Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2015

Izabela Sowa „Azyl”


Wydawnictwo Znak
Kraków 2013, 240 str. 
Ocena: 5/10 OK. 

Miejsc, w których możemy się ukryć w dzisiejszych czasach przed wszystkimi, nie tylko ludźmi, ale i problemami, nie jest wiele. W dobie wszechogarniającego Facebooka, telefonów komórkowych, Wi-Fi czy innych udogodnień multimedialnych, trudno tak po prostu zniknąć spod obserwacji ciekawskich. Mimo prób gdzieś w głowie pozostaje myśl, by sprawdzić wiadomości SMS oraz skrzynkę mailową. Jednak daleko od domu, w obcym kraju, łatwiej znaleźć azyl dla naszej duszy. Jedynie ducha, bo myśli przecież i tak chodzą swoimi ścieżkami.

Pani Sowa to jedna z najbardziej znanych polskich pisarek ostatnich lat. Należy ona do grona osób, które debiutowały, kiedy ja dopiero zaczynałam czytać bajki. Od tych dni minął szmat czasu, a dorobek pisarski Pani Izabeli urósł do pokaźnych rozmiarów. W tym roku światło dzienne ujrzała już trzynasta powieść autorki i zapewne, nie była ostatnią. Poza jej literacką wizytówką, wyróżnia się z tłumu feministycznymi poglądami i wegetariańskim sposobem odżywania. Ponadto pisarka silnie wspiera działanie organizacji prozwierzęcych.

Wiktoria dość spontanicznie decyduje się wyjechać. Postanawia spędzić wakacje w Dubrowniku, z dala od rodziny, a przede wszystkim Bastka, o którym chciałaby nauczyć się nie myśleć non stop. Wraca do miejsca, gdzie przed laty bywała z rodzicami, licząc, że u źródła jej pierwszych radości, znów odnajdzie szczęście. Pod chorwackim niebem spotyka ludzi, którzy tak jak ona, doświadczeni przez życie, poszukują azylu i życiowej ostoi.

Na lekturę „Azylu” zdecydowałam się dość spontanicznie. Kiedy obiła mi się o uszy informacja o konkursie z „Powrotem” Izabeli Sowy, postanowiłam zapoznać się z jej poprzednia publikacją. Jedyną lekturą, która wyszła spod pióra tej polskiej pisarki, a którą czytałam przed laty była „Agrafka”. Pamiętam, że wtedy nie za bardzo byłam zadowolona z przeczytanej powieści – liczyłam na wiele więcej. Na jakiś czas odpuściłam sobie kolejne próby z jej prozą, choć „Zielone jabłuszko” niewątpliwie kusiło. Na mojej drodze, tak jak na ścieżce głównej bohaterki pojawił się tytułowy Azyl zmieniający całkowicie wszystkie plany.

Jako małe dziecko bardzo pragnęłam mieć własnego psa, zresztą jak większość dzieciaków w moim wieku. Nie zadowalał mnie szary burek mieszkający w budzie przed domem. Psa w domu się nie doczekałam, jednak z takimi mogłam się spotkać u wujostwa czy znajomych rodziców. Nie chcę tu opowiadać o moim dzieciństwie lecz o świetnym, moim zdaniem, pomyśle na trzon „Azylu”. Wyjeżdżając na wakacje nie myślimy o zadomowieniu się tam, jednak w sytuacji Wiktorii słowo WAKACJE nabiera szerszego znaczenia. To taki urlop od życia, nie tylko w pięknej chorwackiej scenerii, ale i przy dźwiękach poszczekiwań psów wszelkich ras. To ostatnie szczególnie mi się podobało. Uwielbiałam momenty, kiedy Wiktoria wracała do Azylu, by tam oddać swoje serce pracy przy zwierzętach. Wtedy też zdałam sobie sprawę, że mając zajęte ręce (i nie koniecznie tylko tym, co główna bohaterka), człowiek mniej myśli o tym, co go dręczy.

Izabela Sowa [źródło].
„ (…) dawno się pogodziłam, że ludzie odchodzą, podobnie jak psy. Pojawiają się nowi, potem znikają i tak w kółko.”* 

Pani Izabela postawiła na niestandardowe następowanie po sobie kolejnych rozdziałów, mimo najzwyklejszej w świecie numeracji cyframi arabskimi. Mam na myśli bowiem zabieg, który po raz pierwszy widziałam w literaturze, a który dostarczył mi niemałej frajdy. Pisarka często kończyła rozdział pytaniem, bądź znamiennym dla fabuły zdaniem, by rozpocząć kolejny odpowiedzią, wyjaśnieniem, które tak naprawdę... nie dotyczyło tego, co pojawiło się w poprzednim rozdziale. Ile naśmiałam się nad tą nietypowością, która nierzadko wywiodła rozemocjonowanego czytelnika w pole. To, co zrobiła Pani Sowa zdecydowanie stanowi w dużej mierze zasługę, jeśli chodzi o finalną ocenę publikacji.

Główna bohaterka początkowo wydawał mi się zbyt zagubioną, jak na swój wiek. Wielu oczekiwało od niej stabilności uczuć i decyzji, tego jednak brakowało w życiu żony męża idealnego, który okazał się nie do końca taki doskonały. Z czasem pisarka odkrywa zasłonę, jaką została spowita dusza Wiktorii. Widzimy jej lęki, smutki i pragnienia. Widzimy w niej człowieka, który, tak jak wielu, stracił przed laty sens życia i możliwość realizacji dziecięcych marzeń. Wiktoria staje się bardziej realna, a jej kreacja bardzo wiele zyskuje w oczach czytelnika, początkowo nie rozumiejącego dręczącej pochmurnymi rozmyślaniami, postaci centralnej. 

„Życie baletnicy trwa równie krótko jak życie motyla – ostrzegał Kierownik. – Wykorzystajcie więc dobrze swój czas. Bo potem zostaną wam tylko sny o lataniu.”*

Bardzo, ale to bardzo polubiłam też pozostałe postacie. Szczególnie do gustu przypadł mi Vinko ze swoimi sentencjami 24h na dobę i wesoła barmanka Jasna. Trudno mi zdecydować, kto bardziej powodował, ze na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Niemniej jednak każdy z nich miał to „coś”, co sprawia, że czytelnik chwyta za książkę z przyjemnością, wiedząc ile wigoru i zwykłej ludzkiej radości, odnajdzie na kartach powieści. W Vinko ceniłam sobie jeszcze jego niebywałą wrażliwość i momenty melancholii, która o dziwno nie nudziła, a zachęcała do poznawania tej postaci. Pani Sowa w kwestii bohaterów spisała się w „Azylu” całkiem dobrze.

