Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztukater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztukater. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 kwietnia 2014

[142] Lech Jęczmyk „Światło i dźwięk”

Wyd. Zysk i S-ka,
Poznań 2013, 278 + zdjęcia
Ocena: 6/10 Niezła

W walizkę pakujemy ubrania, wszelkie szpargały i ważne rzeczy, gdy wyjeżdżamy w daleką podróż. Możemy w nią też spakować książki podczas przeprowadzki czy też zrobić z niej prezent urodzinowy, jak to kiedyś uczyniła Meme. Bagaż to też idealne miejsce, w które można tak po prostu zapakować wspomnienia, zapiski, zdjęcia i słowa utrwalające to, co było dla Nas kiedyś ważne i pragniemy to pozostawić na dnie serca tudzież właśnie jakiegoś kartonika :)

Lech Jęczmyk to wydawca, tłumacz, publicysta, który tym razem spisuje to co go otaczało, stając się widzem w spektaklu nazwanym ŻYCIEM. Człowiek, który publikował m.in. w „Nowej Fantastyce”, „Frondzie”, „Gazecie Polskiej” czy „Rzeczpospolitej” to tłumacz książek Vonneguta, Hellera, Dicka i Le Giun. Spod jego pióra w minionych latach wyszły trzy zbiory esejów m.in. „Trzy końce historii, czyli Nowe Średniowiecze”, który to jest jedną z jego najbardziej znanych publikacji. W 2011 otrzymał on nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za całokształt twórczości. 

Praca, służy ludziom, a to dla mnie było ważne, tego nauczył mnie ojciec.” 

Lech Jęczmyk zafascynowany różnością światów, w jakich przyszło mu żyć, tworzy kalendarium własnych wspomnień, Nie układa nic w pełni chronologicznie, bo przecież to nie czas jest w jego opowieści najważniejszy. Liczy się „Światło i dźwięk”, w blasku i przy którym przyszło żyć mężczyźnie na różnych planetach, w różnych miejscach kraju i w wszelakim towarzystwie. Ten bystry obserwator pokazuje czytelnikowi to, co czasem udawało się zrozumieć, gdy w swej pamięci złożył wszystko w ciągi niczym kamera filmowa. Poprzez pozycje starał się pokazać smak, zapach i odgłos tego, czym okazało się być dla niego życie. 

Ostatnim razem, kiedy czytałam wspomnienia spisane w książce opatrzonej „Ciotki”, miałam za sobą niezwykłą lekturę naszpikowaną smaczkami codzienności. Wiedziona przeczuciem, że teraz mogę zaznać podobnej rozkoszy, chwyciłam za pozycję Pana Lecha Jęczmyka. Był chwilę, kiedy lektura wręcz płynęła mi przed oczyma, bywały i te, kiedy strony rozpoczynałam przewracać wolniej. Ale jak wypadła cała publikacja?
Wielkim atutem powieści, przynajmniej wg mnie jest to, że kolejne rozdziały w większości nie są zależne od siebie i bez problemu mogą funkcjonować samodzielnie. Muszę się przyznać, że nie raz zdarzyło mi się zajrzeć w spis treści, który skądinąd bardzo sobie cenię we wszelkich książkach, by potem wcześniej zajrzeć do rozdziałów, które najbardziej intrygowały mnie swoim tytułem bądź tematyką :) I tak dość prędko po zaczęciu lektury trafiłam na opowieść o Popiełuszce, „Przygody z filmem” czy „Judo i zen”, które to jeszcze bardziej rozbudziły moją ciekawość i zachęciły do lektury pozostałych, często wcześniejszych części „Światła i dźwięku”.

Do rzeczy, które przypadły mi do gustu, prócz świetnej w lekturze czcionki, jest wkładka ze zdjęciami. Moim zdaniem w pozycji, która traktuje o wspomnieniach jest to świetną sprawą – czytelnik ma możliwość spojrzenia na wszystko zupełnie bezpośrednio, a nie tylko za pośrednictwem własnej wyobraźni, która zupełnie inaczej kreuje rzeczywistość. Bardzo lubię czarno-białe zdjęcia, tym radość z ich przeglądania i to kilkakrotnego, była tym większa. Dzięki fotografią mogliśmy nie tylko zobaczyć kawałek Bydgoszczy, rodzinę i przyjaciół autora, ale również Pana Lecha w różnym wieku, począwszy o młodzieńczych lat, po późniejsze chwile życia.

Wielkim atutem poszczególnych opowieści, wśród których mojego ulubieńca upatrzyłam sobie w historii zatytułowanej „Popiełuszko”, o której to już wcześniej wspominałam, było to, że nic w nich nie było przesadnie rozwlekanych, tylko po to, by zapełnić kolejne strony. Wręcz przeciwnie – nic nie jest tu przegadanie, a człowiekowi zdaje się wręcz wydawać, że każde słowo jest obliczone od początku do końca i w pełni przemyślane.

Kiedyś ksiądz odwrócił głowę, zobaczył, że za nim stoję i powiedział: 'Kiedy ten człowiek jest ze mną, to ja się nie boję'. Pode mną ugięły się kolana. Ksiądz Jerzy dodawał odwagi tysiącom ludzi, a przecież żył w ciągłym zagrożeniu, latami na pierwszej linii frontu. A to jego zdanie było najważniejszą pochwałą, jaką w życiu otrzymałem.”

