czwartek, 23 lutego 2012

[86] Krzysztof Bielecki „Defekt pamięci”



Książka wydana własnym nakładem w ramach

Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości
Warszawa 2012, 154 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

We współczesnym świecie coraz więcej osób pisze. Jedni robią to dla przyjemności i w domowym azylu, inni – dla korzyści materialnych. Są jeszcze ludzie,, którzy łączą dobre z pożytecznym. Jednak co zrobić, jeśli człowiek MUSI pisać? Co byś zrobił, gdyby od dziennej normy dwóch zapisanych stron, zależało życie wielu ludzi i losy świata?

Pan Krzysztof Bielecki jest autorem czterech książek. Wbrew pozorom „Defekt pamięci" nie jest jego debiutem. Wcześniej ukazały się takie powieści jak: "Miasto to gra" , "Kod, czyli rzeczy, które zauważasz w mieście, gdy wpatrujesz się w nie odpowiednio długo" oraz "Raz na kilkaset lat" podpisane jego nazwiskiem. Czwarta, wspomniana już publikacja autora jest najbardziej przystępną spośród czterech książek tego autora, choć szereg niestandardowych rozwiązań fabularnych z pewnością także i tym razem wywoła pewne kontrowersje.


Kool Autobee – pracownik biurowy uzależniony od toneru, doświadcza nietypowego problemu. Podczas przeprowadzanego remont w kuchni znajduje swoją dawną, znienawidzoną pracę z lat szkolnych, która przydaje mu się do zatknięcia dziury. Problemy w domu, karteczki na stoliku nocnym, i codzienne informacje o kolejnych katastrofach, nie pozostawiają bohaterowi złudzeń, że wina może leżeć po jego stronie. Początkowo sceptyczny nastój do konieczności pisania jeszcze bardziej się wyostrza, gdy Kool dochodzi do wniosku, że zapisanie dwóch stron dziennie, będzie teraz jego codziennym obowiązkiem. Od tej pory musi dzielić czas pomiędzy codzienność, zapobieganie zniszczeniu świata poprzez zaprzestanie pisania oraz podążanie śladami zawiłej intrygi, która doprowadza go do coraz dziwniejszych ludzi, miejsc i sytuacji, sprawiając, że jego dotychczas uporządkowane życie zaczyna nabierać zupełnie nowych barw i zmierzać w nieprawdopodobnym kierunku. 
Pan Krzysztof Bielecki
 

W ogromie pozycji, często zapychanych tandetnymi czytadłami odnajdujemy nie tylko tytuły wydane przez wielkie i popularne w Polsce wydawnictwa, ale również książki, które zostały wydane w własnym nakładem przez autorów. Do tych drugich z pewnością czytelnicy podchodzą: po pierwsze - znacznie ostrożniej, po drugie – rzadziej, gdyż promocja jest znacznie mniejsza i często niewiele osób wie o istnieniu danego czytadła. Na pomoc przychodzimy my – Blogerzy – zawsze w pełni szczerzy i . Bardzo się cieszę, że udało mi się przeczytać „Defekt pamięci”, bo naprawdę warto. Ale dlaczego?


„ (…) Podświadomość często płata nam figle. Pomieszało ci się to, co zmyślone z tym, co prawdziwe. Taki defekt pamięci.”

Kiedy chwytałam za pozycję, nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Przyznaję, że nieco obawiałam się lektury, gdyż nie czytuję za często takich powieści. Jednak z każdą kolejną stroną zauważałam, że książka coraz bardziej mnie wciągnęła. Nim się spostrzegłam minęłam setną stronę, skąd do samego końca nie było już daleko. Wszystko to zawdzięczam lekkiemu, a zarazem magnetycznemu stylowi autora. Nawet sytuacje, które wyłaniały się z innych, a te z jeszcze innych, wcale mnie nie dziwiły, wręcz jeszcze podsycając moją uwagę. Za to należy się Panu Krzysztofowi ogromny plus ;)


„(...) przez całą szkołę podstawową wpajano mi, że muszę czytać, przez co zacząłem myśleć o kontakcie z literaturą jako czymś, co wyłącznie być musi, a pod żadnym pozorem nie może być wynikiem własnej, autonomicznej decyzji. Lektura jako przykry obowiązek”


