środa, 15 października 2014

[161] Krzysztof Koziołek „Święta tajemnica”


Wydawnictwo Kropka
Zielona Góra 2009, 288 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Spowiedź święta stanowi jedną z nadrzędnych części w życiu katolika. To dzięki niej możemy splamieni grzechem, ponownie umocnić swoją wiarę. Dla księży spowiedź to posługa, która ma swoje nadrzędne zasady – oznacza bezwzględną tajemnicę nie tylko tego, co zostało powiedziane, ale również tego, że coś w ogólne było mówione. Mężczyźni skryci za kratką konfesjonałów słyszeli już niejedne okropieństwa, pomagali słowem ludziom, którzy dopuścili się zła. Nikt jednak, zarówno z grona spowiedników, jak i spowiadających się, nie spodziewał się, że kiedyś, w konfesjonale padną słowa: „Zabiłem dziecko”, a morderca będzie śmiał się człowiekowi w twarz, mając świadomość, że kapłan nie będzie mógł zdradzić choćby słowa...

Pan Krzysztof Koziołek to pisarz pochodzący z Zielonej Góry, na co dzień mieszkający w Nowej Soli, na której ulicach umieszcza niektóre z fragmentów swoich powieści. Pisarz ukończył Politologię na Uniwersytecie Zielonogórskim. Swoją przygodę z prozą rozpoczął w 2007 roku publikacją „Droga bez powrotu”. „Święta tajemnica”, będąca jego kolejną wydaną pozycją została nominowana do nagrody Lubuskiego Wawrzynu Literackiego. W 2010 roku autor został zgłoszony do Paszportu Polityki 2010. W 2011 roku Krzysztof Koziołek otrzymał Lubuską Nagrodę Literacką, uznany za najbardziej obiecującego lubuskiego pisarza. Dziś na na swoim koncie siedem książek, uczestniczy w wielu spotkaniach z młodzieżą i czytelnikami, które trudno wyprzeć z pamięci. Tak samo jak jego prozę...

Ksiądz Sambor to wikary, któremu kolejne dni mijają na spowiedziach, mszach, modlitwie i nauce w szkole. Pewnego zimowego poranka z półsnu wyrywa go głos spowiadającego się, którym okazuje się morderca osiemnastolatka, który zaginął zaledwie kilkanaście godzin wcześniej. Tajemnica nie pozwala zdradzić księdzu żadnych szczegółów. Z kolejnym wizytami mężczyzny, ojciec postanawia podjąć własne śledztwo, by dać kres działaniom zabójcy, który spędza mu sen z powiek. Nie ma pojęcia, w jaką grę zostanie wplątany i ile poświęci.

Kiedyś przez myśl przeszedł mi wielce podobny pomysł na opowiadanie z księdzem i mordercą w rolach głównych. Gdy na spotkaniu autorskim usłyszałam o fabule książki Pana Koziołka, byłam maksymalnie zaskoczona, ze ktoś wykorzystał „mój” pomysł. W końcu zapragnęłam poznać prozę tegoż pisarza, pożyczając publikację od znajomej. Jednak od chwili „wypożyczenia” do właściwej lektury minęło sporo czasu, a pierwsze emocje rozdzierające duszę i serce minęły. Tak przystąpiłam do czytania.

Gdy zaczynałam czytać książkę i powoli poznawać księdza Sambora moja wyobraźnia sprawiła, że w postaci tej upatrywałam znajomego kapłana. Początkowo wydawało mi się to intrygujące, że wiele w wielu cechach ojciec przypominał dobrze znaną mi osobę, jednak z czasem pomyślałam sobie również o kilku innych duchownych, których znam osobiści i zlękłam się. Bo, gdyby wydarzyło się coś podobnego, nie byłoby już tak zajmujące...

„Z młodzieżą trzeba postępować inaczej. Nie można jej wszystkiego narzucać i mówić 'Bo tak ma być i już”. Młodzi ludzie, tak samo zresztą jak wielu starszych, a w dzisiejszych czasach jest ich szczególnie dużo, chcą myśleć samodzielnie, samemu dochodzić do pewnych rzeczy. Zresztą zawsze uważałem, że Stwórcy nie zależy na produkowaniu owieczek podążających ślepo za swoim pasterzem, tylko tworzeniu istot myślących, szukających Boga, zastanawiających się nad Jego potęgą, miłością i miłosierdziem (...)” 

Początek mimo wszystko wydawał się nieco słaby – nie mogłam się w nim odnaleźć, a narrator opisujący wszystko dość szczegółowo denerwował. Na dodatek, nie wszystko było tak, jakbym sobie wyobrażała i jak obstawiałam, mając kiedyś w głowie podobną wersję wydarzeń. Z kolejnymi stronami powieść zaczynała nabierać kolorytu, zdarzenia przybierały na tempie, a moje czytanie stawało się co raz bardziej zachłanne. Postanowiłam przymknąć oko na dość smętne moim zdaniem wprowadzenie w szkolną rzeczywistość ks. Sambora, będącą najsłabszym punktem pierwszych rozdziałów i rozpocząć wspólne poszukiwanie bestialskiego mordercy.