„– Wierzę, że złe rzeczy nie dzieją się przypadkiem. – Spojrzał jej prosto w oczy. – I że dają nam szansę na zmianę.”*

Choć akcja powieści biegła dość prędko i czytelnik nie miał za dużo czasu na nudę, nie brakowało też momentów na refleksję. Krótkim fragmentem, który najbardziej zapadł mi w pamięci był urywek rozmowy ojca z córką. Zadziwia mnie, jak wiele w nim prawdy i to tej, której nie zauważamy na co dzień. Dawniej ludzie nie mieli tylu udogodnień, jak my, a ich życie było często o wiele szczęśliwsze. Wiktoria w swoich rozmyślaniach rejestruje coś, co być może chodzi po głowie wielu, ale nigdy nie zostaje wypowiedziane. W sercu jednak pozostaje nieopisywalny żal...

Chorwacki azyl [źródło - ciekawy wywiad, polecam].
„ - Ludzie mają dziś chyba wszystko – zignorowała uwagę męża. – Klimatyzację, nawet w domu, paszport w szufladzie, dewizy do kupienia w kantorze na rogu, przewodniki dostępne w każdej księgarni, a do tego różne nowe wynalazki: GPS-y dla zagubionych, kurtki, które oddychają, i namioty wygodniejsze niż własna sypialnia…
- … a w telewizji tyle atrakcji, że nigdzie nie chce się ruszać – zakończył wyliczankę tata.”* 

Ciekawym było to, iż w powieści polskiej pisarki pojawiły się nie tylko piękne widoki chorwackich krajobrazów, ale także obrazy napiętnowane cierpieniem ludzi, którzy przeżyli wojnę. Sporadycznie pojawiały się krótkie zdania, które przypominały Nam o tymże wydarzeniu, które odmieniło losy mieszkających tam narodów i trwale wyryło rysę na sercu i duszy. Mieszkańcy okolic przestali być idealną wspólnotą, jaką się w nich upatrywało. Pozostało „MY” i „ONI”, które główna bohaterka słyszała na swojej drodze. Zostało też wiele zranionych psychicznie ludzi, którzy uciekali w codzienną rutynę, by spróbować nie pamiętać tych ciężkich chwil.

„Azyl” może nie błyszczy jak oszlifowany diament czy choćby perła mieniąca się kolorami. Prędzej można by go zbliżyć do kamienia, których wiele jest na plaży, a jednak przykuwa on wzrok zbieracza. Dla mnie ta powieść jest małym objawieniem. W końcu udało mi się odnaleźć coś choćby minimalnie zadowalającego w prozie Sowy. Podobno apetyt rośnie w miarę jedzenia. Myślę, że w moim przypadku jest tak z czytaniem publikacji tej polskiej pisarki. Po słabej moim zdaniem „Agrafce”, odkryłam potencjał w całkiem niezłej publikacji pt. „Azyl”. Liczyłam, że „Powrót” przyniesie jeszcze lepsze doznania, jednak się zawiodłam. Mimo to, Was, drodzy książkoholicy zachęcam do lektury, która pachnie Chorwacją – Azyl stoi przed Wami otworem :) 

*Cytaty pochodzą z książki „Azyl”, kolejno ze stron: 53, 59, 45, 64.

niedziela, 4 maja 2014

[144] Magdalena Kordel „Malownicze. Wymarzony dom”

Wyd. Znak,
Kraków 2014, 394 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Dom – ciepłe, przytulne i bezpieczne miejsce, w którym można się schować przed złem całego świata. Jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie wiele spraw dzieje się nieco wolniej, a zapach świeżo kawy wypełnia całe pomieszczenie, dając poczucie spełnienia, kiedy w końcu znajdzie się chwila spokoju. Dom, będący uniwersalnym tematem, bo przecież wszystko zaczyna się właśnie w tej naszej małej oazie, azylu. A gdy dom jest stary i ma w sobie tajemnice i klimat...

Zawsze było jej żal opuszczonych budynków. Zdawało się, że stare mury wciąż marzą o minionych szczęśliwych dniach, wspominają czasy, gdy w ich wnętrzu tętniło życie. I teraz też odniosła wrażenie, że wraz z jej przybyciem w dom wstąpiła nadzieja na lepsze czasy.”

Pani Magda to jedna z polskich pisarek, która w ostatnich latach skradła serca czytelniczek w całym kraju. Jej bestsellerowe powieści zagościły nie tylko na półkach książkoholiczek płci pięknej, ale także męskiego grona czytających. Pani Kordel zaczęła pisać, by poradzić sobie z trudną przeszłością. Z czasem jednak okazało się, że proza, którą tworzy, daje szczęście nie tylko jej, ale i stanowi swoisty balsam dla duszy wielu Polek. Kobieta, nie jest tylko pisarką. Będąc matką i żoną stara się spełniać własne marzenia podróżując, czytając i gotując. Pani Magda, której bloga czyta się z uśmiechem na ustach, wie, jak wielką wartość stanowi marzenia, a co dopiero – jego urzeczywistnienie. Razem z czytelnikami swoich książek, piszących wcześniej do szuflady, wydała już trzy zbiory opowiadań. Każdorazowo uczestniczyłam w jej przedsięwzięciu z co raz większą pewnością siebie, stawiając samej sobie kolejne poprzeczki.

Malownicze. Wymarzony dom” to książka, która mogłaby wydawać się jedną z wielu, napisanych na dawno utartym schemacie. Tylko czy istnienie elementów pojawiających się w tysiącach lektur powinno skazywać powieść na niepowodzenie? Czy nie ważniejsza jest oryginalność, którą czytelnik ma okazję zastać za klimatyczną okładką?

