Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

Bonia Wit "Nie zabija się czarnego kota"

Wydawnictwo Novae Res
Gdynia 2014, 310 s.
Wierzycie w przesądy? Zbite lustro będące oznaką siedmiu lat nieszczęścia; piątek trzynastego, kiedy nie podejmuje się fundamentalnych decyzji; czy kominiarz, na widok którego koniecznie chwytamy za guzik. Porzekadeł jest wiele. Jedne znamy lepiej, inne gorzej. I chociaż zarzekalibyśmy się, że nie dowierzamy tym zabobonom, kiedy drogę przebiegnie czarny kot, a pech nie przestanie Ciebie opuszczać - wiedz, że coś jest nie tak.

Piotr jest mężczyzną, którego lubią kobiety. Przystojny, dobrze ubrany, potrafi stale prawić komplementy przedstawicielką płci pięknej. Jest w nim też coś takiego, co przyciąga nie tylko pewne siebie dziewczyny, ale również szare myszki, po których nikt nie spodziewałby się płomiennego romansu. Tak, przygody – bo główny bohater nie jest mężczyzną, który jest gotowy na dłuższe związki. Jest jedynakiem, prowadzi wspólnie z ojcem i znajomym tartak i nijak nie ma zamiaru się ustatkować mimo sugestii przyjaciela. Aż do czasu...

Będąc jedynym wnukiem Zofii Tylewskiej zostaje spadkobiercą posiadłości na Mazurach. Kiedy w końcu kilka miesięcy po śmierci babki, której nawet za życia zbyt często nie odwiedzał, wybiera się do Gałkowa z zamiarem szybkiego sprzedania majątku, poznaje treść testamentu. Okazuje się, że starsza pani postawiła mu warunki, dzięki którym spadek będzie należał do niego. Ma dwa wyjścia – albo przeprowadzić się na Mazury i zamieszkać w domu babki, albo stworzyć tutaj... muzeum. Piotr żadnej z tych rzeczy nie ma zamiaru robić. Zastanawia się nad możliwością podważenia ostatniej woli. W całą historię za sprawą Pani Zosi została wplątana jeszcze jedna osoba – Bernadeta, jej sąsiadka. Ta jest nie tylko bardzo upartą, ale i piękną... matką kilkulatka.

wtorek, 5 maja 2015

Izabela Sowa „Azyl”


Wydawnictwo Znak
Kraków 2013, 240 str. 
Ocena: 5/10 OK. 

Miejsc, w których możemy się ukryć w dzisiejszych czasach przed wszystkimi, nie tylko ludźmi, ale i problemami, nie jest wiele. W dobie wszechogarniającego Facebooka, telefonów komórkowych, Wi-Fi czy innych udogodnień multimedialnych, trudno tak po prostu zniknąć spod obserwacji ciekawskich. Mimo prób gdzieś w głowie pozostaje myśl, by sprawdzić wiadomości SMS oraz skrzynkę mailową. Jednak daleko od domu, w obcym kraju, łatwiej znaleźć azyl dla naszej duszy. Jedynie ducha, bo myśli przecież i tak chodzą swoimi ścieżkami.

Pani Sowa to jedna z najbardziej znanych polskich pisarek ostatnich lat. Należy ona do grona osób, które debiutowały, kiedy ja dopiero zaczynałam czytać bajki. Od tych dni minął szmat czasu, a dorobek pisarski Pani Izabeli urósł do pokaźnych rozmiarów. W tym roku światło dzienne ujrzała już trzynasta powieść autorki i zapewne, nie była ostatnią. Poza jej literacką wizytówką, wyróżnia się z tłumu feministycznymi poglądami i wegetariańskim sposobem odżywania. Ponadto pisarka silnie wspiera działanie organizacji prozwierzęcych.

Wiktoria dość spontanicznie decyduje się wyjechać. Postanawia spędzić wakacje w Dubrowniku, z dala od rodziny, a przede wszystkim Bastka, o którym chciałaby nauczyć się nie myśleć non stop. Wraca do miejsca, gdzie przed laty bywała z rodzicami, licząc, że u źródła jej pierwszych radości, znów odnajdzie szczęście. Pod chorwackim niebem spotyka ludzi, którzy tak jak ona, doświadczeni przez życie, poszukują azylu i życiowej ostoi.

Na lekturę „Azylu” zdecydowałam się dość spontanicznie. Kiedy obiła mi się o uszy informacja o konkursie z „Powrotem” Izabeli Sowy, postanowiłam zapoznać się z jej poprzednia publikacją. Jedyną lekturą, która wyszła spod pióra tej polskiej pisarki, a którą czytałam przed laty była „Agrafka”. Pamiętam, że wtedy nie za bardzo byłam zadowolona z przeczytanej powieści – liczyłam na wiele więcej. Na jakiś czas odpuściłam sobie kolejne próby z jej prozą, choć „Zielone jabłuszko” niewątpliwie kusiło. Na mojej drodze, tak jak na ścieżce głównej bohaterki pojawił się tytułowy Azyl zmieniający całkowicie wszystkie plany.

Jako małe dziecko bardzo pragnęłam mieć własnego psa, zresztą jak większość dzieciaków w moim wieku. Nie zadowalał mnie szary burek mieszkający w budzie przed domem. Psa w domu się nie doczekałam, jednak z takimi mogłam się spotkać u wujostwa czy znajomych rodziców. Nie chcę tu opowiadać o moim dzieciństwie lecz o świetnym, moim zdaniem, pomyśle na trzon „Azylu”. Wyjeżdżając na wakacje nie myślimy o zadomowieniu się tam, jednak w sytuacji Wiktorii słowo WAKACJE nabiera szerszego znaczenia. To taki urlop od życia, nie tylko w pięknej chorwackiej scenerii, ale i przy dźwiękach poszczekiwań psów wszelkich ras. To ostatnie szczególnie mi się podobało. Uwielbiałam momenty, kiedy Wiktoria wracała do Azylu, by tam oddać swoje serce pracy przy zwierzętach. Wtedy też zdałam sobie sprawę, że mając zajęte ręce (i nie koniecznie tylko tym, co główna bohaterka), człowiek mniej myśli o tym, co go dręczy.

Izabela Sowa [źródło].
„ (…) dawno się pogodziłam, że ludzie odchodzą, podobnie jak psy. Pojawiają się nowi, potem znikają i tak w kółko.”* 

Pani Izabela postawiła na niestandardowe następowanie po sobie kolejnych rozdziałów, mimo najzwyklejszej w świecie numeracji cyframi arabskimi. Mam na myśli bowiem zabieg, który po raz pierwszy widziałam w literaturze, a który dostarczył mi niemałej frajdy. Pisarka często kończyła rozdział pytaniem, bądź znamiennym dla fabuły zdaniem, by rozpocząć kolejny odpowiedzią, wyjaśnieniem, które tak naprawdę... nie dotyczyło tego, co pojawiło się w poprzednim rozdziale. Ile naśmiałam się nad tą nietypowością, która nierzadko wywiodła rozemocjonowanego czytelnika w pole. To, co zrobiła Pani Sowa zdecydowanie stanowi w dużej mierze zasługę, jeśli chodzi o finalną ocenę publikacji.

