Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak literanova. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak literanova. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

[158] Izabela Sowa „Powrót”


Wydawnictwo Znak literanova
Kraków 2014, 272 str.
Ocena: 3/10 Poniżej oczekiwań

Powroty bywają trudne. Zwłaszcza te do ojczystej ziemi, z dalekiego kraju. I nie tylko odległość odgrywa tu rolę. Ważniejsze jest to, co pozostawiliśmy, często uciekając od problemów, wymagań i oczekiwań przyjaciół oraz rodziny. Dorotka też próbowała uciec, teraz wraca. Czeka na nią dorosłość, przed którą ukrywała się na obczyźnie. Życie wiele od niej wymaga, zwłaszcza, że wiele zaryzykowała decydując się na własny, nieco sprzeczny z początkowymi założeniami, scenariusz na pierwsze dorosłe kroki.

Pani Izabela Sowa to pisarka, która od lat gości na polskim rynku wydawniczym. Jej powieści ku radości wielu czytelników ukazują się w przeróżnych wydawnictwach już od dwunastu lat. Sympatię książkoholików przyniosła jej tzw. seria owocowa, z której najbardziej znaną pozycją jest „Zielone jabłuszko” - książka kilkakrotnie wznawiana. W 2013 roku po raz pierwszy wydała swoją powieść z krakowskim wydawnictwem Znak. Kolejną, która ujrzała światło dzienne dzięki Krakowianom jest dzieło pt. „Powrót”, które swoją premierę miało w sierpniu tego roku.

Dorota to ponad trzydziestoletnia kobieta, która powraca do kraju, by spróbować dorosnąć. Wcześniej zrezygnowała z tego, porzucając studia na ASP i wyjeżdżając za granicę. Teraz, gdy jej znajomi są już w związkach, a czasem nawet starają się o dzieci, ona wraca, by zacząć wszystko od nowa. Nie są jej w głowie już zabawy, które ominęły ją, gdy przyjaciele ze studiów bawili się na juwenaliach. Ona wtedy poznawała tajniki tatuażu, pozwalające jej utrzymać się w Polsce po powrocie. Tylko czy posiadanie pracy to jedyny wyznacznik bycia dorosłym?

Entuzjastycznie nastawiona po lekturze „Azylu”, w którym odnalazłam w końcu coś dobrego w prozie Sowy, zaczęłam lekturę „Powrotu”. Obstawiałam, że czeka mnie równie miłe popołudnie z książką, co poprzednim razem. Zachęcona okładką, zarysem fabuły i tekstami na okładce zaczęłam swoją podróż z pisarką, której publikacje ukazują się od lat.

Przed sobą miałam lekturę, którą zdobiła niesamowita grafika. Dziś dochodzę do wniosku, że okładka to jedna z nielicznych rzeczy, która sprawiła, że na mojej twarzy podczas czytania pojawił się uśmiech. Byłoby to może i trochę zrozumiałe, gdyby był to krwawy kryminał, dramat albo horror, jednak to nic z tych rzeczy. Trudno powiedzieć mi cokolwiek dobrego o powieści, na której tak bardzo się zawiodłam.

Główna bohaterka to ponad trzydziestoletnia kobieta, którą mimo wieku autorka uparcie nazwała Dorotką. O ile zdrobnienie to na początku było zjadliwe, pojawiając się po raz enty na setnej stronie stanowiło największą przyczynę irytacji. Moim zdaniem dziewczyna, choć na okładce zapowiadano iż będzie silna, często można było idealnie przypasować do pieszczotliwego zwrotu, którym nazywamy zazwyczaj małe dziewczynki.

„Dla byle obrazka nie warto się dziarać.”*

A taką ładną miałam zakładkę... :)
Długo zastanawiałam się o czym tak naprawdę jest najnowsza powieść Pani Izabeli. Mimo że dziwnie to zabrzmi po lekturze – nadal nie mam do końca pojęcia. Miała to być powieść o dorosłości, jednak trudno mi powiedzieć, czy tak do końca jest. Dorotka powinna być, jak przystało na tatuażystkę – twarda i zdecydowana. Czytelnikowi podczas lektury zdaje się raczej, iż jest ona kompletnie niezdecydowana i zbyt bojaźliwa, by wkroczyć w prawdziwe życie. Zawsze pozostają gdzieś za nią wspomnienia, od których nie potrafi się skutecznie odciąć, decydując się na cokolwiek.

Patrząc z dystansem – pisarka dokonała czegoś, z czym jeszcze się nie spotkałam. Choć książka jest podzielona na duże rozdziały w postaci pór roku i mniejsze – numerowane, zdaje się, jakby Pani Sowa umieściła całą rozgrywającą się akcję poza czasem. Momentami jest to nawet ciekawe i nowatorskie, zwłaszcza w prozie polskiej, ale z kolejnymi stronami zaczynamy się zastanawiać czy tak naprawdę nie wstrzymuje to biegu książki i dalszych perypetii bohaterki.

Ludzie chcą po prostu wyglądać, nic więcej. Bywa, że jakiś wzór bez treści zachwyca ją niczym skrzydła ważki. Ale zawsze u innych.”*

Międzyczas to słowo, które niesamowicie krąży po mojej głowie od czasu, gdy zamknęłam „Powrót”. Bowiem wiele jest w tej publikacji retrospekcji. Na początku czytający przyjmuje je z entuzjazmem, licząc, że dowie się czegoś ciekawego na temat bardzo skrytej osoby, jaką jest Dorotka. Lecz potem uświadamia sobie, że powroty do lat minionych jakimi raczy nas duet pisarka + bohaterka, nic tak naprawdę nie wnosi, a tylko nuży czytelnika. Czasem można w nim wyłapać kilka pouczających fraz, jednakże następuje to bardzo rzadko.

