wtorek, 13 listopada 2012

[106] Richard Paul Evans „Szukając Noel”

Wyd. Znak,
Kraków 2006, 296 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Nasze życie, które toczy się lepiej i gorzej, często zmienia się, kiedy na swojej drodze spotykamy wyjątkowych ludzi. Często nie zdajemy sobie sprawy o ich wartości, o tym ile dla nas mogą zrobić i ile dla Nas znaczą. Czy warto wierzyć w to, że przyjaciele, których poznajemy w najbardziej nietypowych warunkach (np. w sklepie obuwniczym) , są Nam z góry przeznaczeni by zmienić nasze dotychczasowe życie?

Gdy Mark był jeszcze dzieckiem, mama opowiadała mu, że anioły czasem przebierają się za ludzi i schodzą na ziemię. Jednak, kiedy dorasta, powątpiewa w te słowa. Dopiero upadek na samo dno pozwala mu uwierzyć, że jedno niezwykłe zdanie nie było żadną bajką, ale najszczerszą prawdą. Świat Marka zostaje zburzony w kilka chwil – umiera jego matka, ojciec nie chce go widzieć, zostawia go dziewczyna, a na dodatek zostaje usunięty ze studiów. Jest życiowym nieudacznikiem. Kiedy jet pewny, że to koniec spotyka ją – doświadczoną przez los i skrzywdzoną w dzieciństwie , jednak skłonną do pomocy innym dziewczynę, która przywraca mu nadzieję. Czy mroczne wydarzenia z przeszłości muszą rozdzielić ich na zawsze?

Richard Paul Evans to amerykański pisarz, którego wszystkie jedenaście powieści gościło na listach hitów „The New York Timesa”. Nakład jego powieści sięgał kilkunastu milionów, a pozycje zostały przetłumaczone na dwadzieścia dwa języki. W Polsce nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się: Słonecznik (2006) oraz Doskonały dzień (2006). To laureat wielu nagród literackich, a także społecznik, który aktywnie angażuje się w charytatywne. Za pracę w założonej przez siebie organizacji został uhonorowany „Washington Times Humanitarian of the Century Award” oraz „Volunteers of America National Empathy Award”. Na co dzień mieszka w w Salt Lake City, w stanie Utah z żoną Keri i piątką dzieci.

Po lekturze „Stokrotek w śniegu” wiedziałam, że zbyt długo nie wytrzymam bez magnetycznej prozy Pana Richarda Paula Evansa. Jego w pełni życiowe historie owiewa jakaś tajemnica, zagadka, urok, który przyciąga czytelnika jak magnez. Przeczytasz jedną powieść, która Tobą wstrząśnie i już masz ochotę na kolejną – tak właśnie było ze mną. Choć bywają autorzy, których pozycje chłonę jedna za drugą, nie zawsze czuję tą iskierkę, to „coś”. Wydaje mi się, że zależy to też od gatunku literatury. Maleńki „zapalnik” w przypadku książek zabłysną dopiero po raz pierwszy od czasów lektury mojego ukochanego cyklu... ;)
Pan Richard Paul Evans

Kiedy życie Marka lega w gruzach, wszystko wydaje się być jednoznaczną klęską i mężczyznę nachodzą myśli o popełnieniu samobójstwa, pojawia się ona. Niezwykła, niespotykana – ale nie w tym jak wyglądam (bo nie wygląd najważniejszy w życiu) – ale w swym zachowaniu i umiejętności pokrzepienia słowem rozżalonego serca i zranionej duszy. Niepozorna, a tak naprawdę wielka dziewczyna, która ratuje go przed śmierciom i dająca nadzieję na kolejne dni. Czy może... czy anioły naprawdę przebierają się za ludzi i schodzą na ziemię?

"Pamiętam, że kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, mama powtarzała mi często, iż każdy człowiek przychodzi na świat w jakimś celu."

Każdy miewa chwile, w których w głowie krążą jedne i te same myśli: „Nie udało się. Jestem do bani. To moja wina. Tego nie uda się naprawić”. Często są to nie tylko te błahe sprawy, które mimo wszystko nie powinny spędzać snu z powiek, ale też coś poważniejszego, coś, co powoduje, że nasze życie nie będzie już takie samo jak dawniej, że nie będziemy mogli dawać z siebie maksimum. W takiej sytuacji niezbędny jest ktoś, kto pokrzepi przede wszystkim słowem, postara się zrozumieć sytuację, w jakiej jesteśmy i nie będzie niczego oceniał. Ktoś życzliwy... Na taką osobę właśnie natrafia Mark. Macy, mimo tego co przeszła w życiu jest silną i pałającą energią i entuzjazmem dziewczyną, która z pewnością zdobywa sobie serca czytelników. Wydaje się na tyle normalna, iż człowiek z czasem zaczyna się zastanawiać, czy i na jego drodze nie pojawił się właśnie ktoś taki niepozorny, a jednak tak wiele znaczący...

Zachowuj się naturalnie, zaufaj sobie. Wtedy cokolwiek zrobisz, będzie to dokładnie to, co powinnaś była zrobić.”

Od początku ciekawiło mnie kim będzie tytułowa Noel, zwłaszcza, że koleżanka, która czytała, nie chciała mi szepnąć ani słówka na ten temat. Po lekturze – strasznie jej za to dziękuje, bo bez ciekawości, która mną władała i odrobinki zaskoczenia pozycja nie wywarłaby z pewnością na mnie tak ogromnego wrażenia ;) Cieszę się, że oprócz magi tajemniczości Autor postawił na magię Świąt Bożego Narodzenia, które od wiek wieków sprawiają ludziom tyle przyjemności, dzięki możliwości spędzenia ich z najbliższymi.

