści publikowanych w serwisach informacyjnych. Nie wszyscy stykamy się z nim bezpośrednio - zwykle znajdujemy się z dala od centrum wydarzeń. Każdorazowo ten wyraz działa na nas po części zaskakująco, ale również przerażająco. Jak potężnie musi być obciążona psychika człowieka, by ten posunął się do tak skrajnych rozwiązań? Adam Basil od dziecka żył w dobrobycie, miał świetną pracę i narzeczoną. Ale czy na pewno wszystko było tak idealne?

Bohaterowie, ich dylematy, problemy rodzinne, straty, emocje, uczucia - wszystko w powieści Ceceli jest jak najbardziej realne, przez co  nie mamy poczucia sztuczności. Siostry głównej bohaterki - Brenda i Adrienne, choć pojawiają się epizodycznie, ubarwiają rzeczywistość w sposób charakterystyczny dla irlandzkiej pisarki. Z postaci drugoplanowych najbardziej ujęła mnie Amelia. Zdarzyło się to zapewne za sprawą interesu jaki prowadziła (zazdrościłam jej towarzystwa całego pomieszczenia pełnego książek), ale także ogromnego wsparcia, jakie stanowiły wzajemnie z Christine dla siebie. To się nazywa prawdziwa przyjaźń :)

"To twoje życie i to ty masz nad nim całkowitą kontrolę."*

Ważnym tematem, który porusza Ahern w swojej powieści są więzy rodzinne. Każda z historii postaci centralnych ma swój specyficzny koloryt. Adam nie potrafi rozmawiać z ojcem, który ma nad nim ogromną przewagę psychologiczną w toczonych dyskusjach. Choć starszy z Basil'ów znajduje się na łożu śmierci, nie ma zamiaru nikogo głaskać po głowie. Na dodatek jego siostra jest "czarną owcą" w familii, a w nim wszyscy pokładają ogromne nadzieje. Czy tylko młody Basil czuje się na tyle silnie, by sprostać oczekiwaniom mnóstwa ludzi? Christine natomiast podświadomie nie może wybaczyć ojcu śmierci matki. Jej emocjonalne uwikłanie w przeszłość nie pozwala na budowanie stałych relacji. Ciągle czegoś się obawia, nie potrafi przenieść związać uczuć z poczuciem bezpieczeństwa.

"[...] życie to ciąg najróżniejszych chwil - negatywnych i pozytywnych - które, podobnie jak myśli, wciąż się zmieniają. I chociaż w ludzkiej naturze leży rozpamiętywanie przeszłości, nie ma sensu pozwalać, aby nieustannie zaprzątała nas jedna myśl, ponieważ myśli są jak goście, albo fałszywi przyjaciele. Gdy tylko się pojawią, mogą odejść."*

... znajduje się na niej most Ha'pennego :)
Problemy codzienności sprawiają, że w Adamie kumuluje się ból. Nie jest to fizyczne odczucie lecz ogromne zmęczenie psychiczne. Z dnia na dzień, zupełnie tego nie zauważając, odsuwa się od bliskich, narzeczonej, przyjaciół, popadając w depresje. Jego stan, gdy poznaje Chrisitie jest trudny do ujarzmienia. Nie mogłam się nadziwić opanowania kobiety w najbardziej skrajnych momentach i jej chwilami stoickiego podejścia do Adama. Ogromna cierpliwość, a jednocześnie wielka wyrozumiałość i świadomość wagi każdego jej słowa, to tylko część z cech, jakie można by przypisać Pannie Rose. Kiedy tylko wkracza na drogę, gdy ważniejszym staje się drugi człowiek, mamy szansę polubić tę, początkowo zagadkową, a może nawet trochę dziwną kobietę. Wydaje się, że bezproblemowo udało jej się założyć maskę, za którą skrywa się od lat. Nie do końca zdaje sobie sprawę, że tak na prawdę Basil pomaga jej w porzuceniu pozorów na zawsze.

Dwoje nieznajomych wcześniej ludzi, okazuje się wzajemnie dla siebie terapią. Każdy z nich, dzięki zbawiennej mocy rozmowy, jaką ukazuje na kartach swojej powieści Ahern, może na chwilę zatrzymać się, spojrzeć na rzeczywistość, w której tkwi, z perspektywy drugiego człowieka. Wielkie wrażenie wywarło na mnie to, w jakim prostych środkach pisarka pokazała dojście do prawdy, do najgłębiej skrywanych obaw, smutków i ciężarów. Na co dzień niestety zbyt często zapominamy, ile daje rozmowa. W natłoku spraw, pędzimy ciągle do przodu. Ahern zatrzymuje czytelnika. Wraca do początków, do pospolitych kroków, dzięki którym rodzi się zaufanie i wzajemne zrozumienie. A po części również radość.

"Radość pojawia się spontanicznie, nie jest żadnym wzorem, który można stosować."* 

Podsumowując, muszę przyznać, że lekturę czytałam z niemałym zadowoleniem. Każdą strona okazywała się nową przygodą, nowymi powodami do uśmiechu. Śmiało mogę powiedzieć, że "Zakochać się", chociaż dotyka nie łatwej tematyki, może powodować znaczna poprawę humoru i ogólnego stanu psychicznego (nie tylko głównych bohaterów). Niezbyt dużo pisałam o wątku miłosnym - choć porusza czytelnika, nie stanowi głównego przesłania. Ahern poprzez swoją powieść pokazuje, że warto czerpać z życia radość i nie bać się ciągle iść do przodu. "Żyj człowieku, żyj!" - słyszymy niemal, dobiegając do końca, zdając sobie sprawę, jak wartościowa była ta podróż :)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa AKURAT, za co serdecznie dziękuję.

*Cytaty pochodzą z książki Ceceli Ahern "Zakochać się", kolejno ze stron: 47, 48, 70, 285, 413, 403.

niedziela, 22 lutego 2015

Cecelia Ahern "Love, Rosie"


Wydawnictwo AKURAT
Warszawa 2015, 512 s.
Ocena: 5/10 OK.