Jeśli chodzi o rozdziały, które bezpośrednio dotyczyły polityki, muszę powiedzieć, ze nieco ciężko mi się je czytało. Zwłaszcza te dotyczące naszego kraju po 1970 roku. Myślę, że wynika to gównie z racji, iż nie dotarliśmy tam jeszcze na lekcjach i i zdecydowanie łatwiej i krócej przebiegała w moim przypadku lektura np. wydarzeń '56, zwłaszcza, że ten czas w historii szczególnie mnie interesuje. Dalsze lata, bliższe już współczesności, choć znane mi są z zdarzeń wtedy rozgrywających się, nieco ciągły się – nim w głowie odtwarzałam kolejne elementy dziejów Polski, musiało minąć kilka chwil, by z radością przystąpić do lektury danej części. Mimo tych małych mankamentów wyśmienicie czytało mi się m.in. „O PRL-u pozytywnie”.

Podobało mi się, że każdy zdrowy mężczyzna odbywał służbę wojskową i mógł być powołany do obrony kraju lub walki z klęskami żywiołowymi.”

Tym, co mnie osobiście ujęło, a może nie być w pełni zauważalne to wstęp „Dlaczego wspomnienia” i (uwaga!) podziękowania. W pierwszej części Pan Jęczmyk skutecznie przekonuje czytelnika do tego, że warto wspominać, oglądać się wstecz na minione życie. Jak słusznie zauważył – gdy wracamy pamięcią do tego, co było nie spisujemy faktów historycznych, a głównym wyznacznikiem wartości lektury nie jest dokładność przypisów, lecz to, jak my przedstawimy rzeczywistość, która otacza człowieka podczas kolejnych etapów jego życia. W podziękowaniu za to uchwyciłam jedno zdanie, które nie tylko wywołało uśmiech na mojej twarzy, ale i nieco rozbawiło z racji, iż znam mężczyzn, którzy nie raz nie dwa twierdzili, że to oni są nadrzędnym punktem „wszechświata”.

(...) gdyby nie dobroć kobiet, zginąłbym marnie jak biedronka przechodząca na piechotę przez ruchliwe skrzyżowanie.” 

Podsumowując, przyznaję, że choć niezbyt często podejmuję się czytania czyiś wspomnień, te, spisane w dość charakterystyczny sposób, płynnym i lekkim stylem, czytało mi się z wielką przyjemnością. Mimo, że bywały momenty, kiedy po prostu musiałam odpocząć od książki i tak szybko podanego „życiowego nakładu”, powracałam do lektury, by po kilku minutach dość sprawnie wertować kolejne strony. Nie jest to jednak pozycja dla wszystkich – polecam ją tym, którzy lubią odkrywać piękno codzienności za pośrednictwem życia innych.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater i wydawnictwu Zysk i S-ka, za co serdecznie dziękuję ;)

wtorek, 18 marca 2014

[140] C. S. Lewis „O modlitwie. Listy do Malkolma”

 
Wyd. Esprit,
Kraków 2011, 200 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Modlitwa w życiu każdego człowieka odgrywa zupełnie inną wagę. Dla jednych jest ona sposobem na „rozliczenie się” nie tylko przed Bogiem, ale i samym sobą z trosk, zmartwień czy też radości minionego dnia. Może ona też przybierać wyraz dziękczynny lub składać się z próśb człowieka, który staje na krótszy lub dłuższy moment bezpośrednio w obliczu Pana. Bezsprzecznie można by więc rzecz, że modlitwa, choć dla każdego oznacza coś innego, to rodzaj duchowego połączenia, któremu oddajemy się częściej lub rzadziej, z większym lub mniejszym zaangażowaniem. Czy więc o czymś, co jest osobistą wartością można rozprawiać?

C. S. Lewis to znany i lubiany na całym świecie brytyjski pisarz, który wśród nieco młodszych czytelników jest szczególnie znany z „Opowieści z Narnii”. Autor takich powieści jak „Smutek” czy „Dopóki mamy twarze” to uczestnik I wojny światowej. Traumatyczne przeżycia, których doświadczył podczas jednej z dwóch najcięższych w skutkach wojen we współczesnej Europie sprawiły, iż utracił on wiarę. W ojczyźnie podjął się studiów nad literaturą angielską, a na Oxfordzie poznawszy J. R. R. Tolkiena wszedł w środowisko Inklingów. To właśnie dzięki dyskusją nie tylko na temat literatury i kultury, ale i religii, rozpoczął się proces powrotu Lewisa do chrześcijaństwa.

Ostatni raz miałam sposobność czytać książkę jednego z najznakomitszych pisarzy z Wysp ponad półtora roku temu. Pamiętam, ze wtedy – podczas lektury „Smutku” - czułam się nieco przytłoczona rozmyślaniami autora i ciężko było mi się wgryźć w jego prozę. Postanowiłam jednak nie zrażać się i pod koniec ubiegłego roku przyszło mi chwycić za kolejną publikację pisaną piórem Pana Lewisa, która to została wydana już po śmierci autora. W moje ręce trafiła publikacja pt. „O modlitwie” spisana w formie listów do wymyślonego przyjaciela autora. Już sama alternatywa na przekazanie czytelnikowi treści wydała mi się bardzo intrygująca i w końcu ciekawość zwyciężyła. Muszę powiedzieć, że obawy były i to nie małe, jednak jak się okazało – zupełnie niepotrzebne.

Wiedziona przeświadczeniem poprzedniej lektury Lewisa postanowiłam, że za książkę wezmę się tylko wtedy, gdy będę mogła maksymalnie skupić się na treści, by zrozumieć to, co pragnął przekazać pisarz. Okres świąteczny i poświąteczny okazał się świetnym czasem na czytanie tejże publikacji, nie tylko z racji, iż miałam więcej czasu by oddać się swej pasji, ale i okazji sprzyjającej rozmyślaniom nad własną modlitwą i religijnością. Do każdego kolejnego rozdziału starałam się podchodzić więc na spokojnie – bez zbędnego spinania się, nawet, gdy musiałam jakiś fragment przeczytać dwukrotnie, gubiąc się pomiędzy kolejno zapisanymi słowami.