Główna bohaterka początkowo wydawał mi się zbyt zagubioną, jak na swój wiek. Wielu oczekiwało od niej stabilności uczuć i decyzji, tego jednak brakowało w życiu żony męża idealnego, który okazał się nie do końca taki doskonały. Z czasem pisarka odkrywa zasłonę, jaką została spowita dusza Wiktorii. Widzimy jej lęki, smutki i pragnienia. Widzimy w niej człowieka, który, tak jak wielu, stracił przed laty sens życia i możliwość realizacji dziecięcych marzeń. Wiktoria staje się bardziej realna, a jej kreacja bardzo wiele zyskuje w oczach czytelnika, początkowo nie rozumiejącego dręczącej pochmurnymi rozmyślaniami, postaci centralnej. 

„Życie baletnicy trwa równie krótko jak życie motyla – ostrzegał Kierownik. – Wykorzystajcie więc dobrze swój czas. Bo potem zostaną wam tylko sny o lataniu.”*

Bardzo, ale to bardzo polubiłam też pozostałe postacie. Szczególnie do gustu przypadł mi Vinko ze swoimi sentencjami 24h na dobę i wesoła barmanka Jasna. Trudno mi zdecydować, kto bardziej powodował, ze na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Niemniej jednak każdy z nich miał to „coś”, co sprawia, że czytelnik chwyta za książkę z przyjemnością, wiedząc ile wigoru i zwykłej ludzkiej radości, odnajdzie na kartach powieści. W Vinko ceniłam sobie jeszcze jego niebywałą wrażliwość i momenty melancholii, która o dziwno nie nudziła, a zachęcała do poznawania tej postaci. Pani Sowa w kwestii bohaterów spisała się w „Azylu” całkiem dobrze.

„– Wierzę, że złe rzeczy nie dzieją się przypadkiem. – Spojrzał jej prosto w oczy. – I że dają nam szansę na zmianę.”*

Choć akcja powieści biegła dość prędko i czytelnik nie miał za dużo czasu na nudę, nie brakowało też momentów na refleksję. Krótkim fragmentem, który najbardziej zapadł mi w pamięci był urywek rozmowy ojca z córką. Zadziwia mnie, jak wiele w nim prawdy i to tej, której nie zauważamy na co dzień. Dawniej ludzie nie mieli tylu udogodnień, jak my, a ich życie było często o wiele szczęśliwsze. Wiktoria w swoich rozmyślaniach rejestruje coś, co być może chodzi po głowie wielu, ale nigdy nie zostaje wypowiedziane. W sercu jednak pozostaje nieopisywalny żal...

Chorwacki azyl [źródło - ciekawy wywiad, polecam].
„ - Ludzie mają dziś chyba wszystko – zignorowała uwagę męża. – Klimatyzację, nawet w domu, paszport w szufladzie, dewizy do kupienia w kantorze na rogu, przewodniki dostępne w każdej księgarni, a do tego różne nowe wynalazki: GPS-y dla zagubionych, kurtki, które oddychają, i namioty wygodniejsze niż własna sypialnia…
- … a w telewizji tyle atrakcji, że nigdzie nie chce się ruszać – zakończył wyliczankę tata.”* 

Ciekawym było to, iż w powieści polskiej pisarki pojawiły się nie tylko piękne widoki chorwackich krajobrazów, ale także obrazy napiętnowane cierpieniem ludzi, którzy przeżyli wojnę. Sporadycznie pojawiały się krótkie zdania, które przypominały Nam o tymże wydarzeniu, które odmieniło losy mieszkających tam narodów i trwale wyryło rysę na sercu i duszy. Mieszkańcy okolic przestali być idealną wspólnotą, jaką się w nich upatrywało. Pozostało „MY” i „ONI”, które główna bohaterka słyszała na swojej drodze. Zostało też wiele zranionych psychicznie ludzi, którzy uciekali w codzienną rutynę, by spróbować nie pamiętać tych ciężkich chwil.

„Azyl” może nie błyszczy jak oszlifowany diament czy choćby perła mieniąca się kolorami. Prędzej można by go zbliżyć do kamienia, których wiele jest na plaży, a jednak przykuwa on wzrok zbieracza. Dla mnie ta powieść jest małym objawieniem. W końcu udało mi się odnaleźć coś choćby minimalnie zadowalającego w prozie Sowy. Podobno apetyt rośnie w miarę jedzenia. Myślę, że w moim przypadku jest tak z czytaniem publikacji tej polskiej pisarki. Po słabej moim zdaniem „Agrafce”, odkryłam potencjał w całkiem niezłej publikacji pt. „Azyl”. Liczyłam, że „Powrót” przyniesie jeszcze lepsze doznania, jednak się zawiodłam. Mimo to, Was, drodzy książkoholicy zachęcam do lektury, która pachnie Chorwacją – Azyl stoi przed Wami otworem :) 

*Cytaty pochodzą z książki „Azyl”, kolejno ze stron: 53, 59, 45, 64.

niedziela, 22 lutego 2015

Cecelia Ahern "Love, Rosie"


Wydawnictwo AKURAT
Warszawa 2015, 512 s.
Ocena: 5/10 OK.

Będąc dzieckiem wszystko wydaje się tak uchwytne i namacalne, że nawet przez moment nie pomyślimy, by mogło zabraknąć w życiu czegoś, co dotąd było stałe. Mówi się, że gdy dorastamy jedyne, co się nie zmienia to nasze marzenia. Wyrastamy z ubrań i przyzwyczajeń, zmieniamy się wizualnie i emocjonalnie. Często w naszym życiu siłą rzeczy braknie przyjaciół, z którymi dzieliliśmy beztroskie godziny w piaskownicy czy pierwszej szkolnej ławie. Czy przyjaźń może trwać wiecznie? A zwłaszcza ta między kobietą a mężczyzną?

Cecelia Ahern to pisarka, która niezmiennie potrafi zauroczyć prostotą. Jest znaną na całym świecie autorką bestsellerów, która zdobyła uznanie czytelników aż w 46 krajach świata. Popularność przysporzyła jej debiutancka powieść "PS. Kocham Cię", która doczekała się swojej ekranizacji. W zapadającym w pamięć filmie wystąpili Hilary Swank i Gerard Butler. Kolejne powieści Ahern pojawiały się na księgarnianych półkach w Polsce z niezwykłą regularnością. "Love Rosie" to druga z książek Irlandki, która w bieżącym roku doczekała swojego wznowienia. Wcześniej została wydana pod tytułem "Na końcu tęczy".