„Kto pyta, ten przynajmiej się nas czymś zastanawia, sam dochodzi do wniosków. A że to trwa czasami bardzo długo, bywa że i całe życie? Co z tego, skoro wiara urodzona w taki sposób, zazwyczaj bardzo bolesny, jest znacznie silniejsza od tej ślepo przyjętej?”*

Rzeczą, która wprowadziła mnie w największy podziw był sposób podziału książki. Okazało się to nie tylko funkcjonalne, ale i niezwykle sprytne. Tradycyjnie rozpoczęła się ona prologiem. Potem nastąpiły trzy tematyczne części, zapowiadające w jednym słowie o czym czytelnik będzie mógł przeczytać w nadchodzących rozdziałach. Zabieg ten sprawił, iż wędrowanie z ojcem dzień po dniu okazywało się niezwykle ekscytujące. Choć zabójca zostaje ujawniony na ponad sto stron przed końcem ze względu na koniec części opatrzonej tytułem „pościg”, nie żałowałam, iż tak została rozstrzygnięty najbardziej znamienny szczegół kryminału. Wkrótce po rozpoczęciu fragmentów opatrzonych tytułem „proces”, przekonałam się jak wiele uczynił dla nas – czytelników Pan Koziołek, nie kończąc powieści, po odkryciu zbrodniczych kart. Jestem mu niezwykle wdzięczna za ten, pełen rozdzierających serce emocji, ostatni kawałek tekstu.

„Ksiądz Sambor spuścił wzrok, pochylił głowę, chowając twarz w dłoniach. Westchnął głęboko, niemal doświadczając zmysłami pogrążenia się w otchłani. Czuł się zupełnie tak, jakby znalazł się w wielkiej beczce lepkiej smoły, mając przy tym zawiązane oczy i zakneblowane usta. Jakby szukał rękoma brzegu kadzi, jednak ślepy, miotał się tylko, nie mogąc też wezwać pomocy. A każdy kolejny ruch zamiast prowadzić go ku wolności, pogrążał tylko coraz głębiej i głębiej...”*

Autorowi należą się również gromkie brawa za kreację głównego bohatera. Pan Koziołek znacznie bardziej skupił się na portrecie psychologicznym, co tutaj okazało się niezwykle ważnym posunięciem. Wszystkie rozterki, wahania i krzyki suszy były opisami niezwykle realnymi – pełnymi bólu, smutku, bezradności czy złości. W części zatytułowanej „Proces” emocje zawarte między słowami przybrały na sile i nie sposób było dołączyć do grona skandujących przed sądem „Dajcie go nam!” ludzi, mając ogląd na całość wydarzeń.

„Bardzo łatwo jest oceniać kogoś na podstawie relacji w mediach. Szkopuł w tym, iż media często posługują się tylko strzępami informacji, najczęściej tymi najbardziej spektakularnymi, niekoniecznie jednak najważniejszymi i dającymi pełny obraz sytuacji (...)”*

Ciekawie zostało przedstawione również dojście do sedna sprawy osób postronnych – Nowickiego, Nadkomisarz Bielskiej, Stawskiej i Piecuch. Bohaterowie Ci zaimponowali mi swoją odwagą, zapalczywością i wiarą w niewinność księdza zwłaszcza jeżeli chodzi o nauczycielki i dziennikarza. Negatywną postacią wg mnie, która pozornie nie zaliczała się do części z morderstwem i innymi przestępstwami wypisanymi na dłoniach, był adwokat. Patrząc na jego postawę wobec oskarżonego, byłam przekonana, że nawet on uznaje księdza za winnego. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać ile osób stających na ławie oskarżonych, choć nie mieli winy, było bronionych przez podobne osoby...

„Czasem prawda skrywa się nieco głębiej. Tylko trzeba chcieć ją znaleźć.”*

Choć początkowo byłam zwiedzona końcem, doszłam do wniosku, iż tym sposobem zakończenia fabuły autor nie poszedł w kierunku banalnych rozwiązań, sięgając po coś własnego, innego. Epilog nieco skojarzył mi się z ostatnimi scenami popularnych TVN-owskich produkcji, aczkolwiek słowa wyjaśnienia co do każdej postaci usatysfakcjonowały mnie. Cały wydźwięk powieści wprawił mnie nieco w smutek, iż człowiekowi czasem zabrana zostaje dość pochopnie szansa na zwykłą sprawiedliwość. Ksiądz Sambor to jedynie postać fikcyjna, ale ile jest tych, być może nawet niewinnych, którzy nie mieli możliwości na obiektywny proces.

„Żeby coś w sobie zmienić, trzeba najpierw tego chcieć.”*

Myśląc o moim, początkowo nieco sceptycznym nastawieniu do „Świętej tajemnicy”, zastanawiam się skąd znalazło ono miejsce w mojej głowie. Powieść pełnego zaskakujących pomysłów na książki pisarza, okazała się wciągającą lekturą, nawet zważywszy na to, iż czasu nie mam tak wiele jak zawsze, ze względu na wakacyjną pracę. Krótko mówiąc: Szczerze polecam publikację, w której choć od początku będziemy niemalże wiedzieć co się wydarzy, mimo wszystko nie będziemy się nudzić, a wręcz przeciwnie – będziemy razem z księdzem Samborem próbować podsunąć zbrodniarza pod nos policji. 

Cytaty pochodzą z książki "Święta tajemnica", kolejno ze stron: 243, 243, 193, 228, 210 ,91 

piątek, 10 października 2014

Meme podsumowuje - WRZESIEŃ 2014

Wrzesień był dla mnie miesiącem wyczekiwania – kiedy wszyscy szturmem (choć nie zawsze najchętniej) ruszyli ku szkolnym bramą, ja pomiędzy dniami przepełnionymi pracą i czytaniem, oczekiwałam października. Ten, chowając się gdzieś w oddali na kartach kalendarza, zbliżał się bardzo powoli. W pierwsze jesienne popołudnia udało mi się jednak czasem ujarzmić myśli i oddać lekturze pozycji, których liczba w pokoju z każdym dniem zwiększała się.