Nawet... pilniczek może być dobrą zakładką :)
Nie od dziś wiadomo, ze religia nie jest częścią ludzkiego życia, o której można rozmawiać wyłącznie w prosty sposób. Nasza duchowość jest kształtowana nie tylko przez to, co przeżywamy, ale i przez ludzi, których spotykamy. Nikt nikomu nie jest równy, więc także naszej wiary nie można by postawić na dwóch szalkach wagi. Jednak to, co spotyka innych, często może być drogowskazem dla tych, który szukają sensu swoich przeżyć metafizycznych i religijnych. „O modlitwie. Listy do Malkolma” stanowią więc swoiste świadectwo wiary, które dla kolejnych pokoleń pozostawił Lewis.

"Gotowa formułka nie może służyć mi do rozmowy z Bogiem, tak jak nie mogłaby mi służyć do rozmowy z Tobą."

Myślę, że najbardziej przypadł mi do gustu rozdział, w którym Pan Lewis „rozdrabniał na części pierwsze” jedyną gotową modlitwę, którą posługiwał się przez wiele lat po swoim nawróceniu. Autor poddał oglądowi kolejne frazy „Modlitwy Pańskiej” popularnie zwanej „Ojcze Nasz”. W każdym kolejnym frazesie zauważał jego możliwość różnej interpretacji, wyróżniał znaczenia, nie tylko te, których byśmy się spodziewali, ale i te, które niejednokrotnie zaskakiwały swą głębią czytelnika. Choć te dość otwarte spojrzenie na modlitwę, którą codziennie posługują się miliony Chrześcijan na całym świecie, mogłoby wydawać się zbędne, myślę że Pan Lewis w ten sposób przybliżył swoim czytelnikom głębię tejże modlitwy. Pokazał poprzez swoją analizę, iż „Modlitwa Pańska” nie jest płytkim tekstem, który „klepie się” na chwałę Pana, ale ukazał prawdziwą wartość tekstu, który wypływa i wypływać będzie z ludzkich ust do końca świata.

Lepiej byłoby odnosić się do Boga w ogóle bez nabożeństwa niż z nabożeństwem, które przeczyłoby bliskości.”

Autor powieści zauważa także, że człowiek mógłby stać się bliższym Bogu, gdyby nie skupiał się na nabożeństwie, które winien wypełnić, lecz oddawałby się w pełni dialogowi, w który wchodziłby z Panem. Myślę, że jest trochę w tym racji, gdyż modlitwa, w której człowiek w pełni i bez ogródek oddaje swe myśli, pragnienia, troski, radości, słowa podzięki, jest według mnie możliwością na umocnienie więzi z Chrystusem. Nie chodzi przecież o to, by z nie wiadomo jak czcią przybliżać się do Boga, lecz starać się być blisko niego także w momentach, gdy nie możemy wygłaszać rozbudowanych, gotowych formułek. Trzeba pozostać sobą.

Nabożeństwo byłby doskonałe, gdybyśmy pozostawali go prawie nieświadomi; wtedy moglibyśmy się skupić jedynie na Bogu.”

Powieść Pana Lewisa jest moim skromnym zdaniem świetną lekturą nie tylko dla tych, którzy wierzą, ale i dla ludzi, który są pełni wątpliwości. Książka pozwala zastanowić się nad własnym życiem, poddać analizie własne zachowania, przyzwyczajenia i potrzeby duchowe. Uważam, że jego przemyślenia, które nie wynikały, że tak powiem „z kapelusza” lecz z własnych i dość świeżych doświadczeń, mogą być świetną wskazówką dla ludzi, którzy na nowo chcieliby odnaleźć w sobie Boga.

Żeby mógł istnieć świat albo Kościół, potrzeba najróżniejszych ludzi. Być może zdanie to jest nawet prawdziwsze w odniesieniu do Kościoła. Jeśli łaska udoskonala naturę, to musi ona doprowadzić do rozkwitu tej pełni różnorodności, którą zamierzył Bóg, stwarzając naturę każdego z Nas.”

Podsumowując, muszę powiedzieć, że choć lektura nierzadko przychodziła z łatwością, nie żałuję ani trochę iż oddałam się czytaniu ostatniej powieści Pana Lewisa. Dzięki jego jakże trafnym spojrzeniom, niezwykłemu kunsztowi języka i niepoprawnemu humanizmowi, jaki wykazywał w swoich słowach, mogłam na chwilę zatrzymać się i spojrzeć na swoje życie. Kolejno zapisywane frazesy co raz bardziej przypieczętowują wielką wartość książki, której nie można minąć obojętnie i której to lektura nie kończy się moim zdaniem z zamknięciem ostatniej strony.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater i wydawnictwu Esprit, za co serdecznie dziękuję ;)

niedziela, 12 stycznia 2014

[135] Katarzyna Wójcik „Krzemyki”

 
Wyd. Warszawska Firma Wydawnicza,
Warszawa 2013, 74 str.
Ocena: 5/10 OK.

Pisząc wiersze zostawiamy tam cząstkę siebie – kawałek naszych wspomnień, radości i smutków, niewielki bagaż naszych doświadczeń skryty pomiędzy kolejnymi słowami, którymi pragniemy przelać na kartkę cień duszy. Choć każdy z nas ma zupełnie inną duszę, która zupełnie inaczej czuje, postrzega i odbiera różne zjawiska i rzeczy, potrafimy rozpoznawać wzajemną radość w słowie, którym przychodzi się posługiwać człowiekowi. Dla mnie takim odkrywaniem „twarzy” drugiej osoby, zupełnie mi nieznanej, bywa często czytanie poezji. Bo przecież za tekstem od zawsze i na zawsze kryje się istota ludzka :)

Kim jest autorka tekstu? Niestety nie mam pojęcia. Z tego co zapisane na okładce mogę jedynie sądzić, iż to odważna osoba, która nie boi się szukać odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Nie poddaje się w tym zajęciu, spoglądając na codzienność niemalże przez maleńkie okienko pokoju. „Krzemyki”, które postanowiła wydać drukiem to zbiór prostych wierszy, które nie pisała tylko i wyłącznie przysłowiowym piórem, ale i przede wszystkim sercem.