"Być może za wszystkimi pieśniami, wierszami i historiami o Bożym Narodzeniu to właśnie się kryje - dążenie do rzeczy, która każdemu człowiekowi wydaje się najlepiej znana i najbliższa. Każdego roku śpiewamy dokładnie te same pieśni, przygotowujemy takie same dania, bierzemy udział w tych samych tradycyjnych rytuałach, by poczuć, że istnieje na ziemi miejsce, które możemy nazwać domem. Bo każdy człowiek szuka przecież własnego domu."

Ponownie autor
Marka i Macy łączą poszukiwania tajemniczej Noel, które jednocześnie powodują nieco inne poszukiwania. Są to mianowicie poszukiwania samego siebie, których to czytelnik również dokonuje podróżując z bohaterami szlakiem ich historii życia. Dzięki parze młodych ludzi niejako zatrzymujemy się na chwilę, by zastanowić się czy i Nam coś nie umknęło, czy nie było zbędne słów, spojrzeń, zachowań, a nawet bólu, którego doznaliśmy lub którym obarczyliśmy drugą osobę. Wbrew pozorom opowieść o poszukiwaniu części siebie przez Macy, nie jest tylko historią jej egzystencji, ale także każdego z Nas, bo przecież nieznane są nikomu minione i nadchodzące zakręty losu.

Zastanawiam się często jak to się dzieje, że podczas gdy ciężkie doświadczenia jednych ludzi hartują, innych pozostawiają złamanych i zgorzkniałych. Znalazłem kiedyś w jakiejś książce celne porównanie: ten sam podmuch jeden płomień gasi, a drugi wzmacnia. Nadal nie wiem jakim ja jestem płomieniem.”

Przyznaję, ze niezwykle związałam się z bohaterami i każdą ich chwilę przeżywałam bardzo osobiście czując się, jakbym tak jak Macy poszukiwała czegoś, co dawno utraciłam, czegoś o czym zapomniałam. Macy nie szukała jedynie Noel, ale przede wszystkim radości, którą mogła z nią dawniej dzielić, kiedy były swoimi wzajemnymi cząstkami bytowania. Wydaje mi się, że każdy staje na takim rozdrożu życiowym zastanawiając się kiedy, jak i gdzie stracił coś dla niego ważnego i dlaczego tak trudno to przywrócić.

Podsumowując, muszę powiedzieć, że potrzebne są takie książki jak ta niewielka powieść Pana Richarda Paula Evansa. Pozycje, które dają nadzieję na nowe lepsze jutro dla tych którzy ciepią, wiarę w to, iż nasze życie nie jest takie „do bani”, a jednocześnie utwierdzają w przekonaniu, że warto docenić to co mamy. Myślę, że publikacja to świetny motywator na trudne chwile, które dopadają każdego z Nas ;)

Skoro mowa o motywatorach – polecam obejrzenie TEGO filmiku ;)

piątek, 2 listopada 2012

Wywiad z Panem Jackiem Getnerem – Autorem zbioru opowiadań „Brzydka miłość”

Zanim zniknęłam na jakiś czas z blogowego świata, przeprowadziłam wywiad z przemiłym Panem Jackiem Getnerem i niezwykle błyskotliwym obserwatorem otaczającego świata. W swoim czwartym wywiadzie z kolejnym niesamowitym polskim pisarzem powracam w formie tradycyjnej – pisanej. Mimo to, chciałabym spróbować wywiadu video po raz kolejny ;) Przyznam, że, kiedy po raz pierwszy przeczytałam odpowiedzi Pana Jacka byłam nie tylko zaskoczona i zadowolona. Już nie mogę się doczekać, kiedy zostanie wydana seria, o której wspomina autor. Jaka? Przeczytajcie sami ;D

Pan Jacek Getner


Meme: Witam serdecznie Panie Jacku i uprzejmie dziękuję, że zgodził się Pan odpowiedzieć na kilka moich pytań. Zbiory opowiadań drastycznie różnią się od powieści, którymi rynek wydawniczy jest wręcz zalewany. Fundamentalna różnica tkwi w tym, że autor musi mieć nie jeden, ale kilka pomysłów na fabułę. Skąd czerpał Pan swoją inspirację? Są to historię wysnute wyobraźnią czy może pisane życiem?

Jacek Getner: Niezależnie od gatunku, jaki uprawiam, to inspirację czerpię zawsze z życia. Ja to życie tylko przetwarzam literacko, bo jednak nie pisuję reportaży. A jeśli chodzi o te opowiadania, to właściwie wszystkie te historie zdarzyły się naprawdę. Kilka z nich zasłyszałem. W niektórych opowiadaniach połączyłem dwa, trzy różne zdarzenia w jedną historię. Zdecydowana większość tych opowiadań jest jednak autobiograficzna. Przy czym, zastrzegam, ja nie przeżywam aż tak wiele, jak mogłoby się wydawać po ich lekturze. Ja jedynie trochę więcej zauważam. Bo pisarz, żeby pisać o ciekawych rzeczach, nie musi przeżyć wiele więcej od innych, musi więcej od nich zauważać. Pięknie ujął to w swoich „Szkicach piórkiem” Andrzej Bobkowski. „Prawdziwy pisarz to nie ten, który dobrze pisze – to ten, który najwięcej dostrzega.” Ta maksyma stała się dla mnie mottem mojego pisania.

Meme: Tak wiele utworów zawartych w jednej książce może sprawić, że autor ma możliwość manipulacji nie tylko emocjami czytelnika, ale również stylem. Niestety bywa też często, że ten język jest gorszy w poszczególnych opowiadaniach. Jednak Panu udało utrzymać się równy poziom. Jest na to jakaś recepta? Potrzeba więcej rozumu czy może serca? ;)

Jacek Getner: Potrzeba dużo treningu. Każdy zawód wymaga wprawy, ciągłego doskonalenia umiejętności. Tylko dzięki temu można dojść do wysokiej formy w jakiejkolwiek profesji. Ja pisze bardzo dużo, czasem mam wrażenie, że nawet za dużo. Ale dzięki temu udaje mi się utrzymywać w moim pisaniu „równą formę”

Meme: Każdy moment z życia ludzi, który Pan opisał, ma w sobie to „coś”. Jeden poucza, drugi zaskakuje. Czy kiedy zaczynał Pan tworzyć ten zbiór, było w zamiarze pouczyć czytelnika i wstrząsnąć nim, pokazując co może się stać w następstwie jego czynów?