Alex i Rosie od dzieciństwa są nierozłączni i niepokonani. Dość długo do szczęścia nie był potrzebny im nikt - wystarczyło, że mieli siebie. Dopiero, gdy zaczynają dorastać, ich życie, mimo silnej więzi zaczyna biec dwoma różnymi drogami. Chłopak razem z rodzicami przeprowadza się tysiące mil od Irlandii - do Bostonu. Dziewczyna planuje dokończyć liceum w Dublinie i razem z Aleksem studiować w Ameryce. Ma już nawet wybraną uczelnie. Nie spodziewa się jednak, że bal absolwentów, zupełnie odmieni jej życie, sprawiając, że co innego będzie w nim teraz najważniejsze. 

"Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki robią się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz."*

Historia może się wydawać zbyt oczywista, a nawet banalna. Tak jak za każdym razem, gdy wkraczałam w rzeczywistość tworzoną przez Ahern, miałam jednak nadzieję, że to, co powierzchownie proste, okaże się znacznie czymś więcej. Ahern ma niebywałą zdolność, dzięki której opowieść pochłania czytelnika, niezależnie od jego stosunku do następujących wydarzeń, więc spodziewałam się, że "Love, Rosie" pochłonie mnie bez reszty. Tymczasem...

...trudno było mi wczytać się w lekturę. W pierwszej chwili zostałam zaskoczona brakiem płynnej narracji. Początkowo forma, w jakiej zostały spisane kolejne losy Alexa i Rosie - liściki z lat szkolnych, wiadomości SMSowe, mailowe, krótkie relacje - wydawała mi się niesamowicie irytująca i mało przemyślana. Nie przypomniałam sobie, bym kiedykolwiek czytała powieść, w której dokonano podobnego zabiegu. Było to zdecydowanie oryginalne i nowatorskie w moim dotychczasowym doświadczeniu z literaturą. Nieodparcie towarzyszyła mi jednak myśl, czy aby czasem ta nieszablonowość nie jest zbyt dużym ryzykiem.

"Na końcu tęczy czeka spełnienie marzeń"
Przyjaźń damsko-męska uważana jest przez wielu za nierealną. Od zawsze będąca tematem spornym, którego zwyczajnie nie idzie rozwikłać na korzyść jednej ze stron. Wielu uparcie twierdzi, że nie jest ona możliwa. Zgodzę się z argumentami, że od przyjaźni do miłości droga nie jest daleka. Także słusznym jest stwierdzenie, że w związku ważnym jest, by drugi człowiek był też dla nas przyjacielem. W moim otoczeniu jest kilka osób, dla których ten rodzaj sympatii stał się wstępem do czegoś więcej. Znam również takie osoby, dla których przyjaźń damsko-męska nie jest niemożliwością, więc byłam ciekawa jakie stanowisko zaproponuje w swojej powieści Cecelia Ahern.

"Posiadanie prawdziwego przyjaciela to najwspanialsza rzecz na świecie, nawet jeśli ten przyjaciel to dziewczyna."*

"Love, Rosie" wydaje się jednocześnie historią zbyt prostą i opowieścią za bardzo złożoną. Poprzez ponad pięćset stron główna bohaterka Rosie próbuje przekonać siebie i czytelnika, że przyjaźń damsko-męska istnieje. Jej relacje z Alexem od początku wydają się jednak czymś więcej - zarówno wszystkim, którzy otaczają Pannę Dunne, jak i osobom, których wzrok utkwiony jest w kolejno następujących po sobie zdaniach. Kocha - nie kocha i tak przez całą powieść. Codzienność - problemy i smutki, którym ulegają bohaterowie pozwala dojrzeć, że życie składa się z wielu istotnych i mniej znacznych szczegółów. Ahern plątając w zaskakujący (nawet jak na nią) sposób życie dwojga ludzi, wplątuje w tę układankę zdezorientowanego czytelnika, który w napięciu oczekuje, kiedy w końcu uczucia wyjdą na jaw. A szczegół, goni szczegół...

Perypetie Rosie i Alexa często są kuriozalne - z dnia na dzień co raz bardziej się mijają, choć pozostają w stałym kontakcie. Kiedy mamy ochotę krzyczeć "Już! Powiedź jej/jemu w końcu" dzieje się coś zdecydowanie przeciwnego. Jednym z mankamentów nie pozwalających porzucić opowieści w połowie zdania, jest świetna kreacja bohaterów. Pisarka zadbała o każdy szczegół tworząc swoje postaci. Sprawia to, że ogromnie przywiązujemy się do nich, niezauważalnie akceptując upór i bezmyślność tej dwójki w sferze uczuć.

"To twoje życie. Jeśli czegoś chcesz, musisz złapać byka za rogi, bo nikt nie poda ci tego na talerzu. Dobre dziewczynki zawsze tracą."*

Momentami niezwykle waleczna, czasem bardzo niezdecydowana Rosie to postać, której nie da się nie lubić. Jej marzenia o własnym hotelu na plaży oczywiście wiodą prym w kolejnych krokach zawodowych, ale to nie konsekwentność w dążeniu do celu przy wsparciu najbliższych, ujęła mnie w Dunne. Spodobał mi się obraz młodej matki, jaki zaproponowała irlandzka pisarka. Jej przywiązanie do Kate, pełne miłości opisy córki wysyłane Alexowi, nieprzespane noce, dylematy i nadzieje, jakich niekiedy pragnie oszczędzić córce - to pokazuje, że nawet kiedy życiem rządzi przypadek, wszystko ma swoje przeznaczenie. 

Zaletą powieści jest też niebywały humor. Liczba zabawnych sytuacji, w którym siostra zdziwiona zaglądała do mojego pokoju słysząc śmiech, jest wyjątkowo duża. Ahern pokazuje, że w życiu są momenty zarówno na smutek, jak i na łzy. Nieśmiertelne "wjem" Alexa zostaje postawione w kontraście z przykrościami codzienności. Ruby, Katie, Toby i rodzice Rosie to kolejne osoby, których obecność na kartach powieści tylko ubarwiała lekturę. Pozytywne zabarwienie sytuacji życiowych bohaterów w połączeniu z grami językowymi irlandzkiej pisarki, dawało wrażenie błogo spędzonych chwil na czytaniu.

"[...] nasz czas kiedyś się kończy i w głębi duszy zastanawiamy się, czy przeżyliśmy dobrze te wszystkie sekundy, minuty, godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata i dekady."*

W nadmorskim klimacie :)
Mimo wielu sprzeczności - pozytywnych i negatywnych części lektury - Cecelia przemyca charakterystyczne dla siebie "złote myśli", jedną z rzeczy, za które polubiłam jej prozę. Dzięki nim sprawia, że historia Alexa i Rosie przestaje być nieco banalnym romansem osób, które znają się całe życie, a staje się sytuacją, w jaką mogło popaść wielu. Powraca dobrze znany uniwersalizm, chociaż traktowałam go w tym przypadku z małą dozą rezerwy.

