Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2015

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Niebieskie migdały"

Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Warszawa 2011, 304 s.
Podobno w mózgu człowieka zakochanego wytwarza się jakiś związek chemiczny, który sprawia, że czujemy się tak,jakby ktoś nieprzerwanie dostarczał nam kroplówki z czekoladą[1].

Marzyć o niebieskich migdałach - każdemu kiedyś się to zdarza. Dla niektórych to codzienna dawka fantazji, dla innych - oznaka słabości przed samym sobą. Jednak marzenia, nawet te najmniej realne, są czymś zupełnie naturalnym, mimo że nie zawsze pożądanym. Bowiem czy niebieskie migdały na prawdę istnieją? Czy może to jedynie coś wyśnionego, nierzeczywistego?

Ina pracuje jako dziennikarka, ma własne mieszkanie, brak jej tylko mężczyzny, który pokochałby ją i został aż do śmierci. Ponadto ma nadopiekuńczą rodzinę, która zrobiłaby dla niej wszystko, zwłaszcza matka, która najchętniej przyjęłaby córkę znów pod swój dach. Do tego - zwariowana przyjaciółka z szalonymi pomysłami o każdej godzinie dnia i nocy. A, i zapomniałam. Ina ma też... nieślubne dziecko, które kocha najbardziej na świecie. 

Niemowlak niema jednak ojca - w końcu po tym słuch zaginął i nie dowiedział się o narodzinach malucha. Kobieta postanawia wychować go sama i dać mu mnóstwo miłości. Mimo prób okiełznania wrzeszczącego Kajtka nie udaje się jej zostać matką idealną podobną tym, które pokazuje telewizja śniadaniowa. Zakupy w centrum handlowym z niemowlakiem zdecydowanie nie są dla niej relaksujące mimo zapewnień pani z tv. Postanawia więc reprezentować przeciwieństwo prawidłowych cech dobrej matki. W tym o dziwo znajduje sposób... 

sobota, 18 maja 2013

[124] Justyna Bigos i Beata Mozer „Dzieci z chmur”

Wyd. Nasza Księgarnia,
Warszawa 2013, 352 str.
(wydanie drugie, zmienione)
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Każdy człowiek szuka w życiu szczęścia. Te pragnienie wiąże się nie tylko z karierą czy spełnieniem, ale również ciepłem rodzinnym i potomstwem. Każda kobieta, kiedy jej życie ustabilizuje się, a dni może dzielić z ukochanym mężczyzną, chciałaby, aby jej rodzina powiększyła się, Dzieci, na które przychodzi „czekać” matką, są kochane jeszcze zanim się urodzą. Jednak „wypatrywane” maleństwa nie pojawiają się, a zamiast nich przychodzą słowa „niepłodność”. Wyrok? A może jednak nie? Może ktoś czeka na końcu świata, by narodzić się w sercu matki?

Dwie przyjaciółki , które poznały się w czasie studiów i jedno pragnienie. Pani Justyna, jak i Pani Beata, to Absolwentka Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego o specjalizacji resocjalizacja. Obie pełne chęci do życia i zwykłej ludzkiej życzliwości, którą można zasmakować na kartach ich książki. Żony, matki, kobiety spełnione...

Wydawać by się mogło, że sprawy bezpłodności są obce zaledwie osiemnastoletniej dziewczynie, którą jestem. Na lekturę niewątpliwie ważnej książki, jaką stanowią zwierzenia dwóch kobiet, zdecydowałam się z racji, iż znam kilka par, które borykają się z niepłodnością. Byłam ciekawa jak to wszystko wygląda „od środka”. Chciałam dowiedzieć się, jak mogą pokonać ten „wyrok” młode małżeństwa, a także przekonać się, jak wygląda proces adopcyjny i zachowania otaczającego nas środowiska, kiedy się na takie coś decydujemy.

Pani Justyna i Pani Beata na każdej kolejnej stronie, odkrywają przed czytelnikami swoje tajemnice. Pokazują towarzyszące smutki, a czasami wręcz stany depresyjne. Nie wstydzą się swojej słabości, a czytający, mimo że nie przeżywał podobnych problemów, rozumie ich słabości. Zwłaszcza te, związane z wszelakimi próbami zapłodnienia.

Dla tego rodzaju placówek liczą się tylko wyniki. To korporacje, fabryki dzieci. Sukces mierzony wykresem stanowi o powodzeniu spółki.”