„Zdjęcia to tylko kawałek papieru. A papier przyjmie wszystko. Natomiast prawdziwe rzeczy...”*

Młoda kobieta, która miała dorosnąć po powrocie do ojczystej ziemi, cały czas żyje złudzeniami, chwilami, których podobno nie chce pamiętać i marzeniami, do których nie chce się przyznać. Jedynie to sprawia, że postać wykreowana przez Panią Sowę wydaje się możliwą w swym realnym istnieniu. Wszystko, co wokół niej się dzieje, odbiega od rzeczywistości, jaką znamy. Istnieje jakby poza czasem, z możliwością umieszczenia wydarzeń w różnych przedziałach...

Najbardziej szkoda mi, że tak rzadko pojawiali się bohaterowie pokroju babci, którzy tak naprawdę wzbudzali emocje czytelnika, sprawiali, że lektura stawała się lżejszą. Bardzo lubiłam, gdy pojawiała się ta starsza osoba, za każdym razem w jakiś sposób wspominająca Marczuka. To, jak mówiła, zachowywała się w stosunku do Dorotki było świetnym obrazem międzypokoleniowej miłości.
„Nie będę straszyć po śmierci. Co najwyżej rozczaruje robaki!”*

Jedynym ciekawym wątkiem, który sprawił, że z większym zainteresowaniem zaczęłam przewracać strony „Powrotu” była część o działce. Sama, mieszkając w domu jednorodzinnym nigdy nie doświadczyłam niedziel spędzanych w zaciszu kilku arów za miastem. Ba.. tą ciszę i spokój miałam na własność w każdy dzień tygodnia. Minione lato to miesiące, w których moja przyjaciółka spędzała pierwsze dni z rodzicami na działce, namiętnie opowiadając mi o co raz dalszych pracach wykończeniowo-dekoratorskich, dlatego też pojawienie się RODos dodało tej pozycji uroku. Znacznie lżej czytało mi się fragmenty związane z miejscem, do którego Dorotka często zaglądała razem z Igorem.

Bohater ten, choć czasem mnie denerwował swoim ograniczeniem spojrzenia na świat do jednej, jedynej osoby, jaką był on, też tchnął w publikację nieco pozytywnej energii. Przy nim Dorotka nie była już małą Dorotką, a już bardziej dojrzalszą Dorotą, która nie zachowuje się jak mała rozkapryszona dziewczynka. Lubiłam kobietę, która u boku modela wędrowała ścieżkami w środku miasta, będąc nie tylko rozważną mówczynią, ale przede wszystkim uważną słuchaczką.

„(...) Dorotka zrozumiała, że ze złudzeniami jest jak z nałogiem. Nie da się od nich uwolnić, można je tylko zmienić na inne.”*

Podsumowując muszę z żalem przyznać, że Dorotka, jak brzmi opis z tyłu okładki – rozczarowała wszystkich, także mnie. Spodziewałam się znacznie więcej kreatywności i optymizmu po byłej studentce ASP, zajmującej się tatuażami. Wierzyłam, że odnajdę w pozycji pokłady zamiłowania, pasji i radości, która sprawi, że jeszcze bardziej będę chciała sprawić sobie tatuaż. Tego jednak zabrakło. Brak było mi ogólnego kierunku powieści, większych zaskoczeń i choćby odrobiny napięcia. Książka za bardzo została przesycona męczącą wręcz melancholią bohaterki, a bieg wydarzeń, choć ujęto w „Powrocie” cały rok kalendarzowy, za bardzo spowolniony i zbyt ubogi jak na tak długi okres. Trudno mi polecić powieść, po której tak wiele oczekiwałam, a która tak bardzo mnie zawiodła. Póki co na razie odpuszczę sobie zmagania z literaturą Pani Sowy, gdyż na trzy przeczytane pozycje, dwie wypadły kiepsko...

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Lubimy Czytać i Wydawnictwa Znak , za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki "Powrót", kolejno ze stron:  73, 74, 42,131 ,96

poniedziałek, 6 stycznia 2014

[134] Ewa Stachniak „Ogród Afrodyty”

Wyd. Znak literanova
Kraków 2013, 512 str.
Ocena: 9/10 Niecodzienna

Afrodyta nie tylko posiadała nieprzeciętną urodę, ale i była od dawien dawna pożądaną przez wszystkich. Piękna bogini nie raz miała swój odpowiedni wśród kobiet, którym przyszło stąpać po ziemi. Zjawiskowe, powabne, pełne zdecydowania, a często i sprytu – mężczyźni nie potrafią przejść obok nich obojętnie. Jednak czy urodziwa, ale biedna dziewczyna może stać się ulubienicą salonów, arystokratką, a co dopiero przyjaciółką króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i księcia Potiomkina?

Autorka powieści, w którą postanowiłam się zagłębić, to rodowita wrocławianka, która od ponad trzydziestu lat mieszka w Kanadzie. Pani Stachniak to przede wszystkim absolwentka anglistyki Uniwersytetu Wrocławskiego i Uniwersytetu McGill w Montrealu. Twórczość Pani Ewy była początkowo publikowana wyłącznie w kanadyjskich magazynach literackich. Choć mieszka za oceanem, jej książki zostały wydane w ojczystym kraju. Są to cztery powieści, wśród których znajduje się czytana przeze mnie - „Ogród Afrodyty”. Prócz tego spod pióra pisarki polskiego pochodzenia wyszły: „Konieczne kłamstwa”,”Dysonans” oraz „Katarzyna Wielka. Gra o władzę”. Pani Stachniak zdobyła uznanie nie tylko wśród polskich czytelników, ale i książkoholików z całego świata.

Zofia ma tylko jedną szansę, by odmienić swój los i z ubogiej Greczynki przeistoczyć się w kobietę opływającą w luksusach. Wszystko zależy tylko od tego, jak wykorzysta swoja nieprzeciętną urodę i zawładnie męskimi pragnieniami by zdobyć to, czego pragnie dla niej matka.

Każda kobieta umie rozłożyć nogi, ale nie każda potrafi się nauczyć, jak nie zanudzać.”