Nigdy nie myślałam, że można się tak męczyć po zakończeniu lektury. Nigdy nie miałam świadomości, iż będzie mogło mi brakować bohaterów lektury aż tak, że uparcie będę poszukiwać informacji o kolejnej części (a kilka dni później taka faktycznie się pojawi). Nigdy nie spodziewałam się, że nie będę mogła zacząć w pełni czytać kolejnej książki, póki nie wyleję tego, co we mnie siedzi. Nigdy...

aż do wczoraj, kiedy skończyłam czytać „Malownicze. Wymarzony dom” i zdałam sobie sprawę, że takich publikacji jak ta, polska literatura po prostu potrzebuje. Takich ciepłych, emanujących spokojem, a jednocześnie wciągających czytelnika w głąb historii za maleńkie linki zaplątane wokół serca zupełnie niezauważalnie.

W głowie świtała mi myśl: „Pani Magdo, jak Pani mogła to już skończyć? Przecież ta historia... Chciałabym czytać ją wiecznie.” Ale później przyszła chwila spokojnego uporządkowania myśli, sen i pospieszny poranek. Właśnie wtedy, pomiędzy małymi nieznacznymi czynnościami codzienności zdałam sobie sprawę, że ta opowieść musiała się skończyć, żebym mogła dojrzeć do wielu myśli, które od dawna kiełkowały w mojej głowie.

Kto raz zacznie uciekać, ucieka potem przez całe życie”

Książkę Pani Magdy wypatrywałam przez dłuższy czas w skrzynce. Nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła chwycić w ręce tom, ze stonowaną, ale urokliwą okładką, o której wcześniej, przy pierwszym spotkaniu „twarzą w twarz” pisałam tak:

Kiedy patrzę na okładkę,
w pamięci mam nie lada gratkę.
Wspomnienia barwne do mnie powracają
i znów Bieszczadzkie szczyty mnie witają.
Na nowo przeżywam czerwcową przygodę,
z uśmiechem wędruję nawet w niepogodę.

Raz drugi spoglądam na książki oprawę,
przypominając sobie wyborną zabawę.
Na pozycji widnieje kobieta uśmiechnięta,
Magdaleną Kordel od dawna okrzyknięta.
Z nią piszą, Ci którym odwagi trochę brak,
odmieniając w MALOWNICZY DOM życiowy wrak.”

Jednak gdy w końcu otworzyłam kopertę, z lękiem odłożyłam książkę na półkę. Może to trochę głupie, ale zwyczajnie bałam się ją przeczytać. W głowie miałam obawy, że Pani Magda, jej pełna słońca osobowość odkrywana w postach na blogu i kilku wymienionych mailach, mogą gdzieś zniknąć w konfrontacji z literaturą. Zwyczajnie okazałam się małym, słabym człowieczkiem, lękającym się przed tym, że książka osoby, która swoją postawą i działaniami stanowi dla niej jeden z autorytetów w literackim światku, może okazać się zbyt słabą wobec jakże wygórowanych oczekiwań. Ach, ależ wtedy przydał by mi się przepis Pani Krysi na kłopotki...

(...) jak zwykle najbardziej żałujemy rzeczy, których już nie możemy naprawić.”

Po wielkanocnym śniadaniu coś mnie tknęło i chwyciłam z półki właśnie „Malownicze. Wymarzony dom” Pani Magdy. Przy towarzyszącej mi gorączce, pragnęłam świeżego powiewu wiatru (który realnie chyba jeszcze bardzie rozłożyłby mnie na łopatki) i radości z pisania ukrytej między słowami. Podświadomie marzyłam natomiast o światełku w tunelu własnej niepewności.

Mam dzisiaj poczucie, że nic mi się w życiu nie uda, niczego nie osiągnę, nigdy nie ruszę się z miejsca, nie zrobię ani kroku do przodu. Miewasz takie dni? Cały mój optymizm diabli wzięli. Diabli wzięli i poszli cholera wie dokąd. Nie można ich ścigać ani złapać, by odzyskać zgubę.”

Można by sądzić, że historia Magdy to jedna z wielu, o których już napisano. Gdyby nie Malownicze w tytule, wielu mogło by pomylić książkę z jakimś poradnikiem o tworzeniu własnego wymarzonego domu. Choć ani pierwsze, ani drugie z napisanych przeze mnie zdań, nie mówi o powieści, którą właśnie skończyłam czytać, każde z nich zostawiło cząstkę siebie w najnowszej pozycji Pani Kordel. W końcu Madeleine, mieszkanka miasta, jak jedna z wielu, kupuje niespodziewanie dom na prowincji i tam rozpoczyna swoje dalsze życie. Na dodatek Mania od nowa tworzy salon Pani Janeczki, który wydawał się istnieć tylko w kawałkach pod postacią wiekowych mebli i starego zdjęcia.

Największym atutem powieści są zdecydowanie bohaterzy. Pisarka stanęła na wysokości zadania podczas ich kreacji. Bardzo spodobały mi się sceny, w których starała się nie tylko oddać ich cechy zewnętrzne, które skrzętnie wymodelowała sobie w wyobraźni, ale także ich wnętrze. Momenty, w których do głosu dochodziła psychika Julki, Magdy czy Pani Krysi były rozkoszą dla oczy śpiesznie wodzących po kolejnych linijkach tekstu.

Moje serce wśród bohaterów zdecydowanie skradł Pan Mieciu. Jego zabiegi o magdzine serce totalnie mnie rozbrajały. Scena, w której postać za namową kolegów przychodzi do dziewczyny z prezentem niesamowicie mnie rozśmieszyła, a mój donośny śmiech wśród nocnej ciszy obudził połowę domowników. Drugą postacią, która równie macnie przypadła mi do gustu była Mania. Z uśmiechem myślę o niej nie tylko ze względu na salon, ale także miłość do starych przedmiotów, którym dawała nowe życie, nowe otoczenie, nowych przyjaciół.

(...) przedmioty gromadzą w sobie emocje i potem przekazują je dalej. Dlatego te stare mają duszę.”

Czasem zdarza się, że powoli rozkręcająca się fabuła, działa na czytelnika jak przysłowiowa „płachta na byka”. U Pani Kordel wszystko jednak było nie tylko przemyślane, ale na tyle stonowane, że moment zawiązania akcji nie tylko minął niezauważalnie, ale także został wchłonięty przez dalej biegnące wydarzenia. Moment, w którym w centrum zdarzeń trafia Julka, zdecydowanie był zaskakujący. Nowa bohaterka, która pojawiła się po niemal pięćdziesięciu stronach powieści, stała się jedną z osi dla dalszych perypetii wszystkich bohaterów.