Będąc dzieckiem wszystko wydaje się tak uchwytne i namacalne, że nawet przez moment nie pomyślimy, by mogło zabraknąć w życiu czegoś, co dotąd było stałe. Mówi się, że gdy dorastamy jedyne, co się nie zmienia to nasze marzenia. Wyrastamy z ubrań i przyzwyczajeń, zmieniamy się wizualnie i emocjonalnie. Często w naszym życiu siłą rzeczy braknie przyjaciół, z którymi dzieliliśmy beztroskie godziny w piaskownicy czy pierwszej szkolnej ławie. Czy przyjaźń może trwać wiecznie? A zwłaszcza ta między kobietą a mężczyzną?

Cecelia Ahern to pisarka, która niezmiennie potrafi zauroczyć prostotą. Jest znaną na całym świecie autorką bestsellerów, która zdobyła uznanie czytelników aż w 46 krajach świata. Popularność przysporzyła jej debiutancka powieść "PS. Kocham Cię", która doczekała się swojej ekranizacji. W zapadającym w pamięć filmie wystąpili Hilary Swank i Gerard Butler. Kolejne powieści Ahern pojawiały się na księgarnianych półkach w Polsce z niezwykłą regularnością. "Love Rosie" to druga z książek Irlandki, która w bieżącym roku doczekała swojego wznowienia. Wcześniej została wydana pod tytułem "Na końcu tęczy".

Alex i Rosie od dzieciństwa są nierozłączni i niepokonani. Dość długo do szczęścia nie był potrzebny im nikt - wystarczyło, że mieli siebie. Dopiero, gdy zaczynają dorastać, ich życie, mimo silnej więzi zaczyna biec dwoma różnymi drogami. Chłopak razem z rodzicami przeprowadza się tysiące mil od Irlandii - do Bostonu. Dziewczyna planuje dokończyć liceum w Dublinie i razem z Aleksem studiować w Ameryce. Ma już nawet wybraną uczelnie. Nie spodziewa się jednak, że bal absolwentów, zupełnie odmieni jej życie, sprawiając, że co innego będzie w nim teraz najważniejsze. 

"Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki robią się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz."*

Historia może się wydawać zbyt oczywista, a nawet banalna. Tak jak za każdym razem, gdy wkraczałam w rzeczywistość tworzoną przez Ahern, miałam jednak nadzieję, że to, co powierzchownie proste, okaże się znacznie czymś więcej. Ahern ma niebywałą zdolność, dzięki której opowieść pochłania czytelnika, niezależnie od jego stosunku do następujących wydarzeń, więc spodziewałam się, że "Love, Rosie" pochłonie mnie bez reszty. Tymczasem...

...trudno było mi wczytać się w lekturę. W pierwszej chwili zostałam zaskoczona brakiem płynnej narracji. Początkowo forma, w jakiej zostały spisane kolejne losy Alexa i Rosie - liściki z lat szkolnych, wiadomości SMSowe, mailowe, krótkie relacje - wydawała mi się niesamowicie irytująca i mało przemyślana. Nie przypomniałam sobie, bym kiedykolwiek czytała powieść, w której dokonano podobnego zabiegu. Było to zdecydowanie oryginalne i nowatorskie w moim dotychczasowym doświadczeniu z literaturą. Nieodparcie towarzyszyła mi jednak myśl, czy aby czasem ta nieszablonowość nie jest zbyt dużym ryzykiem.

"Na końcu tęczy czeka spełnienie marzeń"
Przyjaźń damsko-męska uważana jest przez wielu za nierealną. Od zawsze będąca tematem spornym, którego zwyczajnie nie idzie rozwikłać na korzyść jednej ze stron. Wielu uparcie twierdzi, że nie jest ona możliwa. Zgodzę się z argumentami, że od przyjaźni do miłości droga nie jest daleka. Także słusznym jest stwierdzenie, że w związku ważnym jest, by drugi człowiek był też dla nas przyjacielem. W moim otoczeniu jest kilka osób, dla których ten rodzaj sympatii stał się wstępem do czegoś więcej. Znam również takie osoby, dla których przyjaźń damsko-męska nie jest niemożliwością, więc byłam ciekawa jakie stanowisko zaproponuje w swojej powieści Cecelia Ahern.

"Posiadanie prawdziwego przyjaciela to najwspanialsza rzecz na świecie, nawet jeśli ten przyjaciel to dziewczyna."*

"Love, Rosie" wydaje się jednocześnie historią zbyt prostą i opowieścią za bardzo złożoną. Poprzez ponad pięćset stron główna bohaterka Rosie próbuje przekonać siebie i czytelnika, że przyjaźń damsko-męska istnieje. Jej relacje z Alexem od początku wydają się jednak czymś więcej - zarówno wszystkim, którzy otaczają Pannę Dunne, jak i osobom, których wzrok utkwiony jest w kolejno następujących po sobie zdaniach. Kocha - nie kocha i tak przez całą powieść. Codzienność - problemy i smutki, którym ulegają bohaterowie pozwala dojrzeć, że życie składa się z wielu istotnych i mniej znacznych szczegółów. Ahern plątając w zaskakujący (nawet jak na nią) sposób życie dwojga ludzi, wplątuje w tę układankę zdezorientowanego czytelnika, który w napięciu oczekuje, kiedy w końcu uczucia wyjdą na jaw. A szczegół, goni szczegół...

Perypetie Rosie i Alexa często są kuriozalne - z dnia na dzień co raz bardziej się mijają, choć pozostają w stałym kontakcie. Kiedy mamy ochotę krzyczeć "Już! Powiedź jej/jemu w końcu" dzieje się coś zdecydowanie przeciwnego. Jednym z mankamentów nie pozwalających porzucić opowieści w połowie zdania, jest świetna kreacja bohaterów. Pisarka zadbała o każdy szczegół tworząc swoje postaci. Sprawia to, że ogromnie przywiązujemy się do nich, niezauważalnie akceptując upór i bezmyślność tej dwójki w sferze uczuć.