Jacek Getner: Kilka pierwszych opowiadań powstało z myślą o konkursie na krótkie opowiadanie, który swego czasu ogłosiła „Polityka” i Jerzy Pilch, jedno z nic zostało nawet laureatem tego konkursu („Mój kolega Rainman”). Wtedy nie myślałem jeszcze kompletnie o tym, że może powstać z tego zbiór opowiadań. Ale ponieważ ogłoszenie wyników konkursu przeciągało się, postanowiłem coś zrobić z tymi opowiadaniami. Założyłem blog, zacząłem je publikować. Ponieważ spotkałem się z bardzo pozytywnym odbiorem i dużym zainteresowaniem, zacząłem tworzyć kolejne opowiadania. I po dziś dzień, choć już teraz pisuje te opowiadania rzadziej, niż uprzednio, staram się, żeby każde miało w sobie to „coś”. Zaskakiwało lub dawało do myślenia a najchętniej, gdyby udało się obie te rzeczy połączyć.

Pozycja, którą czytałam
Meme: Przyznam, że z trudem byłby wybrać mi jednego osobnego faworyta wśród tych trzydziestu utworów. Czy Pan ma swoje ulubione opowiadanie? Dlaczego uważa je Pan za inne, sentymentalne, a może nawet lepsze od pozostałych?

Jacek Getner: Chyba za takie ulubione uważam „Brzydką miłość”. Ale nie dlatego, że szczególnie podoba się mnie, tylko dlatego, że zauważyłem, że wywiera największe wrażenie na bardzo różnych czytelnikach. A dla mnie szalenie ważne jest to, jak odbierają mnie czytelnicy. Na przykładzie tego opowiadania zrozumiałem też po raz pierwszy, jak warto słuchać opinii sowich czytelników. W swojej pierwotnej wersji kończyło się ono nieco innymi zdaniami. Miało wyrażać dokładnie to samo, ale po komentarzach czytelników zauważyłem, że nie zostałem właściwie zrozumiany. Dlatego błyskawicznie je poprawiłem i tym razem okazało się, że dobrze wyraziłem to, co miałem na myśli.

Meme: Skoro istnieje lider, jestem ciekawa czy wytypowałby Pan również słabsze ogniwo.

Jacek Getner: Tak, jest na pewno kilka takich słabszych ogniw, słabszych zresztą z różnych względów. Ale nie lubię o nich mówić.

Meme: Jedna z historii wywołała we mnie jednocześnie zdziwienie, a zarazem uśmiech. Mi również, tak jak głównej bohaterce opowieści, zdarza się (ale tylko w wyjątkowych przypadkach) czytywać zakończenie wcześniej, a potem mówić, że byłam tego pewna. Dlatego strasznie zaintrygował mnie ten zakręcony thriller, który „pokonał” Hanię. Wiem, że pisuje Pan też dłuższe utwory, dlatego nie omieszkam się spytać: Czy istnieje on naprawdę? Jeśli tak, to: Czy faktycznie jest aż nieprzewidywalny?

Jacek Getner: Tak, istnieje naprawdę, choć na razie nie ukazał się on, z różnych względów, drukiem. Myślę, że zakończenie jest rzeczywiście nieprzewidywalne. Generalnie suspens uczyniłem znakiem firmowym mojego pisania i bardzo staram się zawsze zaskoczyć czytelnika na końcu. Niektórzy mają mi to za złe, uważając, że to zagrania pod publiczkę. Ale ja się tym nie przejmuję, bo całą swoją twórczość przeznaczam „pod publiczkę”. Nie piszę bowiem dla siebie, ale dla moich czytelników.
A sytuacja podobna jak z Hanią powtórzyła się raz jeszcze, tym razem w przypadku sztuki teatralnej. Przed jej publicznym czytaniem usunąłem z niej ostatnie zdanie. Po czytaniu zapytałem widzów, czy się domyślają, jak ono brzmiało. Nie odezwał się nikt. A gdy je wypowiedziałem na głos, jedna z widzek z radością oznajmiła, tak jak Hania, „wiedziałam”.


Meme: Pisarz to również człowiek. Dlatego chciałabym zapytać: Czy poza pisaniem, które z pewnością stanowi Pana największą pasję, ma Pan jakieś inne hobby? Czy jest coś co sprawia, że zapomina Pan o otaczającym świecie?

Jacek Getner: Przede wszystkim rodzina, moja żona i syn, są moim największym „hobby”. A oprócz tego wędkarstwo, zbieranie grzybów i w ogóle wszystko, co pozwala na fajny, aktywny kontakt z przyrodą.

Meme: Teraz czas na pytanie dość kontrowersyjne, które zadawałam już kilku autorom w rozmowach z nimi: Co sądzi Pan na temat polskiej literatury, a przede wszystkim tego, że czytelnicy chętniej sięgają po książki napisane przez zagranicznych pisarzy?

Inna z książek Autora
Jacek Getner: No cóż, przyznam szczerze, że mam na ten temat od wielu lat dość wyrobiony pogląd, który obejmuje nie tylko pisarzy ale również dramatopisarzy. I jest to pogląd niezbyt pochlebnych dla naszych twórców. Generalnie mam wrażenie, że bardzo często lekceważą oni odbiorców. Wspierają ich w tym wydawnictwa i teatry.