Ku mojemu zaskoczeniu, po podliczeniu jakież to powieści umilały mi życie we wrześniu, doliczyłam się aż pięciu książek. Myślę, że ten wynik w moim przypadku jest jak najbardziej zadowalający, zwłaszcza, że czasu na czytanie nie miałam tyle, co zwykle. Bardzo się cieszę, że wśród przeczytanych przeze mnie publikacji znalazło się dzieło autorstwa Sue Monk Kidd, za której prozą już się stęskniłam. Ależ to była uczta! Źródłem pozytywnych doznań literackich była też wzruszająca powieść młodzieżowa autorstwa Formana. Nieprzesłodzona, jak bywało z książkami poruszającymi się w sferze problemów nastolatków, stonowana, a jednocześnie zapadająca w pamięć. Uśmiech na mojej twarzy wywołały też fragmenty książek Trzeciak i Zaranka. W jednym przypadku drugie spotkanie okazało się lepsze od pierwszego, z kolei w drugim – nie do końca mogłam odnaleźć cząstkę, która zafascynowała mnie przy pierwszym poznaniu. Kto zaciekawił, a kto nie do końca zaspokoił ciekawość? Wkrótce się dowiecie :)

Za mną już dziesięć październikowych dni. Pierwsze długie godziny spędzone na uczelni, pierwsze zajęcia, a na dodatek - „walka” z USOS-em zakończona zwycięsko. Mijający tydzień pechowca (tyle zrządzeń losu jest przecież aż niemożliwym) był niezwykle zbitką męczących chwil, w których bardzo brakowało mi bloga. Koniecznie muszę rozplanować sobie w nadchodzącym czasie, by mieć sposobność nie tylko do publikowania już gotowych opinii, ale także odwiedzania ulubionych stron w blogowym światku. Tymczasem kończę, by oddać się lekturze „Stu imion”. Ach, jak dobrze spoglądać przed siebie, kiedy na biurku czeka tyle fascynujących powieści :)

niedziela, 28 września 2014

[160] Diane Chamberlain „W słusznej sprawie”


Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2014, 456 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Wolna wola to jedna z najważniejszych rzeczy, jaka została przyrodzona człowiekowi z jego pierwszym tchnieniem. Wybieramy czasem dobrze, niekiedy źle, jednakże robimy to sami, bez żadnych nacisków i presji. Możemy tylko siebie winić za błędy, nie mając pretensji, że ktoś uniemożliwił nam wybór. Samodzielna decyzja jednak niejednokrotnie była odbierana ludziom na całym świecie. O wielu sytuacjach tego typu mówiło się przez lata, do dziś pozostaje to w naszej pamięci. Niektóre z nich zostały tymczasem zostały pominięte i schowane przed światem...

„A przecież to właśnie jest najważniejsze, czyż nie? Móc wybrać to, czego pragniemy.”*

Diane Chamberlain to pisarka, która olśniła mnie przed kilkoma miesiącami swoim spojrzeniem na otaczającą rzeczywistość. Ta amerykańska pisarka w ostatnich latach staje się co raz bardziej poczytną autorką w Polsce, której publikacje wypełniają nie tylko półki w księgarniach, ale i w bibliotekach. Do jej najbardziej znanych publikacji należy „Prawo matki”. Kilka miesięcy temu wydawnictwo Prószyński i S-ka opublikowało jej kolejne dzieło pt. „ Dobry ojciec”. Dotąd miałam okazję czytać jedynie dwie jej książki: „Szansę na życie” oraz recenzowaną przeze mnie powieść „W słusznej sprawie”.

Jane rozpoczyna swoją pierwszą pracę. W wyniku pechowych wydarzeń od razu zostaje rzucona na głęboką wodę. Rozpoczyna opiekę nad kilkoma rodzinami, wśród których jest Ivy Hart, jej babka oraz siostra z synem. Fatalna sytuacja materialna sprawia, że opiekunka społeczna nie ma wyjścia – musi zastosować się do praw panujących w Karolinie Północnej i doprowadzić do sterylizacji młodej dziewczyny, by ta nie poszła w ślady siostry, rodząc dziecko. Jane ma opory przed podjęciem decyzji za nastolatkę, jednak kiedy zostaje do tego przymuszona przez przełożonych, jest już za późno – Ivy zachodzi w ciążę. Wg planu opieki społecznej po narodzinach dziecko ma zostać oddane do adopcji, a młoda panna Hart – poddana sterylizacji. Czy uda się tego uniknąć? 

„Uczucia nigdy nie są dobre albo złe. - odrzekła po chwili. - One po prostu są.”*
 
Proces eugeniki kojarzy się wielu, tak jak i mi przed lekturą powieści Chamberlain, wyłącznie z Hitlerem i czasami rządów nazistowskich, kiedy to istniało pragnienie stworzenie nieskażonej genetycznie, czystej rasy. Jednak czytając powieść amerykańskiej pisarki zrozumiałam, że człowiek może wykorzystywać coś, co dawniej było określane jako złe, dla pozornego dobra człowieka i zdecydowanej wygody otaczającego społeczeństwa. Szczytne idee przez wiele lat były używane w celu przerażających procesów. Obok dobrze znanego ludobójstwa i segregacji rasowej pojawia się pojęcie sterylizacji, której to Pani Diane poświęciła swoją powieść.

W nietypowej scenerii...
Od samego początku można było domyślać się, że „W słusznej sprawie” podejmuje tematy nie tylko trudne, ale często bardzo bolesne w skutkach dla osób, które objął przed laty program. Czytając słowa od autorki możemy dowiedzieć się, że ta postanowiła unaocznić nie tylko swoim rodakom, ale i całemu światu szczegóły sterylizacji eugenicznej, która dozwolona była wg prawa Karoliny Północnej ponad trzydzieści lat temu. Dziś po tych wydarzeniach pozostali jedynie dojrzalsi już ludzie, którzy pamiętają piekło minionych dni. Pisarka tworząc fikcyjne postaci wraca do wydarzeń sprzed lat, chcąc zauważyć panującą wtedy niesprawiedliwość i nieprawidłowość systemu prawnego.