W tej niecodziennej pozycji spodobało mi się szczególnie to, że czytelnik nigdy nie wie co się wydarzy, a każdy wątek, wprowadzany przez Pana Krzysztofa Bieleckiego, niesie ze sobą cząstkę ekscytacji i zaskoczenia. Kiedy zaczynamy kolejny rozdział, możemy śmiało powiedzieć, jak niegdyś Sokrates: „Wiem, że nic nie wiem”. Rodrigo, Czarnoksiężnik, Człowiek o srebrnej skórze czy facet jedzący skręty z czasem stają Nam się nie tylko bliscy, ale również pozostają w pamięci nawet wtedy, kiedy to okazuje się, że większość jest owocem wyobraźni innych Piszących.

Motywator, który poniekąd jest najważniejszą częścią pozycji, wprawia Nas czasem w zakłopotanie, częściej w zdziwienie. Jestem ciekawa skąd Pan Krzysztof miał tak rozmaite pomysły na owe „przyczyny” ludzkiego pisania, albo raczej „skutki” jego braku. Zaciekawiła mnie również kwestia NaNoWriMo. Początkowo myślałam, że istnieje ono jedynie w świecie wykreowanym przez pisarza, a kiedy wpisałam hasło w wyszukiwarkę, czekało mnie chyba największe zaskoczenie związane z nietuzinkową powieścią „Defekt pamięci” ;)

Podsumowując, muszę przyznać, że pozycja Pana Krzysztofa jest najdziwniejszą i najbardziej zakręconą, a jednocześnie zaskakującą (pozytywnie oczywiście) publikacją, jaką w ostatnim czasie czytałam ;) Moim zdaniem książkę powinien przeczytać każdy, ponieważ TAKIEJ lektury jeszcze nie było. Na pewno po lekturze nie powtórzycie słów znanej polskiej piosenki: „Ale to już było”.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Panu Krzysztofowi Bieleckiemu ;)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Relacja z Wykładu z Panem Piotrem Orawskim - 10.01.2012

Niedawno wspominałam czytelnikom mojego bloga, że wybieram się wraz z przyjaciółką na Targi Książek w Poznaniu. Jednak nasze plany zniweczyła pogoda i troskliwi rodzice. Obiecaną relację postanowiłam Wam wynagrodzić krótkim opisem wykładu z Panem Piotrem Orawskim, w którym miałam możliwość brać udział wraz z moimi rówieśnikami 10 stycznia 2012 r.


Pan Piotr Orawski
Piotr Orawski (ur. 1962) – dziennikarz programu II Polskiego Radia, muzykolog, pedagog, autor książek dotyczących muzyki. Ta znacząca postać, związana z Polskim Radiem od blisko trzydziestu lat to absolwent Instytutu Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego. Przez jedenaście lat współpracował z Programem Trzecim. Kolejne jedenaście lat to działalność w programie IV PR, który w latach 90. miał profil edukacyjny. Po zmianie formuły programu trafił do radiowej Dwójki, gdzie obecnie pracuje. Przygotowuje i przedstawia wieloletni cykl codziennych audycji o dziejach muzyki pt. "Lekcje muzyki Piotra Orawskiego". Jest też autorem dwuletniego (sto godzinnych audycji) cyklu audycji o wczesnych latach życia Wolfganga Amadeusza Mozarta, zatytułowanych "Droga do Wiednia". W radiowej Jedynce prowadził "Muzyczne pejzaże Europy", a także "Poranki muzyczne" dla dzieci, audycję transmitowaną na żywo ze Studia Koncertowego Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie. Ta ostatnia działalność została uhonorowana w 2008 r. nagrodą Rady Programowej Polskiego Radia. Współpracuje z Filharmonią Pomorską im. Ignacego Jana Paderewskiego w Bydgoszczy, prowadząc koncerty. Przez dziesięć lat był nauczycielem akademickim w Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku. Gościnnie wykładał w uczelniach muzycznych Warszawy, Łodzi, Bydgoszczy i Szczecina. Radiowe "Lekcje muzyki" Piotr Orawski opracowuje i wydaje także w formie książek: „Lekcje muzyki. Średniowiecze i Renesans” (2010) oraz „Lekcje muzyki. Rozkwit Baroku” (2011). W 2007 r. otrzymał Złoty Mikrofon, nagrodę mediów publicznych. W uzasadnieniu Kapituła zwróciła uwagę na "erudycję, kulturę antenową i wybitną rolę w popularyzacji muzyki klasycznej" Piotra Orawskiego.