"To twoje życie. Jeśli czegoś chcesz, musisz złapać byka za rogi, bo nikt nie poda ci tego na talerzu. Dobre dziewczynki zawsze tracą."*

Momentami niezwykle waleczna, czasem bardzo niezdecydowana Rosie to postać, której nie da się nie lubić. Jej marzenia o własnym hotelu na plaży oczywiście wiodą prym w kolejnych krokach zawodowych, ale to nie konsekwentność w dążeniu do celu przy wsparciu najbliższych, ujęła mnie w Dunne. Spodobał mi się obraz młodej matki, jaki zaproponowała irlandzka pisarka. Jej przywiązanie do Kate, pełne miłości opisy córki wysyłane Alexowi, nieprzespane noce, dylematy i nadzieje, jakich niekiedy pragnie oszczędzić córce - to pokazuje, że nawet kiedy życiem rządzi przypadek, wszystko ma swoje przeznaczenie. 

Zaletą powieści jest też niebywały humor. Liczba zabawnych sytuacji, w którym siostra zdziwiona zaglądała do mojego pokoju słysząc śmiech, jest wyjątkowo duża. Ahern pokazuje, że w życiu są momenty zarówno na smutek, jak i na łzy. Nieśmiertelne "wjem" Alexa zostaje postawione w kontraście z przykrościami codzienności. Ruby, Katie, Toby i rodzice Rosie to kolejne osoby, których obecność na kartach powieści tylko ubarwiała lekturę. Pozytywne zabarwienie sytuacji życiowych bohaterów w połączeniu z grami językowymi irlandzkiej pisarki, dawało wrażenie błogo spędzonych chwil na czytaniu.

"[...] nasz czas kiedyś się kończy i w głębi duszy zastanawiamy się, czy przeżyliśmy dobrze te wszystkie sekundy, minuty, godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata i dekady."*

W nadmorskim klimacie :)
Mimo wielu sprzeczności - pozytywnych i negatywnych części lektury - Cecelia przemyca charakterystyczne dla siebie "złote myśli", jedną z rzeczy, za które polubiłam jej prozę. Dzięki nim sprawia, że historia Alexa i Rosie przestaje być nieco banalnym romansem osób, które znają się całe życie, a staje się sytuacją, w jaką mogło popaść wielu. Powraca dobrze znany uniwersalizm, chociaż traktowałam go w tym przypadku z małą dozą rezerwy.

Dawno nie miałam tak mieszanych uczuć po przeczytaniu powieści, która nim jeszcze pojawiła się w moich rękach, stanowiła pozycję obowiązkową. Od zawsze ciągnęło mnie do starszych publikacji bestsellerowej pisarki, może już nieco zapomnianych. Ogromnie liczyłam, że "Na końcu tęczy", które ni stąd ni zowąd trafiło na ekrany kin, jednoznacznie mnie zachwyci. Powieść Ahern nie do końca spełniła tym razem moje wysokie oczekiwania.

Chociaż lektura dostarczyła mi wielu emocji nie mogłam zamknąć książki z uśmiechem i pełnym usatysfakcjonowaniem. "Love, Rosie" jest jak potrawa, w której zabrakło któregoś ze składników, a mimo to powierzchownie dobrze wygląda. Nie jest doskonała, wspaniała i zachwycająca - może trochę, jak życie, w którym nie wszystko poszło tak jak trzeba. Finał pozostawia po sobie słaby uśmiech. Brak iskierek w oczach i rozbicia emocjonalnego, jakie serwowała nam pisarka przy innych powieściach. 

"Teraz już wiem na pewno, ze tam, na końcu tęczy, czeka na mnie spełnienie marzeń."*

W każdym przypadku ocena pozycji Ahern będzie inna. Dla jednych okaże się historią pełną wrażeń, dla innych nie pozbawionym humoru wspomnieniem. Część doceni publikację za wspaniałą kreację bohaterów, inni za mnogość dostarczanych emocji. Wszystkie te cechy nie zostały przeze mnie nie zauważone - "Love, Rosie" to całkiem dobra książka. Żadna z jej właściwości nie sprawia jednak, że tak, jak w przypadku poprzednich czytanych przeze mnie opowieści spod pióra Ahern, czytelnik niemal "lewituje w powietrzu" oczarowany magią drzemiącą w słowie pisanym :)

*Cytaty pochodzą z książki Ceceli Ahern "Love, Rosie" kolejno ze stron: 54, 149, 482, 160, 416.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Business & Culture, za co serdecznie dziękuję ;)
 

środa, 7 stycznia 2015

[166] Cecelia Ahern „Sto imion”


Wydawnictwo AKURAT,
Warszawa 2014, 448 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Kiedy jako dziecko mieszkające w niewielkiej społeczności, a potem kilkulatka uczęszczająca do małej Szkoły Podstawowej, nie spotkałam się z nikim, kto nosiłby to samo imię, jak ja, czułam się niewątpliwie wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Z czasem jednak na mojej drodze zaczęły pojawiać się inne Michaliny. Niemniej każda z Nas, mimo podobieństwa imion była inna. Gdy odebrałam w wieku osiemnastu lat dowód przekonałam się, że osób legitymujących się tymi samymi personaliami jest aż osiem. Ale to nie to, jak nas nazywają, wyznacza, jakimi jesteśmy ludźmi i jaką historię wędrówki krętymi dróżkami życia mamy do opowiedzenia. Opowieści są inne, mimo to każda z nich oryginalna i wyjątkowa jak my.