Bardzo podobało mi się, jak została złożona pozycja. Każdy kolejny rozdział miał swój tytuł i pasujacy do niego cytat, który za każdym razem wywoływał wielkie emocje u mnie, jako czytelnika, zwłaszcza w momencie, gdy nie był mi obcy. Każdy dział zawierał część pisaną przez Panią Justynę i Panią Beatę. Co ciekawe – były one pisane inną czcionką, więc nie trudno było rozróżnić, która z nich wypowiada się w danym momencie. Dzięki dwóm historiom i różnym odniesieniom do konkretnych spraw, mogliśmy obserwować dwie drogi do upragnionego szczęścia. Każda inaczej podchodziła do Boga czy in vitro, miała inne racje dotyczące tych zagadnień. Przekonania obu Pań pozwalały za każdym razem zastanowić się choć na chwilę, co my zrobilibyśmy, znalazłszy się w takiej sytuacji. Kolejne rozdziały pozwalały więc zastanowić się czytającemu nad własnym życiem. Na dodatek czytając, możemy poczuć się, jakbyśmy siedziały obok Pani Justyny i Pani Beaty, popijały kawę razem z nimi i słuchały ich zwierzeń. Myślę, że to niezwykły plus książki pozwalający przebrnąć przez nią bardzo szybko, jednocześnie nie nudząc się i uśmiechając się, zwłaszcza przeczytawszy ostatnie strony publikacji ;)

Nie chcę słyszeć, że nie wiem, co to życie, bo nie wychowałam jeszcze dzieci, bo jetem młoda. Jak bardzo chciałabym się dowiedzieć co to jest życie – a nie potrafię go dać swojemu dziecku.”

To niezwykle trudno pisać o bólu i smutku jaki pojawiał się z brakiem dwóch czerwonych kresek na teście ciążowy, a także kiedy każdego miesiąca przeżywało się żałobę z nadejściem kolejnego cyklu miesiączkowego. Widać było, jak trudne była dla kobiet styczność z małymi dziećmi czy matkami oczekującymi potomka. Niezwykle poruszającym momentem jest chwilą, opisów, kiedy to jedną z kobiet wręcz odrzucało od matek w stanie błogosławionym, nawet jej siostry. Choć dobrze wiedziała, że może sprawić przykrość drugiemu człowiekowi, nie mogła się pogodzić z tym, że ona nie tak samo głaskać zaokrąglonego brzuszka czy wsłuchiwać się w bicie serca nienarodzonej istoty podczas badania USG.

Decyzje dojrzewają jak owoce. Czasami słońce im sprzyja i rosną szybko, czasami jednak brak światła spowalnia proces. Nic tu nie da chemiczne przyspieszenie. Każdy owoc musi dojrzewać w swoim tempie. Tak samo dojrzewa decyzja o adopcji – u obojga małżonków."

Justyna Bigos i Beata Mozer w DDTVN
Książka Gdańszczanek, co ciekawe pokazuje, że nie tylko one czuły się „winne”. W przypadku Pani Beaty to właśnie jej druga połówka miała problem. Jednak nikt nikogo nie osądzał, nie miał pretensji. Publikacja to świadectwo i sile prawdziwej miłości. Mężowie, choć przeżywali wszystko na równi z żonami, nigdy nie odwrócili się od nich, zgadzali się na wszystkie badania, wspierali, kiedy nadchodziły „żałobne” dni. „Mój Anioł” - pisała jedna z Pań. Byli oni dla nich opoką, ostoją, wsparciem. Moim zdaniem „Dzieci z chmur” to nie tylko książka o kobietach pragnących potomstwa, ale i o prawdziwych, kochających mężczyznach.

Rozdziały opisujące proces adopcyjny pochłonęły mnie bez reszty. Choć wielu adopcja kojarzy się jedynie z „Rodziną zastępczą” nie przypominam sobie, by w tym serialu pokazywane było samo „przyjęcie”dziecka pod swój dach i przygotowywanie się na to. Panie z niezwykłą delikatnością i dziecięcą radością opisywały kolejne etapy „kursu”. Czytelnik z każdą stroną mógł jednocześnie zobaczyć, że to wszystko nie jest tak trudne, na jakie wygląda, że każde dziecko ma szanse na normalne życie i miłość. Z perspektywy opisywanych wydarzeń muszę powiedzieć, że podziwiam wytrzymałość obu kobiet, kiedy do pozostało im jedynie czekać na upragniony telefon.

Oczekiwanie rujnuje psychikę. Nigdzie nie ruszałam się bez komórki. Każdy sygnał telefonu powodował napięcie wszystkich mięśni, twarda gula podchodziła mi to gardła...”

Momenty, w których Panie przybywają do tymczasowych opiekunów dzieci, by po raz pierwszy zobaczyć dzieci, czytałam ze łzami w oczach. Podczas tych opisów każde kolejne słowo niosło ze sobą nie tylko nieopisaną radość, ale również ogromną miłość, jaka „zgromadziła się” w Pani Justynie i Pani Beacie podczas oczekiwania przez te wszystkie lata na upragnione szczęści.