Jak mawia mój Polonista – Trzeba dzielić się z ludźmi tym, co mamy najlepsze – więc i ja postanowiłam podzielić się z Wami moją nietypową, ale w pełni satysfakcjonującą „podróżą”.


Jadąc na wykład wielu z nas zastanawiało się czy Pan Orawski zainteresuje odbiorcę swoimi słowami. Inni rozmyślali, jak odnajdą się w niecodziennej sytuacji. Kiedy znaleźliśmy się w sali teatralnej Uniwersytetu Adama Mickiewicza, z zainteresowaniem przyglądaliśmy się wnętrzu, w którym panował specyficzny klimat. Pojawienie się Pana Orawskiego na sali sprawiło, że kilkadziesiąt par oczu bacznie przyglądało się jego sylwetce. Po zajęciu miejsc przez ostatnich wchodzących studentów, prowadzący pokrótce przedstawił nam wybitną postać, jaką był dzisiejszy gość, a także oficjalnie powitał Nas – młodzież przybyłą z Liceum Ogólnokształcącego w Obornikach. Uznał wykład za rozpoczęty, tym samym przekazując głos dzisiejszemu ekspertowi. 
 

            Pan Orawski, przywitawszy się z przybyłymi słowami wstępu: „Język jest organizmem żywym”, rozpoczął wtorkowe rozważania na temat przenikania się muzyki i sztuki średniowiecznej oraz renesansowej.  Opatrzywszy spotkanie tytułem: „Czy muzyka może być piekłem, czy diabeł może być zbawiony?”,  kolejno począł przedstawiać nam przygotowane obrazy i utwory, analizując je w oparciu o swoje doświadczenia w obrębie nie tylko muzyki, ale również literatury. Wychodząc od teatrów greckich, przez pierwsze opery, balety rosyjskie, dotarliśmy do średniowiecznych tekstów m. in „Bogurodzicy”, poznając kolejne etapy uwrażliwienia człowieka. Razem zastanawialiśmy się nad kompozycją poszczególnych obrazów i wagą nut zapisanych przez kilkunastu kompozytorów, w oparciu o sens piekła i nieba. Słuchając mszy żałobnej Heinricha, dążyliśmy do odnalezienia intersemiotyki w obrębie malarstwa i muzyki.


            Reasumując, trzeba przyznać, że wykład był ciekawy, jednakże bardzo wymagający.  Mimo to myślę, że było to dla mnie u moich rówieśników bardzo interesujące doświadczenie i niezapomniane przeżycie.

------------------------------------------------

Kochani! Zainspirowana akcjami Klaudyny, przede wszystkim fenomenalnym i niezwykle popularnym wśród blogerów TOP 10, postanowiłam stworzyć swój cykl. Pomysł przyszedł trzydzieści dwie minuty po północy, kiedy praktycznie „zaczynała się” już niedziela. Na razie zdradzę jedynie, że będzie on związany z literaturą polską i stosunkiem współczesnego społeczeństwa do niej. Więcej szczegółów przy środowej recenzji ;) Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli w każdy piątek, począwszy od zbliżającego się (24.02) będziecie mogli nie tylko przeczytać moje, nieco inne wypowiedzi, ale również wdać się w dyskusję (na co liczę) z młodą blogerką ;D

* Wybrane zdjęcia pochodzą ze strony autora 


środa, 15 lutego 2012

[85] Chuck Pfarrer "Operacja Geronimo"