„[...] gdzie nie ma lęku, tam nie ma wyzwania.”*

Katherine Logan jest dziennikarką telewizyjną. Od czasu do czasu pisuje artykuły w czasopiśmie „Etcetera”, którego właścicielką jest jej serdeczna przyjaciółka Constance. Niestety popełnia znamienny w skutkach błąd – oskarża niewinnego człowieka o przestępstwo, którego się nie dopuścił. Sprawa trafia do sądu, a kobieta staje się „wrogiem publicznym” numer jeden. Kiedy jej świat wywraca się do góry nogami, wszyscy tracą zaufanie i wiarę w młodą dziennikarkę, także ona. Tylko Constance jest zdania, że jest dobra, ale trochę się zagubiła. Na łożu śmierci powierza Kitty artykuł, którego nie zdążyła. Daje jej listę stu nazwisk. Nie zdąży jednak wytłumaczyć po co jej ją powierzyła.

Z prozą Ahern po raz pierwszy spotkałam się przy okazji lektury bestselerowej pozycji pt. „PS. Kocham Cię”. Podczas czytania jej debiutu z każdą stroną byłam co raz bardziej oczarowana i koniecznie chciałam w przyszłości sprawdzić, czy utrzyma równie wysoki poziom w kolejnych publikacjach. Po dość długim okresie czasu udało mi się przeczytać „Pamiętnik z przyszłości”. Wzruszenie, radość z czytania i zachwyt nad słowem pisanym – przy drugim spotkaniu nie zabrakło tego, co niezwykle ważne dla mnie, jako czytelnika. Nie wahałam się już dłużej i z wielką ekscytacją zaczęłam poszukiwać kolejnych książek Pani Cecelii. Uparłam się jednak, by posiadać je na własność...

Tak jak Kitty jest skołowana, otrzymując listę, tak również czytelnik zastanawia się o co może w tym wszystkim chodzić. Dziewczyna z zapałem bierze się do pracy, choć codzienność nie ułatwia jej nabycia na nowo wiary w siebie. Choć ciśnienie i chęć zdobycia sensacyjnego materiału przez redaktorów naczelnych „Etcetera” rośnie, dziennikarka nie ma żadnych konkretów. Osoby z listy nie mają pojęcia ani o magazynie, ani o spisie. Zdesperowana, chcąc za wszelką cenę dowiedzieć się czego pragnęła przyjaciółka, zaczyna spotykać się z kolejnymi osobami, których nazwiska znajdującą się na karcie.

„ […] poszukiwanie prawdy wcale nie ma być jak wyjazd na misję pod ostrzałem karabinów, żeby za wszelką cenę ujawnić jakieś kłamstwo. Nie musi też być szczególnie nowatorskie. Trzeba po prostu dotrzeć do sedna tego, co prawdziwe.”*

Wiele osób uważa, że do napisania książki potrzebny jest uniwersalny temat, błyskotliwa, wręcz nieziemska idea. Pani Ahern pokazuje jednak w swojej publikacji, że to życie pisze najlepsze scenariusze. Na dodatek to żywot osób, które nigdy nie pomyślałyby, że są w jakiś sposób wyjątkowe. Jak każdy – mają swoje problemy, radości i dziwactwa. Pisarka uświadamia swoim czytelnikom, iż w każdym człowieku tkwi magia.

Na gwiazdkowym obrusie...
Na kartach powieści pt. „Sto imion” poznajemy nie jedna, a kilka ciekawych i barwnych postaci, które łączy niezwykle zakasująca rzecz. Znajdują się oni mianowicie na liście, która prócz ich personaliów, zawiera w sumie sto nazwisk. Co ciekawe wśród osób na niej figurujących możemy znaleźć Polaków :) Każde inne, niepowtarzalne, jak ludzie, których początkowo Kitty odnajduje z wielkim trudem. Ucieka się nawet do najbardziej żmudnej roboty – w jej ręce wpada książka telefoniczna. W końcu odnajduje kilka „numerów”...

Publikacja irlandzkiej pisarki zaskakuje swą oryginalnością z kilku powodów. Szczególnie odmienne w stosunku do innych książek jest fakt, iż na przód wychodzą bohaterowie drugoplanowi. Nie jest tak, że każdy, na swoje pięć minut – obok Panny Logan mają oni również ponad czterysta stron, przez które zaskakują nas różnobarwnością swojego życia. Początkowo to do bólu normalni ludzie. „Wchodząc” w ich życie okazuje się, że za pozorną stabilizacją, skrywają się niebywałe sekrety, myśli, marzenia i zdarzenia.

Mojemu sercu najbliższa stała się Birdie. Może to z racji jej wieku, a może ciepła płynącego z każdym zdaniem wypowiedzianym przez starszą panią. Bardzo ją polubiłam, chociaż niewiele mogło mnie zaskoczyć w jej postaci. Była ona jednakże wykreowana w taki sposób, że przyciągała, jak magnes, okalając pogodą ducha, jakiej niejednokrotnie nie brakuje właśnie starszym ludziom. Na co dzień niedostrzegalnym jest fakt, że to właśnie wiekowe osoby najlepiej potrafią cieszyć się przeżytym dniem. Tego wielu brakuje, a tą pozytywną „moc” niesie ze sobą ta przemiła staruszka.

Dwiema postaciami, które również polubiłam, a których w jakiś sposób było mi momentami troszkę żal, była Mary-Rose i Eva. Zacznijmy od Mary-Rose, która mimo trudów życia stale pozostawała uśmiechnięta. To jednak nie jej siłę ducha i mężność serca opiewa opowieść Ahern. Pisarka pokazuje nam dziewczynę, która kocha z taką wielką siłą, że kilka raz w tygodniu przyjmuje oświadczyny przyjaciela. Za każdym razem są kimś innym, mimo to ona nadal wierzy, że kiedyś usłyszy zamiast kolejnego wymyślonego imienia, własne. Jej historia jest moim zdaniem niezwykle smutna, a zarazem zupełnie niezwykła. Z każdym kolejnym incydentem czytelnikowi jest zwyczajnie co raz bardziej żal Mary-Rose. Dochodząc do kulminacyjnego momentu w głowie rysuje się sugestia, że przecież kobiet, takich jak ona jest wiele. Swoją nadzieją, siłą woli i uśmiechem stają się bohaterkami codzienności.