Druga część książki, w której Panie wspominają nieco o stereotypach związanych z dziećmi adopcyjnymi świetnie zilustrowała obrazek mamy, taty i dziecka, jaki powstał po przybyciu dziecka do domu, po jego narodzinach nie pod serduszkiem mamusi, a w nim. Każdym słowem kobiety podkreślały, że Pawełek i Krzyś są dla nich najważniejszymi osobami na świecie i oddałyby za nie wszystko ;)

Myślę, że najmilszą częścią książki był dodatek w postaci bajek napisanych przez obie Panie w ramach programu przygotowawczego dla przyszłych rodziców adopcyjnych. Poprzez te historie została zobrazowana cała tęsknota za dzieckiem, na które czekały małżeństwa, a także miłość, jaka drzemała w obu kobietach. Ważne było, iż bajki ukazywały nie tylko z perspektywy Pani Beaty i Pani Justyny, ale także pisane przez osoby z ich środowiska, które mogły wszystko obserwować z boku.

Książka miała stanowić swego rodzaju lek, plaster na rany zadane przez los. Miała dać cierpiącym parom poczucie, że w swej udręce nie są osamotnione.”

Podsumowując, muszę powiedzieć, że „Dzieci z chmur” to niezwykła książka o dojrzewaniu do adopcji. Jestem pełna podziwu dla szczerości i otwartości Autorek, które z każdym słowem chciały uświadomić małżeństwom cierpiącym na bezpłodność, że jest inna furtka opisana frazą „szczęście”. Myślę, że największą zaletą tej pozycji jest nadzieja, jaką ze sobą niesie. Życzę sobie i kolejnym jej czytelnikom, a także Autorką piszących niejako „z misją”, by publikacja trafiła do wszystkich, którzy potrzebują jej lektury ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater i wydawnictwu Nasza Księgarnia, za co serdecznie dziękuję ;)

niedziela, 12 maja 2013

[123] Magdalena Witkiewicz „Ballada o ciotce Matyldzie”

Wyd. Nasza Księgarnia,
Warszawa 2013, 304 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Wiele razy słyszałam już głosy, że „starszy usuwa się nowo narodzonemu, by ten mógł zasmakować życia”. To po nim często odziedzicza cechy, nawet imię. Jednak takie odejście jest niezwykle trudne dla rodziny, bo przecież pożegnaliśmy ukochaną osobę, witając jednocześnie narodzone dziecko i wkraczając w nowy okres w życiu. Jak poradzić sobie bez osoby, która była nie tylko bardzo ważna, ale i dała nowe życie? A może – jak właściwie postępować, kiedy z nieba spogląda na nas ON(A)?

O Pani Magdalenie słyszałam wiele dobrego w środowisku blogowym. Wielką rolę w poznawaniu tej autorki odegrało ABC Sabinki, dzięki której poznałam przemiłą kobietę i bardzo wiele spodziewałam się po jej literaturze. Pani Witkiewicz mieszka w Gdańsku (pałam co raz większą sympatią do tego miasta – może za sprawą Joanki i jej przyjaciół, a może przepięknego stadionu, który chciałabym zobaczyć na żywo?). Ta pełnoetatowa matka i żona dzieli mieszkanie nie tylko z rodziną, ale i kotem. Na dodatek Pani Magdalena jest współwłaścicielką firmy marketingowej Efekt Motyla, no i oczywiście – pisarką. Spod jej pióra wyszły już cztery publikacje dla kobiet: „Milaczek”, „Panny roztropne”, „Opowieść niewiernej”, „Ballada o ciotce Matyldzie” oraz jedną książkę dla dzieci „Lilka i spółka” oraz kilkanaście wierszyków. Każdej powieści towarzyszy nie tylko humor, ale również dzięki Pani Witkiewicz czytelnicy mogą zagłębiać się w niesamowite opowieści pełne barwnych bohaterów.

Cała historia rozpoczyna się dlatego, że ciotka Matylda postanawia umrzeć... Joanka, której trudno pogodzić się ze stratą kobiety, która zrobiła dla niej tyle dobrego w życiu, może jednak liczyć na pomoc nieznanych przyjaciół, kiedy zaczyna się dla niej wyzwanie zwane „Macierzyństwem”. Spadek, małżeński kryzys, dziecko – choć problemów i obowiązków jest bez liku, Joanka z pomocą życzliwych jej osób próbuje wyjść na prostą. Oluś i Przemcio – dwóch barczystych mężczyzn, którzy zdobyli sympatię Pani starszej, stają się jej bliżsi, niż własny mąż. A na dodatek ciotka Matylda, która co dzień spogląda na uwielbianą Joankę... Jak zapisano na okładce „Historia o przyjaźni, która przychodzi niespodziewanie, i miłości, której trzeba się uczyć na nowo.” ;)

Pani Magdalena Witkiewicz
Być dobrym człowiekiem, Joanko, wcale nie jest tak trudno – powiedziała kiedyś ciotka Matylda. - Czasem po prostu wystarczy się uśmiechnąć, gdy przechodzisz obok kogoś smutnego. Wiesz, być dobrym, to po prostu mieć oczy i uczy otwarte. Na cały świat. A przede wszystkim najbliższych.”