Wyd. Znak literanova
Kraków 2012, 350 str. 
Ocena: 6/10 Niezła


Są na świecie postaci, które budzą w każdym z nas grozę. Choć w ogólne ich nie znamy, z pewnością nie darzymy ich sympatią. A jakie uczucia towarzyszą nam, kiedy okazuje się, że ktoś taki umiera? Nie tak dawno świat obiegła informacja o tym, że jeden z najbardziej wpływowych i niebezpiecznych terrorystów współczesnych czasów – Osama Bin Laden został zlikwidowany. Wielu z Nas nie mogło uwierzyć w tą wiadomość, inni zastanawiali się jak do tego doszło. A co powiecie na to, aby móc cofnąć się w czasie, do wydarzeń z dnia 2 maja 2011? Taką możliwość daje Nam Pan Chuck Pfarrer w swojej najnowszej publikacji pt. „Operacja Geronimo”.

Chuck Pfarrer pochodzi z rodziny o wojskowych tradycjach. Syn poszedł w ślady ojca, będącego oficerem marynarki, trafiając do elitarnych oddziałów specjalnych Navy SEAL. Ukończył Akademię Wojskową Staunton, studiował psychologię kliniczną. W 1981 r. odbył podstawowy trening dla komandosów SEALs i przez osiem lat służył w Ameryce Środkowej, na Bliskim Wschodzie i w siłach NATO w Europie. Mężczyzna wchodził w skład legendarnego już SEAL Team Six, który zasłynął ostatnio jako oddział odpowiedzialny za likwidację Osamy Bin Ladena. W czasie swojej kariery wojskowej brał m.in. udział w pochwyceniu Abu Abbasa – terrorysty odpowiedzialnego za porwanie statku „Achille Lauro” (wśród zakładników byli również Polacy, wśród nich Małgorzata Potocka i Wojciech Gąssowski). Po zakończeniu czynnej służby Pfarrer pracuje jako redaktor specjalizujący się w tematyce antyterrorystycznej, publikuje kolejne powieści oraz z powodzeniem radzi sobie w Hollywood jako scenarzysta. Choć walczy z chorobą nowotworową, ma w planach kolejne powieści.


„Prezydent Barack Obama słyszy transmitowany za pośrednictwem satelity głos jednego z żołnierzy SEAL Team Six: „Geronimo, Echo, KIA”. Oznacza to jedno: elita elit służb specjalnych udowodniła, ile jest warta - Osama Bin Laden nie żyje. Wkrótce prezydent ogłasza to całemu światu. Czy jednak poznaliśmy prawdę o wydarzeniach tamtej nocy?” - powyższy opis, pochodzący ze strony wydawnictwa, intryguje. Autor, mając możliwość porozmawiania z kolegami, którzy brali udział w ataku zakończonym śmiercią Osamy Bin Ladena, tworzy powieść na miarę XXI wieku. Bezpośrednio zaczerpnięta relacja, pozwoliła nie tylko na autentyczne opisanie akcji likwidacji terrorysty, ale również pokazała, że rzeczywistość nieco odbiegała od wersji, jaka została ogłoszona przez amerykańskie władze. Książka Pfarrera wzbudziła wiele kontrowersji, a jej treści, do ostatniej chwili utrzymywane w tajemnicy, natychmiast po premierze, trafiły na listę bestsellerów „The New York Timesa”.

Chwytając za pozycje, liczyłam nie tylko na poznanie prawdziwej historii wydarzeń z dnia 2 maja 2011, ale również dreszczyk emocji – mimo że jestem dziewczyną, bardzo lubię poczuć się, jakbym biegała wśród kul świstających wokół. Czy autentyczny opis sprostał moim wymaganiom czytelniczym? Choć autor w trakcie trwania akcji operuje wieloma, nieznanymi dotąd potencjalnemu czytelnikowi, pojęciami, język jest lekki, dzięki czemu nasza uwaga zostaje pochłonięta na długie godziny. Co szczególnie mi się spodobało? Pozycja jest napisana niczym dobra powieść sensacyjna, mimo że wiedzie o rzeczywistych sytuacjach.