„Do ulotki ktoś włożył złożony na trzy części artykuł z jakiegoś magazynu. Rozwinęłam go i przeczytałam tytuł: 'Lepsze ludzkie istoty – jutro'. I pierwszą linijkę tekstu: 'Przyszłe pokolenia powinny powstać z najlepszego, jakim dziś dysponujemy, ludzkiego materiału'. Przebiegłam oczami artykuł, który opowiadał się za sterylizacją 'mentalnych kalek'. Jedyne co przyszło mi na myśl, to Hitler i jego 'rasa panów'. Czy była tu jakaś różnica?”*

Po pierwszym sukcesie, jaki odniosła w moich oczach proza Pani Chamberlain, długo się nie wahałam – zarezerwowałam w bibliotece kolejną powieść amerykańskiej pisarki, by po raz kolejny zatopić się w tej jakże prostej, przejrzystej i lekkiej językowo powieści. Kiedy po kilkunastu dniach odebrałam publikację, od której wszystko zaczęło się u Książkówki, nie posiadałam się z radości, że „W słusznej sprawie” trafiło w moje ręce tak szybko. Rozemocjonowana wspomnieniem przeżyć doznawanych podczas lektury przez Ewę, rozpoczęłam niezwłocznie czytanie, by poznać sekret skrywany na kartach powieści Amerykanki.

Tak jak przy poprzedniej książce Chamberlain, przystąpiłam do lektury na przełomie miesięcy – lipca i sierpnia. Miło było poczuć smak słów i kolejnych zwrotów, które sprawiły, że z późnego wieczoru robiła się noc, a rankiem oczy bolały od niewyspania. Mimo wszystko warto było, gdyż historia Ivy i Jane przesiąknięta jest prawdą i smutkiem, z którym należy się oswoić... Jest ogromnie wdzięczna pisarce, że i ja mogłam poznać historię, która mogła wydarzyć się naprawdę.

Jane dopiero zaczyna pracę, kiedy wszystkie obowiązki spadają na nią, jak grom z jasnego nieba. Jako opiekunka społeczna musi jednak stanąć na wysokości zadania – są rodziny, które wyczekują dnia przyjazdu kogoś z miasta, a dokładniej Charlotte. Nikt jednak nie spodziewa się, że w ciągu kilku minut jej miejsce może zająć ktoś inny. Nieznajoma. Ktoś gorszy? Lepszy? Nie mają pojęcia. Podchodzą do młodej kobiety początkowo nieufnie, by potem nabrać śmiałości.

„Czasem jednak można zrobić coś dobrego, a i tak czuć się podle z powodu dręczących wątpliwości.”*

Podobne podejście ma też czytelnik, poznając kobietę. Młoda i pełna zapału dziewczyna z czasem, zdobywając sympatię czytelnika i bohaterów. Współpracownicy z opieki społecznej uważają ją jednak za niedoświadczoną i twierdzą, że wkrótce popełni błąd. Przecież nie łatwo upilnować jest młodą dziewczynę, której wszyscy wróżą drogę o dwa lata starszej siostry. Mary Ella uważana za opóźnioną w rozwoju, została zaraz po urodzeniu Williama uparcie nazywanego Dzidziusiem, poddana procesowi sterylizacji. Teraz musi się pilnować, by nie straciła syna, nienależycie się nim opiekując. W końcu nie łatwo upilnować ruchliwego chłopca, którym zajmuje się babka – Winona Hart wychowująca dziewczynki, kiedy te pracują w polu u farmera - Pana Gardinera. Nad domem Hartów zaczyna krążyć widmo niebezpiecznych zdarzeń, które przy pierwszych krokach nowicjuszki -Jane następują niebłagalnie szybko...

„Tak już zostałam wychowana. Człowiek musi pomagać innym, nawet gdy napotyka na trudności. Zwłaszcza wtedy.”*

Mimo niepowodzeń, jakie napotykają bohaterów, nikt się jednak nie poddaje, zwłaszcza czołowa postać jaką jest młoda mężatka i jednocześnie świeżo upieczona opiekunka. Mimo traumatycznych przeżyć jakie są dostarczane wszystkim bohaterom, między kobietą a Ivy wykształca się nić porozumienia i zaufania, która okaże się niezwykle ważna.

„- Nic dobrego nie przyjdzie ze wspominków. Tak zawsze powtarza Nonnie i chyba ma racje, Co to da?
- No... być może jesteśmy to winni osobie, którą straciliśmy. Dobre wspomnienia trzeba zachowywać.”*

Uwielbiam to zdjęcie :)
Pani Chamberlain stworzyła nie tylko niezwykle wciągającą, ale także wzbudzającą najbardziej niespodziewane emocje, powieść, o której nie zapomina się z zamknięciem strony. Wzruszająca, al także przepełniona bólem i cierpieniem historia Ivy i rodziny Hartów pozostaje w pamięci powodując nie małe rozważania w czytelniku. Do głosu dochodzi nasza moralność i poczucie krzywdy, kiedy patrzymy na perypetie drugiego człowieka.

Przyznam, że zadziwiającym było dla mnie momentami życie Ivy i osób, które podobnie jak ona były objęte programem opieki społecznej. Czytając kolejne strony powieści Chamberlain mogłam ujrzeć skrajną biedę, a przy tym wielką radość z codziennych radości, która często umyka. Bardzo polubiłam środowisko pracujące na farmie Davinsona Gardinera, co powodowało, że dalsze perypetie i kolejne zdarzenia były momentami, kiedy serce przekrzykiwało rozum, podobnie jak w przypadku bardzo wrażliwej na potrzebujących Jane.