Eva ujęła mnie natomiast swoją umiejętnością przenikania ludzkich serc. Niepozorna, trochę sztywna i często odizolowana od rozmówcy, z czasem okazała się osobą, która pozornie chłodna, roztapia najgłębiej skrywane pragnienia, uszczęśliwiając człowieka. Początkowo nie wierzyłam, że będzie w stanie wybrać idealny prezent dla każdego. Przewracając kolejne strony irlandzkiej pisarki zdawała sobie jednak sprawę, że zbyt szybko ją osądziłam. Ze wzruszeniem czytałam sceny, gdy wręczane były prezenty „zrobione” przez nią. To coś niezwykłego!

„- To drobiazg. Nie szukałam specjalnie, znalazłam go przypadkiem, a pamiętając przez co ostatnio przeszłaś, pomyślałam o tobie. - Sięgnęła do swojej niewielkiej torebki i wyjęła doniczkę z ziemią. W pierwszej chwili Kitty nie zrozumiała, dopóki nie zobaczyła naklejki z boku.
- >> Wyhoduj sobie własne szczęście << - przeczytała na głos i zaczęła się śmiać. Do doniczki z ziemią dołączony był woreczek z nasionami koniczyny.”*

Piękny wzór przy grzbiecie książki :)
Wśród odnalezionych z listy był także Jędrek – Polak (!), który razem z przyjacielem pragną zapisać się na kartach księgi Guinnessa oraz Ambrose – niezwykła pasjonatka motyli skrywająca się przez swoje kompleksy. Wszystkie te postaci niczym nie różnią się od wielu z nas. Każdy ma przecież marzenia, jak Jędrek i kompleksy, jak Ambrose. Tacy sami, jak my, a mimo swojej zwyczajności przywołują uśmiech na twarzy i stają się napędem dla ciekawości czytelnika.

„Ambrose była jak jeden z tych egzotycznych motyli, które trzymała w gablotach na ścianach muzeum.”*

I sama Kitty – główna bohaterka. Momentami denerwująca, częściej jednak słaba, za słaba na postać centralną. Poznając osoby z listy odkrywa w sobie siłę i pierwiastek, iskierkę magii tworzenia słowa pisanego. Od tego momentu czytelnik przymyka oko na jej koszmarny początek, kibicując nowym odkryciom. Kitty, która niewłaściwie osądziła człowieka. Może w imię sensacji, w imię własnego sukcesu medialnego. By znów uwierzyć we własne możliwości musi odsunąć od myśli sukces, popularność. Zmuszona jest wrócić do początku, by odkryć, co ważnego jest w pisaniu.

„Codziennie ludzie dokonują czynów, których nikt nie opiewa. I o tym właśnie powinniśmy pisać. O anonimowych bohaterach, o ludziach, którzy wcale nie uważają się za bohaterów, ponieważ robią po prostu to, co według nich powinni robić w życiu.”*

Cecelia Ahern stworzyła książkę niezwykle mądrą i pouczającą, operując przy tym prostym i przystępnym językiem. „Sto imion” to opowieść o nadziejach, radościach i sukcesach, ale także smutkach i goryczy porażki. Na ponad czterystu stronach, przebiegając przez kalejdoskop uczuć, pokazuje, że życia nie można mierzyć miarą „porażka-sukces”. Do wszystkiego należy pochodzić nie tylko z głową, ale i sercem. Bo gdy zabraknie serca, człowiekowi łatwo jest się zgubić. Polecam szczególnie tym, którzy mają ochotę razem z Kitty na chwilę zatrzymać się, przystanąć i odkryć naturalne dobro w innych oraz przywrócić w sobie wiarę w drugiego człowieka.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa AKURAT, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki „Sto imion”, kolejno ze stron: 16, 19, 429, 364, 438.

poniedziałek, 3 września 2012

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA #5

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA to Cotygodniowy cykl na blogu u Meme, podczas którego będziecie mogli poznać kolejne kraje nie tylko od strony zabytków czy sławnych postaci, ale przede wszystkim LITERATURY. Będziecie mogli nie tylko przeczytać moje spostrzeżenia na temat wybranych dzieł, ale również liczę, że uda się podyskutować o Waszych przygodach literackich „w danym państwie” ;)

W dzisiejszą, ostatnią wakacyjną wycieczkę postanowiłam Was zabrać do kraju, który zafascynował mnie swoją kulturą poprzez filmy i otwartością ludzi dzięki EURO 2012. Małe klimatyczne wioseczki, często odcięte od świata jak w filmie Ananda Tuckera i przesympatyczni ludzie, którzy idealnie umieją się komunikować z Polakami, nie tylko łamaną polszczyzną. Czy domyślacie się o jakim kraju mowa? Dziś wybieramy się do pełnej zieleni Irlandii ;D

Irlandia to jedno z najbardziej charakterystycznych, wyspiarskich państw w północno-zachodniej części kontynentu europejskiego. Graniczy na północnym wschodzie z należącą do Wielkiej Brytanii Irlandią Północną. Północne i zachodnie wybrzeża Irlandii oblewa Ocean Atlantycki, wschodnie i południowo-wschodnie Morze Irlandzkie i Kanał Św. Jerzego. Irlandia, często nazywana Szmaragdową Wyspą, dzięki sowim niepowtarzalnym widokom, to kraj o niezwykle bogatej kulturze, tradycji i historii. Wiele osób kojarzy Irlandię z koniczyną. Ma to miejsce za sprawą św. Patryka, będącego patronem tegoż kraju. Jego święto przypada na dzień 17 marca, kory to jest dniem wolnym od pracy dla wszystkich Irlandczyków. Zwyczajowo do obchodów najważniejszego dla Irlandczyków święta należą spotkania w pubach i picie zielonego piwa. Sama koniczynka wzięła się stąd, że św. Patryk nie wiedział jak wytłumaczyć Irlandzykom czym jest Trójca Święta. W końcu wpadł na pomysł i pokazał koniczynkę, która posiada trzy listki, tak jak Trójca Święta, Bóg w trzech osobach. 