Kiedy zaczynałam czytać zbiór wierszy Pani Wójcik na pewno miałam nie małe wymagania po moim poprzednim spotkaniu z poezją opublikowaną przez WFW autorstwa Pani Moniki Wardy-Saran. Kilkadziesiąt stron więcej, dodatkowe kilkanaście wierszy w porównaniu z poprzednim moim czytaniem twórczości poetyckiej – była to nie lada gratka i uciecha, gdy początkowo tylko wyłącznie kartowałam publikację niewielkich rozmiarów. Jednak wtedy, pomiędzy kolejnymi przewracanymi pobieżnie stronicami, w głowie zrodziła się myśl: „Czy i tym razem zakończę lekturę z zadowoloną miną?”

Wszystko na swój nie tylko koniec, ale i początek. Dla mnie zbiór nie zaczął się jednak z pierwszym wierszem, który w moim odczuciu był niczym tytułowe „Złudzenia” - pozostawiał złudzenie wyrwanej z kontekstu historii, którą być może czytelnik powinien odkryć dopiero kilka stron dalej. Dlatego postanowiłam przymknąć oko na to pierwsze potknięcie – każdemu przecież się zdarza – i bez cienia wątpliwości rozsmakowałam się w „Kiedyś...”. Czytając ten krótki, zaledwie kilkudziesięciowersowy utwór, zauważyłam pasję, jaką darzy Pani Wójcik tworzenie i jak wielką wagę odgrywa dla niej, rozświetlając często szarą, jak to bywa, codzienność. Słowa pozwalają jej wzlatywać ku górze i sprawiają, że kolejny dzień jawi się lepszym.
Czytanie, wertowanie, "smakowanie"...

kiedy tak ćwiczę słowa
kiedy je zbieram w jedną całość
to trochę tak
jakbym się miała od nowa zakochać
w pierwszej literze
w drugim zdaniu
i to właśnie moje pisanie (...)”*

Podczas lektury często towarzyszyły mi już stare i często zapomniane, wśród przepychu panującego na rynku muzycznym, piosenki. Nie dziwnym więc było, że ten przypadkowy zbieg okoliczności sprawił, że w pamięci zapadł mi też wyjątkowo wiersz „Stare piosenki”. Nie wiem czy w całym zbiorze znalazłabym wiersz, który jest wg tak trafnie sformułowany jak ten. W końcu to, co raz wpadnie nam do ucha, nie zostaje zapomniane, a trwa gdzieś obok, by kiedyś, w odpowiednim momencie o sobie przypomnieć.

(...) stare piosenki
są jak uśmiech, który się w oku zatrzymał
choć je czart łamie na pół
trwają przy nas”**

W zbiorze niestety znalazłam też wiersze, które totalnie do mnie nie trafiły. Było ich dość sporo, jednak najbardziej utkwił w mojej pamięci w dość niechlubnym świetle utwór pt. „Los”. Ten, choć początkowo zapowiadał się całkiem ciekawie, w pewnym momencie jakby posypał się. Muszę powiedzieć, że to wygląda nawet tak, jakby zabrakło na niego pomysłu, a kolejne frazesy były dopisywane niemal na siłę, by tylko go skończyć. Niektóre sformułowania dziwiły, inne pozostawiały głuchy odgłos w głowie. O co mogło chodzić Pani Wójcik? Nie mam za bardzo pojęcia...

(...) spadł panu długopis z biurka
niech się pan nie martwi
proszę mi podać te zmęczone kwiaty z wazonu
wyrzucę (...)”***

Jeden z wierszy, które spodobały mi się najbardziej
Na koniec mogę jedynie powiedzieć, że Autorka pozostała dla mnie nieodkrytą tajemnicą. Choć może nie do końca mam rację. Przed lekturą była dla mnie po prostu „tą” Katarzyną Wójcik, której imię i nazwisko widniało na okładce niewielkiej książeczki. Po przeczytaniu kilku wierszy kształtował się w mojej głowie obraz kobiety, która pochylona nad kartką, wieczorami, po ciężkim lub nieco bardziej przyjemnym dniu zapisywała kilkadziesiąt słów o tym, co widzi wokół. Czasem wychodziło to mniej udolnie, kiedy świat przelatywał jej między palcami, a zdania wydawały się być niesmaczną papką. Jednak bywały takie momenty, kiedy na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, gdyż razem z Panią Kasią (w wyobraźni na twarzy Pani Katarzyny pojawiała się radość z tworzenia i w mig stawała się pełną optymizmu Kasią) błądziliśmy w labiryncie, będąc co raz bliżej odnalezienia odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.

Podsumowując, muszę przyznać, ze kilka utworów było naprawdę obiecujących, ale i nie zabrakło tych, po których lekturze czułam się nieco zdezorientowana. Momentami w takich przypadkach czułam się jakby ktoś specjalnie wyciął mi gdzieś zdanie między kolejnymi linijkami. Jednak gdy dalej kartkowałam zbiór przychodziły tak ciekawe utwory jak „Milczący Poeta”, „Proste pytanie” czy „Litery”. Ze względu na te i jeszcze kilka wierszy myślę, ze warto choćby spojrzeć na poezję dziewczyny, która być może tak jak wielu z Nas – najprawdopodobniej szuka swojego miejsca w świecie.

* Fragment wiersza pt. „Kiedyś...”
** Fragment wiersza pt. „Stare piosenki”
*** Fragment wiersza pt. „Los”

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater i wydawnictwu Warszawska Firma Wydawnicza, za co serdecznie dziękuję ;)

środa, 25 grudnia 2013

Informacje z "kraju" i ze "świata"...