Nie tak dawno byłem na publicznym spotkaniu z właścicielką jednego z największych wydawnictw, która rwała włosy głowy, że Polska jest jedynym krajem Europy, gdzie rodzimi autorzy przegrywają walkę o czytelnika z twórcami zagranicznymi. Narzekała na polskiego czytelnika, że tak mało zainteresowany jest literaturą krajową. Sęk jednak w tym, że pierwszy bym jej żałował, gdyby nie fakt, że to właśnie jej wydawnictwo wydało całe mnóstwo „antyksiążek” polskich autorów, gdzie najważniejszy była „zabawa z językiem”, „dekonstrukcja”, „demitologizacja” czyli, ogólnie rzecz ujmując tzw.: „poziom artystyczny”. Za to ciekawa, sprawnie opowiedziana, uniwersalna historia schodziła na dalszy plan, albo jej w ogóle nie było. A żeby zarobić na te „antyksiążki”, których nie chciał nikt kupować, czy nawet czytać, wydawała dobrą literaturę zagraniczną, która rozchodziła się w przyzwoitych nakładach…

Kilka lat temu z optymizmem patrzyłem na pojawianie się polskich bestsellerów, które, miałem nadzieję, że odwrócą tendencję. Ale tak się nie stało, autorzy bestsellerów raczej nie potwierdzają się w kolejnych pozycjach. I nie wiem, czy ta tendencja ma szansę się odwrócić, bo polski czytelnik, mam wrażenie, jakoś bardzo się przyzwyczaił, że polski autor może napisać coś dobrego tylko na zasadzie wyjątku i z reguły trzeba go omijać szerokim łukiem. Ostatnio, z wielką radością, ale też z pewnym rozbawieniem, czytałem blogowe recenzje moich utworów, w których recenzenci z pewnym zdziwieniem odkrywali, że polski autor może pisać w sposób przystępny i ciekawy, dobrze opowiedzieć jakąś historie, zaskoczyć czytelnika. Tak jakby była to rzeczywiście rzadkość warta podkreślenia. A to przykre. Bo przecież zanim przyszły dwa noble za poezję, pierwsze dwa były za literaturę, którą się świetnie czyta…
Generalnie jest to temat rzeka na dłuższy esej, więc nie ma sensu, bym go alej rozwijał w tym wywiadzie.

Meme: I na koniec – Czy w najbliższym czasie planuje Pan wydanie w wersji papierowej czegoś nowego, dotąd nie znanego, choć w maleńkiej części czytelnikowi? A może mole książkowe będą mogły szukać w księgarniach pozycji, której fragmenty były publikowane na blogu?

Jacek Getner: tak obecnie pracuje nad czymś, co jest znane niewielkiej części czytelników. Tworzę coś, czego mi brak w polskiej literaturze a mianowicie postać genialnego detektywa. Kogoś na kształt Sherlocka Holmesa i Herculesa Poirot. W mojej postaci dołożę do dwóch wzmiankowanych panów łobuzerski urok porucznika Borewicza i irytujący charakter doktora House’a. W chwili obecnej mam zaprojektowanych czternaście książek, w każdej z nich mój bohater będzie rozwiązywał trzy zagadki, o mniej lub bardziej kryminalnym charakterze.
Wszystko będzie narysowane dość lekką, pastiszową kreską, pod którą jednak będzie się kryło ważne, ciekawe tło. Uważny czytelnik je dostrzeże, temu mniej uważnemu nie powinno ono przeszkadzać w czytaniu

Meme: Bardzo serdecznie dziękuję Panu, że zgodził się Pan odpowiedzieć na moje, jakże zawiłe, pytania oraz publikację rozmowy na moim blogu ;)

Jacek Getner: Cała przyjemność po mojej stronie ;D

Cieszę się, że powróciłam do przeprowadzania wywiadów, do pisania i czytania. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda mi się przeprowadzić choć jedną rozmowę z pisarzem ;)

Dziś na blogu zagościła także nowa, bardziej jesienna i już nie tak „cukierkowa” grafika. Dwa zdjęcia są mojego autorstwa, a środkowe pochodzi STĄD ;) Nowy wystrój to efekt nowej siły, która została we mnie tchnięta i motywacji do działania, którą zawdzięczam nie tylko rodzinie i przyjaciołom, ale też życzliwym słowom wielu blogerów ;)

niedziela, 28 października 2012

[105] Barbara Delinsky „Marzenia dla każdego”

 Wyd. Harlequin
Warszawa 2011, 224 str.
Ocena: 9/10 Niecodzienna

Na świecie jest tak wielu różnych ludzi – blondyni, bruneci, rudzi – a jednak... każdy z nich urodził się z czyś, co jest przypisane człowiekowi od wiek wieków – przyzwoleniem do darzenia innych uczuciem, do kochania. Miłość przychodzi znienacka. Powoduje, że ta druga osoba staje się częścią pierwszej – wszystko o niej wiemy, wszystko kojarzy się tylko z nią, a myśl nieubłaganie krążą wokół jednego... Jednak czy miłość możemy rozumieć jedynie przez uczucie kobiety i mężczyzny? Czy uczucie, jakim matka darzy swe dziecko może być równie wielkie, albo nawet większe?

Pisarka, z którą spotkałam się po raz pierwszy przy lekturze „Marzeń dla każdego” to Amerykanka, specjalizująca się w pisaniu romansów. Ukończyła Uniwersytet Tufts na wydziale psychologi i oraz Boston Collage, gdzie zdobyła tytuł Magistra Socjologi. Nim spróbowała swoich sił w pisarstwie była dziennikarką i fotoreporterką dla gazety „Belmont Herald”. Obecnie mieszka w Newton w Massachusetts razem z mężem i dziećmi. Dotychczas jej książki przetłumaczono na 25 języków i sprzedano w  trzydziestomilionowym nakładzie.