Kraj, w którym mieszka wielu Polaków, swą wyjątkowość zawdzięcza pozostałościom epoki lodowcowej i obecnie znacznemu ociepleniu klimatu w niektórych częściach wysp oraz licznym jeziorom, pojedynczym grupom niskich gór, pozostałościom rozległych bagien, a przede wszystkim najwyższym i najpiękniejszym klifom w Europie. Choć pogoda nie zawsze jest w tych okolicach idealna i najczęściej płata ludziom figla, kraj ten swoją atrakcyjnością „przywołuje” wielu turystów. Celtycka kultura, mitologia średniowiecznych zamków, muzyka, śpiew oraz historia kraju i narodu wdaje się być na tyle magiczna, że potrafi zaciekawić nawet najbardziej zgorzkniałego człowieka. Na dodatek - Irlandczycy to niezmiernie przyjazny i gościnny naród. Co wyjątkowo mi się podoba – ważną wartością dla tamtejszych ludzi jest rodzina oraz przyjaciele, za którymi skoczyliby w ogień.

Przy okazji prezentacji Irlandii nie mogłam poskąpić sobie choć słówkiem wspomnieć o niezwykły filmie, który oglądałam w ostatnim czasie i wywarł na mnie ogromne wrażenie, nie tylko dzięki tematyce i zakończeniu, ale przede wszystkim dzięki irlandzkim widokom, tamtejszej kulturze i nietypowej życzliwości Irlandczyków. O czym opowiadają „Oświadczyny po irlandzku” i co będziecie mogli w nim zobaczyć? Oto krótkie streszczenie i kilka kadrów z filmu:

Amerykanka Anna od kilku lat jest w związku z Jeremym, który niezbyt kwapi się do małżeństwa, o którym marzy dziewczyna. Dlategopostanawia dotrzeć do Dublina, aby w "Leap Day", czyli 29 lutego oświadczyć się swojemu chłopakowi. W myśl irlandzkiej tradycji, jeśli tego dnia kobiety oświadczą się swoim wybrańcom, muszą oni powiedzieć 'tak'. Niestety pogoda krzyżuje jej plany. Choć, zamiast do Dublina, trafia do maleńkiego miasteczka Dingle, Anna nie ustępuje i chce dopiąć swego zanim skończy się dzień, nawet mimo iż musi w tym celu przeprawić się przez pół kraju, w czym pomaga jej poznany barman Declan.

Choć przeczytałam już kilka książek czy to z irlandzkim tłem, czy nawet irlandzkich autorów, na moim blogu na razie zalała się jedna recenzja takowej powieści. Jednak mimo tej ubogości sądzę, że ta pozycja nie tylko pokazuje piękno kraju (ciekawe opisy otaczającego świata i zwyczajów), ale również piękno tego co najważniejsze w życiu – miłości. Mowa tu o klimatycznej powieści Cecelii Ahern pt. „P.S. Kocham Cię !”. Poniżej możecie przeczytać fragmenty mojej opinii, którą pisałam ponad półtora roku temu:

„(...) autorka pokazuje nam, że Ci, których kochamy, kiedyś odejdą, ale nie zostawią nas samych. Pozostanie nie tylko pamięć o wszystkich dobrych chwilach jakie spędziło się z ta osobą, ale także wiara w to, że te osoby chcą dla nas jak najlepiej, wiara w to, że to nie jest pożegnanie na zawsze, że kiedyś gdy usiądziemy nad ich grobem, gdzieś do góry uśmiechnie się ktoś myśląc, że wykorzystaliśmy jego wskazówki.”

(...)Czy, wsparta opieką swego Anioła oraz gromadką rodziny i przyjaciół, będzie gotowa stawić czoło nowej rzeczywistości? Czy znów będzie śmiać się, śpiewać i tańczyć? Nie chodzi przecież o to by zaraz tańczyć czy ponownie wyjść za mąż. Te aniołki, które są na górze i czekają na spotkanie z nami chcą, żebyśmy na nowo zaczęli żyć – pracować, spotykać się z przyjaciółmi i cieszyć się, gdy rano za oknem zobaczymy jak pięknie świeci słońce ;)”

„Wolą jej męża, było, żeby jak najszybciej ruszyć dalej: „Zachowaj w pamięci nasze cudowne wspomnienia, ale proszę, nie bój się tworzyć nowych”. Postarajmy się więc myśleć tak jak Holly i nie bać się zacząć czegoś od nowa, bo nigdy nie wiesz co czeka się na kocu tej wyboistej drogi, którą będziesz musiał przejść ;)”

Na mojej półce oczekuje już kolejna pozycja tejże autorki - „Pamiętnik z przyszłości”, który planuję przeczytać, kiedy tylko rozluźnią mi się lekturowe („Potop” + „Mistrz i Małgorzata”) zmagania ;)

Autorem, którego zdarza mi się czasem czytywać jest Oscar Wilde, który jest jedną z największych (jak dla mnie) skarbnic charakterystycznych i znaczących aforyzmów. Oto niektóre z nich:


Kłamstwo nie staje się prawdą tylko dlatego, że wierzy w nie więcej osób.”

Zepsuta kobieta należy do tego rodzaju istot, których mężczyźni nigdy nie mają dosyć.”

W dzisiejszych czasach można przeżyć wszystko z wyjątkiem własnej śmierci i przetrzymać wszystko z wyjątkiem dobrej reputacji.”

Egoizm nie polega na tym, że żyje się tak, jak się chce, lecz na żądaniu od innych, by żyli tak, jak my chcemy.”