Hej ho, do pracy by się szło.. ;)
Jak pewnie zauważyliście – dość dawno nie było na KSIĄŻKACH-MEME żadnej recenzji, stosu, listopadowego podsumowania czy choćby wyników zorganizowanego przeze mnie konkursu. Już nie pierwszy raz w tym roku, mimo że czytałam naprawdę wyjątkowe lektury, zagościł we mnie leń, który nie pozwalał spisać swoich spostrzeżeń na temat przeczytanych książek. Przeczytane pozycje piętrzyły się, jednak za każdym razem, kiedy planowałam zabrać się za uporządkowanie bloga, zaczynałam pisać opowiadania lub robić cokolwiek innego. Przeglądałam nawet wasze blogi i na nowo starałam się odnaleźć siły, wracając do pierwszych postów na moim blogu. Aż w zeszłym tygodniu usiadłam się i jak dawniej (ku utrapieniu czytających) napisałam długaśną, trzystronnicową opinię. Dziś w gotowości są już dwie recenzje, a skończenie trzeciej to kwestia kilkudziesięciu minut :) Na biurku zaś (i w innych nietypowych miejscach w pokoju) pozostaje sześć pozycji do zrecenzowania. Mam nadzieję, że uda mi się napisać o nich do końca roku. Każdą gotową opinię opatrzoną zdjęciami i cytatami zaplanuję też z Bloggerem, by na bieżąco nadrabiać zaległości i dać Wam możliwość czytania o często bardzo dobrych publikacjach. Kilkadziesiąt stron do przeczytania, na które składa się aż pięć zupełnie różnych od siebie książek i kilka lektur szkolnych – to wszystko przede mną jeszcze przed Nowym Rokiem! Życzcie mi więc powodzenia :)

Z „kraju” już było, więc przychodzi czas na informacje ze „świata”. Wielu spośród Was już pewnie słyszało, bo nasza „Sztukaterowa rodzina” nie jest mała, ale i ja chciałabym wspomnieć choć słówko o dwóch akcjach, którym przewodniczy portal, z którym współpracuję niemal od początku mojej blogowej działalności :) Portal Sztukater to nie tylko dział książki czy jak mogłoby sądzić wielu „darmowe egzemplarze recenzenckie”. To coś więcej. Mianowicie działa on pod opieką Stowarzyszenia Sztukater, które zajmuje się przede wszystkim walką z wykluczeniem społecznym. Razem ze Sztukaterem dostajemy możliwość niesienia pomocy tym, którym jest ona po prostu potrzebna. Już dość dawno (ach, że też mnie tyle czasu tu nie było) portal rozpoczął Ogólnopolską Zbiórką Darów Kulturalnych, która na celu ma wspomaganie m.in. świetlic wiejskich. Działania te mają na celu wspomóc placówki, których półki świecą pustkami. Kiedy o tym przeczytałam, od razu pomyślałam, że to niezwykłe przedsięwzięcie, gdyż każdy powinien mieć możliwość przeczytania choćby krótkiej opowieści. Sama mam do biblioteki niezły kawałek i nie wyobrażam sobie, żeby był ktoś, kto nie ma możliwości przeczytać choć jeden publikacji w miesiącu. Myślę więc, że akcja, o której możecie więcej przeczytać TUTAJ, naprawdę jest godna uwagi ;) Zainteresowanych nie tylko akcją, ale i Sztukaterem zapraszam na stronę i facebookowy profil portalu. Z kolei "operacja" opatrzona tytułem „A ty jak spędzisz święta?” to kampania poruszająca problem samobójstw. Nasza „rodzina” postanowiła wesprzeć tych, którzy w okresie świąt są najbardziej narażeni na „niewłaściwe myśl” - samotnych. Od dnia 24. grudnia do 26. grudnia każda osoba, która będzie czuła się samotna, otrzyma szansę rozmowy z Sztukaterowiczami. Rodzinna atmosfera, ciepło i zrozumienie ofiarowane zupełnie bezinteresownie zostanie „podarowane” w te święta każdemu, kto napisze na Artie Sztuk - Profil na FB (dyżur 24 h), a także GG: 4768328 (dyżur 24 h). Mam nadzieję, ze ta niezwykła akcja stanie się w kolejnych latach tradycją :)

I na koniec, jeśli już przebrnęliście przez te wszystkie optymistyczne informacje, chciałabym uszczęśliwić w te święta jedną osobę, która okazała się zwycięzcą w moim konkursie :) Prezent co prawda dotrze po świętach, ale mam nadzieję, że sprawi radość osobie, której nick widnieje na zdjęciu :)

A jednej z recenzji możecie wypatrywać już jutro. Z świątecznymi pozdrowieniami znad mandarynek, które już na początku grudnia antycypowały Święta (jak stwierdziliśmy na religii), Meme ;)

środa, 27 listopada 2013

[132] Marcin Wolski „Prezydent von Dyzma”

Wyd. Zysk i S-ka,
Poznań 2013, 352 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Schyłek II wojny światowej to jeden z najbardziej bogatych pod względem historycznym okresów minionego wieku. Wiele wskazywało na to, że wojna zmierza ku końcowi – sowieci zmierzali przez Generalną Gubernię ku Berlinowi, by zadać decydujący cios. Co stało się dalej, dobrze wiemy Jednak czy Hitler mógł zapobiec upadkowi Berlina? Może była szansa, że pomoże mu polska pomoc zbrojna? Tylko jak przekonać do siebie Polaków, którzy to właśnie nie przez nikogo innego jak Hitlera, zostali wyniszczeni? Pomysł, uciekający czas i Nikodem von Dyzma. Co z tego wyniknie?