„Mój ojciec zawsze powtarzał, że prawdziwe szczęście płynie z pomagania innym.”*

Czytając ostatnie strony powieści płakałam ze wzruszenia. Uwielbiam w prozie Chamberlain to, że potrafi zachwycić wzbudzając najbardziej skrajne emocje dosłownie w chwilę – tak, że czytelnik nie spostrzeże się, a po policzku będą mu ni stąd ni zowąd kapać łzy. Koniec powieści świetnie pieczętuje niekiedy wręcz nerwowo przeżywane podczas czytania wnętrze, rozjaśniając całą historię, dając jej promyczek radości i optymizmu.

Pamiętam, jak żałowałam, ze to już koniec. Wiedziałam, że po czytaniu „W słusznej sprawie” będzie mi trudno chwycić za jakąkolwiek inną powieść, nie krzywdząc jej wspomnieniem niezwykłości publikacji Pani Diane. Jeśli chcecie tak, jak ja przeżywać równą niepewność przy jednoczesnym ogromnych cieple na sercu, gorąco polecam nie tyle jedynie perełkę, jaką stworzyła Pani Chamberlain, ale również inne jej pozycje. Jestem pewna, że kto, jak kto, ale ta amerykańska pisarka Was nie zawiedzie :)

Cytaty pochodzą z książki "W słusznej sprawie", kolejno ze stron: 223, 175, 200, 311, 139, 174, 34.

środa, 24 września 2014

[159] Sue Monk Kidd „Czarne skrzydła”


Wydawnictwo Literackie
Kraków 2014, 488 str.
Ocena: 10/10 Perełka

PREMIERA 25 WRZEŚNIA!

Niewolnictwo, które przed laty istniało niemal na całej półkuli zachodniej oraz na terenach afrykańskich to temat, który od dawien dawna poruszany jest w szkole, na lekcjach historii. W pamięci uwalają się wtedy pewne obrazy, które pozostają w niej na dłużej. Zjawisko powszechne w XVIII i XIX wieku ostatnimi czasu często staje się przedmiotem szeroko pojętej literatury. Pisarze niejednokrotnie próbują okazać co raz to inne jego oblicza, zachowując jak najwięcej realizmu. Niewielu jednak próbuje w pełni wczuć się w to, co przeżywali Ci ludzie, odkrywając najmniejsze niuanse ich życia...

„Pora, by stanąć w obronie czyichś praw, nadchodzi wtedy, gdy ktoś ich komuś odmawia!”*

Pani Sue Monk Kidd to bestsellerowa autorka, której publikacje zdobyły uznanie na całym świecie. Nim światło dzienne ujrzała publikacja „Sekretne życie pszczół”, która przyniosła jej rozgłos, wydała inne pozycje – dwie poświęcone kontemplacji nad wiarą chrześcijańską oraz jedną – związaną z poglądami feministycznymi. Na podstawie jej dwóch książek zostały nakręcone filmy. W Polsce czytelnicy mają natomiast możliwość zaznajomić się z jej prozą poprzez trzy książki: „Sekretne życie pszczół”, „Opactwo świętego grzechu” oraz „Czarne skrzydła”, które swoją premierę mają już w czwartek.

„Plantacja, dom, całe nasze życie... Wszystko to zależało od niewolników.”*

Sara Grimkè to najstarsza z córek sędziego i jednego z największych plantatorów Karoliny Południowej. Jego rodzina zaliczana jest do elit Charlestone. Dziewczyna jest oczkiem w głowie ojca, a matka uważa ją za nieco upartą i znacznie inną od pozostałego rodzeństwa. Kiedy na jedenaste urodziny otrzymuje niewolnicę obwiązaną wstążeczkami, stawia swój wyraźny opór. Jednak co raz bardziej się sprzeciwiając, zaczyna tracić to, na czym jej zależało. Uważa, że Hetty, którą otrzymała to człowiek taki jak oni, a człowieka nie można posiadać. Od jej jedenastych urodzin nic już nie będzie takie, jakiego by oczekiwała.

Kiedy zobaczyłam informacje o najnowszej powieści Pani Kidd w moich oczach śmiało można było upatrywać iskierek radości. Cieszyłam się jak dziecko, że kolejne dzieło tej niezwykłej pisarki zagości na polskiej ziemi. Autorki, która była jedną z pierwszych, które pokazały mi czym są łzy wzruszenia podczas lektury. Bez cienia zwątpienia wiedziałam, że koniecznie muszę powrócić do słów spisywanych przez Panią Sue, gdzie skrywają się ogromne pokłady szczerości, a czasem też współczucia i bólu.

„Zachowanie milczenia w obliczu zła również jest złem samym w sobie.”*

Największym atutem powieści są bohaterowie. Każdy z nich, od pozornie niedostrzegalnego niewolnika, po Pana, został znakomicie nakreślony. Nie sposób było kogoś pomylić czy pominąć. Głownie bohaterki – Sara i Szelma spotkały się z moją wielką sympatią, zrozumieniem, a czasem nawet współczuciem. Z napięciem śledziłam ich, co raz to boleśniejsze przeżycia, które trudno przyjąć w ogóle do wiadomości.

Hetty imponowała mi swoją chęcią poznawania świata, do którego nie powinna należeć. Cieszyłam się kiedy Sara pokazywała jej to, co kochała. Największą część mojej ogromnej sympatii zdobyła młoda Grimkè. Nie mogłam się nadziwić ile w niej zapału i woli walki, mimo ciągłych niepowodzeń i braku akceptacji ze strony rodzeństwa. Jej relacja z siostrą – Niną – stanowiła dla mnie źródło zachwytów nad siostrzaną miłością. To, co je łączyło nie stanowi codzienności wśród dzisiejszych rodzeństw, dlatego byłam zafascynowana tym, jak świetnie się dogadywały. Samą Sarę pokochałam całym sercem. Nie mogłam się oderwać od opowieści o jej życiu, które nierzadko przepełnione było goryczą porażki.