Christine Gilette, chciałaby zdobyć zlecenie, które może odmienić jej karierę architekta wnętrz. Przybywa do Crosslyn Rise, aby przedstawić swój projekt wykończenia domów na luksusowym osiedlu. Niestety nie wszystko idzie po jej myśli – podczas wizyty na budowie staje się przyczyną rozproszenia robotników. Spadająca belka niszczy nadproże. Gideon Lowe, jeden z członków zarządu, a jednocześnie kierownik prac, wyładowuje swoją nieskrywaną złość na winowajczyni niepożądanego incydentu. Mężczyzna grozi, że zrobi wszystko, by nie otrzymała zlecenia.Jednak kobieta przedstawia na tyle błyskotliwy projekt, że głos Gideona staje się ku jego przykrości, nic nie znaczącym. Początkowa niechęć Gideona z czasem ustępuje miejsca całkowicie odmiennym uczuciom. Talent i urok Christine zaczynają coraz bardziej go fascynować. Dziewczyna jednak stroni od zalotów i woli poświęcać się jedynie pracy. Jaki może być tego powód? Czy rodzące się uczucie ma szanse na rozkwitniecie?

Pani Barbara Delinsky
Wiele osób uważa, że harlequiny to pozycje, które mają jedynie dostarczyć człowiekowi emocji, opisując zawiłości związane z ludzkimi uczuciami. Ot tak – lekkie pozycje, które prócz ogromnego zaskoczenia i uśmiechu na twarzy nie pozostawiają zbyt wiele. Na dodatek wszystko jest tak ubarwione, że człowiek niezbyt wierzy, że porywające doznanie mogłoby spotkać i jego. A jednak pozycje te cieszą się popularnością i to nie tylko u kobiet. Ale jak możliwe jest to, że miliony książek o miłości nie nudzą się ludziom?

Uczucie to coś, czego doświadcza prędzej, czy później każdy. I choć zaczyna się niepozornie, a czasem nawet zupełnie nie tak jak powinno, ma w sobie taką „iskierkę”, którą chce odnaleźć każdy człowiek. Na Gideona i Chris spadło ono jak grom z jasnego nieba – z nienawiści przerodziło się w czułość. Sądzę jednak, że Pani Barbara pozostawiła zbyt niewielką granicę między tymi dwoma przeżyciami – często bywa, że z złego rodzi się dobre, jednak tutaj czytelnik nie mógł się zorientować, kiedy to nastąpiło.

W rzeczywistości Gideon już miał problem, ale zdał sobie z tego sprawę dopiero po trzech tygodniach w czasie których nie mógł wyrzucić Christine Gillette z pamięci. Olśniło go dopiero, gdy zadzwoniła, by się z nim umówić na spotkanie, a ona odłożył słuchawkę z bijącym sercem.”

Byłam niebywale zaskoczona, z faktu, iż Pani Delinsky wplotła w akcję wątek matczynej miłości. Po krótkim opisie pozycji, który czytałam przed lekturą, spodziewałam się jedynie porywającego romansu, kipiącego nawet namiętnością. Historia Chris, jej zaangażowanie w relacje z córką i zaradność z pewnością imponowały niejednemu czytelnikowi. Kobieta kochała Jill najmocniej na świecie, choć nastolatka pochodziła z tzw. „wpadki”. Spodobało mi się to, jak pisarka opisywała przyjaźń dziewczyn i jedność myśli, jakie charakteryzowała te dwojga ludzi. Choć dla wielu osób wyglądały jak siostry, funkcjonały jak najprawdziwsza rodzina, mimo że brakowało w niej męskiej ręki.

(…) jeśli mamy być rodziną, to bądźmy nią! To oznacza bycie ze sobą w słońcu i deszczu. To oznacza wspólne życie. To oznacza dzielenie się wszystkim.”

Postać wspomnianej już Jill była jedną z moich ulubionych. Dziewczynka przy swoim młodym wieku, wykazywała się nie tylko dojrzałością, ale również wyczuciem w wielu sprawach. Jak każda dojrzewająca nastolatka pragnęła jednak wiedzieć, kim tak naprawdę jest. Choć początkowo wydawało mi się to irracjonalne, doszłam do wniosku, że Pani Delinsky wykazała się niezwykłą umiejętnością patrzenia na świat i świetnie ukazała rzeczywistość, z którą często możemy się spotkać. Podobało mi się to, jak najpierw wybadała Gideona, a potem zaczęła go traktować jako część jej i matki życia.

Masz rację, że nic już nie będzie takie samo. Ty i ja odnaleźliśmy się, Jill dorasta, Crosslyn Rise rośnie. To jest postęp. A ty się boisz, bo po raz pierwszy od dawna coś się zmienia w twoim życiu.”

Ponownie Autorka ;)
Postać Gideona, która początkowo wydawała się typowym budowlańcem, a potem namiętnym kochankiem, idealnie wgrała się wgrała się w ramy prawdziwego zakochanego mężczyzny – nie były mu w głowie jedynie nocne figle, ale chciał być również oparciem dla Chris i ojcem dla Jill.

Chcesz sobie popłakać i powrzeszczeć na mnie – w porządku. Po to tu jestem. Czasami tylko w ten sposób można wyrzucić z siebie gniew, strach czy zmartwienie. Ale nigdy więcej, do jasnej cholery, nie odgradzaj się ode mnie. Nie wyłączaj mnie ze swojego życia.”

Chris wydawała mi się od początku rozkapryszoną córeczką bogatych rodziców, jednak z czasem zaczęłam powątpiewać w to, głównie z racji koncepcji, jaką mogła powziąć Pani Delinsky przy tworzeniu dzieła. I nie myliłam się, że pisarka chciała stworzyć w czytelniku błędne wrażenie, za co należy jej się ogromny plus. Kobieta okazała się niezwykle odpowiedzialną matką, nieufną kochanką i typową, pełną sprzeczności i emocjonalnych powątpiewań płcią piękną.

- (…) Dlaczego wszystko musi się zmieniać?
- Bo dojrzewamy. Jedne rzeczy zastępujemy innymi, lepszymi. Wiem, że to przerażające. Każda zmiana budzi strach.”