Marcin Wolski to pisarz, który urodził się zaledwie kilka lat po zakończeniu IIWŚ, bo w 1947 roku. Jest także dziennikarzem, satyrykiem i autorem audycji radiowych „60 minut na godzinę” i „ZSYP”, a nawet telewizyjnych -„Polskie Zoo” oraz kabaretów. Pan Wolski to autor przeszło trzydziestu powieści, m. in. Agent dołu (1988), Ekspiacja (2004), EuroDżihad (2008), Drugie życie (2009), Jedna przegrana bitwa (2010), Ewangelia według Heroda (2011), Doktor Styks (2011), Skecz zwany morderstwem (2012), Wallenrod (2009, 2012) oraz bestselleru Mocarstwo (2012). Spod jego pióra wyszło także kilkanaście zbiorów opowiadań, wierszy i tekstów satyrycznych.
Przez wielu Pan Marcin uznawany jest za człowieka o nieograniczonej wyobraźni, fantastyce i znacznym poczuciu humoru.

Kiedy wszystko wszystko wskazuje na to, iż wojna zakończy się dla Niemiec fiaskiem, naziści chwytają się ostatniej nadziei. Pomysł jest prosty – na stanowisko prezydenta podstawić należy człowieka charyzmatycznego, ale jednocześnie zależnego od III Rzeszy. Wybór pada na Nikodema von Dyzmę. Jednak ten wydaje się być niemożliwym odnalezienia – podczas napaści na Polskę zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Rozpoczyna się wyścig z czasem – w ciągu siedmiu dni trzeba odnaleźć Dyzmę. Nagroda toczy się o najwyższą stawkę. Na starcie stają: Hans Frank, Heinrich Himmler i Joseph Goebbels. Rozpoczyna się gra o przyszłość Europy. Kto zwycięży i odbierze należyte laury?

„Gdyby im wierzyć, osobnika, który mógł być Dyzmą, widziano w ciągu ostatnich trzech miesięcy w 1289 miejscach. W trakcie pobieżnej selekcji ograniczono wykaz do stu dwudziestu miejsc i tyluż podejrzanych.”

Prezydent von Dyzma” był pierwszą książką Pana Marcina, która wpadła w moje ręce, choć już nie raz słyszałam pochlebne słowa na temat jego prozy. Zachęcona pozytywnymi komentarzami w stosunku do autora, kiedy tylko nadarzyła się okazja, zdecydowałam się przeczytać jego powieść.

Uwielbiam tą okładkę! :)
Już nie pierwszy raz chwyciłam za pozycję, w której pisarz odwołując się do wydarzeń historycznych, tworzy fikcję literacką. Ostatnim razem te podejście nie udało się tak, jak się tego spodziewałam, dlatego też do tej lektury podchodziłam niezwykle ostrożnie. Przyznam, że najbardziej obawiałam się jeżyka autora, bo przecież od niego w dużym stopniu zależy dalsze powodzenie czytanej lektury. Tutaj, jak się okazało, zostałam mile zaskoczona – Pan Wolski pisze niezwykle przystępnie, a z kolejne przeczytane linijki tekstu przemijają wręcz niezauważalnie. W ciągu kilku chwil okazuje się, że zamykamy książkę z zwiedzoną miną, że to już koniec, bo przecież „tak dobrze się to czytało”. 

Mogłoby się wydawać, że opierając się na historii nie można napisać zbyt ciekawej książki, która zainteresowałaby człowieka w każdym wieku. Od razu przychodzą mi na myśl te tłumy, które niejednokrotnie ziewają na lekcji, gdy nauczyciel stara się z jak największą dokładnością przedstawić losy naszych przodków. A po lekturze książki Pana Marcina śmiało mogę powiedzieć niedowiarkom, że publikacja oparta na wydarzeniach historycznych wcale nie musi być nudna, a wręcz przeciwnie porywająca – taką właśnie opowieść stworzył Pan Wolski :)

Kolejną rzeczą, która z pewnością zaskakuje jest znikoma obecność panującej wokół wojny. Autor umieszcza akcję kolejno rozgrywających się scen z dala od najbardziej „krwawych” miejsc w Europie, gdzie widać było przerażające oblicze wojny. Czytelnik z jednej strony ma świadomość toczącej się gdzieś w tle wojny, jednak czasem wydaje się jakby historia była pisana z pominięciem tych najstraszliwszych momentów ludzkiego przemijania. Sprawiało to, że książka była bardziej lekka, mimo że początkowo mogliśmy sądzić, iż nie będzie tak „łatwo, miło i szybko”.

Autor opisuje wydarzenia niejednokrotnie podszywając je humorem, co niewątpliwie sprawia, że czytanie staje się przyjemniejsze. Barwne postacie opisywane bez ogródek i niedopowiedzeń są kolejnym atutem książki. Strasznie przypadło mi również do gustu to, jak Pan Wolski przedstawiał biorących w wyścigu. Nie zamykał ich w drętwych ramach, a wszystko okraszał humorem, pokazując w różnoraki sposób motywacje ich kolejnych działań. Nie myślałam, że przy tej publikacji na mojej twarzy na tak długo zagości uśmiech.

Będzie, co będzie... (…) Jeśli wygra i zrealizuje zamysł Führera, sukces stanie się kamieniem milowym Trzeciej Rzeszy. Ale jeśli przegra...? Od dzieciństwa najbardziej bał się śmieszności. Może ten lęk sprawiał, że przypisywał sobie rolę demona. Wielokroć bardziej wolał wzbudzać strach niż śmiech.”

Tym co niewątpliwie wywołało nieskrywaną nawet w autobusie ekscytację lekturą było proroctwo, które czytała Lusia, a także historia ze Staruchą w domu Błażejów. W obu „wizjach” została ukazana przyszłość, która dziś otacza nas naprawdę. Myślę, że poprzez to Panu Marcinowi już w pełni wciągnąć czytelnika w opowieść i podsycić ciekawość na tyle, by sam zaczął odliczać ostatnie dni poszukiwań i oczekując odnalezienia Dyzmy.