Ale przecież jeśli wiesz, że musisz coś zrobić, bo to jedyna droga, która cię zawiedzie do celu, to nie odpuszczasz. Nawet jeśli wiesz , że nie wzbudza to zachwytu ani zrozumienia.”

Wydawać by się mogło, że kiedy skończę pisać o tej pozycji, nie będzie jej już obok mnie, zniknie z biurka, ustawiona wśród wielu innych na półce. Tymczasem w przypadku tejże publikacji wszystko nie odbędzie się tak jak w przypadku „wielu innych”. Malownicze na zawsze pozostanie razem ze swoimi mieszkańcami w moim sercu. Będzie miejscem, które chciałabym kiedyś odwiedzić, którego będę poszukiwać na swój sposób we własnym życiu i otaczającym świecie. Bo przecież każdy z nas ma gdzieś swoje Malownicze, w którym czeka na niego dom, pachnący wspomnieniami pozostawionymi wraz z kurzem na kuchennych szafkach. Dom, z którego roznosi się zapach świeżo upieczonego makowca i woń kawy pitej na tarasie o poranku. Dom, w którym człowiek czuje się bezpiecznie, który jest jego miejscem na ziemi, kawałkiem świata, do którego został przypisany w boskim planie...

Moja recenzja jest z pewnością niezwykle emocjonalna i być może nie wszystko idzie z niej dokładnie wyczytać. Dla mnie jednak stanowi ogromną wartość. Pisałam ją w zeszłym tygodniu, dzień po skończonej lekturze. Mam nadzieję, że uda wam się odczytać z niej główne przesłanie - „Malownicze. Wymarzony dom” to pozycja niesamowicie godna uwagi :D

piątek, 12 kwietnia 2013

[120] Grażyna Jagielska „Miłość z kamienia”

Wyd. Znak
Kraków 2013, 208 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Miłość, będąca najpiękniejszym uczuciem, jakie może towarzyszyć w życiu człowiekowi, przyjmuje różne oblicza. Bywa niestety i tak, że uczucie pociąga za sobą momenty cierpienia i tęsknoty za drugą osobą, nawet wtedy, gdy jest blisko Nas. Odbiera nam ono całą pozytywną energię, radość dnia i wymaga poświęcenia, z którego wbrew pozorom nie sposób się wyplątać. Bo przecież „kocha się nie za coś, ale pomimo czegoś...”

Pani Grażyna, będąca autorką słów spisanych na tych ponad dwustu stronach kocha właśnie pomimo... pomimo że ta miłość sprawia jej tyle bólu i prowadzi do coraz dalszych zmian własnej koncepcji życia. Kobieta, będąca z wykształcenia dziennikarką, z zamiłowania podróżniczką, a z zawodu pisarką i tłumaczką powraca pamięcią do bolesnych wydarzeń i razem z czytelnikiem, wśród kolejnych zdań, zastanawia się niejako jako to jest kochać mężczyznę, na którego śmierć przygotowuje się od dwudziestu lat.

Prawie jestem gotowa” - pisze.

Pan Wojciech to człowiek, który ma za sobą pięćdziesiąt trzy wojny, a pisanie o wydarzeniach wprost z najdalszych zakątków świata to dla niego sposób na życie, przygoda i nieustanna adrenalina. Człowiek, którego nie raz widzieliśmy na ekranach telewizorów czy mieliśmy przed oczyma reportaże jego autorstwa, za każdym razem jest pierwszy w centrum najbardziej niebezpiecznych wydarzeń. Korespondent wojenny to także mąż i ojciec, który z każdą kolejną wojną pozostawiał w domu rodzinę. Dla niej – żony – to nieustanny, paniczny strach przed
śmiercią tego, który jest dla niej wszystkim. Z czasem poukładany czas co raz bardziej się rozsypuje, a strach miesza się z oczekiwaniem na nieuniknioną wiadomość, że to już koniec.

Miłość z kamienia” to książka, której nie czyta się na jeden raz. Każde kolejne zdanie, kolejny akapit głęboko wchodzą w czeluście naszej duszy, pozostawiając tam na długo, a nawet nie pozwalając myśleć o niczym innym. Początkowo to „działanie” lektury może nie jest widoczne, ale z czasem w sercu znajduje się miejsce na historię Pani Grażyny i jej męża...

Zwierzenia Pani Grażyny poruszają każdy zakątek umysłu i uzmysławiają, że po drugiej stronie ekranu, za mężczyzną, który swymi relacjami z pola walki zasłyną na całym świecie, siedzi ktoś jeszcze – Ona. Wyobrażacie sobie jak to jest bać się odebrać telefon, odrzucać od siebie możliwość, że nadejdą najgorsze wieści, mając jednocześnie świadomość, ze to musi nastąpić?

Czekanie to dziwny okres, powoduje ogromne i nieusuwalne zniszczenia, nawet jeżeli umie się czekać.”

Grażyna i Wojciech Jagielscy
Dla małżeństwa, których połączyła nie tylko miłość, ale i zainteresowania, z czasem zaczyna wręcz znikać upływający czas. Najprostsze czynności, takie jak zapisanie dziecka do szkoły w odpowiednim momencie stają się a-wykonalne dla Pani Grażyny. W niepamięć odchodzą znajomi, przyjaciele, spotkania z innymi ludźmi. W głowie pozostają jednak wciąż niepokojące myśli, które z czasem doprowadzają do obłędu.

Jesteś jak narkoman! - krzyknęłam. - rzucasz to, albo ćpamy razem.”

Wśród zwierzeń Pani Jagielskiej odnajdujemy obraz Wojciecha, jako człowieka, który dogłębnie pochłonięty jest pracą i na każdym kroku towarzyszy mu niezmienny od tylu lat zapał. Mężczyzna często nie zauważa tego, co w życiu tak ważne. Żona, dom, wspólne przeżywanie ograniczają się do momentów powrotów, opowieści pełnych napięcia i ponownych wyjazdów. Nie spostrzega również, jak blisko był śmierci, choć powrót z linii ostrzału nie bywał prosty. Praca staje się jego obsesją, tlenem dla psychicznych płuc. Tak przedstawiony Pan Jagielski wydaje się kontrastować z człowiekiem, który porzucił „taką” pracę, w imię miłości. Bo przecież – Czego nie robi się dla CZŁOWIEKA, który jest dla nas najważniejszy na świecie, mimo że czasem mijamy go z obojętnością...