Podsumowując muszę przyznać, że dawno nie czytałam takiej pozycji, którą mogłabym określić mianem „dwa w jednym”. Cieszę się, że Pani Barbara pozwoliła czytelnikowi nie tylko na chwilę przyjemności, ale również pokazała, czy jest jedno z najważniejszych uczuć – matczyna miłość. Jednocześnie pisarka nie zapomniała o tym, co urzeka i urzekać będzie miliardy ludzi. Chciałaby się powiedzieć – życie jednak nie jest takim love story i nie zawsze kończy się pięknym happy end'em, którego wszyscy oczekują. Jednak... jednak gdzieś tam, może nawet na drugi końcu świata, czeka ten jedyny/jedyna. I to, że dziś nikogo nie ma, nie oznacza końca świata, bo przecież każdy ma prawo do szczęścia i miłości, i z pewnością prędzej, czy później je odnajdzie ;)


-----------------------

Od opublikowania ostatniej recenzji minęły ponad trzy tygodnie. Niektórzy sądzili pewnie, że opuściłam bloga, że już tu nie wrócę. Mimo że, po zamieszczeniu ostatniej z „obowiązkowych” recenzji pozycji, znikłam na chwilę z blogsfery, cały czas czytałam i zaglądałam, nie tylko na mojego, ale także inne blogi, czytałam Wasze wypowiedzi i oglądała niesamowite stosy. Początkowo liczyłam, że po ciężkim tygodniu uda mi się opublikować kolejną recenzję, jednak kolejne uroczystości rodzinne, masa sprawdzianów i kartkówek zapowiedzianych na kolejne dni sprawiły, że mimowolnie musiałam opuścić miejsce, które po prostu kocham. Dziś wracam z nowym zapałem, choć za oknem wiatr i już, już mróz; zainspirowana przez ambitnych i wytrwałych w dążeniu do celu ludzi, z planem na kolejne dni, tygodnie, miesiące w głowie i nową, taką by pogodzić role blogera, ucznia, córki i wnuczki organizacją pracy. Wierzę, że w końcu uda mi się wyjść na prostą w towarzystwie najwierniejszych czytelników, którzy jeszcze mnie pamiętają i chcą czytać moje recenzje. Wiem, że ich styl na pewno nie będzie taki jak przed przerwą, ale liczę na to, że z czasem wróci do normy, a może i nawet się polepszy ;) Na koniec proszę o trzymanie kciuków za Meme w jej przedsięwzięciach na jesienne dni ;D

środa, 3 października 2012

[104] Jacek Perzyński „Smolar. Piłkarz z charakterem”

Wyd. Instytut Wydawniczy Erica,
Czerwiec 2012, 496 str.
Ocena: 9/10 Niecodzienna

Mimo że Euro 2012, które rozgrywało się w naszym kraju, nie zakończyło się dla Reprezentacji Polski aż tak pozytywnie, jakbyśmy chcieli, ten czas pokazał nie tylko możliwość wspólnego działania rywalizujących klubów, ale również utwierdził w przekonaniu istnienia w naszej ojczyźnie niezwykłego sportowego ducha – kibicowania i walki wśród innych Polaków. Na myśl chwil, w których każdy, bez wyjątku śpiewał hymn i był dymny z orzełka zdobiącego szalik, który trzymał w ręku, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Bo czy jest coś piękniejszego kochać to co robimy my i co robią inni?

Choć niewiele można znaleźć na temat samego autora, z pewnością każdy dobrze wie, kim jest główny bohater publikacji Pana Jacka. Utwór ten opowiada o człowieku, dla którego największą dumą była możność grania z orzełkiem na piersi. Smolarek futbol miał we krwi, w genach. Zadziorność, nieustępliwość i chęć parcia do przodu zapewniła mu nieśmiertelność. Dwukrotne zdobył dla Widzewa Łódź mistrzostwo Polski (1981 i 1982 r.), a raz Puchar Polski (1985 r.). W 1983 r. awansowali do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych eliminując w ćwierćfinale jedną z najsilniejszych wówczas drużyn świata - Liverpool FC. Miliony Polaków pokochały Włodka, jak mówi o nim wielu przyjaciół, kiedy w 1982 roku strzelił niesamowicie ważne bramki w meczu z NRD, który stał się przełomem. Umożliwił on polskiej ekipie grę w MŚ 1982, gdzie z kolei Smolrarek niejako ośmieszył zawodników ZSRR swoim słynnym tańcem. W reprezentacji Polski rozegrał 60 meczów. Strzelił 13 bramek, dziewięciokrotnie wystąpił jako jej kapitan. Smolarek to również dwukrotny uczestnik finałów mistrzostw świata. W 1982 w Hiszpanii za zdobycie III miejsca zdobył srebrny medal, 4 lata później w Meksyku był zdobywcą jedynej bramki dla Polski. Należy podkreślić też, że za zasługi dla Widzewa już żaden piłkarz nie zagra z 11 na koszulce. Człowiek, który pozostanie w pamięci kolejnych pokoleń...

Włodzimierz Smolarek
Kiedy dowiedziałam się, że będę miała możliwość przeczytania biografii Włodzimierza Smolarka, byłam wniebowzięta. Już do jakiegoś czasu przyglądałam się pozycji, brałam udział we wszelkich konkursach, gdzie można było ja wygrać i koniec końcom – zaczęłam nawet odkładać pieniądze na jej zakup. A tu taka niespodzianka. Bez chwili wahania zdecydowałam się na lekturę tejże pozycji, mimo że nie liczy sobie ona zbyt mało stron, a moja głowa od września zaprzątnięta jest też szkołą.

Autor skradł moje serce już od pierwszych stron – byłam niezwykle zaskoczona, że narracja prowadzona jest z pozycji samego Smolarka. Dzięki temu mogłam poczuć się, jakbym wysłuchiwała niezwykle długiego monologu piłkarza, jednocześnie mogąc się do niego uśmiechnąć, czy przytaknąć w konkretnej sprawie.