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam opis książki, wiedziałam, że nie będę mogła przejść obok niej obojętnie. Tło historyczne, osiemnastowieczna Europa i możliwości snucia fikcji literackiej, jakie jawiły się przed Panią Ewą kusiły za każdym razem, gdy ponownie mój wzrok padał na okładkę czy zapowiedzi na którejś z kolei stronie. W końcu, mimo obaw, że nie sprostam lekturze, zdecydowałam się by przeczytać historię, którą na kanwie autentycznych wydarzeń, stworzyła polska pisarka. Teraz, już dość długo po lekturze muszę powiedzieć, że nie zawiodłam się, a książka choć minęło sporo czasu od zakończenia jej lektury, nadal pozostała w pamięci i zadomowiła się w szufladce opatrzonej napisem „pozytywne wrażenia” ;)

Muszę przyznać, iż nie pamiętam kiedy ostatnim razem czytałam książkę tak długo jak „Ogród Afrodyty”, choć ta niezwykle przypadła mi do gustu. Pozycja Pani Stachniak wpadła w moje ręce już w maju, jednak na długie wakacyjne miesiące wylądowała na półce i przeleżała tam do października, mimo że błogie leniuchowanie zakończyłam miesiąc wcześniej. Jednak za każdym razem gdy spoglądałam na regał, coś „wierciło mnie od środka”. I tak, przy wolnej chwili nie odmówiłam sobie, przesiedziałam z książką, i już zimną herbatą do późnych godzin nocnych, i do końca przeczytałam historię Zofii stworzoną piórem Pani Ewy.

Tak wygląda śmierć, pomyślała. Moment straty zbyt przejmujący, aby go pojąć. Chwila złączenia bólu z miłością. Chwila bez 'jestem' i bez 'będę'. Tylko wspomnienia, rozpraszane i zacierane przez czas.”

Czytając... :)
Co bardzo mi się spodobało od samego początku – Autorka postawiła na akcję rozgrywającą się dwutorowo. Czytelnik miał okazję jednocześnie poznawać losy młodej Zofii, jak i już dojrzałej, ale schorowanej - na łożu śmierci. Z każdą kolejną stroną obserwujemy nie tylko chorobę, która co raz bardziej pochłania kobietę, ale i perypetie dziewczyny, która z biednej Greczynki przeistoczyła się w ulubienicę salonów osiemnastowiecznej Europy. Powrót do wspomnień zagnieżdżonych w otchłaniach duszy Zofii stanowi niejako rozrachunek z życiem, w którym nie zawsze postępowała zgodnie z moralnym punktem widzenia. Przypomina sobie ludzi, których nie tylko zraniła, ale i tych których kochała i przez których była uwielbiana.

Życie poszczególnych ludzi jest ze sobą złączone, związane na różne, najbardziej tajemnicze sposoby. Tak, życie to łańcuch zdarzeń, które wtórują sobie jak echo. Ich znaczenie jest ukryte do czasu, aż ujawni je jakiś neutralny czynnik, na przykład przypadkowe spotkanie czy nagłe olśnienie.”

Wydaje mi się, że obok dwutorowości powieści największym atutem jest właśnie tło, o którym wspominałam. Historia jest moim konikiem i uwielbiam się wczytywać w publikacje, w których autorzy opierają na niej fabułę choć w niewielkiej, ale odgrywającej pewną rolę, części. Buzia śmiała mi się sama za każdym razem, gdy kojarzyłam historycznych bohaterów czy miejsca, w których rozgrywały się kolejne wydarzenia. Jeszcze więcej radości dawało mi poznawanie, tego, co nieznane za każdym razem, gdy wpisywałam hasło w wyszukiwarkę, czytałam opis lub oglądałam zdjęcia, by później powrócić do lektury mając w głowie inny i zdecydowanie mniej rozmazany obraz rzeczywistości, w której w danej chwili przychodziło żyć postaciom „Ogrodu Afrodyty”.

Sama bohaterka, choć miejscami początkowo mnie irytowała, została ukazana jako silna kobieta, której nie zabrakło zdecydowania, w najważniejszych momentach. Bywała nie tylko przedstawiana jako pełna kobiecości i seksualności przedstawicielka płci pięknej, ale przede wszystkim jako inteligentna i sprytna dziewczyna, która nie dała przyzwolenia na to, by żyć wg z góry określonych konwencji, a spełnić swe pragnienia. Zofia nie tylko nie siedzi cicho i jest gotowa, by wyrażać swoje zdanie w pełni zdecydowanie, ale także budzi podziw mężczyzn i jest adorowana, co z kolei sprawia, iż wiele Szlachcianek czuje do niej po prostu nienawiść i jest zazdrosna o kobietę, która w taki sposób potrafi wykorzystywać swoje atuty.

Bóg jest Wielkim Inżynierem ludzkiego losu, posyłając nas na szachownicę życia i dając nam do ręki narzędzia, które mają pomóc w naszej ziemskiej wędrówce. Gdy krzyżują się nasze losy, gdy okoliczności stykają ze sobą dwie dusze, trzeba skłonić głowę przed Wielkim Planem Istnienia.”

Po lekturze nadchodzi mnie jedno fundamentalne pytanie – Czy Zofia zaznała szczęścia? Czy można zaznać je cały czas za czymś goniąc lub uciekając przed opiniami innych w ochronie dobra własnej rodziny? Nie mi to oceniać, jednak myślę, że trudno było złapać radość z codzienności, najdrobniejszych spraw i znamiennych wartości jakie niosło za sobą kochanie. Tylko czy Zofia kiedyś w pełni kochała? Czy tylko „skakała z kwiatka na kwiatek” w poszukiwaniu pełni, jakiej oczekiwała od życia? Myślę, że największą miłością, na którą się zdobyła było uczucie, jakim darzyła własne dzieci, choć nie zawsze to okazywała, starała się dla nich o to, co najlepsze.