Gdy zaczynałam czytać najnowszą powieść Pani Witkiewicz spodziewałam się bardzo wiele po tak wychwalanej prozie. Chciałam odnaleźć w opowieści o Joance życiową mądrość, wskazówki do szczęśliwego bytowania. Po opisie spodziewałam się również porywającego motywu przyjaźni opisywanego z taką lekkością, a zarazem głębią, jak to bywa w życiu. I oczywiście nie mogło się też obyć bez śmiechu czy wzruszeń. To co otrzymałam w zamian za moje wygórowane oczekiwania...

było niezwykłą przygodą, której po prostu nie chciałam kończyć, choć z każdą kolejną stroną, rosła ciekawość, co może stanowić zakończenie powieści. Co mam powiedzieć? Po prostu potrzebowałam tej książki. Teraz, kiedy jestem już po lekturze, nie wyobrażam sobie, że mogłabym jej prędzej czy później nie przeczytać w ogóle. Powieść Pani Magdaleny dała mi nadzieję i w końcu pomogła uwierzyć, że jeśli czegoś bardzo pragniemy, jeśli w to wierzymy, każde marzenie się spełni – taką zasadę wyznawali bohaterowie wykreowani przez pisarkę. Dawka pozytywnej energii, wiary we własne cele, ciepło i humor. A czym dokładnie mnie zachwyciła „Ballada o ciotce Matyldzie”?

 Trzeba marzyć! Joanko, przecież wszystko zaczyna się od marzeń. Człowiek chciał się przemieszczać – wymyślił koło, potem chciał latać jak ptak – i mamy samolot. Trzeba marzyć i nie wolno się ograniczać!”

Można by pomyśleć, że w opowieści, która zaczyna się śmiercią i wiążącą się z tym samotnością, nie ma miejsca na humor i optymizm. Jednak już z pierwszymi stronami, a co za tym idzie charakterystycznymi postaciami, Pani Magdalena pokazuje czytelnikowi, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu jest po coś. Nic nie dzieje się bez przyczyny, nawet z pozoru najdrobniejsze rzeczy. Pisarka, tworząc historię Joanki przekazuje, iż każdy koniec, może stać się początkiem czegoś większego, piękniejszego, a przede wszystkim wywołującego uśmiech na twarzy ;)

- Ciociu, ale to przecież smutne, że kogoś nie ma Że ktoś odszedł na zawsze. To normalne, że się tęskni.
- Eee, kochana, jak to odszedł? Po prostu się zdematerializował. Innymi słowy stara skóra mu się zużyła i musiał wykombinować coś nowego.”

Niezwykle ważnym przekazem „Ballady o ciotce Matyldzie” jest to, że poprzez pozycje Pani Magdalena chciała przypomnieć wielu ludziom, że śmierć nie jest końcem, a częścią ludzkiej wędrówki. Są środowiska, w których odejście bliskich manifestuje się radością. W kulturze chrześcijańskiej, choć wierzymy w zmartwychwstanie, opłakujemy odchodzących zmarłych, trudno Nam pożegnać ich. W swojej powieści Pani Witkiewicz pokazuje dojrzałość i empatię poprzez zachowania bohaterów. Przypomina Nam, że kochająca nas osoba nadal czuwa, ale już spoglądając z nieba.

Nie jestem sama – powtórzyła sobie z uporem – Matylda jest blisko.
I tylko ona wiedziała, czy chodzi jej o córkę, czy o patrzącą na nią z góry, z lekka zatroskaną ciotkę.”

Prócz śmierci Autorka świetnie ukazała również przyjaźń. Pokazała czytelnikowi, że nie jest to relacja, w której trzeba mieć te samego poglądy, charaktery, zajęcie, ale po prostu należy być oparciem i opoką dla drugiego człowieka, kiedy będzie potrzebował pomocnej dłoni. Rozmowa, ciepłe sowo czy po prostu uśmiech – to to, co każdy może podarować bezinteresownie drugiej osobie. W przyjaźni nie jest ważne to, co materialne, a raczej to co duchowe. I to właśnie jest w niej najpiękniejsze ;) To piękno udało się uchwycić pisarce na kartach powieści z serii Babie lato, który to cykl muszę przeczytać (i najlepiej zgromadzić) w całości.

Życie jest piękne i trzeba je przeżyć w taki sposób, żeby się nim pozytywnie zmęczyć. A wtedy już można spokojnie i leniwie przypatrywać się wszystkiemu z wysoka. Prawda Tadku? - powiedziała do męża, przytulając kotkę, która właśnie wskoczyła jej na kolana.”