Choć co do stylu pisania i powtarzalności niektórych wydarzeń można byłoby się przyczepić, książka wytwarzała pewną „magiczną” otoczkę, która pozwalała zatopić się w opisywanej historii. Każde kolejne słowo, zapisywane piórem autora, a odzwierciedlające myśli głównego bohatera były pełne zafascynowania tym, co stało się dla Pana Włodzimierza nie tylko sposobem na życie, ale ogromną częścią jego istnienia i codzienności. Dzięki tym opisom czytelnik jest pewien, że Smolarek kocha to, co stanowi jego pracę, a nie robi to co musi.

Wiele miejsca Pan Jacek poświęca „wejściu” zwykłego, cichego chłopaka z Aleksandrowa Łódzkiego w świat wielkiej, a potem światowej piłki. Poprzez to pisarz pokazuje czytelnikom, że nawet największe marzenia mogą się spełnić, choć człowiek nie jest do końca przygotowany na nie pod względem specjalistycznego wykształcenia (Smolarek był z zawodu cukiernikiem).

Niezwykle ciekawą rzeczą dla mnie, jako czytelnika, a jednocześnie kibica „obcego” klubu, było zapoznanie się z historią i specyfiką Widzewa Łódź oraz epizodem i realiami w warszawskiej Legii. Pan Smolarek wiele opowiadał o kolejnych meczach Widzewa, jej wzlotach i upadkach oraz problematach. Ciekawie też przedstawia Legię zaznaczając jej związek z odbywaniem służby wojskowe. Ten temat szczególnie mnie zainteresował, a jego owocem stały się rozmowy z tatą o footballu za czasów, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie, a mój rodziciel był moim wieku. Wydawać się to może nieco nużące dla osoby mniej powiązanej z tą dyscypliną sportową, zwłaszcza opisy meczów ligowych, jednak istota w niezwykłości tych opisów tkwi w tym, że odnajdujemy odniesienia do współczesnej piłki.

Smolarek jako reprezentant Polski
Te niuanse, które można by odnieść do współczesnej sytuacji piłki nożnej są niejako rady dal działaczy PZPN-u, dzięki którym z nasza Reprezentacja czy choćby stan polskiej ekstraklasy i pozostałych lig, a także klubów mogłyby powrócić do dawnej świetności. Poddaje wątpliwości naturę piłkarzy, zależność gry od pieniądza czy sprowadzanie trenerów z zagranicy, który nie wnoszą nowego tchnienia, a nawet niszczą lekkość i solidarność drużyny. Pn Jacek w biografii Smolarka pisze również o kibicach, którzy dawniej byli mniej ostrzy oraz o komentatorach,, którzy często prowokowali niechciane scysje.

Przyznam, że brakowało mi nieco w tej biografii konkretniejszych opisów lat młodzieńczych, kolegów ze szkolnej ławy itp. Jednak z jednej strony nie dziwię się, dlaczego autor pominął to, a zajął się sportem. Smolarek, człowiek, który zasłynął jako „tańczący z piłką” żył niczym innym jak footballem – to było to co kochał i czemu oddał się na całe życie.

Podsumowując, muszę przyznać, że jestem ogromnie zadowolona z lektury i planuję przeczytać w najbliższej przyszłości kolejną biografię czy to sławnej osoby, czy znów piłkarza. „Smolara” chciałabym polecić wszystkim tym, którzy chcą przeczytać o spełniających się marzeniach, jak i tych, którzy kochają piłkę niczym niestety nieżyjący już Włodzimierz Smolarek, który na zawsze pozostanie w sercach Polaków.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater oraz wydawnictwu Instytut Wydawniczy Erica.

wtorek, 2 października 2012

[103] Konrad T. Lewandowski „Sensownik Matki Polki”

 Wyd. G+J Gruner+Jahr
Kwiecień 2012, 368 str.
Ocena: 9/10 Niecodzienna

Wojna, choć zakończyła się za naszych przodków, nadal niesie swoje nieograniczone spustoszenie, nie tylko wśród ludności, ale także w psychice walczących o dobro, pokój i godne życie dla mieszkańców wojennych terenów. Ziemia, mimo skalania ją krwią niewinnych ludzi, zregeneruje się i znów będzie oddawać plony i zapewniać dobrobyt. A dusza? Czy psychika ludzka może ot tak, szybko, jak rola wrócić do normalnego działania, chowając w najdalsze zakamarki bitewne wspomnienia?

Pan Konrad T. Lewandowski to nie tylko pisarz, ale także dziennikarz i redaktor. W Internecie posługuje się pseudonimem Przewodas. Konrad T. Lewandowski jest doktorem filozofii i autorem opracowań na temat metafizyki oraz wizji alternatywnych, które uzasadniają jego teorię metafizyczną. Uznanie czytelników zdobył cyklem opowiadań science-fiction o perypetiach dziennikarza Radosława Tomaszewskiego z brukowej gazety "Obleśne Nowinki" oraz cyklem fantasy o kotołaku Ksinie. W 1995 roku otrzymał Nagrodę im. Janusza A. Zajdla za opowiadanie Noteka 2015. Był sześciokrotnie nominowany do tej nagrody. Jest autorem pięciu klimatycznych powieści kryminalnych z udziałem nadkomisarza Jerzego Drwęckiego, których akcja dzieje się w miastach międzywojennej Polski. Jest także autorem publikacji przygodowej pt. „Bursztynowe królestwo”

Pozornie przedstawiana przez współwyznawców współczesna komedia romantyczna, a jednocześnie niesamowicie emocjonalna powieść, która została oparta na autentycznych faktach. Jest ona owocem wieloletniej korespondencji Autora z alter ego głównej bohaterki. Serce młodej Klaudii skrada przystojny Amerykanin David. Wkrótce pobierają się i przeprowadzają do ojczyzny mężczyzny. W połowie sierpnia 2001 roku, aby zapewnić byt rodzinie, David podpisuje zawodowy kontrakt wojskowy. Dni spędzone na rozmowach z żonami innych żołnierzy, opieka nad Synkiem i sprawdzanie list zabitych wydają się nie mieć końca. Choć David szczęśliwie powraca do domu, wojna nie kończy się wraz z ponownym pojawieniem się ukochanego w domu lecz wkracza do codzienności Klaudii. Dla dziewczyny zaczyna się znacznie poważniejsze niż dotąd wyzwanie, które podejmuje z humorem, godnością i wyobraźnią, wspierana przez dwie szalone przyjaciółki.