Dawno nie miałam tak mieszanych uczuć po przeczytaniu powieści, która nim jeszcze pojawiła się w moich rękach, stanowiła pozycję obowiązkową. Od zawsze ciągnęło mnie do starszych publikacji bestsellerowej pisarki, może już nieco zapomnianych. Ogromnie liczyłam, że "Na końcu tęczy", które ni stąd ni zowąd trafiło na ekrany kin, jednoznacznie mnie zachwyci. Powieść Ahern nie do końca spełniła tym razem moje wysokie oczekiwania.

Chociaż lektura dostarczyła mi wielu emocji nie mogłam zamknąć książki z uśmiechem i pełnym usatysfakcjonowaniem. "Love, Rosie" jest jak potrawa, w której zabrakło któregoś ze składników, a mimo to powierzchownie dobrze wygląda. Nie jest doskonała, wspaniała i zachwycająca - może trochę, jak życie, w którym nie wszystko poszło tak jak trzeba. Finał pozostawia po sobie słaby uśmiech. Brak iskierek w oczach i rozbicia emocjonalnego, jakie serwowała nam pisarka przy innych powieściach. 

"Teraz już wiem na pewno, ze tam, na końcu tęczy, czeka na mnie spełnienie marzeń."*

W każdym przypadku ocena pozycji Ahern będzie inna. Dla jednych okaże się historią pełną wrażeń, dla innych nie pozbawionym humoru wspomnieniem. Część doceni publikację za wspaniałą kreację bohaterów, inni za mnogość dostarczanych emocji. Wszystkie te cechy nie zostały przeze mnie nie zauważone - "Love, Rosie" to całkiem dobra książka. Żadna z jej właściwości nie sprawia jednak, że tak, jak w przypadku poprzednich czytanych przeze mnie opowieści spod pióra Ahern, czytelnik niemal "lewituje w powietrzu" oczarowany magią drzemiącą w słowie pisanym :)

*Cytaty pochodzą z książki Ceceli Ahern "Love, Rosie" kolejno ze stron: 54, 149, 482, 160, 416.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Business & Culture, za co serdecznie dziękuję ;)
 

wtorek, 4 listopada 2014

[162] M. A Trzeciak „Bliżej. Dalej”


Wydawnictwo Novae Res,
Gdynia 2014, 358 str.
Ocena: 5/10 OK.

Czasami nie wszystko jest w życiu takie, na jakie wygląda. Jedno wydarzenie może całkowicie odmienić bieg życia człowieka i pokazać w jakiej bańce odizolowującej go od prawdy żył. Dopiero wtedy tak naprawdę możemy zrozumieć (?) kim jesteśmy, co zrobiliśmy źle. Czasem jest czas, by naprawić wszystko. Znacznie częściej jednak musimy toczyć wyścig, by w ostatniej chwili wpaść do pomieszczenia z uśmiechem, że udało się wywinąć spod ręki śmierci.

Marta A. Trzeciak to pisarka, którą poznałam przy okazji lektury „Inframundo”. Jej życie bywało równie zadziwiające, co egzystencja bohaterów, których tworzy na potrzeby książek. Ta młoda kobieta pracowała nie tylko w fastfoodzie czy ZOO, ale nawet w rzeźni. Teraz jest zarówno pisarzem, jak i naukowcem. Na przestrzeni lat, od momentu debiutu, na pewno nieco zmieniło się jej życie, ale miłość do pisania nie umarła. Kim jest? Jeśli chcecie odkryć jej wiele oblicz polecam wywiad z autorką „Bliżej dalej”, który przeprowadziłam przy okazji premiery jej debiutu.

W wyniku tajemniczej śmierci ojca, trzy siostry trafiają do domu ciotki. Rita i Stella bywają tu regularnie, jednak Matylda powraca po latach. Dla każdej ten dom nadal pozostaje pełen błogich wspomnień z dzieciństwa. Zmierzając na pogrzeb ojca, nie mają pojęcia, że powrót do znajomych czterech ścian sprawi, że wszystko się zmieni, a one będą musiały wyruszyć w podróż, która otworzy przed nimi rodzinne sekrety.

Kiedy zaczynałam czytać książkę żyło we mnie przeświadczenie, że historia spisana przez Trzeciak może być nieco podoba do tej, którą stworzyła Pani Rudnicka w książce „Natalii 5”. W końcu w obu siostry spotykają się po niewyjaśnionej śmierci ojca, by potem doświadczyć serii następstw tego wydarzenia. Jak się później okazało to jedyne podobieństwo w tych dwóch lekturach, które drastycznie się różnią, mimo że pokazują w różny sposób siostrzaną miłość.

„Nie można jednak całe życie chodzić w kole ratunkowym. Rzuca się je dopiero, gdy ktoś tonie. Tylko wtedy ma to sens.”*

Pierwsze niemal sto stron powieści toczyło się aż zbyt oczywiście. Momentami pojawiały się niezrozumiałe fragmenty albo napisane zbyt patetycznym językiem wypowiedzi, które denerwowały, jednak wszystko kręciło się wokół jednego tematu. Swoisty wstęp do opowieści Marty był moim zdaniem zbyt długi i drobiazgowy, a przez to nieco nużący. Nie myślałam, że pogrzeb i przygotowania do niego można opisywać aż na tylu stronach. Zdarzenia rozgrywające się po ceremonii następują tak szybko, że uśpiona czujność czytelnika zostaje gwałtownie wybudzona ze snu, a ciekawość zaczyna roztaczać błędne koło, które tak lubię podczas odkrywania tajemnic w książkach.

„ Dookoła unosił się zapach ciepłej, parującej wilgocią ziemi, na powierzchnię wylegały dżdżownice i ślimaki, a Matylda i jej ojciec mieli na wszystko czas. Pochyliali się z ciekawości nad dwoma winniczkami, których drogi lada moment miały się skrzyżować, ciekawi, co zrobią, gdy już do tego dojdzie. Ślimaki zawsze wydawały się być zaskoczone spotkaniem – jakby dowiadywały się o obecności tego drugiego dopiero, gdy go dotknęły.
- Tak właśnie jest w życiu, gwiazdeczko (…) widzimy tych, którzy nas otaczają, ale tak, jakbyśmy ich nie dostrzegali. Dopóki ich nie dotkniemy.”*

To, co podobało mi się początkowo, gdy poznawałam siostry, z czasem było uciążliwe. Chodzi mi o imiona bohaterek, które nie zostały mianowane popularnymi Monikami, Annami czy Martami, ale Matyldą, Ritą i Stellą. Podobała mi się ta innowacja, dość rzadka w polskiej literaturze. Jednakże z czasem, kiedy do historii wkraczały co raz to nowe postacie nie mogłam nadziwić się kombinacją pisarki nadającej wytworom swojej wyobraźni miana niemożliwe do zapamiętania. W końcu ile razy spotkaliśmy się z Adaleną, Nomadą czy Satriz?