(...) szczęście to delikatna roślina, która wymaga słońca i deszczu, aby rosnąć, która zwiędnie i uschnie w ukryciu.”

Podsumowując, muszę powiedzieć, że dawno nie miałam okazji czytać powieści, która usatysfakcjonowała by mnie, mimo tego, ze jej czytanie nie było błyskawiczne. Wręcz przeciwnie – chwilę, gdy mogłam trzymać książkę otwartą przed sobą o jeszcze jeden tydzień dłużej, były chwilami radości w poznawaniu historii Zofii napisanej (uwaga!) przyciągającym czytelnika, niczym magnes, stylem Pani Ewy. Myślę, że autorka dopuściła się nie małego mistrzostwa, bo nie oszukujmy się – do historycznych wydarzeń, która nierzadko nudzą wielu, nie łatwo jest zachęcić, a z pewnością mogę powiedzieć, iż jej książka przypadnie do gustu nie tylko pasjonatom historii :)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova, za co serdecznie dziękuję ;)

czwartek, 5 lipca 2012

[95] Marcin Ciszewski „Upał”

Wyd. Znak literanova
Kraków 2012, 416 str.
Ocena: 9/10  Niecodzienna

Euro 2012 – od ponad pięciu lat w sercach Polaków, nie tylko tych, którzy musieli nieźle napracować się by wszystko wyszło jak należy, ale również kibiców wierzących w sukces naszej reprezentacji. Sztab szkoleniowy z selekcjonerem na czele i dwudziestu trzech piłkarzy, którzy chcieli zostać legendą. Szesnaście krajów, którym przyszło poznać nowy zakątek Europy, inną kulturę i przede wszystkim Polaków, o których słyszeli lepsze i gorsze rzeczy. Budowa dróg, stadionów, lotnisk – krótko mówiąc: wyczerpujące przygotowania. Jednak czy przeciętemu kibicowi przeszła przez głowę myśl o możliwości ataku terrorystycznego? Czy w ogóle zdawaliśmy sobie sprawę ile ludzi czuwa nad bezpieczeństwem Euro 2012?

Po raz pierwszy usłyszałam o Panu Marcinie przy okazji premiery WWW.RU2012.PL, jednak dotąd nie miałam okazji zapoznać się z pozycjami tegoż autora. Kiedy przeczytałam opis jego najnowszej powieści pt. „Upał”, miałam ochotę nie tylko zapoznać się z pozycją, ale również dowiedzieć się co nieco o samym pisarzu. Pan Marcin Ciszewski jest absolwentem Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, ze specjalizacją historia najnowsza. Choć od lat nie zajmuje się historią zawodowo, pasjonuje się przebiegiem II WŚ, ze szczególnym uwzględnieniem Kampanii Wrześniowej. Doświadczenia muzyczne, treningowe, a przede wszystkim solidne humanistyczne wykształcenie na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, a także pasja czytelnicza i podziw najzacniejszych twórców literatury XX i XXI wieku: Stephena Kinga, Alistaira Macleana, Fredericka Forsytha czy Stanisława Lema, zaowocowało w końcu pomysłem, by samemu oddać się pisaniu powieści. I tak: Pan Marcin Ciszewski zadebiutował w 2008 roku powieścią www.1939.com.pl. Po czterech latach w dorobku literackim kolejnego polskiego pisarza znalazły się takie powieści jak: „WWW.1939.COM.PL”, „WWW.1944.WAW.PL”, „Major”, „Mróz”, „WWW.RU2012.PL” oraz „Upał”.
Pan Marcin Ciszewski

Stadion Narodowy – miejsce długo wyczekiwanego meczu ćwierćfinałowego Polaków. Meczu nie tylko o awans do fazy półfinałowej, ale również o honor – pojedynku z Niemcami. Prawie sześćdziesiąt tysięcy kibiców, w tym największe osobistości Rzeczpospolitej Polskiej i Republiki Federalnej Niemiec wpatrzonych w dwudziestu dwóch zawodników biegających po murawie boiska. Zewsząd docierają rozmaite okrzyki, panuje nieznośny skwar, a ulice wypełnione są tysiącami ludzi wierzących w sukces swojej drużyny. Dla terrorystów to idealny cel. W każdej chwili mogą zaatakować. Podinspektor Jakub Tyszkiewicz nie ma łatwego zadania. To on odpowiada za bezpieczeństwo meczu. Problem w tym, że nie wiadomo, kto jest prawdziwym wrogiem. Jak uchronić największą imprezę piłkarską od fiasku i tragedii?

Obraz wypełniała w większości wartka rzeka kibiców, która pokonywała piechotą most Poniatowskiego i wyrażając emocje w kilkunastu rozmaitych językach, zmierzała w stronę bramek prowadzących na stadion.”

Nie od dziś wiadomo, ze oprócz literatury i historii interesuje się również piłką nożną. Całe Mistrzostwa Europy, mecz po meczu obserwowałam z zapartym tchem, stale powstrzymując się od maksymalnego wybuchu emocji w konkretnych sytuacjach. Jak każdy Polak – wierzyłam w sukces naszej reprezentacji, od momentu kiedy Michel Platini przed pięcioma laty wyciągnął z koperty kartonik z napisem Poland & Ukraine. Dlatego, gdy nadarzyła się okazja przeczytania publikacji Marcina Ciszewskiego „Upał”, która ukazywać miała możliwość ataku terrorystycznego podczas Euro 2012, nie wahałam się ani minuty. Byłam pewna, że te ponad czterysta stron usatysfakcjonuje mnie nie tylko jako kibica (przekonam się komu autor przypisywał zwycięstwo), ale również czytelnika. Czy moje oczekiwania zostały spełnione?