Ludzie mówią, że podstawą udanego związku są wspólne zainteresowania, nie miłość. Mieliśmy jedno i drugie, a przynajmniej bardzo długo tak sądziliśmy.”

Każdy opis świata, w którym bywał Pan Wojtek i kilka razy jego żona, uzmysławiał czytelnikowi, jak pięknym jest jego życie. Żyjemy bowiem w wolnym kraju, nie musimy się codziennie obawiać o swoje życie lub egzystencje bliskich. Pozycja Pani Grażyny, której z pewnością nie można nazwać powieścią, a raczej zbiorem zwierzeń, pozwala docenić to, co posiadamy, a jednocześnie podkreśla wartość miłości ;)

Podsumowując, muszę powiedzieć, że „Miłość z kamienia” to niezwykle poruszająca książka, która wnika w czytelnika, nie pozwalając mu myśleć o niczym innym. To pozycja, której nie można czytać obojętnie – wymaga zaangażowania od czytających, zrozumienia postaw obu stron uwikłanych w ciąg zdarzeń. Przyznaję, że po lekturze, zwłaszcza przez te kilka pierwszych dni czułam się nieco dziwnie, a jednak – uświadomiona, że z drugiej strony „ekranu” nie zawsze wygląda to tak, jakbyśmy sobie wyobrażali. Szczerze polecam ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję ;)

wtorek, 13 listopada 2012

[106] Richard Paul Evans „Szukając Noel”

Wyd. Znak,
Kraków 2006, 296 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Nasze życie, które toczy się lepiej i gorzej, często zmienia się, kiedy na swojej drodze spotykamy wyjątkowych ludzi. Często nie zdajemy sobie sprawy o ich wartości, o tym ile dla nas mogą zrobić i ile dla Nas znaczą. Czy warto wierzyć w to, że przyjaciele, których poznajemy w najbardziej nietypowych warunkach (np. w sklepie obuwniczym) , są Nam z góry przeznaczeni by zmienić nasze dotychczasowe życie?

Gdy Mark był jeszcze dzieckiem, mama opowiadała mu, że anioły czasem przebierają się za ludzi i schodzą na ziemię. Jednak, kiedy dorasta, powątpiewa w te słowa. Dopiero upadek na samo dno pozwala mu uwierzyć, że jedno niezwykłe zdanie nie było żadną bajką, ale najszczerszą prawdą. Świat Marka zostaje zburzony w kilka chwil – umiera jego matka, ojciec nie chce go widzieć, zostawia go dziewczyna, a na dodatek zostaje usunięty ze studiów. Jest życiowym nieudacznikiem. Kiedy jet pewny, że to koniec spotyka ją – doświadczoną przez los i skrzywdzoną w dzieciństwie , jednak skłonną do pomocy innym dziewczynę, która przywraca mu nadzieję. Czy mroczne wydarzenia z przeszłości muszą rozdzielić ich na zawsze?

Richard Paul Evans to amerykański pisarz, którego wszystkie jedenaście powieści gościło na listach hitów „The New York Timesa”. Nakład jego powieści sięgał kilkunastu milionów, a pozycje zostały przetłumaczone na dwadzieścia dwa języki. W Polsce nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się: Słonecznik (2006) oraz Doskonały dzień (2006). To laureat wielu nagród literackich, a także społecznik, który aktywnie angażuje się w charytatywne. Za pracę w założonej przez siebie organizacji został uhonorowany „Washington Times Humanitarian of the Century Award” oraz „Volunteers of America National Empathy Award”. Na co dzień mieszka w w Salt Lake City, w stanie Utah z żoną Keri i piątką dzieci.

Po lekturze „Stokrotek w śniegu” wiedziałam, że zbyt długo nie wytrzymam bez magnetycznej prozy Pana Richarda Paula Evansa. Jego w pełni życiowe historie owiewa jakaś tajemnica, zagadka, urok, który przyciąga czytelnika jak magnez. Przeczytasz jedną powieść, która Tobą wstrząśnie i już masz ochotę na kolejną – tak właśnie było ze mną. Choć bywają autorzy, których pozycje chłonę jedna za drugą, nie zawsze czuję tą iskierkę, to „coś”. Wydaje mi się, że zależy to też od gatunku literatury. Maleńki „zapalnik” w przypadku książek zabłysną dopiero po raz pierwszy od czasów lektury mojego ukochanego cyklu... ;)
Pan Richard Paul Evans

Kiedy życie Marka lega w gruzach, wszystko wydaje się być jednoznaczną klęską i mężczyznę nachodzą myśli o popełnieniu samobójstwa, pojawia się ona. Niezwykła, niespotykana – ale nie w tym jak wyglądam (bo nie wygląd najważniejszy w życiu) – ale w swym zachowaniu i umiejętności pokrzepienia słowem rozżalonego serca i zranionej duszy. Niepozorna, a tak naprawdę wielka dziewczyna, która ratuje go przed śmierciom i dająca nadzieję na kolejne dni. Czy może... czy anioły naprawdę przebierają się za ludzi i schodzą na ziemię?

"Pamiętam, że kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, mama powtarzała mi często, iż każdy człowiek przychodzi na świat w jakimś celu."

Każdy miewa chwile, w których w głowie krążą jedne i te same myśli: „Nie udało się. Jestem do bani. To moja wina. Tego nie uda się naprawić”. Często są to nie tylko te błahe sprawy, które mimo wszystko nie powinny spędzać snu z powiek, ale też coś poważniejszego, coś, co powoduje, że nasze życie nie będzie już takie samo jak dawniej, że nie będziemy mogli dawać z siebie maksimum. W takiej sytuacji niezbędny jest ktoś, kto pokrzepi przede wszystkim słowem, postara się zrozumieć sytuację, w jakiej jesteśmy i nie będzie niczego oceniał. Ktoś życzliwy... Na taką osobę właśnie natrafia Mark. Macy, mimo tego co przeszła w życiu jest silną i pałającą energią i entuzjazmem dziewczyną, która z pewnością zdobywa sobie serca czytelników. Wydaje się na tyle normalna, iż człowiek z czasem zaczyna się zastanawiać, czy i na jego drodze nie pojawił się właśnie ktoś taki niepozorny, a jednak tak wiele znaczący...