Choć bohaterowie nosili nietuzinkowe imiona w tym zgoła innym od rzeczywistego świecie, pisarka genialnie zarysowała każdą postać, jednocześnie każdym ich czynem starając się ukazać i napiętnować ludzkie, często nieznośne przywary. Dzięki bohaterom mogliśmy zobaczyć portrety osób, które możemy upatrywać nie tylko wokół siebie, ale często nawet w nas samych. Dzięki postaciom utworzonym przez Trzeciak błędy stają się wyraźniejsze, niż mogły by być, a zalety w końcu zostają dostrzegane. Myślę, że działa to znacznie na korzyść bohaterów centralnych opowieści, zwłaszcza Rity, Matyldy i Ofelii, które stają się czytelnikowi naprawdę bliskie, mimo swojej odmienności. Ich sporadyczne radości cieszą, a smutki – wprawiają nieco w zapomnienie nie pozwalające oderwać się od powieści do momentu, kiedy nastąpi jaśniejsza karta w ich życiu.

Prócz bohaterów w większości brak nazw konkretnych miejsc, krajów. Pojawia się jedna nazwa miejscowości i miana, jakim określane są poszczególne kluby, które upodobali sobie hazardziści. Jest to trochę denerwujące, ale wygodne dla autora, który nie jest sprawdzany, czy właściwie odwzorcował prawdziwe ślady w historii rodziny.

„(...) nienawiść jest jak ogień – sieje spustoszenie tam, gdzie się pojawi, i wiąż jest jej więcej.”*

Z pewnością pozycji, która wyszła spod pióra Marty nie możemy odbierać zbyt dosłownie. Za dużo w niej niezrozumiałych faktów, dziwnych zbiegów okoliczności i substancji o nieznanym pochodzeniu. Trudno tak naprawdę określić czy Jej powieść to historia fantastyczna, czy bardziej obyczajowa. Jedno jest pewne – poprzez nietuzinkowych bohaterów pisarka rzuciła nam na twarz kilka ważnych zdań na temat rodziny, rodzeństwa i skrywanych głęboko niepożądanych wspomnień. Tak jak bohaterzy z pewnych powodów gdzieś się ukrywali całe życie, tak często ukrywają się prawdziwi ludzie, nie chcąc przyjąć do wiadomości prawdy.

Jedno jest pewne – choć nie tego spodziewałam się po „Bliżej dalej” nie mogłam dziwnie oderwać się od książki, w której wszystko znacznie odbiegało od rzeczywistości. Każde kolejne zdanie było przesycone ogromem tajemnicy, nie pozwalającej się rozwikłać i dziwnym, ale magicznym klimatem. Z każdą kolejną stroną zastanawiałam się kim są tak naprawdę bohaterowie posiadający nadprzyrodzone (?) zdolności. W kończy czy ktoś z Nas jeździ na oślep wiedziony na zakrętach intuicją?

Długo zastanawiałam się nad tym, dlaczego pisarka nadała swojej, nieco irracjonalnej opowieści, taki, a nie inny tytuł. Dopiero kiedy zamknęłam okładkę po przeczytaniu całej lektury, zrozumiałam, że cała powieść przypomina popularną wśród dzieci, a nawet dorosłych zabawę „ciepło – zimno”. Z każdą kolejną stroną wydaje nam się, że jesteśmy bliżej (ciepło) sensu i rozwiązania akcji publikacji. Czytając dalej rozumiemy jednak, że gwałtownie się oddalamy i jesteśmy dalej (zimno). Podczas czytania cały czas rozgrywa się ta walka i kończąc, nie jesteśmy do końca pewni czy odnaleźliśmy to, co chciała przekazać nam Trzeciak.

„Historie się kończą, opowieść trwa wiecznie.”*

Całość wydaje się jakby snem, jawą, w której bardzo trudno było mi się odnaleźć. Nie jestem pewna czy oczekiwałam po bardzo oryginalnej osobie, jaką jest Marta, aż tak nierealnej i odstającej od rzeczywistości . Książka, która stworzona została w myśli realizmu magicznego i była przez niektórych porównywana z zamysłem Bułhakowa w „Mistrzu i Małgorzacie” nie do końca odnalazła moje pełne uznanie. Były fragmenty, którym oddawałam się całym sercem. Widziałam z każdym zdaniem ogromny potencjał w opowieści Trzeciak, który moim zdaniem całkowicie został zmarnowany zakończeniem. Według mnie było one jakby wymuszone zasadą, że powieść zawsze musi mieć swój jasny koniec. Tu ostatnie słowa okazują się nie zaletą, lecz wadą. 

„Każde z nas ma swoją drogę, która niejednokrotnie prowadzi w przepaść. Ale czy próba uniknięcia upadku zawsze nas przed nim uchroni?”*

Podsumowując, muszę przyznać, że nie tego spodziewałam się po „Inframundo”, które mnie zachwyciło. Wiele upatrywałam sobie w debiucie Trzeciak, który przeczytałam już dość dawno temu, a który cały czas siedzi gdzieś w mojej pamięci. Widziałam w nim pasję pisania i radość z kolejno stawianych słów. W „Bliżej dalej” autorka moim zdaniem za bardzo skupiła się na założeniu, które postawiła sobie, nim zaczęła pisać. W moim odczuciu, mimo kilku pozytywnych aspektów, czegoś zabrakło. Sądzę jednak nadal, że ta młoda pisarka może jeszcze pokazać wielu, którzy od lat są na scenie, co to znaczy kawał dobrej literatury. Życzę jej z całego serca powodzenia, licząc, że w kolejnej publikacji subtelność i magię, którą zachłysnęłam się podczas lektury „Inframundo”.


Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki „Bliżej dalej”, kolejno ze stron: 89, 67, 90, 15, 43

niedziela, 12 stycznia 2014

[135] Katarzyna Wójcik „Krzemyki”

 
Wyd. Warszawska Firma Wydawnicza,
Warszawa 2013, 74 str.
Ocena: 5/10 OK.