Myślę, że największym atutem najnowszej publikacji Pani Magdaleny byli niezwykle barwni bohaterowie. Moje serce zdobyli oczywiście bracia – Przemcio i Oluś, którzy okazali się prawdziwymi przyjaciółmi i strasznie pozytywnymi ludźmi. Charakterystyczna wesołkowatość barczystych mężczyzn i ich profesja z pewnością mogą pokazywać, że nie zawsze wszystko jest takim, na jakie wygląda. Pani Witkiewicz poprzez te dwie postaci pokazuje, że w życiu nie powinniśmy się kierować stereotypami. Choć początkowo denerwowało mnie to, że Pani Magdalena nazywała ich zdrobniale, z czasem przywykłam do tego i te dwie nazwy za każdym razem powodowały uśmiech na twarzy. Moje radość za to powodowały entuzjazm innych, z racji, że bardzo często czytałam w komunikacji miejskiej czy na przystanku autobusowym ;)

Czytając...
Siłownia to nie wszystko. Tam nie uczą, jak kochać. Nie ma ćwiczeń na serce, a warto by je wzmocnić (…)”

Lekki styl pisania, humor i optymizm wypływające z kolejno stawianych słów, sprawiają, że książkę czyta się nie tylko z przyjemnością, ale przede wszystkim – niczym z prędkością światła, nie zwracając uwagi na mijający czas i otaczającą rzeczywistość. Z książką Pani Magdaleny pozostawiamy wszystko za sobą, nie myślimy o problemach, smutkach, a raczej dostrzegamy, że wszystko może zmierzać w innym kierunku, jeśli tylko będziemy tego bardzo chcieli i dołożymy cegiełkę opisaną słowem wysiłek.

Joanna pchała wózek. Nawet dość rytmicznie. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że był to wózek ze sklepu spożywczego, załadowany zakupami.”

Podsumowując, muszę przyznać, że „Ballada o ciotce Matyldzie” to nie tylko idealna książka, kiedy potrzebujemy wytchnienia od codzienności, dawki pozytywnej energii czy po prostu nadziei na lepsze jutro, ale także dla tych, którzy zdążając ku swoim marzeniom, mają momenty zawahania. To powieść kobieca, która spopod tysięcy innych wyróżnia się dojrzałością i mądrością życiową jej twórczyni. Jedyne czego mogę żałować po lekturze to to, że nie opowiedziałam Wam o niej, kiedy jeszcze wręcz kipiały we mnie emocje ;) Szczerze polecam!

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater i wydawnictwu Nasza Księgarnia, za co serdecznie dziękuję ;)

sobota, 13 listopada 2010

[39] Aleksander Kamiński „Kamienie na szaniec”


                                                              Wyd. Nasza Księgarnia
Warszawa 1999, 240 str.
Ocena 10/10 Perełka

O czym:                                                             

Opowieść o Bohaterach Szarych Szeregów - Rudym, Alku, Zośce, zilustrowana ponad osiemdziesięcioma zdjęciami ze wszystkich epok Ich życia - od gniazda rodzinnego, poprzez czas harcerstwa, miłości, walki, po dni ostatnie! Po raz pierwszy pełny tekst, bez skreśleń cenzury PRL. Wydanie wzbogacone zdjęciami młodzieży z drużyn i szkół noszących imiona Janka Bytnara - Rudego, Alka Dawidowskiego, Tadeusza Zawadzkiego - Zośki, Aleksandra Kamińskiego - Kamyka. Opowieść o działalności konspiracyjnej grupy przyjaciół z "Szarych Szeregów", dla których przyjaźń, wierność, obowiązek, Ojczyzna były autentyczną, a nie tylko deklarowaną wartością.

Moje zdanie:

„Opowieść o wspaniałych ideałach BRATERSTWA i SŁUŻBY, o ludziach, którzy potrafią pięknie umierać i PIĘKNIE ŻYĆ.” – Z pewnością zgadzam się ze słowami autora mojej lektury „Kamieni na szaniec”, która nie uleci z mojej pamięci do końca życia. W tych kilku słowach, którymi autor kończy książkę można ją opisać. Choć te słowa znaczą dosłownie wszystko, sądzę ,że można jeszcze więcej o nich powiedzieć. Od zawsze uwielbiałam czytać książki o II WŚ, więc niemniej moja radość była ogromna, gdy na początku roku szkolnego dowiedziałam się, iż ta wspaniała powieść będzie moją lekturą i to już w listopadzie! Radością więc przystąpiłam do czytania. Jest ona fantastyczna ! To książka o honorze, miłości, walce, zwycięstwie i radości, a zarazem o smutku, trwodze, przegranej i śmierci. Aleksander Kamiński ukazuje losy Polaków walczących nie tylko z hitlerowcami, ale także z przestraszonym narodem, który podporządkowuje się najeźdźcy. Losy młodych Polaków ukazujące ich odwagę, prawdziwe znaczenie słowa przyjaźń i patriotyzm ukazane zostały w sposób zapierający dech w piersiach.  Dzisiejszej młodzieży ( istnieją oczywiście wyjątki) nie interesują lektury, a zwłaszcza lektury o II WŚ. Bo co w tym takiego niezwykłego? Jedni drugich pozabijali i żyje się dalej – mogą tak myśleć niektórzy z moich rówieśników. Jednak robią wielki błąd nie czytając tej książki. Historia Zośki, Alka czy Rudego to historia naszych babć czy dziadków, a więc także nasza. Ci nastoletni wówczas chłopcy podejmowali decyzje, które niejednokrotnie groziły utratą życia, a jednak wykonywali swoje zadania z odwagą i uśmiechem na ustach. To historia najprawdziwszego patriotyzmu i poświęcenia. To historia, która pozwala być dumnym zawsze wtedy, kiedy pomyślimy o naszej Ojczyźnie. Nie możemy więc zapomnieć o tych, dzięki, którym możemy teraz żyć w wolnej Polsce. Składam ogromny hołd uznania Panu Kamińskiemu za tak świetnie wykreowane postaci. Choć bohaterowie mogliby się wydawać zupełnie inni -  Rudy drobny i pomysłowy, Alek szczupły i skromny, a Zośka chłopak o dziewczęcej urodzie wyróżniający się stoickim spokojem, razem ci chłopcy łączą się w całość i czytelnik jest zakłopotany, gdy zabraknie choć jednej części dopełniającej całość. W 100% mogę stwierdzić, że bohaterowie budzą ciepłe uczucia. Trudno jest nam rozstać się z nimi. Książkę chciałoby się czytać i nie przestawać, zachwycać się ich bohaterskimi postawami nie szczędząc łez nad ich trudnym życiem. Choć zawiera ona dużo opisów, a znacznie mniej dialogów, z pewnością mogę przysiąc, że nawet czytelnicy rządni emocji nie zawiodą się. W tej wspaniałej powieści przeplatają się najróżniejsze sytuacje, uczucia, osoby i zdarzenia. Wątkiem, który wywarł na mnie ogromne wrażenie, jest recytacja przez Rudego na łożu śmierci „Testamentu” Słowackiego. Utwór ten nie obszedł się bez mojego zachwalania i zachwytu, więc proszę przeczytajcie sobie go ;) Muszę przyznać, że jednak największą radość podczas omawiania tej lektury sprawia mi to, że jedna z moich koleżanek, mimo uprzedzenia do harcerzy postanowiła już w czasie omawiania lektury przeczytać tę książkę. Z uśmiechem na ustach myślę o tym jak obydwie rozmawiałyśmy kilka dni temu o tym wspaniałym patriotyzmie bohaterów. Moja koleżanka jest dowodem na to, że lektura Kamińskiego jest dla wszystkich. Nie ważne czym się interesujesz, czy lubisz czytać o II WŚ, czy masz może takie uprzedzenia jak ona – z pewnością książka nie zawiedzie Cię, a wręcz przeciwnie zachwyci. Czytając tę książkę płakała, zdając sobie sprawę, że dzięki właśnie takim ludziom jak Alek, Rudy i Zośka, my możemy żyć w wolnym kraju, na który i tak dość często narzekamy. Ale oni nie ponieśli śmierci bez przyczyny. Oni dali nam przykład jak pięknie żyć, z którego czerpiemy wzór. Nie znaczy to, że tak jak oni będziemy walczyć w Wawrze czy działać w Małym Sabotaży, my musimy kontynuować wszystko dobre co oni chcieli pielęgnować. Musimy uczyć się, czytać wartościowe książki, pomagać innym i wierzyć, że te wspaniałe osoby, tak jak mówi Pani Iza Tomala w wywiadzie dla Polskiej Gazety Wrocławskiej – moje aniołki są szczęśliwe w niebie i kiedy ich tam spotkamy będą mogli nam powiedzieć „ Jesteśmy z Ciebie dumni !”  

Ulubione cytaty :

"Istotą każdego cierpienia jest to, że pożąda śmierci jak łaskawej i dobrej wybawicielki."

"Życie byłoby nędzne i zawstydzające - mówił Rudy - gdybyśmy skupiali się tylko na przygotowaniu do zadań jutra, a nie brali udziału w walce już dziś."

„Walka trwa. Trzeba przerwać te opowieść. Opowieść o wspaniałych ideałach BRATERSTWA i SŁUŻBY, o ludziach, którzy potrafią pięknie umierać i PIĘKNIE ŻYĆ.”

”Tak oto bezgraniczna wiara młodości: wiara w siebie samych, wiara w naród, wiara w słuszność polskiej sprawy i w najwyższą sprawiedliwość – kazała tym młodym ludziom traktować całą otaczającą ich rzeczywistość jako coś bardzo nierealnego i przejściowego”.

„ Drugorzędni też nie zaszkodzą (…) bo coś mi się zdaje, że orłów w Polsce było zawsze sporo, mrówek- znacznie mniej.”