Kiedy zdecydowałam się na lekturę „Sensownika Matki Polki” z jednej strony czułam pewne obawy – czy mężczyzna sprosta napisaniu przede wszystkim prawdziwej i emocjonalnej komedii romantycznej, jak przystało na ten gatunek? Gdzieś podświadomie czułam jednak, że będzie to „coś” więcej niż zwykła historia, jak można byłoby wnioskować po przeczytaniu opisu. Dziś te dwie niewiadome zyskały już, jak w matematyce – swoje rozwiązanie.

Mężczyzna musi wybrać swoją drogę honoru, a kobieta, która go kocha, musi go wspierać, nieważne, czy jest matką, czy żoną.” str. 220

PTSD – co to jest? Przyznam, że przed lekturą nie miałam pojęcia. Zespół stresu pourazowego, z którym to borykanie się przedstawił w swojej publikacji Pan Lewandowski, to jedna z wielu objaw walki na niebezpiecznym, pełnym okrucieństwa froncie. Autor przekonuje czytelnika, że nie zawsze w trudnej sytuacji może pomóc specjalista – lepszym i z pewnością skuteczniejszym lekarstwem jest kochająca rodzina.

Naprawdę wiele bym dała, aby żadna wojna mnie nie dotyczyła, jednak skoro mam być całkiem szczera, przyznam się, że jest jeden wyjątek – nie oddałabym pokoju w zamian za miłość do Davida.” str. 218

Pan Konrad ma niezwykle lekkie i przystępne pióro, choć przychodziło mu pisać nie tylko o rzeczach zabawnych i nieznanych szaremu, zwykłemu człowiekowi, ale także o tym, co jest niewątpliwie trudne, bolesne i przykre. Utrzymując cały czas jeden punkt widzenia – Klaudii – świetnie przekazywał wewnętrzne sprzeczności pozostałych bohaterów.

Szczególnie spodobało mi się to, że Autor opisując konkretne historie z życia rodziny głównej postaci, często przyrównywał je do zdarzeń, które miał miejsce w znanych i lubianych pozycjach oraz szkolnych lekturach. Byłam niezwykle zaaferowana, kiedy odnajdywałam motywy z moich ulubionych publikacji, z uśmiechem na ustach przypominając sobie ich czytanie.

W utworze Pana Lewandowskiego nie zabrakło także bogatych opisów otaczającego świata, które ubogacały lekturę, pozwalając czytelnikowi jeszcze bardziej poczuć się, jakby był częścią tego niezwykłego i niesamowicie magicznego świata. We włosach czuło się powiewający wiatr, a przed oczyma widziało się połacie rozpościerającego się wokół lasu. Nawet promienie słoneczne okalały zziębnięta skórę, kiedy w rzeczywistości za oknem padał deszcz ;)

Zachód słońca był najpiękniejszy ze wszystkich, jakie widziałam w życiu. Czerwona poświata podświetliła obłoki, które zabarwiły się wszystkimi odcieniami różu i purpury z karmelowymi akcentami. Widok ten dosłownie wyciągał przez oczy duszę, która pragnęła wzlecieć i rozpłynąć się w czystym pięknie.” str. 238

Świetnie w moim odczuciu wypadł również opis tła obyczajowo-społecznego. Pisarz idealnie oddał klimat jaki panuje na wsi, jednocześnie podkreślając uroki takich miejsc. Z wielkim realizmem przedstawił również typowe wiejskie kobiety, - panie, które mają ogromną wiedzę o świecie, choć potrafią wyrazić ja w najbardziej prozaicznych słowach - oraz istotę mieszkańców wiosek:

(...) na wsi wszyscy wiedzą o wszystkich wszystko.” str. 267

Pan Konrad ciekawie przedstawił też obraz polskiej rodziny i otaczających jej ludzi – wiernych przyjaciół. Po lekturze „Sensownika Matki Polki” mogę śmiało powiedzieć: Chyba każdy chciałbym mieć takiego przyjaciela, który mimo wszystko, powędruje za człowiekiem na koniec świata i będzie gotowy podać pomocną dłoń, kiedy podwinie się noga, jak Kama i Daria.

W swoim dziele Pan Lewandowski mierzył się również ze „stąpaniem po krawędzi” - wiele miejsca poświęcił wierze, która we współczesnym czasach często jest obiektem sporów, niedomówień etc. Myślę, iż Autor świetnie poradził sobie z tym tematem, ukazując wiarę przodków, wiarę w naturę i życie. Opisując coś zupełnie rzadkiego i nieczęsto spotykanego, pokazał czytelnikowi szacunek innych wobec przekonań Klaudii i tolerancję, jaką powinien charakteryzować się każdy, bez względu na to, co wyznaje.

Monoteizm czy politeizm? Nieważne! Dogmaty, księgi i rytuały, nieważne! (…) kapłani, duchowni, teolodzy, nie oni są istotni! Ważne, że życie, maleńka iskierka życia oraz wola istnienia przeciwstawiły się całemu zły panującemu nad tym miejscem ogromowi destrukcji i zbrodni i odbierały mu coś, co wydawało się na zawsze śmierci przynależne.” 358 str.

Podsumowując, muszę przyznać, że nie warto sądzić po pozorach – lekka, nieco wakacyjna, pełna humoru pozycja, zawsze może okazać się bardziej wartościowa niż Nam się wydawało. Szczerze polecam lekturę szczególnie tym, którzy nie tylko chcieliby poznać nietypową chorobę, ale również tym, którzy chcieliby rozsmakować się w mieszance kulturowej, jak funduje nam Pan Lewandowski ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater oraz wydawnictwu G+J Gruner+Jahr.