„Napotykając na swojej drodze jakiekolwiek zagrożenie, pragnęłam tylko umrzeć albo się ukryć. Dlatego wymyśliłam sobie hasło: 'Skoro już musisz popełniać błędy, rób to z odwagą'.”*

Wydawać by się mogło, że niewolnicy całkowicie podporządkowują się Panom, by nie otrzymywać najbardziej bolesnych kar. Z kolejnymi stronami powieści czytelnik przekonuje się jednak, że ludzie będąc ograniczeni niewolą, próbują sprawnie wywinąć się spod zasad w każdy możliwy sposób. W ten sposób próbują pokazać, że są coś więcej warci, niż wskazują cyfry w księdze spisu majątków ruchomych właściciela. Zdecydowanie można stwierdzić, że potrafią samodzielnie myśleć i przechytrzyć władzę.

„Mauma nie pragnęła samej tkaniny, chciała jedynie narobić kłopotów. Nie była w stanie się wyzwolić ani zdzielić pani laską w tył głowy, mogła za to zabrać jej jedwab. Człowiek buntuje się w każdy możliwy sposób.”*

Mauma była postacią, którą, obok dwóch głównych bohaterek, najbardziej polubiłam. Budziła ona we mnie momentami lęk, kiedy bywałam świadkiem jej zuchwałych czynów. Były momenty, kiedy naprawdę bałam się o tą kobietę, która stawała mi się bliska z każdą kolejną stroną, tak jak była ważna dla Hetty. Szczególnie spodobał mi się pomysł kapy jako możliwości tworzenia książek, opowieści przez nie potrafiących pisać niewolników. Za każdym razem, tak jak Szelma ze wzruszeniem studiowałam kolejne obrazki, które wyszyła jej mauma.

„Przechodząc od obrazu do obrazu, wydawało mi się, że czytam książkę, którą mauma zostawiła po sobie, jej ostatnie słowa.”*

Druga z czołowych postaci – Hetty – imponowała mi natomiast swoją dojrzałością. Choć wielu nie dostrzegało w niej ogromu odwagi i wytrzymałości duszy oraz ciała, bardzo ją sobie za to ceniłam. Choć znacznie chętniej czytałam o perypetiach Grimkè, lubiłam Szelmę. Bardzo mi się podobała ta postać, choć została ona w pełni stworzona wyobraźnią Pani Kidd. Pisarce należy się ogromna pochwała, że stworzyła dziewczynę, której historia, chociaż nie prawdziwa, była z pewnością opowieścią dotyczącą wielu niewolników.

„(...) Mauma już więcej nie upadła, a ja doszłam do wniosku, że Bóg mnie wysłuchał. Może wcale nie był biały, może ten świat miał też kolorowego Boga.”*

W historii spisanej piórem Pani Kidd widać wielki wpływ wiary na tworzone przez nią dzieło. Na kartach powieści odnajdujemy liczne dowody na to, że Bóg odgrywa wielką rolę nie tylko w życiu niewolników, ale i panów. Niezależnie od koloru skóry każdy z nas potrzebuje wsparcia kogoś, kogo nie ma materialnie gdzieś obok, a jest duchowo. Dlatego też kiedy zobaczyłam rozważania Hetty na temat istnienia kolorowego Boga, z uporem maniaka wypatrywałam podobnych fragmentów dalej. Dzięki nim pisarka jeszcze bardziej uświadamiała czytelnikowi, że nawet w kwestii wiary niewolnicy niczym się nie różnili, a jednak byli oddzielani od społeczeństwa.

„Mówisz jakby Bóg był białym Południowcem! Jakby jego wizerunek stanowił naszą własność. Mówisz jak głupiec. Czarni nie są istotami innymi niż my. Biała skóra to nie świętość. Mary! Nie możecie usprawiedliwiać nią wszystkiego.”*

Historia ukazana w „Czarnych skrzydłach” to nie tylko opowieść o niewolnictwie, ale także walce o prawa kobiet. Część, w której Sara i jej siostra Nina podróżowały po kraju jako mówczynie, zdecydowanie zaliczam do jednej z bardziej pozytywnych. Każda z ich wypowiedzi była przepełniona wiarą w lepsze jutro, a jednocześnie siłą, z jaką niosły na swoich ramionach skutki tych wypowiedzi. Cieszę się, że takie osoby, jak one, dały Nam – kobietą – prawo wolnego głosu. Wtedy cała sprawa raczkowała, jednakże młode siostry Grimkè były w swych czynach niebywale uparte.

„Bóg stworzył kobiety do roli salonowych lalek. Jak ja tego nie cierpię!”*

Niezwykle ważną częścią książki, a może nawet najważniejszą w odbiorze całej lektury są słowa od autorki. Dzięki nim możemy zrozumieć sens całej powieści i odkryć pobudki z jakich pisarka zdecydowała się na ten, a nie inny temat. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona, kiedy odkryłam prawdziwe fakty, szczegół po szczególe znajdujące się w książce. Choć już od początku widziałam, że Sara jest postacią realną, a nie jak Hetty – wytworem wyobraźni, byłam zaskoczona jak Pani Kidd genialnie połączyła ze sobą w całość wszelkie dostępne informacje na temat życia Sary Grimkè. Po przeczytaniu tego swoistego podsumowania jeszcze bardziej przekonałam się w przekonaniu, że „Czarne skrzydła” to prawdziwy majstersztyk.