Pan Ciszewski posługuje się lekkim stylem, dzięki czemu pojęcia typowo związane z informatyką czy ochroną państwową wydają się w pełni zrozumiałe. Czytelnik może nie tylko z pełnym zaciekawieniem bezproblemowo przebrnąć przez kolejne strony, ale również zostać pochłoniętym przez lekturę na tyle, że pozycja będzie mu towarzyszyć w prawie każdej czynności dnia. I tak też było ze mną – nie mogłam przestać czytać (i co nietypowe dla mnie – nieco wygniotłam okładkę przez to, że egzemplarz ciągle „wędrowała” ze mną).

Upał” został idealnie umiejscowiony w polskiej rzeczywistości i choć akcja rozgrywa się podczas Euro 2012, książka nie traktuje o piłce nożnej lecz o terrorystach i ich „pogromcach”. Najciekawszy sposób ukazania przez Autora realności obrazuje poniższy cytat:

Straszne wydarzenie, straszne. Dobrze, że skończyło się tylko na kilku rannych. To cud prawdziwy. Wydałem polecenie, alby rodziny poszkodowanych otoczyć jak najstaranniejszą opieką.”

Czy czegoś Wam to nie przypomina?

Co szczególnie spodobało mi się oprócz rzetelnej fabuły? Autor ciekawie przedstawił realia pracy w nadrzędnych instytucjach państwa. Dzięki realizmie czytelnik mógł poznać trudy normalnego funkcjonowania pracownika Biura Zwalczania Terroryzmu Centralnego Biura Śledczego, brzemiona jego doli: te związane z pracą oraz życiem codziennych i typowymi zachowaniami męskimi, jak i kobiecymi. Pisarz poprzez swoją pozycję pokazał, że pracując w takiej „branży” człowiek musi być twardy, nieraz pozbawiony emocji czy ludzkich odruchów, a nawet zachowywać się jak nie przystało poprawnemu obywatelowi – krótko mówiąc: „Cel uświęca środki”.

Jakub podczas ostatniego półrocza nauczył się wypowiadać groźby bez żadnego podnoszenia głosu, obojętnym, pozbawionym emocji tonem. Przekonał się, że tak jest dalece skuteczniej, niż gdyby ryczał i wymachiwał bronią.”

W publikacji polskiego Prozaika dostrzegamy również, że ludzie kierujący arcyważnymi operacjami w zakresie bezpieczeństwa są tacy jak i my – również odczuwają strach, ból czy złość. Główni bohaterowi – nader charyzmatyczni i intrygujący mężczyźni – Jakub i Staszek – zdają sobie sprawę, że od działania ich zespołu zależy nie tylko utrzymanie prestiżu Euro 2012, ale również życie tysięcy ludzi.

Mają czas do jutra. Jeżeli coś zawalą, po tym terminie do pracy przystąpią firmy budowlane i przedsiębiorstwa pogrzebowe.”

Przez to towarzyszą im nie tylko pesymistyczne myśli i wizje kolejnych ataków wroga, ale również przeświadczenie, że najgorsze dopiero przyjdzie.

Właśnie o to chodzi. Nie myśl o tym. Zrób wszystko jak należy i nie myśl o tym. Inaczej przegrasz, zanim ten mecz w ogóle się zacznie.”

Co strasznie mi się spodobało – bohaterowie wykreowani przez Pana Marcina, wbrew pozorom nie zgarniają tylko ogromnych pensji siedząc za biurkiem, ale są jakby w transie, a ich dwadzieścia cztery godziny rozciągają się niemal do pięćdziesięciu:

- Jesteś w robocie?
- Owszem. Słuchaj... te po godzinach to nadgodziny. A te przed?
- O czym ty mówisz?
- Podgodziny? Wiesz, ten czas, kiedy człowiek, zamiast leżeć w łóżku, odgniata dupę przed służbowym komputerem.”

Pisarz poprzez swoją pozycję pokazał, że pracując dla rządu często robi się to kosztem rodziny, która jest dla Nas niezwykle ważna.

Podsumowując, muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrej, a na dodatek niezwykle realnej pozycji, której akcja rozgrywa się w moim ojczystym kraju. Autorowi wielki plus należy się również za to, że w pozycji dotyczącej na prawdę ważnych kwestii, odnajdujemy między wersjami „szczypty humoru”. Żałuję jednak, że jego scenariusz nie spełnił się choćby w kwestii awansu Polaków do ćwierćfinału. Po zakończeniu, które na długo pozostanie w pamięci, mogę tylko powiedzieć: Chcę więcej!” (już planuję lekturę „Mrozu” - pierwszej części przygód Jakuba Tyszkiewicza), a każdemu, kogo ciekawi „Upał” gorąco polecić książkę ;)

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova

Zdjęcia pochodzą STĄD: 1| 2| 3| 4

środa, 18 kwietnia 2012

[89] Bill Bass, Jon Jefferson „Trupia farma”

Wyd. Znak literanova
Kraków 2012
Ocena: 6/10 Niezła

Każdy z nas ma ciało. Jedni są więksi – bardziej puszyści, inni mają mniejszą masę ciała. Jednak po śmierci po wszystkich pozostaje jedno – kości. Dwieście sześć pozornie różnych „kawałków” układa się w jedną spójną całość. Po śmierci to, co po Nas pozostanie zaczyna przechodzić wiele przemian, emitując przy tym niesmaczne zapachy. Jak więc wygląda (i pachnie) na tytułowej Trupiej Farmie?