Zachowuj się naturalnie, zaufaj sobie. Wtedy cokolwiek zrobisz, będzie to dokładnie to, co powinnaś była zrobić.”

Od początku ciekawiło mnie kim będzie tytułowa Noel, zwłaszcza, że koleżanka, która czytała, nie chciała mi szepnąć ani słówka na ten temat. Po lekturze – strasznie jej za to dziękuje, bo bez ciekawości, która mną władała i odrobinki zaskoczenia pozycja nie wywarłaby z pewnością na mnie tak ogromnego wrażenia ;) Cieszę się, że oprócz magi tajemniczości Autor postawił na magię Świąt Bożego Narodzenia, które od wiek wieków sprawiają ludziom tyle przyjemności, dzięki możliwości spędzenia ich z najbliższymi.

"Być może za wszystkimi pieśniami, wierszami i historiami o Bożym Narodzeniu to właśnie się kryje - dążenie do rzeczy, która każdemu człowiekowi wydaje się najlepiej znana i najbliższa. Każdego roku śpiewamy dokładnie te same pieśni, przygotowujemy takie same dania, bierzemy udział w tych samych tradycyjnych rytuałach, by poczuć, że istnieje na ziemi miejsce, które możemy nazwać domem. Bo każdy człowiek szuka przecież własnego domu."

Ponownie autor
Marka i Macy łączą poszukiwania tajemniczej Noel, które jednocześnie powodują nieco inne poszukiwania. Są to mianowicie poszukiwania samego siebie, których to czytelnik również dokonuje podróżując z bohaterami szlakiem ich historii życia. Dzięki parze młodych ludzi niejako zatrzymujemy się na chwilę, by zastanowić się czy i Nam coś nie umknęło, czy nie było zbędne słów, spojrzeń, zachowań, a nawet bólu, którego doznaliśmy lub którym obarczyliśmy drugą osobę. Wbrew pozorom opowieść o poszukiwaniu części siebie przez Macy, nie jest tylko historią jej egzystencji, ale także każdego z Nas, bo przecież nieznane są nikomu minione i nadchodzące zakręty losu.

Zastanawiam się często jak to się dzieje, że podczas gdy ciężkie doświadczenia jednych ludzi hartują, innych pozostawiają złamanych i zgorzkniałych. Znalazłem kiedyś w jakiejś książce celne porównanie: ten sam podmuch jeden płomień gasi, a drugi wzmacnia. Nadal nie wiem jakim ja jestem płomieniem.”

Przyznaję, ze niezwykle związałam się z bohaterami i każdą ich chwilę przeżywałam bardzo osobiście czując się, jakbym tak jak Macy poszukiwała czegoś, co dawno utraciłam, czegoś o czym zapomniałam. Macy nie szukała jedynie Noel, ale przede wszystkim radości, którą mogła z nią dawniej dzielić, kiedy były swoimi wzajemnymi cząstkami bytowania. Wydaje mi się, że każdy staje na takim rozdrożu życiowym zastanawiając się kiedy, jak i gdzie stracił coś dla niego ważnego i dlaczego tak trudno to przywrócić.

Podsumowując, muszę powiedzieć, że potrzebne są takie książki jak ta niewielka powieść Pana Richarda Paula Evansa. Pozycje, które dają nadzieję na nowe lepsze jutro dla tych którzy ciepią, wiarę w to, iż nasze życie nie jest takie „do bani”, a jednocześnie utwierdzają w przekonaniu, że warto docenić to co mamy. Myślę, że publikacja to świetny motywator na trudne chwile, które dopadają każdego z Nas ;)

Skoro mowa o motywatorach – polecam obejrzenie TEGO filmiku ;)

piątek, 13 stycznia 2012

[83] Szymon Hołownia i Marcin Prokop „Bóg, kasa i rock'n'roll”

Wyd. Znak
Kraków 2011
9/10 Niecodzienna


Każda pozycja jest dla czytelnika swoistą wyprawą do innego świata. Raz podróżujemy dzięki autorom mniej znanym, kiedy indziej wycieczkę umożliwiają Nam ikony literatury. Jednak co zrobić, gdy do podróży zapraszają Nas ikony telewizji rozrywkowej, którzy co niedzielę gwarantują Nam dawkę dobrej zabawy i śmiechu? Odsuwając medialną otoczkę, wybieramy się w poszukiwania odpowiedzi na fundamentalne pytania dotyczące naszej wiary, kościoła, in vitro, idoli, modlitwy i pieniędzy. A co zyskujemy?

Dwoje autorów i dwa odmienne spojrzenia. Z jednej strony Marcin Prokop - dziennikarz, redaktor naczelny czasopisma „Stuff", który w TVN prowadzi programy Mam talent!, Dzień dobry TVN oraz Milion w minutę. Ponadto redaktor naczelny „Filmu" oraz „Machiny". Autor cyklu Radia Zet Duży wywiad. Z drugiej - Szymon Hołownia - dziennikarz i publicysta, dyrektor programowy kanału Religia.tv, współpracuje z telewizją TVN, felietonista „Newsweek Polska". Autor wielu publikacji, które poruszają podstawowe problemy ludzkiej egzystencji. Dwukrotny laureat nagrody „Grand Press" - w kategorii wywiadu za rozmowę ks. prof. Jerzym Szymikiem Niebo dla gołębi (2006) oraz w kategorii dziennikarstwa specjalistycznego za wywiad z etykiem i filozofem dr Kazimierzem Szałatą Pamięta Pan Hioba?(2007). Na dodatek trzykrotnie nominowany do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad" im. ks. bpa Jana Chrapka, którą otrzymał w 2007 roku za „nowatorski sposób prezentowania i komentowania spraw religijnych: atrakcyjny, a przy tym głęboki, otwarty na nowe prądy umysłowe i wrażliwość młodego pokolenia". Pan Szymon jest także laureatem wielu innych nagród i wyróżnień.