„Bin Laden odrzucił koc, którym był przykryty. Kiedy postawił stopy na podłodze, poczuł, że dom drży. Miał przed sobą dziewięćdziesiąt sekund życia” 
 

Idąc dalej należy również pochwalić autora za niesamowity podział fabuły. Na pierwszych kartach książki możemy przeczytać o drodze specjalnych oddziałów Navy SEALs, jaką pokonali od swojego utworzenia, po misję opatrzoną kryptonimem „Neptune Spear – Włócznia Neptuna”. Dalej odnajdujemy Osamę Bin Ladena od najmłodszych lat. Jego biografia jest na tyle szczegółowa, że ja, jako czytelnik byłam pod wielkim wrażeniem. Naprawdę nie wiem skąd Pan Chuck Pfarrer zdobył takowe informacje. Ostatnią część powieści stanowi zapis samej akcji od podszewki. Co ciekawe –amerykański pisarz postanowił ułatwić Nam lekturę, wyposażając pozycję w słowniczek pojęć.

Spodobało mi się również to, że Pan Pfarrer zdradza Nam wiele sekretów związanych z elitarną jednostką i naborem do niej. I choć, aby dotrzeć do lektury samej operacji, musimy przebrnąć ponad trzysta stron, warto przeczytać pozycję przynajmniej właśnie ze względu na owy opis SEALs-ów. Przyznaję, że, jak każda dziewczyna, która ma w sobie mimo wszystko coś z faceta, z wielką chęcią czytałam zwłaszcza tą część pozycji.

Podsumowując, przyznaję, że „Operacja Geronimo” jest właśnie jedną z tych publikacji, które nie trzeba, ale WARTO przeczytać. Myślę, że opis wydarzeń, jaki przedstawił Pan Chuck Pfarrer będzie spotykać się z uznaniem społeczeństwa przez długie lata, a nasi „następcy” będą mogli dowiedzieć się więcej o misji wymierzonej przeciwko Bin Laden-owi, nie tylko z podręczników od historii ;)

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova



---------
Kochani! Jak mnie tu dawno nie było.. Strasznie przepraszam za swoją nieobecność. Chciałabym również przeprosić czekających na relację z Targów Książki – dwa mole książkowe pokonała pogoda, zamarzłe tory kolejowe i troskliwi rodzice... Mimo to postanowiłam Wam wynagrodzić jakoś brak owej relacji, o czym będziecie mogli przekonać się w ciągu kilku dni ;) Z racji, że mam ferie, mniemam również nadrobić brak odwiedzin na zaprzyjaźnionych blogach i oczywiści czytanie ;D Trzymajcie za mnie kciuki ! ^^ Pozdrawiam feriowo takich leniuchów jak ja, a także i tych, którzy ponownie wyruszyli do szkoły.

niedziela, 29 stycznia 2012

[84] John Marsden „Jutro 4. Przyjaciele mroku”

Wyd. Znak literanova
Kraków 2011
Ocena: 8/10 Bardzo dobra 
 

Oblicza wojny są wszelakie. Jednak to nie tylko krew, ból i zagłada To również tęsknota za bliskim, których nie widzieliśmy od wielu dni. To także strach, lęk przed tym, czy Ci, których kochamy, którzy są Nam bliscy i nie wyobrażamy sobie bez nich życia, jeszcze żyją. A jak poradzić sobie ze świadomością, że nigdy więcej już ich nie zobaczymy? Że pozostaje man teraz tylko klęknąć przy kopczyku, odmawiając modlitwę ?

Kolejna część bestsellerowej serii niesie ze sobą kolejna dawkę silnych emocji. Poznani przez nas bohaterowie, którzy w momencie zaatakowania Australii przez wroga muszą dorosnąć i wziąć odpowiedzialność za swoją każdą, nawet najdrobniejszą decyzję, stając przed kolejną próbą. W czwartej części postanawia wrócić do Wirrawee wraz z grupą Nowozelandczyków, aby zadać kolejny cios wrogowi. Ich celem jest rozbudowane lotnisko. Jednak profesjonaliści z Nowej Zelandii, którzy udali się na akcję, nie dają znaku życia. Ellie i jej przyjaciele postanawiają po raz kolejny wrócić do gry. Zdecydowanie nie będzie to spokojna, a przede wszystkim bezpieczna wędrówka...


„Nie wolno iść na łatwiznę i nie wolno żyć bez celu.”