Pisząc wiersze zostawiamy tam cząstkę siebie – kawałek naszych wspomnień, radości i smutków, niewielki bagaż naszych doświadczeń skryty pomiędzy kolejnymi słowami, którymi pragniemy przelać na kartkę cień duszy. Choć każdy z nas ma zupełnie inną duszę, która zupełnie inaczej czuje, postrzega i odbiera różne zjawiska i rzeczy, potrafimy rozpoznawać wzajemną radość w słowie, którym przychodzi się posługiwać człowiekowi. Dla mnie takim odkrywaniem „twarzy” drugiej osoby, zupełnie mi nieznanej, bywa często czytanie poezji. Bo przecież za tekstem od zawsze i na zawsze kryje się istota ludzka :)

Kim jest autorka tekstu? Niestety nie mam pojęcia. Z tego co zapisane na okładce mogę jedynie sądzić, iż to odważna osoba, która nie boi się szukać odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Nie poddaje się w tym zajęciu, spoglądając na codzienność niemalże przez maleńkie okienko pokoju. „Krzemyki”, które postanowiła wydać drukiem to zbiór prostych wierszy, które nie pisała tylko i wyłącznie przysłowiowym piórem, ale i przede wszystkim sercem.

Kiedy zaczynałam czytać zbiór wierszy Pani Wójcik na pewno miałam nie małe wymagania po moim poprzednim spotkaniu z poezją opublikowaną przez WFW autorstwa Pani Moniki Wardy-Saran. Kilkadziesiąt stron więcej, dodatkowe kilkanaście wierszy w porównaniu z poprzednim moim czytaniem twórczości poetyckiej – była to nie lada gratka i uciecha, gdy początkowo tylko wyłącznie kartowałam publikację niewielkich rozmiarów. Jednak wtedy, pomiędzy kolejnymi przewracanymi pobieżnie stronicami, w głowie zrodziła się myśl: „Czy i tym razem zakończę lekturę z zadowoloną miną?”

Wszystko na swój nie tylko koniec, ale i początek. Dla mnie zbiór nie zaczął się jednak z pierwszym wierszem, który w moim odczuciu był niczym tytułowe „Złudzenia” - pozostawiał złudzenie wyrwanej z kontekstu historii, którą być może czytelnik powinien odkryć dopiero kilka stron dalej. Dlatego postanowiłam przymknąć oko na to pierwsze potknięcie – każdemu przecież się zdarza – i bez cienia wątpliwości rozsmakowałam się w „Kiedyś...”. Czytając ten krótki, zaledwie kilkudziesięciowersowy utwór, zauważyłam pasję, jaką darzy Pani Wójcik tworzenie i jak wielką wagę odgrywa dla niej, rozświetlając często szarą, jak to bywa, codzienność. Słowa pozwalają jej wzlatywać ku górze i sprawiają, że kolejny dzień jawi się lepszym.
Czytanie, wertowanie, "smakowanie"...

„kiedy tak ćwiczę słowa
kiedy je zbieram w jedną całość
to trochę tak
jakbym się miała od nowa zakochać
w pierwszej literze
w drugim zdaniu
i to właśnie moje pisanie (...)”*

Podczas lektury często towarzyszyły mi już stare i często zapomniane, wśród przepychu panującego na rynku muzycznym, piosenki. Nie dziwnym więc było, że ten przypadkowy zbieg okoliczności sprawił, że w pamięci zapadł mi też wyjątkowo wiersz „Stare piosenki”. Nie wiem czy w całym zbiorze znalazłabym wiersz, który jest wg tak trafnie sformułowany jak ten. W końcu to, co raz wpadnie nam do ucha, nie zostaje zapomniane, a trwa gdzieś obok, by kiedyś, w odpowiednim momencie o sobie przypomnieć.

„(...) stare piosenki
są jak uśmiech, który się w oku zatrzymał
choć je czart łamie na pół
trwają przy nas”**

W zbiorze niestety znalazłam też wiersze, które totalnie do mnie nie trafiły. Było ich dość sporo, jednak najbardziej utkwił w mojej pamięci w dość niechlubnym świetle utwór pt. „Los”. Ten, choć początkowo zapowiadał się całkiem ciekawie, w pewnym momencie jakby posypał się. Muszę powiedzieć, że to wygląda nawet tak, jakby zabrakło na niego pomysłu, a kolejne frazesy były dopisywane niemal na siłę, by tylko go skończyć. Niektóre sformułowania dziwiły, inne pozostawiały głuchy odgłos w głowie. O co mogło chodzić Pani Wójcik? Nie mam za bardzo pojęcia...

„(...) spadł panu długopis z biurka
niech się pan nie martwi
proszę mi podać te zmęczone kwiaty z wazonu
wyrzucę (...)”***

Jeden z wierszy, które spodobały mi się najbardziej
Na koniec mogę jedynie powiedzieć, że Autorka pozostała dla mnie nieodkrytą tajemnicą. Choć może nie do końca mam rację. Przed lekturą była dla mnie po prostu „tą” Katarzyną Wójcik, której imię i nazwisko widniało na okładce niewielkiej książeczki. Po przeczytaniu kilku wierszy kształtował się w mojej głowie obraz kobiety, która pochylona nad kartką, wieczorami, po ciężkim lub nieco bardziej przyjemnym dniu zapisywała kilkadziesiąt słów o tym, co widzi wokół. Czasem wychodziło to mniej udolnie, kiedy świat przelatywał jej między palcami, a zdania wydawały się być niesmaczną papką. Jednak bywały takie momenty, kiedy na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, gdyż razem z Panią Kasią (w wyobraźni na twarzy Pani Katarzyny pojawiała się radość z tworzenia i w mig stawała się pełną optymizmu Kasią) błądziliśmy w labiryncie, będąc co raz bliżej odnalezienia odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.

Podsumowując, muszę przyznać, ze kilka utworów było naprawdę obiecujących, ale i nie zabrakło tych, po których lekturze czułam się nieco zdezorientowana. Momentami w takich przypadkach czułam się jakby ktoś specjalnie wyciął mi gdzieś zdanie między kolejnymi linijkami. Jednak gdy dalej kartkowałam zbiór przychodziły tak ciekawe utwory jak „Milczący Poeta”, „Proste pytanie” czy „Litery”. Ze względu na te i jeszcze kilka wierszy myślę, ze warto choćby spojrzeć na poezję dziewczyny, która być może tak jak wielu z Nas – najprawdopodobniej szuka swojego miejsca w świecie.

* Fragment wiersza pt. „Kiedyś...”
** Fragment wiersza pt. „Stare piosenki”
*** Fragment wiersza pt. „Los”

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater i wydawnictwu Warszawska Firma Wydawnicza, za co serdecznie dziękuję ;)

piątek, 5 kwietnia 2013

[119] Beata Kiecana „Stosunki mega przerywane”

Wyd. Novae Res
Gdynia 2013, 212 str.
Ocena: 5/10 OK

Decyzja o odejściu od dotychczasowego partnera, z pewnością nie jest prosta. Równie trudne (a może i nawet bardziej) jest rozpoczęcie nowego życia, na własną korzyść. W głowie zapewne krążą myśli: „Czy sobie poradzę?” lub „Jak to teraz wszystko będzie?”. Nowe wyzwania, aspiracje i marzenia. Na dodatek córeczka, którą trzeba wychować na człowieka. Jak to wszystko pogodzić? Czy takie życie ma sens i może dawać poczucie szczęścia, którego pragnie przecież każdy z Nas?