Bill Bass to światowej sławy antropolog sądowy, legendarny założyciel Ośrodka Antropologii Sądowej Uniwersytetu Tennessee, znanego lepiej jako Trupia Farma. Razem z Jonem Jeffersonem, dziennikarzem i filmowcem dokumentalistą, napisał dwie książki o swojej pracy oraz kilka powieści kryminalnych, które opublikowali wspólnie pod pseudonimem Jefferson Bass. Działalność Billa Bassa stała się inspiracją dla powieści Patricii Cornwell pt. Trupia farma.*

Od zawsze lubiłam historię i związane z nią zagadkami. Pamiętam – kiedy, jako mała dziewczynka znalazłam z kuzynem szkielet (niepełny jak się później okazało) ptaka, byłam zafascynowana, Przez długi czas trzymałam go w specjalnym miejscy, dopóki mojego pudełka i miejsca, gdzie je umieściłam nie wypełnił specyficzny zapach. Jednak cząstka odkrywcy i pasja do historii pozostały we mnie do dziś. Nie tylko z chęcią czytuję pozycję, w których sama odkrywam zagadkę (kryminały, pozycje z wątkiem detektywistycznym czy thrillery), ale również z chęcią zagłębiam się w tajemnice rozległej nauki, jakom z pewnością jest historia. Dlatego też, kiedy okazało się, że będę miała możliwość przeczytać publikację Pana Bassa (dodam, że o Farmie słyszałam jeszcze przed lekturą), nie mogłam sobie odpuścić.

(…) Zanurzaliśmy w wodzie. Potem badaliśmy i opisywaliśmy wszystko, co się z nimi działo, od chwili śmierci aż do czasu, gdy nie zostało z nich nic prócz kości. (…) Cel tego działania był prosty: umożliwić określenie z naukową pewnością czasu śmierci każdej ofiary morderstwa, bez względu na stan oraz okoliczności rozkładu ciała.”

Wspomniane aneksy ;)
Lektura pisana jest lekkim językiem, mimo że pisarz nie unika używania trudnych słów dla nieobeznanych w antropologii sądowej. Pozycję czytało się szybko,z uśmiechem na ustach, mimo opisywanych scen. Dlaczego? Czytając o poczynaniach antropologa mogłam poczuć się jak on – wieczny odkrywca zagadek, ten, który demaskuje zabójców, a także rozwikłuje tajemnice pokazując, iż wszystko jest nie zawsze takie, na jakie wygląda. Sama uwielbiam ten dreszczyk emocji, chwilę zastanowienia nad opcją A i B. A nawet C ;) Przyznaję, że w historiach pisanych przez ludzkie szczątki, przydały si aneksy z tyłu książki. Były pomocne nie tylko przy lekturze, ale zaglądanie w nie sprawiło, że... kiedy nadszedł czas sprawdzianu z biologii z rozpoznawaniem kości nie było najmniejszego problemu ;)

Ciało się rozkłada; kości pozostają. Ciało zapomina i wybacza dawne urazy; kość może się zagoić, ale zawsze pamięta. (…) Kości zatrzymują takie chwile, utrwalają je i pokazują każdemu, kto ma dość wiedzy i doświadczenia, by dojrzeć to bogactwo danych, by usłyszeć cichy szept zmarłych.”

Co jeszcze wzbudziło moje zainteresowanie w powieści? Myślę, że wyróżnić należy wnikliwość z jaką autor opisuje te kilkanaście śledztw. Idealnie używając swojej wiedzy i doświadczenia, jakie nabył przez lata pracy sam, a także przy boku starszych autorytetów, pokazywał czytelnikowi tajniki antropologi sądowej. Choć czasami trzeba było zajrzeć do słowniczka, z czasem przestawało to już denerwować, a lektura nadal płynęła dobrym tempem.

Pan Bill Bass
Choć praca Pana Bassa zaintrygowałam mnie nie pozwalała przerwać lektury, było coś co nieco obniżyło jej ocenę. Mam na myśli historię z życia antropologa, wplatane w akcję powieści. Dla czytelnika było nie lada wyzwaniem nie zgubić wątku. Myślę, że ten choć ciekawy i godny pochwalenia (warsztatowo) zabieg pisarski, nieco utrudniał lekturę. Do doskonałości brakowało mu tego czegoś, co przywołałoby nasze myśli na właściwe tory.

Podsumowując, muszę przyznać, że to właściwa nie tylko dla osób zainteresowanych tematem, ale również dla tych, którzy chcieliby poznać inne oblicze natury człowieka. Choć pozycję zaliczę do pozytywnych, na pewno nie porównywałabym jej, tak jak Wydawnictwo pisze z tyłu okładki, do seriali CSI: Kryminalne zagadki czy Kości. Co prawda trochę wspólnych cech by się znalazło, ale lektura, a produkcja przeznaczona do odbioru szerszego grona, to coś zupełnie innego. Kończąc nawołuje: Nie przekreślajcie pozycji ze względu na trudność, bo warto ;D


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova.

*Powyższy opis pochodzi ze strony Wydawnictwa ;)

środa, 15 lutego 2012

[85] Chuck Pfarrer "Operacja Geronimo"

Wyd. Znak literanova
Kraków 2012, 350 str. 
Ocena: 6/10 Niezła


Są na świecie postaci, które budzą w każdym z nas grozę. Choć w ogólne ich nie znamy, z pewnością nie darzymy ich sympatią. A jakie uczucia towarzyszą nam, kiedy okazuje się, że ktoś taki umiera? Nie tak dawno świat obiegła informacja o tym, że jeden z najbardziej wpływowych i niebezpiecznych terrorystów współczesnych czasów – Osama Bin Laden został zlikwidowany. Wielu z Nas nie mogło uwierzyć w tą wiadomość, inni zastanawiali się jak do tego doszło. A co powiecie na to, aby móc cofnąć się w czasie, do wydarzeń z dnia 2 maja 2011? Taką możliwość daje Nam Pan Chuck Pfarrer w swojej najnowszej publikacji pt. „Operacja Geronimo”.