Pan Marsden kolejny raz zabiera Nas w świat, z którym nie mamy do czynienia na co dzień. I obyśmy nie mieli. Co tym razem może zachwycić potencjalnego czytelnika? Czym wyróżnia się ta część od innych? Autor, posługując się prostym, a zarazem wyrazistym językiem świetnie wyodrębnia uczucia, które towarzyszą przyjaciołom. Dzięki temu z każdą kolejną stroną wczuwamy się w sytuację bohaterów – razem z nimi czujemy gorycz porażki, wagę smutku i uciążliwość pustego żołądka.

„Strach czyni z człowieka egoistę.”

John Marsden
W tej części została wyeksponowana przede wszystkim tęsknota. Czytając poszczególne rozdziały i rozważania Ellie na temat przemijania, sama zaczęłam się zastanawiać nad tym, że nawet we współczesnym świecie, aby stracić bliskich wystarczy chwila. Nie mówię tu tylko o śmierci, czy tragicznym wypadku, ale również przyziemnych codziennych sprawach, jakimi są kłótnia czy odległość. Przyznaję, że dzięki bohaterom uświadomiłam sobie, że należy walczyć o to co kochamy i tych, którzy są dla Nas ważni. Nie powinna nam być straszna nie tylko tęsknota, ale także strach, przed reakcją innych. Myślę, ze postawa tych młodych ludzi, a moich rówieśników, powinna Nas zmobilizować do działania, kiedy najzwyczajniej w świecie boimy się co się stanie. Moim zdaniem trzeba nie tylko działać, ale również wierzyć we własne możliwości ;)

„Zrozumiałam, że tak naprawdę to bez znaczenia, że miłość może przezwyciężyć te wszystkie głupie nieporozumienia, że ktoś, kto naprawdę cię kocha, wie, co masz w sercu, więc nieważne, czy popełniłeś jakiś błąd. Patrzy ponad twoimi słowami i odczytuje to, co naprawdę czujesz. Jeśli to mu się spodoba, jeśli uzna to za coś dobrego, jest w stanie ci wybaczyć dosłownie wszystko.”

Idąc dalej chciałabym również wspomnieć o tym, że w życiu odgrywany pewne role. Dziś jesteśmy matką, ojcem, synem czy córką, a jutro możemy być nawet budowlańcem, żołnierzem czy nauczycielkom. Również bohaterowie bestsellerowej serii „Jutro” odgrywają rolę. Jednak czy to wpływa na zmianę ich charakteru ? Według mnie ukrywając się przed okupantem i walcząc z nim, piątka przyjaciół po prostu odkrywa w sobie z czasem własne przywary. Myślę, że autor dokonał świetnego zabiegu, pokazując czytelnikowi, że Ellie, Homer, Lee, Fi i Kevin, mimo trudnych warunków w jakich im przyszło żyć, potrafią pozostać sobą. Jednak na myśl nasuwa się pytanie: „Jak to pozostać sobą? Czy wcześniej mieli w sobie tyle odwagi by zabić?” Uważam, że te cechy również w nich były, a wojna po prostu pomogła im je wyciągnąć na wierzch. Dlatego też, po raz kolejny „Jutro” daje Nam radę - „Pomimo wszystko, pozostań sobą” - której nie wolno odrzucić.

„Gdyby ukazał nam się Bóg, Homer powitałby go słowami: 'Słuchaj, koleś, kiepsko się spisałeś, jeśli chodzi o mój pępek. I po co nam dałeś palce u nóg? Jaki z nich pożytek? Ciągle tylko cholernie przeszkadzają'.”