Istnieje wiele rzeczy, które powyrzucalibyśmy, gdyby nie obawa, że inni je pozbierają.”

"...młodość jest jedynym dobrem, godnym posiadania.(...) Pospolite polne kwiaty więdną, ale rozkwitają na nowo. (…) Ale nasza młodość nie wraca nigdy, tętno radości, jakie w nas bije w dwudziestym roku, słabnie. (…) Wyradzamy się w obrzydliwe szkielety, w których jak upiór, jedno tylko pokutuje wspomnienie - wspomnienie namiętności, przed którymi cofaliśmy się z lęku, i wspomnienie pokus, którym nie mieliśmy odwagi ulec."

Wszyscy żyjemy na tym świecie, po którym ręka w rękę kroczą: dobro i zło, grzech i niewinność. Zamknąć oczy na jedną jego połowę, by żyć w spokoju i bezpieczeństwie – to jakbyśmy chcieli dla większej pewności wędrować z zamkniętymi oczami wśród urwisk i przepaści.”



I tak, ostatni wakacyjny cykl dobiegł końca. Przez kolejne dziesięć miesięcy będę czytywać lektury z wszelakich krajów, by w 2013 roku ubarwić Wam kolejne wakacje. Ale nie martwcie się - W najbliższą niedzielę możecie wypatrywać najnowszej odsłony cyklu „CUDZIE chwalicie, SWEGO nie znacie” ;D A wciągu tygodnia recenzji „Po prostu mnie przytul”, stosu oraz części pierwszej fotorelacji z Worcamp'u ;)

czwartek, 16 grudnia 2010

[43] Cecelia Ahern „P.S. Kocham Cię !” + Niespodzianka


                                                        Wyd. Świat Książki,
Styczeń 2008, 456 str.
Ocena: 10/10 Perełka

O czym:

Bezpretensjonalna, lekka i pełna humoru powieść obyczajowa na temat ważny i - poważny. Jak znów pokochać życie, gdy w wieku trzydziestu lat traci się najlepszego męża i przyjaciela? Przed takim problemem staje Holly, młoda wdowa. Pomaga jej... zmarły mąż Gerry, który zostawił jej plik listów do otwierania co miesiąc przez rok, aby wypełnić pustkę i sprawić, by Holly znów mogła być szczęśliwa. Z niekonwencjonalnego, optymistycznego "love story", napisanego przez dwudziestojednoletnią córkę premiera Irlandii, powstał już film z Hilary Swank i Gerardem Butlerem - premiera w styczniu.

Moje zdanie:

„P.S. Kocham Cię” to pozycja, na którą polowałam od dawna. Jednak cały czas brakowało czasu żeby za nią chwycić. Ale nareszcie nastąpił przełom. Kiedy dowiedziałam się, że książka należy do lektur konkursowych byłam w siódmym niebie. Jednak na mojej drodze zrodził się kolejny problem- brak książki w bibliotece. Mimo to wszystkie przeciwności udało się pokonać i już jestem po przeczytaniu książki. Muszę przyznać, że to pełna humoru powieść obyczajowa na temat ważny i – poważny. Jak znów pokochać życie, gdy w wieku trzydziestu lat traci się najlepszego męża i przyjaciela? Choć nigdy nie straciłam nikogo tak bliskiego rozumiem jak mogła się czuć Holly po stracie męża, który był dla niej całym światem. Znałam kiedyś pewną kobietę, która ogromnie cieszyła się, że wkrótce ma przyjść na świat jej córeczka. Wszystko w jej życiu wychodziło na prostą – małżeństwem ze swoim mężem byli już od ponad roku i w końcu budowa ich domu dobiegała końca. Ale ich życie przewróciło się do góry nogami. Ich- to chyba źle powiedziane – owa kobieta miała komplikacje po porodzie i zapadła w śpiączkę. Po tygodniu od narodzin dziecka zmarła. I jak musiał czuć się jej mąż? Na świat przyszła osoba, której od dawna oczekiwał i którą kochał jeszcze przed narodzinami . Druga osoba, którą kochał na zawsze odeszła…. I jak tu teraz powstać z tego upadku i żyć dalej??  Holly borykała się z podobnym problemem. Mimo, iż nie mieli z Gerrym dzieci z pewnością czuła się podobnie. Zła na świat, że odebrano jej go, kiedy wszystko zmierzało na dobrą drogę- mieli dom, pracę, kochali się….  Dziewczyna ma jednak pomocnika. Pomaga jej… zmarły mąż, Gerry, który zostawił jej plik listów, do otwierania co miesiąc przez rok ( a właściwie 10 miesięcy) , aby wypełnić pustkę i sprawić, by Holly znów mogła być szczęśliwa. Czy można być szczęśliwą po śmierci ukochanego? To wydaje się absurdalne. Jak można cieszyć się, kiedy obok Ciebie nie ma osoby, którą kochałeś najbardziej pod słońcem?? Książka ta mogłaby uchodzić zważając na tytuł za typowe romansidło. Ale jest wręcz przeciwnie – autorka pokazuje nam, że Ci, których kochamy, kiedyś odejdą, ale nie zostawią nas samych. Pozostanie nie tylko pamięć o wszystkich dobrych chwilach jakie spędziło się z ta osobą, ale także wiara w to, że te osoby chcą dla nas jak najlepiej, wiara w to, że to nie jest pożegnanie na zawsze, że kiedyś gdy usiądziemy nad ich grobem, gdzieś do góry uśmiechnie się ktoś myśląc, że wykorzystaliśmy jego wskazówki. I nie chodzi mi tu o listy, takie jak pisał Gerry do Holly, ale o ludzi stawianych nam na drodze. Jednak teraz nasuwa się kolejne pytanie : Czy, wsparta opieką swego Anioła oraz gromadką rodziny i przyjaciół, będzie gotowa stawić czoło nowej rzeczywistości? Czy znów będzie śmiać się, śpiewać i tańczyć? Nie chodzi przecież o to by zaraz tańczyć czy ponownie wyjść za mąż. Te aniołki, które są na górze i czekają na spotkanie z nami chcą, żebyśmy na nowo zaczęli żyć – pracować, spotykać się z przyjaciółmi i cieszyć się, gdy rano za oknem zobaczymy jak pięknie świeci słońce ;) Holly udaje się przezwyciężyć smutek i wkroczyć na nowe ścieżki. Jak już wcześniej wspomniałam wydawać by się mogło, że oto powstaje kolejna obyczajowa książka o miłości. Ale uwaga, oto następuje pierwsze zdziwienie, książka nie jest typowa jak na ten rodzaj literacki. Tematem jest oczywiście miłość, lecz w innym wydaniu. Jest to miłość która pozostaje w naszym sercu, troska o tą drugą osobę. Miłość po śmierci najbliższej nam osoby. I Holly dzięki trosce męża który postanowił się nią opiekować po śmierci jest zachwycająca. Miłość ujęta w nieco inny sposób niż zazwyczaj w książkach., pokazuje nam ile warci są Ci, których kochamy. Myślę, że tutaj idealne były by słowa Antoine'a de Saint-Exupéry'ego: „ Doznanie przyjaźni daje nam wielkie zadowolenie, nawet jeśli pisana Ci śmierć”. Holly doświadczyła w życiu tego co najlepsze i męża wspominała z uśmiechem na ustach. Ta opowieść, chwilami melancholijna, a czasami bardzo śmieszna - uświadamia, że życie toczy się dalej, choć czasami dzieje się źle. Jeśli właśnie coś takiego jest Twoim udziałem, sięgnij po tę książkę, uśmiechniesz się, chociaż może przez łzy. Jeśli jesteś szczęśliwy, ta książka uświadomi Ci, jak wielką wartość mają otaczający Cię ludzie, przyjaciele, rodzina... Mimo, że istnieje wiele powieści o podobnej tematyce ta jest inna. Książka Ahern, jest na wskroś współczesna, nie jest też wyłącznie zapisem bólu, ale próby wyjścia z niego. Wrażliwości tego, który umiera, i który wie, że pozostawi po sobie smutek i niezdolną do żadnego ruchu kobietę. Ukochaną. Na zawsze, ale też tą, która musi żyć. "PS. Kocham Cię" to opowieść o smutku, która daje jednak nadzieję. Nadzieję na to, że miłość nie przemija nawet wtedy, gdy ukochana osoba odchodzi, ale też miłość kolejna czeka za progiem, jeżeli tylko pozwolimy jej się do nas przyłączyć. Książka jest wzruszająca, temat śmierci ukochanej osoby zawsze mnie porusza. Napisana została jednak w zupełnie odmienny sposób niż inne książki o żałobie. Spodobało mi się, że nie jest to kolejne rozczulanie się nad sobą, ale próba ruszenia do przodu za pomocą listów pozostawionych przez nie żyjącego męża. Holly jest bardzo trudno, nie może się ogarnąć, ale jednocześnie stawia czoło klasycznemu stereotypowi, że żałoba ma trwać całe życie. Wolą jej męża, było, żeby jak najszybciej ruszyć dalej: „Zachowaj w pamięci nasze cudowne wspomnienia, ale proszę, nie bój się tworzyć nowych”. Postarajmy się więc myśleć tak jak Holly i nie bać się zacząć czegoś od nowa, bo nigdy nie wiesz co czeka się na kocu tej wyboistej drogi, którą będziesz musiał przejść ;)

Ulubione cytaty :

„ Wszak otrzymała cudowny dar: życie. Czasami jest ono w okrutny sposób odbierane zbyt szybko, ale liczyło się to, co się z nim uczyniło, a nie jak długo trwało.”

„ Niektórzy ludzie spędzają życie na szukaniu i nigdy nie odnajdują swych bratnich dusz. Nigdy. Ty i ja znaleźliśmy, tak się jedynie złożyło, że przebywaliśmy z nimi krócej, niżbyśmy pragnęli. To smutne, ale takie jest życie. (…)  Spotkanie kogoś, kogo pokocha się z wzajemnością, jest wspaniałym uczuciem. Ale spotkanie bratniej duszy jest uczuciem chyba jeszcze wspanialszym. Bratnia dusza to ktoś, kto rozumie cię lepiej niż ktokolwiek inny, kocha cię bardziej niż ktokolwiek inny, będzie przy tobie zawsze, bez względu na wszystko. Podobno nic nie trwa wiecznie, ale ja mocno wierzę w to, że czasami miłość trwa nawet wtedy, kiedy ukochana osoba odejdzie.”

"Nie bój się ponownie zakochać. Otwórz swe serce i podążaj tam, dokąd Cię ono wiedzie... i pamiętaj, fruń do księżyca...
P.S. Zawsze będę Cię Kochał..."

----------------------------------------------------------

Na wielu blogach nagradzana zostaje osoba, która zamieści na stronie okrągły komentarz.  Ja także czuwam na ten dzień. Ostatnio zauważyłam, że jestem coraz bliższa temu niezwykłemu momentowi i postanowiłam nagrodzić osobę, która pozostawi na moim blogu 500- setny komentarz. A oto nagroda z motywem świątecznym ;) Jest jeszcze przewidziana drobna niespodzianka, której nie możecie tu zobaczyć ;)


PS: Już zapomniałabym wspomnieć o konkursie j. polskiego. Już kilka osób dopytywało się jak mi poszło. Konkurs nie był nawet taki trudny, ale nie udało mi się przejść. Miała 36/50 punktów, a od 40 punktów przechodziło się do kolejnego etapu. Do teraz nie mogę sobie wybaczyć tych nieszczęsnych 4 punktów. Ale cóż, przede mną jeszcze kilka konkursów i może tam coś wskóram ;)