„Historia to nie tylko ciąg faktów i zdarzeń. Historia to również ból w sercu. A my powtarzamy ją raz za razem, aż w końcu cudzy ból stanie się naszym własnym.”**

Wielce ciekawym odkryciem w podsumowaniu okazują się informacje o badaniach, jakie kobieta prowadziła szukając materiałów do książki. Byłam pod wrażeniem ile włożyła w to nie tylko czasu, ale i serca. Nie ma nic piękniejszego niż pasja w odkrywaniu nieznanych tajemnic tematu, który w jakiś sposób nas zainteresował. Bardzo podziwiam Panią Kidd za wysiłek, jaki włożyła w stworzenie tak wnikliwej opowieści.

Kończąc moje rozważania na temat „Czarnych skrzydeł” trudno mi nie wspomnieć, że te dzieło zawierającą kawał historii minionych lat powinien przeczytać każdy. Pani Sue Monk Kidd to „literacka marka”, za którą szczególnie polecam wam chwytać bez żadnego wahania. W jej powieściach w końcu nie chodzi tylko o pisanie, które kocha, ale również o coś znacznie ważniejszego. Pisarka pragnie przekazać opowieść, która wedrze się w najgłębsze czeluście ludzkiego serca i poruszy je tym, co w niej opisywane. I nie są to rzeczy błahe, niewarte uwagi, a sprawy, o których każdy stąpający po ziemi powinien mieć choć minimum pojęcia. Jeszcze raz więc polecam Wam lekturę autorstwa Pani Kidd.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki "Czarne skrzydła", kolejno ze stron: 439, 244, 261, 16, 56, 198, 66, 463, 140.
** Cytat pochodzi z książki "Czarne skrzydła" i został zawarty w podsumowaniu od autorki. Są to słowa profesora Juliusa Lestera zawarte na stronie 482

piątek, 19 września 2014

[158] Izabela Sowa „Powrót”


Wydawnictwo Znak literanova
Kraków 2014, 272 str.
Ocena: 3/10 Poniżej oczekiwań

Powroty bywają trudne. Zwłaszcza te do ojczystej ziemi, z dalekiego kraju. I nie tylko odległość odgrywa tu rolę. Ważniejsze jest to, co pozostawiliśmy, często uciekając od problemów, wymagań i oczekiwań przyjaciół oraz rodziny. Dorotka też próbowała uciec, teraz wraca. Czeka na nią dorosłość, przed którą ukrywała się na obczyźnie. Życie wiele od niej wymaga, zwłaszcza, że wiele zaryzykowała decydując się na własny, nieco sprzeczny z początkowymi założeniami, scenariusz na pierwsze dorosłe kroki.

Pani Izabela Sowa to pisarka, która od lat gości na polskim rynku wydawniczym. Jej powieści ku radości wielu czytelników ukazują się w przeróżnych wydawnictwach już od dwunastu lat. Sympatię książkoholików przyniosła jej tzw. seria owocowa, z której najbardziej znaną pozycją jest „Zielone jabłuszko” - książka kilkakrotnie wznawiana. W 2013 roku po raz pierwszy wydała swoją powieść z krakowskim wydawnictwem Znak. Kolejną, która ujrzała światło dzienne dzięki Krakowianom jest dzieło pt. „Powrót”, które swoją premierę miało w sierpniu tego roku.

Dorota to ponad trzydziestoletnia kobieta, która powraca do kraju, by spróbować dorosnąć. Wcześniej zrezygnowała z tego, porzucając studia na ASP i wyjeżdżając za granicę. Teraz, gdy jej znajomi są już w związkach, a czasem nawet starają się o dzieci, ona wraca, by zacząć wszystko od nowa. Nie są jej w głowie już zabawy, które ominęły ją, gdy przyjaciele ze studiów bawili się na juwenaliach. Ona wtedy poznawała tajniki tatuażu, pozwalające jej utrzymać się w Polsce po powrocie. Tylko czy posiadanie pracy to jedyny wyznacznik bycia dorosłym?

Entuzjastycznie nastawiona po lekturze „Azylu”, w którym odnalazłam w końcu coś dobrego w prozie Sowy, zaczęłam lekturę „Powrotu”. Obstawiałam, że czeka mnie równie miłe popołudnie z książką, co poprzednim razem. Zachęcona okładką, zarysem fabuły i tekstami na okładce zaczęłam swoją podróż z pisarką, której publikacje ukazują się od lat.

Przed sobą miałam lekturę, którą zdobiła niesamowita grafika. Dziś dochodzę do wniosku, że okładka to jedna z nielicznych rzeczy, która sprawiła, że na mojej twarzy podczas czytania pojawił się uśmiech. Byłoby to może i trochę zrozumiałe, gdyby był to krwawy kryminał, dramat albo horror, jednak to nic z tych rzeczy. Trudno powiedzieć mi cokolwiek dobrego o powieści, na której tak bardzo się zawiodłam.

Główna bohaterka to ponad trzydziestoletnia kobieta, którą mimo wieku autorka uparcie nazwała Dorotką. O ile zdrobnienie to na początku było zjadliwe, pojawiając się po raz enty na setnej stronie stanowiło największą przyczynę irytacji. Moim zdaniem dziewczyna, choć na okładce zapowiadano iż będzie silna, często można było idealnie przypasować do pieszczotliwego zwrotu, którym nazywamy zazwyczaj małe dziewczynki.

„Dla byle obrazka nie warto się dziarać.”*

A taką ładną miałam zakładkę... :)
Długo zastanawiałam się o czym tak naprawdę jest najnowsza powieść Pani Izabeli. Mimo że dziwnie to zabrzmi po lekturze – nadal nie mam do końca pojęcia. Miała to być powieść o dorosłości, jednak trudno mi powiedzieć, czy tak do końca jest. Dorotka powinna być, jak przystało na tatuażystkę – twarda i zdecydowana. Czytelnikowi podczas lektury zdaje się raczej, iż jest ona kompletnie niezdecydowana i zbyt bojaźliwa, by wkroczyć w prawdziwe życie. Zawsze pozostają gdzieś za nią wspomnienia, od których nie potrafi się skutecznie odciąć, decydując się na cokolwiek.