Pani Beata to nie tylko debiutująca autorka, ale również matka dla swojej czteroletniej córeczki. To także absolwentka Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie na wydziale Filologii Polskiej. Od zaledwie siedmiu lat Pani Kiecana, która współpracowała z „Tygodnikiem Zamojskim” oraz dwumiesięcznikiem „Twoje 9 Miesięcy”, mieszka w Warszawie. To właśnie tam próbuje zrobić karierę, jednocześnie spełniając się w niezwykle wymagającej roli matki.

Pierwszego czerwca, w dniu święta każdego z Nas (bo przecież wszyscy mają w sobie coś z dziecka) Betii postanawia odejść od męża, zamieniając jednocześnie życie w domu teściów na Karminowej u boku Romka, na spokoje, ale wymagające samotne wychowywanie córki w niewielkiej kawalerce. Na początek planuje się usamodzielnić, zapisując się na kurs prawa jazdy. Tam poznaje instruktora, który z czasem staje się nie tylko powiernikiem problemów codzienności, a kimś więcej. Jest też bezrobotny Borys, który świetnie potrafi opiekować się dziećmi. Jak Betti poradzi sobie na „nowej drodze życia”? Czy prawdziwa miłość czyha za rogiem?

Kiedy tylko przeczytałam opis książki, miałam na nią ogromną ochotę. Liczyłam na ciekawą opowieść, w której zostaną silnie zaznaczone problemy samotnego wychowywania potomka. Wierzyłam, że na kartach powieści poznam silną kobietę, dla której każdy problem będzie wydawał się wyzwaniem do pokonania. Jednak teraz, kiedy jestem już po lekturze, po raz pierwszy nie wiem co napisać...

„Milczeniem można zabić drugiego człowieka i Romek mnie zabił. Już nic nie czuję, nie jestem zdolna do miłości, współczucia, do zrozumienia tego obcego człowieka, obok którego żyłam.”

Główna bohaterka nie do końca jest tak, jak się spodziewałam waleczną kobietą, a niezwykle naiwną i strasznie denerwującą osobą. Muszę powiedzieć, że dawno nikt tak mnie nie denerwował podczas wkraczania w świat przedstawiony. Momentami sama zastanawiałam się, jak można postępować tak, a nie inaczej. Najdziwniejszym jednak było to, że Bettii ocierała się głównie o wielką radość lub totalny smutek. Czasami miałam ochotę rzucić książką o ścianę, bo przecież ile można... Ale wtedy w głowie pojawiała się myśl – przecież takie właśnie życie. Ludzie, kiedy kochają drugiego człowieka są skłonni do niestworzonych rzeczy. Mimo wszystko – choć Pani Kiecana przedstawiała to, co naprawdę ma miejsce, niestety ograniczyła się jedynie do „wzlotów” i „upadków”, a zabrakło szarej codzienności i być może rutyny, która chcąc nie chcąc pojawia się w niektórych sytuacjach w naszym życiu ;)
Pani Beata Kiecana (źródło)

„(...) kiedy wszystko nam się udaje i przychodzi łatwo, i myślimy o sobie, że jesteśmy wielkimi szczęściarzami, a co gorsza, zaczynamy wierzyć, że nam się to należy, Bóg grozi nam palcem i mówi: 'No, no, no, to ja tu rozdaję karty'. I to wtedy nagle wszystko się wali, ale właśnie w takiej chwili mamy utrzymać nasze pozytywne nastawienie. I to jest sztuka życia. Bycie optymistą nie oznacza, że człowiek nie ma zmartwień czy pecha.”

Głównej bohaterce można zarzucić wiele, ale myślę że jej perypetie mogą być pouczeniem dla niektórych osób. Pani Beata pokazuje Nam, że romans z żonatym mężczyzną/ kobietą, mimo początkowych radości, może być utarczką. Poza tym – wiążąc się z kimś, kto ma obrączkę na dłoni, ranimy w tym momencie innego człowieka, czerpiąc z tego własne szczęście...

Choć język świetnie pokazuje jak mogą wyglądać współczesne matki młodego pokolenia, myślę że niektóre zwroty, którymi posługiwała się Pani Beata były nie na miejscu i choć pozornie miały oddawać charakter słownictwa, którym posługuje się wiele osób, nieco odpychały od czytania. Przekleństwa w literaturze mogą sprawić, że w książce świetnie zostanie oddane tło społeczne lub przy ich wielkim natłoku i nieumiejętnym ulokowaniu, zepsuć wrażenie czytelnika. Pani Kiecana wystrzygła się na szczęście tego błędu, co było dla mnie wielką radością. Posługując się wulgaryzmami, nie nadużywała ich, wplatając w bardziej emocjonalne wypowiedzi i pokazując jednocześnie jakim słownictwem posługuje się wiele młodych ludzi.

„Alkohol jest jak lek, wzmacnia żyły, czyści krew, człowiek czuje się jak lew (...)”

Przed lekturą ciekawiło mnie jak Pani Beata przedstawi relacje Bettii z córką. Liczyłam na to, że będę mogła oczami wyobraźni zobaczyć silną matczyną miłość. Początkowo było to jednak a- wykonalne. Mela kilkakrotnie zostaje wysyłana na przymusowe wakacje do babci, a matka (że tak powiem) – korzysta z życia. Jednak z czasem czytelnik może dostrzec, że takie przedstawienie Bettii było celowe, a Mela mimo wszystko jest dla niej najważniejszą osobą w życiu.

Podsumowując, muszę powiedzieć, że debiut Pani Beaty nieco mnie zawiódł, choć odnalazłam w nim wiele pozytywnych aspektów. Mimo wszystko uważam, że nie jest to pozycja, obok której można przejść obojętnie. W prozie Pani Kiecany z pewnością jest potencjał i mam nadzieję, że będzie mi dane przeczytać zapowiadaną kolejną część. A książkę polecam zwłaszcza, by móc zobaczyć obraz współczesnego, zwłaszcza młodego, polskiego społeczeństwa i przekonać się, że nie zawsze wszystko jest takie, jakim się prezentuje ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res, za co serdecznie dziękuję ;)

piątek, 1 czerwca 2012

[93] Bogusz Abratowicz „Podszepty”

Wyd. Novae Res
Gdynia 2012, 278 str.
0cena: 5/10 OK

Pozycje różnią się nie tylko fabułą czy bohaterami, ale również tytułem. Autor ma zawsze na niego oryginalny pomysł, który bezpośrednio wiąże się z tym, co wydarzy się w czasie trwania akcji. Podszepty kojarzą się z czymś fantastycznym - duchem przodka, podpowiadającym jak postąpić czy diabełkiem i aniołkiem siedzącym na ramieniu i spierających się co człowiek ma zrobić. A jak jest z tytułowymi Podszeptami debiutanckiej powieści Bogusza Abratowicza?