W publikacji dwóch sprzecznych charakterów spotykamy się z elektryzującą rozmową na temat Boga, Kościoła, pieniędzy, modlitwy, idoli, a nawet zakonów. Pozycja, będąca zderzeniem odmiennych spojrzeń na otaczającą Nas rzeczywistość i kulturę, pokazuje Nam różne oblicza Chrystusa i przekonuje, że Kościół to nie tylko to co złe, ale również co dobre.


Marcin Prokop i Szymon Hołownia
Spoglądając na leżącą obok mnie książkę, cały czas czuję masę emocji, które towarzyszyły mi przy czytaniu. Muszę przyznać, że było ich mnóstwo. Przede wszystkim lektura wręcz zmusiła mnie do rozmyślań nad własną wiarą i tym co sądzę na poszczególne tematy z nią związane. Na dodatek miejscami rozmowa dwóch popularnych prezenterów, kojarzyła mi się z rozważaniami mojego Polonisty na temat religijności człowieka i istoty końca świata. Przyznaję, kiedy tylko dowiedziałam się, że moi ulubieni prezenterzy wydają wspólnie publikacje, o tak wnikliwym temacie, nie omieszkałam się wpisać ją na moją listę: PRZECZYTAĆ KONIECZNE. Ku mojemu zadowoleniu szybko nadarzyła się takowa okazja. Pod koniec grudnia wyruszyłam w podróż z dwoma Panami, by wrócić z niej nie tylko pełna przemyśleń, ale również nieco zmieniona. Po prostu inna....

Co najbardziej spodobało mi się w publikacji ? Kiedy pod koniec listopada usłyszałam o zbliżającej się premierze owej pozycji, długo zastanawiałam się w jakiej formie zostanie przedstawiona rozmowa Panów. Przyznaję, że zaintrygował mnie ich pomysł na pozycję, a tak ubrane słowa dwóch ogniw, czytałam z wielką ochotą ;) Choć wydawałoby się, że od tak zwykła rozmowa dwóch przyjaciół, może nie do końca idealnie przedstawić znaczące problemy dotyczące wiary i jej pojmowania przez współczesnych ludzi, Panu Hołowni i Panu Prokopowi wyszło to bardzo ciekawie ;)


H: Benedykt XVI też mówi: "Drodzy moi, ja wcale was nie chcę nawrócić na chrześcijaństwo. Jesteśmy, jacy jesteśmy. Nazywajcie nas, jak chcecie. My się nie zmienimy, choć chętnie przy użyciu wszystkich narzędzi, które mamy, wytłumaczymy wam dlaczego".P: I to jest uczciwe podejście, to kupuję. Benedykt jest spoko.”


Muszę przyznać, że bardzo cieszyłam się z faktu, że lektura okazała się nie tylko ot tak lekka i przyjemna, ale wręcz odwrotnie – wymagająca. Według mnie, również takowe pozycje warto czytać. Dlaczego? Moim zdaniem kształtują one naszą osobowość i uporządkowują nasze, często „rozsypane”, wyobrażenie na temat otaczającego Nas świata. Gdybym miała określić wiek czytelnika, któremu spodoba się lektura, nie sprostałabym temu zadaniu. Myślę, że zarówno młody człowiek może chwycić za pozycję – będzie to dla niego nie tylko dawka „materiału” do rozmyślań, ale również zetknięcie się z dorosłym światem. Z kolei osoby nieco starsze – z pewnością rozsmakują się w nader elokwentnym, a nawet powiedziałabym, że miejscami patetycznym języku lektury. Stwierdzenia „Drogi Marcinie zauważ, że…” czy „Szanowny Szymonie, z całym szacunkiem, ale jednak przeoczyłeś fakt…” nie tylko wprowadzą Nas czasami w osłupienie, ale również pokażą, że spierać można się nie tylko na zasadzie „ja mam rację” tylko inteligentnie zaznaczając niewłaściwą odpowiedź rozmówcy.


Szymon Hołownia i Marcin Prokop
H: Potrzebuję Kościoła, Kościół mnie zachwyca, przy wszystkich swoich słabościach wydaje mi się tak prawdziwy, realny, żywy, że nie wyobrażam sobie żeby mógł wybrać coś innego.”

Zastanawiający się, już po lekturze, jak „wyszła” Panom książka, chciałam określić ją jednym słowem. Jednak co tu powiedzieć? Przez przeczytaniem, wiele osób pewnie myśli, że będzie albo nudno, albo po prostu „na wesoło”. A jak jest naprawdę? Nudno? Nie, na pewno nie. Śmiesznie? Tak też nie można określić pozycji. Dwójka dorosłych mężczyzn przyciąga czytelnika pozwalając każdemu odnaleźć swoje miejsce w układzie Bóg – człowiek i przekonać się o sensie własnego życia. Muszę powiedzieć, ze jako praktykująca katoliczka, z każdą stroną zastanawiałam się, jak odpowiedziałabym na pytania Pana Marcina. Czy poradziłabym sobie z nimi tak, jak Pan Szymon? Myślę, że pozycja nie tylko dała mi do myślenia, ale również pokazała, że katolik, katolikowi nie równy, a żeby uwierzyć, nie zawsze trzeba wszystko dokładnie wiedzieć. Czytając ostatnie zdanie mojej wypowiedzi, już wiem, jak określić lekturę. Publikacja jest napisana po prostu mądrze ;)

Reasumując, myślę, że obu Panom należy pogratulować nie tylko oczytania, ale również swobody słów i umiejętności migrowania między skrajnymi tematami. Moim skromnym zdaniem książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, żeby sprawdzić „Co Ci znów wymyślili”, ale również znaleźć sens człowieczeństwa oraz zastanowić się nad własnym życiem. Jeszcze raz polecając pozycję muszę powiedzieć, że nie warto zrażać się trudnościami, związanymi z tempem czytania, lecz cieszyć się każdym zapisanym słowem, które da Nam do myślenia.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova



----------------

Jakiś czas temu zgłosiłam mój blog do konkursu Blog Roku 2011 ;) Od wczoraj możliwe jest już głosowanie. Jeśli ktoś zechce zagłosować, będzie mi bardzo miło ;)

Głosować można za pomocą SMS, o treści: E00150, wysyłanych na numer: 7122

Koszt sms: 1,23 zł. Dochód zostanie przekazany na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych.



wtorek, 7 grudnia 2010

[42] Eric- Emmanuel Schmitt „Oskar i Pani Róża”


                                                        Wyd. ZNAK
 Luty 2004, 78 str.
Ocena: 10/10 Perełka

 O czym:
                                                                                                    
Czy w ciągu dwunastu dni można poznać smak życia i odkryć jego najgłębszy sens? Dziesięcioletni Oskar nie wierzył, że to możliwe, aż do spotkania z tajemniczą panią Różą, która ma za sobą karierę zapaśniczki i umie znaleźć wyjście z każdej sytuacji... Piękna, mądra i niepozbawiona humoru opowieść o tym, jak pokonać strach, odnaleźć wiarę i nie poddać się w obliczu nieszczęścia. Ta książka da Wam siłę i nadzieję, a kto wie?, może nawet zmieni Wasze życie...