„Zapanowała cisza. Czarny Jaś starając się opanować głos, mówił Testament. Rudy trzymał w dłoni rękę Zośki i szeptem powtórzył sinymi wargami jedną ze zwrotek:

Lecz zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei
……………………………………….
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec...”

czwartek, 17 czerwca 2010

[007] Markus Zusak „Złodziejka książek”

Tytuł oryginału: The Book Thief
Wyd. Nasza Księgarnia , 
Styczeń 2008, 496 str.
Ocena: 10/10 Perełka

O czym :

Rok 1939. Dziesięcioletnia Liesel mieszka u rodziny zastępczej w Molching koło Monachium. Jej życie jest naznaczone piętnem ciężkich czasów, w jakich dorasta. A jednak odkrywa jego piękno - dzięki wyjątkowym ludziom, których spotyka, oraz dzięki książkom, które kradnie.
Nietrudno się przekonać, że autor „Złodziejki książek” odpowiada bez słów – albo raczej słowami swoich bohaterów: tak, trzeba! Trzeba, bo nie możemy zapominać, że człowiek zdolny jest nie tylko do wielkich czynów i osiągnięć, ale także do podłości, okrucieństwa, negowania człowieczeństwa innego człowieka; trzeba, bo musimy zrozumieć, jakie uwarunkowania wyzwalają w nim te, a nie inne instynkty.

Moje Zdanie:

Szczerze mówiąc , boję się śmierci. Dlatego gdy dowiedziałam się że narratorem jest śmierć trudno było mi podejść do lektury. Ale jednak przełamałam się . Książka bardzo mnie zaskoczyła. Gdy zaczęłam ją czytać po prostu zakochałam się w tej cudownej historii małej Liesel.
To piękna, poruszająca opowieść o miłości, przyjaźni, odpowiedzialności, lojalności – uczuciach, które żyją nawet wtedy, gdy świat wokół umiera. A także o tym, jaką rolę odgrywają słowa w relacjach między ludźmi. Autor potrafi pisać o tym w sposób bardzo wyrazisty, nasycony emocjami, a równocześnie tak prosty, że przyjemnie się czyta.
II wojna Światowa nie tylko dla nas była „czasem krwi, rozbitych samolotów i pluszowych misiów”. Nie tylko my cierpieliśmy, ale także inni.
Byłam ogromnie zdziwiona, że Niemcy tak źle postrzegali tę wojnę. Wcześniej nie sądziłam, że dla nich też była tak okrutna i trudna. Te pięćset stron, które opowiadają historie niemieckiej dziewczynki , której życie podczas wojny zmieniło się diametralnie urzeka. Dziewczynka mimo tego, że pokochała Hansa i Rosę, musiała ich stracić. Opis bombardowania jej ulicy czytałam ze łzami w oczach. Jestem osobą bardzo wrażliwą i ta śmierć moich ulubionych bohaterów wywarła na mnie piorunujące wrażenie.

Oryginalna technika przerywania narracji wyodrębnionymi cytatami, uwagami, definicjami – wbrew pozorom nie zaburza jej jednolitości, podkreślając tylko najważniejsze elementy akcji.

Książka pokazuje, że kiedy nadchodzi taki czas , nieważne, czy jesteś po wygrywającej stronie. Ważne, czy okażesz się człowiekiem. Czy podasz umierającemu z głodu kawałek chleba albo przechowasz w piwnicy obcego, ściganego za nie popełnione winy, czy przygarniesz cudze dziecko lub zostawisz otwarte okno biblioteki, czy umiesz być ojcem, dzieckiem, sąsiadem, przyjacielem…

 Cytaty:

„Bierz mnie – mówili i nie było możliwości, aby ich powstrzymać. (…). Znali zbyt wiele sposobów, byli bardzo pomysłowi i skuteczni (..) czy pozwoliłby, by dusze tych, którzy pragnęli żyć i zasługiwali na życie, wpychano mu w ramiona bez końca, minuta po minucie, natrysk po natrysku ?? „

„Rasa ludzka od czasu do czasu przechodzi sama siebie. Powstaje wówczas nadprodukcja martwych ciał, a wraz z nimi i dusz”

[005] Elżbieta Jackiewiczowa „Pokolenie Teresy”


Wyd. Nasza Księgarnia, 
Warszawa 1974, 275str.
Ocena: 10/10 Perełka

 O czym:

"Pokolenie Teresy" można by nazwać zbeletryzowanym pamiętnikiem z czasów hitlerowskiej okupacji. Ludzie, fakty, nazwiska są autentyczne. Bohaterami są uczniowie tajnych szkół. Pokolenie, któremu wojna odebrała wszystko, co jest udziałem normalnego życia młodych: prawo do nauki, bezpieczeństwo domu, czar marzeń o osobistym szczęściu, piosenkę, sport. A jednak żyli ci ludzie pełnym życiem. Mieli jasno wytknięty cel - nie oszczędzali siebie. Sięgali po każdą broń. Tą bronią była też zakazana przez wroga nauka.