Muszę przyznać, że straszny zawód sprawił mnie brak jakichkolwiek wzmianek na temat autora. Przeszukałam niemal cały internet, jednak ani jednego zdania o debiutancie nie przeczytałam. Jest to zwłaszcza przykre, gdyż po raz kolejny nie mam pojęcia kim jest Pan Abratowicz.

Bieszczady – jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Polsce. To właśnie tam nowe życie, po rozstaniu z żoną rozpoczyna Pan Konrad. Pewnego dnia, kiedy słuchając porannego programu o przyczynach niszczenia związków przez współczesne kobiety, rozpoznaje własne doświadczenia. Tutaj rozpoczyna się akcja – główny bohater wpada w swego rodzaju trans, rozmyślając o kobietach, związkach i własnym życiu. Pokazuje Nam (złe) oblicze płci pięknej i porusza fakt istnienia syndromu Gardnera. Dzień kończy zdarzenie łączące dzieje minionych i obecnych mieszkańców dworu, rzeczywistość z podaniami. Duchy przeszłości i problemy teraźniejszości stają się przewodnimi myślami postaci pierwszoplanowej, tworząc spójną całość.

Nie od dziś wiadomo, że uwielbiam czytać pozycje debiutantów i odkrywać nowe rodzime talenty. Do lektury powieści „Podszepty” przyciągnął mnie nie tylko nietuzinkowy opis z tyłu okładki, ale również wizja mężczyzny rozprawiającego o kobietach i przepiękne Bieszczady w tle. Ponadto ciekawiło mnie kim może być autor, o tak nietypowym imieniu. Tego jednak nie przyszło mi się dowiedzieć. W zamian za to poznałam historię i nietypowego pięćdziesięciolatka – Pana Konrada.

Powieść debiutanta pisana jest lekkim językiem, co pozwala czytelnikowi zagłębić się w lekturę. Niestety (co jest najbardziej przykre) w dziele można dopatrzyć się błędów językowych. Na dodatek lekkość, a nawet momentami kolokwialność mowy (co przemawia na plus) uprzykrza nietypowa składnia – (najprawdopodobniej) przypadłość autora. Jednak sposób w jaki pisze Pan Bogusz ma swoje plusy - ciekawie prezentuje się nastrój nadany powieści – wręcz senny.

Kiedy zaczęłam czytać, spodziewałam się rozważań mężczyzny na temat płci pięknej i oczywiście jakiegoś sekretu, który to miałyby skrywać mury bieszczadzkie dworku. Miałam nadzieję, że owe rozmyślania bohatera zostaną przedstawione z dodatkiem humoru i pozytywnej energii – podobne do „narzekań” współczesnych Panów. Choć początek lektury wydawał się strasznie nużący, a monologi Pana Konrada po prosu zawiodły, pewna drzemiącego potencjału w prozie Pana Bogusza, postanowiłam czytać dalej ;)

Rzeczą, która z pewnością zasługuje na pochwałę, jest wplecenie legend. Szczególnie mnie to urzekło, gdyż interesuję się historią, a wszelakie opowiastki dawnych ludów jak Wielkopolska opowieść o Popielu (którego zjadły myszy) czy Poznańskich koziołkach, zawsze zdobywają moje serce i nie tylko... Często staram się sama odnaleźć takowe przypowiastki tubylców dotyczące danego regionu.

Urzekają też fragmenty dotyczące Bieszczad – autor pisze w taki sposób, że najchętniej spakowałabym plecak i wsiadła w autobus, wybierając się w to urokliwe miejsce.

Z kolei, zabieg, jakiego podjął się autor – mianowicie charakterystyczny podział lektury - spotkał się z największą krytyką z mojej strony. W debiutanckiej powieści Pana Bogusza zostały wyodrębnione poszczególne, przeplatające się wątki. Każdy akapit jest oznaczony maleńkim czarno-białym symbolem oznaczającą daną tematykę fragmentu. Ta innowacja, choć bardzo pomysłowa, okazała się męcząca, zwłaszcza, kiedy po kilkunastu takich samych „znaczkach” natrafialiśmy na inny, co było jednoznaczne z wertowaniem stron i powrotem na początek książki, by dowiedzieć się czego będzie dotyczyć kolejny akapit.

Skoro już przeszłam do krytyki, nie omieszkam się przyznać, że strasznie, ale to strasznie denerwowało mnie to, że pisarz nazywał głównego bohatera „Panem Konradem”. Dlaczego Panie Boguszu? Przecież było jeszcze tyle możliwych określeń jak: mężczyzna, mąż lub po prostu on...

Idąc dalej, spodobało mi się to, że z kolejnymi stronami, a zwłaszcza w momencie, kiedy Pan Konrad postanawia bliżej poznać historię swojego nowego domu, Pan Abratowicz zaczyna w końcu przyciągać czytelnika do lektury, po słabym początku. Niezwykła opowieść o wielkiej, a przede wszystkim romantyczniej (choć nie wcale nie szczęśliwej) miłości była dla mnie jakoby zupełne przeciwieństwo kilkudziesięciu początkowych stron.

Reasumując, muszę przyznać, że mimo niedociągnięć i negatywnych mankamentów języka, warto chwycić za pozycję, gdyż pokazuje ona „kawałek” świata i jego historii. Myślę również, że monologi bohatera czy nowatorski podział lektury mógłby spodobać się potencjalnemu czytelnikowi, choć mi, z powodu nadziei, które żywiłam na temat fabuły, nie zachwyciły.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res.

------------------------------

Kochani! Strasznie Was przepraszam za tak długą nieobecność. Cóż, przez zbliżający się wielkimi krokami koniec roku szkolnego, spadł na mnie, jak i każdego innego ucznia, ogrom sprawdzianów i kartkówek. Jednak nie martwcie się! Przez ten cały czas czytałam i pisałam, brakowało jedynie czasu, by przepisać recenzje do komputera. Obiecuję to nadrobić w pierwszym czerwcowym tygodniu ;) Dziś mam dla Was powyższą recenzję, jutro pojawi się zaległy cykl, a na dniach postaram się zrelacjonować Debatę Blogerów zorganizowaną przez Anię ;) Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, będziecie mogli także niebawem przeczytać relację ze spotkania autorskiego z Panem Krzysztofem Koziołkiem. Ze zbliżającym się latem zapowiadam również nadejście wielu innowacji na blogu! Kończąc, życzę DZIECIOM – tym dużym i małym, wszystkiego najlepszego ;D