Moje zdanie:
 
Z zamiarem przeczytania „Oskara i Pani Róży” nosiłam się dosyć długo. Po moim pierwszym spotkaniu ze Schmittem zakochałam się w jego prozie i postanowiłam przeczytać wszystkie jego książki. Jakiś rok temu chwyciłam za „Dziecko Noego” które wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Sądzę, że obok niej nie powinno się przejść obojętnie. Postanowiłam więc ( co prawa po roku) powrócić do książek Schmitta. Nie mogąc znaleźć najlepszej książki Schmidta- oczywiście chodzi mi tu o „Oskara i Panią Róże” -  sięgnęłam po „Pana Ibrahima i Kwiat Koranu”. Tą książką także się nie zawiodłam. Jednak nadal nie mogłam sobie wybaczyć, że nie przeczytałam jeszcze tej najważniejszej powieści i kiedy robiąc z koleżankami zakupy kupiłam ją, była pewna, że szybko ją przeczytam. Ale zatrzymała mnie lektura i konkurs. Mimo to tak niezwykle miło się złożyło, że „Oskar i Pani Róża” była właśnie na liście lektur do II etapu konkursu ! ;) Pełna entuzjazmu przystąpiłam więc do czytania . I po raz kolejny nie zawiodłam się. „Oskar i Pani Róża” to przepiękna powieść o życiu, które od razu można uznać za przegrane. Oskar mimo tego, za namową Pani Róży postanawia żyć pełnią życia. Mogę też śmiało wysunąć wnioski, że jest to także lektura o tym jak właściwie wykorzystać dany nam czas na ziemi i przygotować się na śmierć. Podczas czytania tej książki nieraz zakręciła mi się łza w oku, ale również śmiałam się z wypowiedzi Oskara i pani Róży. Zaskakujące było dla mnie jak ta kobieta przemawiała do Oskara. Była jak doświadczony psycholog. Pomogła uwierzyć chłopcu, że mimo , iż pozostało mu niewiele życia może je przeżyć tak jak wszyscy. Dzięki niej poznał smak pierwszej miłości, smak życia jako dojrzewający nastolatek, a także nauczył się godzić się z niepowodzeniami jakie mogłyby spotkać dorosłego człowieka. Chłopiec żył z dnia na dzień, choć dobrze wiedział, że umrze. Czy , gdybyśmy teraz znaleźli się w takiej sytuacji jak on, potrafilibyśmy przezwyciężyć lęk i strach przed tym, że koniec jest tak blisko? Muszę szczerze przyznać, że dla mnie byłby to najprawdopodobniej nie wykonalne. Trudno byłoby mi się rozstać z tym czego dobrego doznałam i z tymi, których kocham. Jednak autor specjalnie w ten sposób napisał swoją książkę. Eric-Emannuel Schmitt chce przekazać czytelnikom prawdę o czekającej na nas wszystkich śmierci. Pragnie pokazać nam, że jesteśmy naprawdę wielkimi „szczęściarzami", że nie chorujemy na tak straszliwe choroby, które zabierają z tego świata cudowne osoby . Autor posłużył się dzieckiem, żeby ukazać to, co najważniejsze. Odkrywa on nasz egoizm i strach. Przypomina nam, że ukrywając się przed samym sobą i przed światem niczego nie osiągniemy – możemy tylko skrzywdzić siebie i innych. Chce, żebyśmy choć na chwilę się zatrzymali i popatrzyli na świat oczami dziecka, które codziennie patrzy na świat, jakby oglądało go po raz pierwszy. Tylko w ten sposób dostrzeżemy to, co w życiu najważniejsze. Historia ta tłumaczy nam także , że życie to tylko pożyczka, którą się wykorzystuje w pełni lub tylko trochę i wcześniej czy później trzeba za nią zapłacić. Czy my zdołamy przeżyć życie tak jak powinniśmy?? Nie wiemy tego. Jednak musimy pamiętać, żeby być wrażliwym na cierpienie innych, pomagać bliźnim w trudnościach, współ weselić się z radościami naszych przyjaciół. Tak  jak Oskar musimy znaleźć coś w życiu, co  pomoże nam kroczyć krętymi ścieżkami. Gorąco polecam książkę nie tylko za jej wspaniałą fabułę i metaforyczne przesłanie, ale także za niezwykłą formę jaką są listy. Nie są to zwyczajne listy. Chłopiec opowiada w nich Bogu o tym jak mija jego życie i jak Pani Róża pomaga mu walczyć z niepowodzeniami. Podsumowując po raz kolejny mówię: PRZECZYTAJ! NA PEWNO SIĘ NIE ZAWIEDZIESZ. I tak jak Oskar „ codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy” a na pewno się przegrasz życia potykając się przez łatwą do ominięcia kłodę.

Ulubione cytaty :

„Byle kretyn może cieszyć się życiem w wieku dziesięciu, dwudziestu lat, ale kiedy człowiek ma sto lat, kiedy już nie może się ruszać, musi uruchomić swoją inteligencję.”

„ (...) życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć.”
„Myśli, których się nie zdradza, ciążą nam, zagnieżdżają się, paraliżują nas, nie dopuszczają nowych i w końcu zaczynają gnić. Staniesz się składem starych śmierdzących myśli, jeśli ich nie wypowiesz.”

„Najciekawsze pytania wciąż pozostają pytaniami. Kryją w sobie tajemnicę. Do każdej odpowiedzi trzeba dodać ‘być może’. Tylko na nieciekawe pytania można udzielić ostatecznych odpowiedzi.”