Chuck Pfarrer pochodzi z rodziny o wojskowych tradycjach. Syn poszedł w ślady ojca, będącego oficerem marynarki, trafiając do elitarnych oddziałów specjalnych Navy SEAL. Ukończył Akademię Wojskową Staunton, studiował psychologię kliniczną. W 1981 r. odbył podstawowy trening dla komandosów SEALs i przez osiem lat służył w Ameryce Środkowej, na Bliskim Wschodzie i w siłach NATO w Europie. Mężczyzna wchodził w skład legendarnego już SEAL Team Six, który zasłynął ostatnio jako oddział odpowiedzialny za likwidację Osamy Bin Ladena. W czasie swojej kariery wojskowej brał m.in. udział w pochwyceniu Abu Abbasa – terrorysty odpowiedzialnego za porwanie statku „Achille Lauro” (wśród zakładników byli również Polacy, wśród nich Małgorzata Potocka i Wojciech Gąssowski). Po zakończeniu czynnej służby Pfarrer pracuje jako redaktor specjalizujący się w tematyce antyterrorystycznej, publikuje kolejne powieści oraz z powodzeniem radzi sobie w Hollywood jako scenarzysta. Choć walczy z chorobą nowotworową, ma w planach kolejne powieści.


Prezydent Barack Obama słyszy transmitowany za pośrednictwem satelity głos jednego z żołnierzy SEAL Team Six: „Geronimo, Echo, KIA”. Oznacza to jedno: elita elit służb specjalnych udowodniła, ile jest warta - Osama Bin Laden nie żyje. Wkrótce prezydent ogłasza to całemu światu. Czy jednak poznaliśmy prawdę o wydarzeniach tamtej nocy?” - powyższy opis, pochodzący ze strony wydawnictwa, intryguje. Autor, mając możliwość porozmawiania z kolegami, którzy brali udział w ataku zakończonym śmiercią Osamy Bin Ladena, tworzy powieść na miarę XXI wieku. Bezpośrednio zaczerpnięta relacja, pozwoliła nie tylko na autentyczne opisanie akcji likwidacji terrorysty, ale również pokazała, że rzeczywistość nieco odbiegała od wersji, jaka została ogłoszona przez amerykańskie władze. Książka Pfarrera wzbudziła wiele kontrowersji, a jej treści, do ostatniej chwili utrzymywane w tajemnicy, natychmiast po premierze, trafiły na listę bestsellerów „The New York Timesa”.

Chwytając za pozycje, liczyłam nie tylko na poznanie prawdziwej historii wydarzeń z dnia 2 maja 2011, ale również dreszczyk emocji – mimo że jestem dziewczyną, bardzo lubię poczuć się, jakbym biegała wśród kul świstających wokół. Czy autentyczny opis sprostał moim wymaganiom czytelniczym? Choć autor w trakcie trwania akcji operuje wieloma, nieznanymi dotąd potencjalnemu czytelnikowi, pojęciami, język jest lekki, dzięki czemu nasza uwaga zostaje pochłonięta na długie godziny. Co szczególnie mi się spodobało? Pozycja jest napisana niczym dobra powieść sensacyjna, mimo że wiedzie o rzeczywistych sytuacjach.


Bin Laden odrzucił koc, którym był przykryty. Kiedy postawił stopy na podłodze, poczuł, że dom drży. Miał przed sobą dziewięćdziesiąt sekund życia” 
 

Idąc dalej należy również pochwalić autora za niesamowity podział fabuły. Na pierwszych kartach książki możemy przeczytać o drodze specjalnych oddziałów Navy SEALs, jaką pokonali od swojego utworzenia, po misję opatrzoną kryptonimem „Neptune Spear – Włócznia Neptuna”. Dalej odnajdujemy Osamę Bin Ladena od najmłodszych lat. Jego biografia jest na tyle szczegółowa, że ja, jako czytelnik byłam pod wielkim wrażeniem. Naprawdę nie wiem skąd Pan Chuck Pfarrer zdobył takowe informacje. Ostatnią część powieści stanowi zapis samej akcji od podszewki. Co ciekawe –amerykański pisarz postanowił ułatwić Nam lekturę, wyposażając pozycję w słowniczek pojęć.

Spodobało mi się również to, że Pan Pfarrer zdradza Nam wiele sekretów związanych z elitarną jednostką i naborem do niej. I choć, aby dotrzeć do lektury samej operacji, musimy przebrnąć ponad trzysta stron, warto przeczytać pozycję przynajmniej właśnie ze względu na owy opis SEALs-ów. Przyznaję, że, jak każda dziewczyna, która ma w sobie mimo wszystko coś z faceta, z wielką chęcią czytałam zwłaszcza tą część pozycji.

Podsumowując, przyznaję, że „Operacja Geronimo” jest właśnie jedną z tych publikacji, które nie trzeba, ale WARTO przeczytać. Myślę, że opis wydarzeń, jaki przedstawił Pan Chuck Pfarrer będzie spotykać się z uznaniem społeczeństwa przez długie lata, a nasi „następcy” będą mogli dowiedzieć się więcej o misji wymierzonej przeciwko Bin Laden-owi, nie tylko z podręczników od historii ;)

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova



---------
Kochani! Jak mnie tu dawno nie było.. Strasznie przepraszam za swoją nieobecność. Chciałabym również przeprosić czekających na relację z Targów Książki – dwa mole książkowe pokonała pogoda, zamarzłe tory kolejowe i troskliwi rodzice... Mimo to postanowiłam Wam wynagrodzić jakoś brak owej relacji, o czym będziecie mogli przekonać się w ciągu kilku dni ;) Z racji, że mam ferie, mniemam również nadrobić brak odwiedzin na zaprzyjaźnionych blogach i oczywiści czytanie ;D Trzymajcie za mnie kciuki ! ^^ Pozdrawiam feriowo takich leniuchów jak ja, a także i tych, którzy ponownie wyruszyli do szkoły.

niedziela, 29 stycznia 2012

[84] John Marsden „Jutro 4. Przyjaciele mroku”

Wyd. Znak literanova
Kraków 2011
Ocena: 8/10 Bardzo dobra 
 

Oblicza wojny są wszelakie. Jednak to nie tylko krew, ból i zagłada To również tęsknota za bliskim, których nie widzieliśmy od wielu dni. To także strach, lęk przed tym, czy Ci, których kochamy, którzy są Nam bliscy i nie wyobrażamy sobie bez nich życia, jeszcze żyją. A jak poradzić sobie ze świadomością, że nigdy więcej już ich nie zobaczymy? Że pozostaje man teraz tylko klęknąć przy kopczyku, odmawiając modlitwę ?