Tymczasem, gdy opuszczali dom Błażejów, jako ostatni z grupy wychodził Ludwig. Starucha zamrugała do niego, dając znak, że chce mu coś powiedzieć. Esesman nie znał polskiego, ale nadstawił ucho. Ku jego zaskoczeniu tym razem nawiedzona mówiła po niemiecku.
- A masz ty kuzynka imieniem Joseph?
- Mam, służy teraz w Hitlerjugend.
- To poproś go, kiedy już biskupem Rzymu zostanie, aby odmówił modlitwę za grzeszną duszę starej Błażejowej.”

Książka z moją oryginalną zakładką :D
Rzadko kiedy piszę o tym jak książka jest wydana. W tym przypadku nie mogę sobie jednak tego poskąpić, z racji wydania, nie tylko przyjemnego dla oka wizualnie, ale również świetnego rozmieszczenia tekstu na kolejnych stronach. Niewątpliwie muszę stwierdzić, ze publikacja „ze skrzydełkami” (co bardzo lubię), a przede wszystkim dość duża czcionka sprawiają, że czytelnik nie ma problemów z czytaniem nawet do późnych godzin nocnych, kiedy to tomiszcze oświetla jedynie wątłe światło żarówki lampki.

Podsumowując, muszę przyznać, że publikacja Pana Marcina to literatura, którą czyta się z przyjemnością. Cieszę się, że są jeszcze osoby, które nawiązując do historii potrafią pisać nie tylko dobrym językiem, ale i wciągnąć czytelnika niczym przygodówka czy romans. Po lekturze śmiało mogę stwierdzić, że „Prezydent von Dyzma” to jedna z pozycji, którą niewątpliwie warto przeczytać nie tylko z racji na wartką akcję siedmiodniowych poszukiwań, ale i radość z czytania, jaka towarzyszy nam podczas ponad trzystustronnicowego tomiszcza ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater i wydawnictwu Zysk i S-ka, za co serdecznie dziękuję ;)

sobota, 18 maja 2013

[124] Justyna Bigos i Beata Mozer „Dzieci z chmur”

Wyd. Nasza Księgarnia,
Warszawa 2013, 352 str.
(wydanie drugie, zmienione)
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Każdy człowiek szuka w życiu szczęścia. Te pragnienie wiąże się nie tylko z karierą czy spełnieniem, ale również ciepłem rodzinnym i potomstwem. Każda kobieta, kiedy jej życie ustabilizuje się, a dni może dzielić z ukochanym mężczyzną, chciałaby, aby jej rodzina powiększyła się, Dzieci, na które przychodzi „czekać” matką, są kochane jeszcze zanim się urodzą. Jednak „wypatrywane” maleństwa nie pojawiają się, a zamiast nich przychodzą słowa „niepłodność”. Wyrok? A może jednak nie? Może ktoś czeka na końcu świata, by narodzić się w sercu matki?

Dwie przyjaciółki , które poznały się w czasie studiów i jedno pragnienie. Pani Justyna, jak i Pani Beata, to Absolwentka Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego o specjalizacji resocjalizacja. Obie pełne chęci do życia i zwykłej ludzkiej życzliwości, którą można zasmakować na kartach ich książki. Żony, matki, kobiety spełnione...

Wydawać by się mogło, że sprawy bezpłodności są obce zaledwie osiemnastoletniej dziewczynie, którą jestem. Na lekturę niewątpliwie ważnej książki, jaką stanowią zwierzenia dwóch kobiet, zdecydowałam się z racji, iż znam kilka par, które borykają się z niepłodnością. Byłam ciekawa jak to wszystko wygląda „od środka”. Chciałam dowiedzieć się, jak mogą pokonać ten „wyrok” młode małżeństwa, a także przekonać się, jak wygląda proces adopcyjny i zachowania otaczającego nas środowiska, kiedy się na takie coś decydujemy.

Pani Justyna i Pani Beata na każdej kolejnej stronie, odkrywają przed czytelnikami swoje tajemnice. Pokazują towarzyszące smutki, a czasami wręcz stany depresyjne. Nie wstydzą się swojej słabości, a czytający, mimo że nie przeżywał podobnych problemów, rozumie ich słabości. Zwłaszcza te, związane z wszelakimi próbami zapłodnienia.

Dla tego rodzaju placówek liczą się tylko wyniki. To korporacje, fabryki dzieci. Sukces mierzony wykresem stanowi o powodzeniu spółki.”

Bardzo podobało mi się, jak została złożona pozycja. Każdy kolejny rozdział miał swój tytuł i pasujacy do niego cytat, który za każdym razem wywoływał wielkie emocje u mnie, jako czytelnika, zwłaszcza w momencie, gdy nie był mi obcy. Każdy dział zawierał część pisaną przez Panią Justynę i Panią Beatę. Co ciekawe – były one pisane inną czcionką, więc nie trudno było rozróżnić, która z nich wypowiada się w danym momencie. Dzięki dwóm historiom i różnym odniesieniom do konkretnych spraw, mogliśmy obserwować dwie drogi do upragnionego szczęścia. Każda inaczej podchodziła do Boga czy in vitro, miała inne racje dotyczące tych zagadnień. Przekonania obu Pań pozwalały za każdym razem zastanowić się choć na chwilę, co my zrobilibyśmy, znalazłszy się w takiej sytuacji. Kolejne rozdziały pozwalały więc zastanowić się czytającemu nad własnym życiem. Na dodatek czytając, możemy poczuć się, jakbyśmy siedziały obok Pani Justyny i Pani Beaty, popijały kawę razem z nimi i słuchały ich zwierzeń. Myślę, że to niezwykły plus książki pozwalający przebrnąć przez nią bardzo szybko, jednocześnie nie nudząc się i uśmiechając się, zwłaszcza przeczytawszy ostatnie strony publikacji ;)

Nie chcę słyszeć, że nie wiem, co to życie, bo nie wychowałam jeszcze dzieci, bo jetem młoda. Jak bardzo chciałabym się dowiedzieć co to jest życie – a nie potrafię go dać swojemu dziecku.”