Moje zdanie:

Bardzo lubię czytać książki o czasach II wojny światowej. Chociaż często zasmucają mnie perypetie bohaterów, lubię zaglądać do tego rodzaju literatury. Dlatego i nie bez powodu ta książka urzekła mnie. Sytuacje w jakich była Teresa i jej matka nie pozwalały mi się oderwać od lektury. To dzieło warto przeczytać choćby ze względu na pamięć. Nie wolno nam zapominać o ludziach, którym przyszło żyć w tak okrutnych czasach. Nie zdajemy sobie sprawy, co przeżywali w trosce o swoich najbliższych, ze strachem czekali, co przyniesie jutro. Całym sercem podziwiam panią Elżbietę Jackiewiczowiczową, że takim prostym językiem potrafiła pisać o swoim życiu w tych trudnych czasach. Szczerze dziękuję Bogu, że nie dane mi było żyć w takich czasach. Refleksja, wzruszenie, smutek - te uczucia przeplatały się ze sobą, kiedy czytałam tę "lekcję polskiej historii". Narratorem książki jest matka dziewczynki- Teresy, która jest główną bohaterką. Opowiada o młodości swojej córki za czasów II wojny światowej.

Dla mnie najbardziej niesamowitą rzeczą jest to jak Ci ludzie byli zdeterminowani. Hitlerowcy chcieli zniszczyć Polską kulturę, dorobek historyczny, oświatę. Jednymi słowy zniszczyć naszą tożsamość narodową. Jednak Polacy wiedzieli, że nie mogą do tego dopuścić! Walczyli, jak mogli. Nie koniecznie chwytali za broń. Walczyli słowem...
Nawet szkoły nie funkcjonowały. Dla Hitlera Polacy byli robotnikami, którzy nie muszą mieć matury... Ale Ci ludzie wiedzieli, że nie można do tego dopuścić! W konspiracji tworzyli "tajne komplety" (komplety tzn. kilkuosobowe grupki uczniów), w których "normalnie" nauczano. Jedną z kolejnych rzeczy jaka mnie zachwyciły było to, że tym ludziom nadzieja nigdy nie zanikała. W porównaniu do nas bardzo kochali szkołę. Była to dla nich jedyna część ich polskości.  Nie marnowali czasu... A my? Wszystko na tacy podane i jeszcze narzekamy...

Oczywiście było tam też wiele momentów, gdzie łzy leciały mi ciurkiem po policzkach gdy uświadamiałam sobie, ze ci ludzie mieli tyle lat, co ja... A teraz : kto oddawałby życie za ojczyznę? Czy o taką Polskę walczyli?

Wielu bohaterów tej książki poświęciło swoje życie za to byśmy my żyli teraz tak jak żyjemy. Z wielkim trudem czytałam o śmierci moich ulubionych bohaterów. Ale oni poświęcili swoje życie, swoją młodość. Dla kogo? Dla czego? Po co?  Odpowiedź chyba jest prosta...
Polecam na 100% ;D

Ulubione cytaty :

"Młodzi się zawsze śpieszą. Na spotkanie życia."

"Leży, ręce rozrzucone, jakby chciał ziemię objąć...lok na czole...śpi. A więc zdał maturę. Już nie będzie się nigdzie śpieszył."

[004] Izabela Sowa „Agrafka”

Wyd. Nasza Księgarnia
Wrzesień 2009. 240 str.
Ocena: 3/10 Poniżej oczekiwań

O czym:

Stylizowane meble, nowa terenówka co trzy lata, markowe ubrania na każdy sezon, dwupoziomowy apartament i na deser wakacje, do tego podziw bliskich, szacun sąsiadów i zazdrość kumpli z Naszej Klasy. Nawet tych, których się ledwo pamięta... Według rodziców Miłki to wystarczy, aby stać się najszczęśliwszą osobą na świecie. Ona jednak uważa inaczej. Nie chce być dłużej grzeczną dziewczynką. Próbuje kroczyć własną ścieżką, a nie tą wyznaczoną przez idealną starszą siostrę (zwaną Pierwszą) i rodzinę, dla której liczy się tylko zachowanie pozorów. Nieoczekiwanym sprzymierzeńcem Miłki okaże się wyklęty przez najbliższych dziadek. Na obrazie bez skazy pojawi się kilka bolesnych rys...

Moje zdanie :

Opis widniejący z tyłu ksiązki bardzo mnie zachęcił. Jednak z opowiadań koleżanki wywnioskowałam, że będzie to nudna książka. Właśnie dlatego długo leżała u mnie w szafce… Jednak nareszcie się doczekała. Przyznam się szczerze, że książka nie spełniła moich oczekiwań. Liczyłam na bardziej drastyczne momenty z dojrzewania Miłki. Miałam nadzieje, że bohaterka ucieknie z domu. Książka ta nie posiada też konkretnego zakończenia.
Mimo tego pomysł z dziadkiem wydaje mi się ciekawą  koncepcją. Zabrakło mi także prawdziwej miłości dziewczyny dojrzewającej….

Ulubiony cytat:

„ (…) bo każda kropka oznacza jedno życzenie, które zostanie spełnione”

„ (…) Être dans les nuages czyli bujać w obłokach”

„ (…) Już zrobiłaś najważniejszy krok."