Kolejna część bestsellerowej serii niesie ze sobą kolejna dawkę silnych emocji. Poznani przez nas bohaterowie, którzy w momencie zaatakowania Australii przez wroga muszą dorosnąć i wziąć odpowiedzialność za swoją każdą, nawet najdrobniejszą decyzję, stając przed kolejną próbą. W czwartej części postanawia wrócić do Wirrawee wraz z grupą Nowozelandczyków, aby zadać kolejny cios wrogowi. Ich celem jest rozbudowane lotnisko. Jednak profesjonaliści z Nowej Zelandii, którzy udali się na akcję, nie dają znaku życia. Ellie i jej przyjaciele postanawiają po raz kolejny wrócić do gry. Zdecydowanie nie będzie to spokojna, a przede wszystkim bezpieczna wędrówka...


Nie wolno iść na łatwiznę i nie wolno żyć bez celu.”

Pan Marsden kolejny raz zabiera Nas w świat, z którym nie mamy do czynienia na co dzień. I obyśmy nie mieli. Co tym razem może zachwycić potencjalnego czytelnika? Czym wyróżnia się ta część od innych? Autor, posługując się prostym, a zarazem wyrazistym językiem świetnie wyodrębnia uczucia, które towarzyszą przyjaciołom. Dzięki temu z każdą kolejną stroną wczuwamy się w sytuację bohaterów – razem z nimi czujemy gorycz porażki, wagę smutku i uciążliwość pustego żołądka.

Strach czyni z człowieka egoistę.”

John Marsden
W tej części została wyeksponowana przede wszystkim tęsknota. Czytając poszczególne rozdziały i rozważania Ellie na temat przemijania, sama zaczęłam się zastanawiać nad tym, że nawet we współczesnym świecie, aby stracić bliskich wystarczy chwila. Nie mówię tu tylko o śmierci, czy tragicznym wypadku, ale również przyziemnych codziennych sprawach, jakimi są kłótnia czy odległość. Przyznaję, że dzięki bohaterom uświadomiłam sobie, że należy walczyć o to co kochamy i tych, którzy są dla Nas ważni. Nie powinna nam być straszna nie tylko tęsknota, ale także strach, przed reakcją innych. Myślę, ze postawa tych młodych ludzi, a moich rówieśników, powinna Nas zmobilizować do działania, kiedy najzwyczajniej w świecie boimy się co się stanie. Moim zdaniem trzeba nie tylko działać, ale również wierzyć we własne możliwości ;)

Zrozumiałam, że tak naprawdę to bez znaczenia, że miłość może przezwyciężyć te wszystkie głupie nieporozumienia, że ktoś, kto naprawdę cię kocha, wie, co masz w sercu, więc nieważne, czy popełniłeś jakiś błąd. Patrzy ponad twoimi słowami i odczytuje to, co naprawdę czujesz. Jeśli to mu się spodoba, jeśli uzna to za coś dobrego, jest w stanie ci wybaczyć dosłownie wszystko.”

Idąc dalej chciałabym również wspomnieć o tym, że w życiu odgrywany pewne role. Dziś jesteśmy matką, ojcem, synem czy córką, a jutro możemy być nawet budowlańcem, żołnierzem czy nauczycielkom. Również bohaterowie bestsellerowej serii „Jutro” odgrywają rolę. Jednak czy to wpływa na zmianę ich charakteru ? Według mnie ukrywając się przed okupantem i walcząc z nim, piątka przyjaciół po prostu odkrywa w sobie z czasem własne przywary. Myślę, że autor dokonał świetnego zabiegu, pokazując czytelnikowi, że Ellie, Homer, Lee, Fi i Kevin, mimo trudnych warunków w jakich im przyszło żyć, potrafią pozostać sobą. Jednak na myśl nasuwa się pytanie: „Jak to pozostać sobą? Czy wcześniej mieli w sobie tyle odwagi by zabić?” Uważam, że te cechy również w nich były, a wojna po prostu pomogła im je wyciągnąć na wierzch. Dlatego też, po raz kolejny „Jutro” daje Nam radę - „Pomimo wszystko, pozostań sobą” - której nie wolno odrzucić.

Gdyby ukazał nam się Bóg, Homer powitałby go słowami: 'Słuchaj, koleś, kiepsko się spisałeś, jeśli chodzi o mój pępek. I po co nam dałeś palce u nóg? Jaki z nich pożytek? Ciągle tylko cholernie przeszkadzają'.”

Reasumując, muszę przyznać, że kolejna powieść Pana Marsdena nie zwodzi czytelnika. Znów możemy poczuć się jak partyzanci biegający między zaroślami, planując jak uprzykrzyć życie wrogowi. Ponadto bestseller daje Nam kolejne słowa pouczenia i drogowskazy, które mają pomóc kroczyć krętymi drogami życia. Nieprzewidywalność i wartka akcja, czyli główne cechy książki sprawiają, że czytelnicy masowo chwytają za publikację i stają się uczestnikami przygód piątki bohaterów. Podkreślając, że „wszystko jest dla ludzi”, nie tylko pragnę zaznaczyć, że warto przeczytać serię, ale również powiedzieć, że sama nie mogę się doczekać kolejnej, już piątej części ;)


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova



--------------
Kochani, strasznie przepraszam, że tak zaniedbałam życie w blogowej sferze. Obiecuję się poprawić, a luty – dla mnie miesiąc związany z feriami, upiększyć nie tylko recenzjami ;) Ponadto muszę się pochwalić, że razem z Etą wybieramy się w najbliższą sobotę na Targi Książek w Poznaniu. Oczywiście nie obędzie się bez fotorelacji ;P