To niezwykle trudno pisać o bólu i smutku jaki pojawiał się z brakiem dwóch czerwonych kresek na teście ciążowy, a także kiedy każdego miesiąca przeżywało się żałobę z nadejściem kolejnego cyklu miesiączkowego. Widać było, jak trudne była dla kobiet styczność z małymi dziećmi czy matkami oczekującymi potomka. Niezwykle poruszającym momentem jest chwilą, opisów, kiedy to jedną z kobiet wręcz odrzucało od matek w stanie błogosławionym, nawet jej siostry. Choć dobrze wiedziała, że może sprawić przykrość drugiemu człowiekowi, nie mogła się pogodzić z tym, że ona nie tak samo głaskać zaokrąglonego brzuszka czy wsłuchiwać się w bicie serca nienarodzonej istoty podczas badania USG.

Decyzje dojrzewają jak owoce. Czasami słońce im sprzyja i rosną szybko, czasami jednak brak światła spowalnia proces. Nic tu nie da chemiczne przyspieszenie. Każdy owoc musi dojrzewać w swoim tempie. Tak samo dojrzewa decyzja o adopcji – u obojga małżonków."

Justyna Bigos i Beata Mozer w DDTVN
Książka Gdańszczanek, co ciekawe pokazuje, że nie tylko one czuły się „winne”. W przypadku Pani Beaty to właśnie jej druga połówka miała problem. Jednak nikt nikogo nie osądzał, nie miał pretensji. Publikacja to świadectwo i sile prawdziwej miłości. Mężowie, choć przeżywali wszystko na równi z żonami, nigdy nie odwrócili się od nich, zgadzali się na wszystkie badania, wspierali, kiedy nadchodziły „żałobne” dni. „Mój Anioł” - pisała jedna z Pań. Byli oni dla nich opoką, ostoją, wsparciem. Moim zdaniem „Dzieci z chmur” to nie tylko książka o kobietach pragnących potomstwa, ale i o prawdziwych, kochających mężczyznach.

Rozdziały opisujące proces adopcyjny pochłonęły mnie bez reszty. Choć wielu adopcja kojarzy się jedynie z „Rodziną zastępczą” nie przypominam sobie, by w tym serialu pokazywane było samo „przyjęcie”dziecka pod swój dach i przygotowywanie się na to. Panie z niezwykłą delikatnością i dziecięcą radością opisywały kolejne etapy „kursu”. Czytelnik z każdą stroną mógł jednocześnie zobaczyć, że to wszystko nie jest tak trudne, na jakie wygląda, że każde dziecko ma szanse na normalne życie i miłość. Z perspektywy opisywanych wydarzeń muszę powiedzieć, że podziwiam wytrzymałość obu kobiet, kiedy do pozostało im jedynie czekać na upragniony telefon.

Oczekiwanie rujnuje psychikę. Nigdzie nie ruszałam się bez komórki. Każdy sygnał telefonu powodował napięcie wszystkich mięśni, twarda gula podchodziła mi to gardła...”

Momenty, w których Panie przybywają do tymczasowych opiekunów dzieci, by po raz pierwszy zobaczyć dzieci, czytałam ze łzami w oczach. Podczas tych opisów każde kolejne słowo niosło ze sobą nie tylko nieopisaną radość, ale również ogromną miłość, jaka „zgromadziła się” w Pani Justynie i Pani Beacie podczas oczekiwania przez te wszystkie lata na upragnione szczęści.

Druga część książki, w której Panie wspominają nieco o stereotypach związanych z dziećmi adopcyjnymi świetnie zilustrowała obrazek mamy, taty i dziecka, jaki powstał po przybyciu dziecka do domu, po jego narodzinach nie pod serduszkiem mamusi, a w nim. Każdym słowem kobiety podkreślały, że Pawełek i Krzyś są dla nich najważniejszymi osobami na świecie i oddałyby za nie wszystko ;)

Myślę, że najmilszą częścią książki był dodatek w postaci bajek napisanych przez obie Panie w ramach programu przygotowawczego dla przyszłych rodziców adopcyjnych. Poprzez te historie została zobrazowana cała tęsknota za dzieckiem, na które czekały małżeństwa, a także miłość, jaka drzemała w obu kobietach. Ważne było, iż bajki ukazywały nie tylko z perspektywy Pani Beaty i Pani Justyny, ale także pisane przez osoby z ich środowiska, które mogły wszystko obserwować z boku.

Książka miała stanowić swego rodzaju lek, plaster na rany zadane przez los. Miała dać cierpiącym parom poczucie, że w swej udręce nie są osamotnione.”

Podsumowując, muszę powiedzieć, że „Dzieci z chmur” to niezwykła książka o dojrzewaniu do adopcji. Jestem pełna podziwu dla szczerości i otwartości Autorek, które z każdym słowem chciały uświadomić małżeństwom cierpiącym na bezpłodność, że jest inna furtka opisana frazą „szczęście”. Myślę, że największą zaletą tej pozycji jest nadzieja, jaką ze sobą niesie. Życzę sobie i kolejnym jej czytelnikom, a także Autorką piszących niejako „z misją”, by publikacja trafiła do wszystkich, którzy potrzebują jej lektury ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater i wydawnictwu Nasza Księgarnia, za co serdecznie dziękuję ;)