Patrząc z dystansem – pisarka dokonała czegoś, z czym jeszcze się nie spotkałam. Choć książka jest podzielona na duże rozdziały w postaci pór roku i mniejsze – numerowane, zdaje się, jakby Pani Sowa umieściła całą rozgrywającą się akcję poza czasem. Momentami jest to nawet ciekawe i nowatorskie, zwłaszcza w prozie polskiej, ale z kolejnymi stronami zaczynamy się zastanawiać czy tak naprawdę nie wstrzymuje to biegu książki i dalszych perypetii bohaterki.

Ludzie chcą po prostu wyglądać, nic więcej. Bywa, że jakiś wzór bez treści zachwyca ją niczym skrzydła ważki. Ale zawsze u innych.”*

Międzyczas to słowo, które niesamowicie krąży po mojej głowie od czasu, gdy zamknęłam „Powrót”. Bowiem wiele jest w tej publikacji retrospekcji. Na początku czytający przyjmuje je z entuzjazmem, licząc, że dowie się czegoś ciekawego na temat bardzo skrytej osoby, jaką jest Dorotka. Lecz potem uświadamia sobie, że powroty do lat minionych jakimi raczy nas duet pisarka + bohaterka, nic tak naprawdę nie wnosi, a tylko nuży czytelnika. Czasem można w nim wyłapać kilka pouczających fraz, jednakże następuje to bardzo rzadko.

„Zdjęcia to tylko kawałek papieru. A papier przyjmie wszystko. Natomiast prawdziwe rzeczy...”*

Młoda kobieta, która miała dorosnąć po powrocie do ojczystej ziemi, cały czas żyje złudzeniami, chwilami, których podobno nie chce pamiętać i marzeniami, do których nie chce się przyznać. Jedynie to sprawia, że postać wykreowana przez Panią Sowę wydaje się możliwą w swym realnym istnieniu. Wszystko, co wokół niej się dzieje, odbiega od rzeczywistości, jaką znamy. Istnieje jakby poza czasem, z możliwością umieszczenia wydarzeń w różnych przedziałach...

Najbardziej szkoda mi, że tak rzadko pojawiali się bohaterowie pokroju babci, którzy tak naprawdę wzbudzali emocje czytelnika, sprawiali, że lektura stawała się lżejszą. Bardzo lubiłam, gdy pojawiała się ta starsza osoba, za każdym razem w jakiś sposób wspominająca Marczuka. To, jak mówiła, zachowywała się w stosunku do Dorotki było świetnym obrazem międzypokoleniowej miłości.
„Nie będę straszyć po śmierci. Co najwyżej rozczaruje robaki!”*

Jedynym ciekawym wątkiem, który sprawił, że z większym zainteresowaniem zaczęłam przewracać strony „Powrotu” była część o działce. Sama, mieszkając w domu jednorodzinnym nigdy nie doświadczyłam niedziel spędzanych w zaciszu kilku arów za miastem. Ba.. tą ciszę i spokój miałam na własność w każdy dzień tygodnia. Minione lato to miesiące, w których moja przyjaciółka spędzała pierwsze dni z rodzicami na działce, namiętnie opowiadając mi o co raz dalszych pracach wykończeniowo-dekoratorskich, dlatego też pojawienie się RODos dodało tej pozycji uroku. Znacznie lżej czytało mi się fragmenty związane z miejscem, do którego Dorotka często zaglądała razem z Igorem.

Bohater ten, choć czasem mnie denerwował swoim ograniczeniem spojrzenia na świat do jednej, jedynej osoby, jaką był on, też tchnął w publikację nieco pozytywnej energii. Przy nim Dorotka nie była już małą Dorotką, a już bardziej dojrzalszą Dorotą, która nie zachowuje się jak mała rozkapryszona dziewczynka. Lubiłam kobietę, która u boku modela wędrowała ścieżkami w środku miasta, będąc nie tylko rozważną mówczynią, ale przede wszystkim uważną słuchaczką.

„(...) Dorotka zrozumiała, że ze złudzeniami jest jak z nałogiem. Nie da się od nich uwolnić, można je tylko zmienić na inne.”*

Podsumowując muszę z żalem przyznać, że Dorotka, jak brzmi opis z tyłu okładki – rozczarowała wszystkich, także mnie. Spodziewałam się znacznie więcej kreatywności i optymizmu po byłej studentce ASP, zajmującej się tatuażami. Wierzyłam, że odnajdę w pozycji pokłady zamiłowania, pasji i radości, która sprawi, że jeszcze bardziej będę chciała sprawić sobie tatuaż. Tego jednak zabrakło. Brak było mi ogólnego kierunku powieści, większych zaskoczeń i choćby odrobiny napięcia. Książka za bardzo została przesycona męczącą wręcz melancholią bohaterki, a bieg wydarzeń, choć ujęto w „Powrocie” cały rok kalendarzowy, za bardzo spowolniony i zbyt ubogi jak na tak długi okres. Trudno mi polecić powieść, po której tak wiele oczekiwałam, a która tak bardzo mnie zawiodła. Póki co na razie odpuszczę sobie zmagania z literaturą Pani Sowy, gdyż na trzy przeczytane pozycje, dwie wypadły kiepsko...

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Lubimy Czytać i Wydawnictwa Znak , za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki "Powrót", kolejno ze stron:  73, 74, 42,131 ,96