Reasumując, muszę przyznać, że kolejna powieść Pana Marsdena nie zwodzi czytelnika. Znów możemy poczuć się jak partyzanci biegający między zaroślami, planując jak uprzykrzyć życie wrogowi. Ponadto bestseller daje Nam kolejne słowa pouczenia i drogowskazy, które mają pomóc kroczyć krętymi drogami życia. Nieprzewidywalność i wartka akcja, czyli główne cechy książki sprawiają, że czytelnicy masowo chwytają za publikację i stają się uczestnikami przygód piątki bohaterów. Podkreślając, że „wszystko jest dla ludzi”, nie tylko pragnę zaznaczyć, że warto przeczytać serię, ale również powiedzieć, że sama nie mogę się doczekać kolejnej, już piątej części ;)


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova



--------------
Kochani, strasznie przepraszam, że tak zaniedbałam życie w blogowej sferze. Obiecuję się poprawić, a luty – dla mnie miesiąc związany z feriami, upiększyć nie tylko recenzjami ;) Ponadto muszę się pochwalić, że razem z Etą wybieramy się w najbliższą sobotę na Targi Książek w Poznaniu. Oczywiście nie obędzie się bez fotorelacji ;P

piątek, 13 stycznia 2012

[83] Szymon Hołownia i Marcin Prokop „Bóg, kasa i rock'n'roll”

Wyd. Znak
Kraków 2011
9/10 Niecodzienna


Każda pozycja jest dla czytelnika swoistą wyprawą do innego świata. Raz podróżujemy dzięki autorom mniej znanym, kiedy indziej wycieczkę umożliwiają Nam ikony literatury. Jednak co zrobić, gdy do podróży zapraszają Nas ikony telewizji rozrywkowej, którzy co niedzielę gwarantują Nam dawkę dobrej zabawy i śmiechu? Odsuwając medialną otoczkę, wybieramy się w poszukiwania odpowiedzi na fundamentalne pytania dotyczące naszej wiary, kościoła, in vitro, idoli, modlitwy i pieniędzy. A co zyskujemy?

Dwoje autorów i dwa odmienne spojrzenia. Z jednej strony Marcin Prokop - dziennikarz, redaktor naczelny czasopisma „Stuff", który w TVN prowadzi programy Mam talent!, Dzień dobry TVN oraz Milion w minutę. Ponadto redaktor naczelny „Filmu" oraz „Machiny". Autor cyklu Radia Zet Duży wywiad. Z drugiej - Szymon Hołownia - dziennikarz i publicysta, dyrektor programowy kanału Religia.tv, współpracuje z telewizją TVN, felietonista „Newsweek Polska". Autor wielu publikacji, które poruszają podstawowe problemy ludzkiej egzystencji. Dwukrotny laureat nagrody „Grand Press" - w kategorii wywiadu za rozmowę ks. prof. Jerzym Szymikiem Niebo dla gołębi (2006) oraz w kategorii dziennikarstwa specjalistycznego za wywiad z etykiem i filozofem dr Kazimierzem Szałatą Pamięta Pan Hioba?(2007). Na dodatek trzykrotnie nominowany do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad" im. ks. bpa Jana Chrapka, którą otrzymał w 2007 roku za „nowatorski sposób prezentowania i komentowania spraw religijnych: atrakcyjny, a przy tym głęboki, otwarty na nowe prądy umysłowe i wrażliwość młodego pokolenia". Pan Szymon jest także laureatem wielu innych nagród i wyróżnień.

W publikacji dwóch sprzecznych charakterów spotykamy się z elektryzującą rozmową na temat Boga, Kościoła, pieniędzy, modlitwy, idoli, a nawet zakonów. Pozycja, będąca zderzeniem odmiennych spojrzeń na otaczającą Nas rzeczywistość i kulturę, pokazuje Nam różne oblicza Chrystusa i przekonuje, że Kościół to nie tylko to co złe, ale również co dobre.


Marcin Prokop i Szymon Hołownia
Spoglądając na leżącą obok mnie książkę, cały czas czuję masę emocji, które towarzyszyły mi przy czytaniu. Muszę przyznać, że było ich mnóstwo. Przede wszystkim lektura wręcz zmusiła mnie do rozmyślań nad własną wiarą i tym co sądzę na poszczególne tematy z nią związane. Na dodatek miejscami rozmowa dwóch popularnych prezenterów, kojarzyła mi się z rozważaniami mojego Polonisty na temat religijności człowieka i istoty końca świata. Przyznaję, kiedy tylko dowiedziałam się, że moi ulubieni prezenterzy wydają wspólnie publikacje, o tak wnikliwym temacie, nie omieszkałam się wpisać ją na moją listę: PRZECZYTAĆ KONIECZNE. Ku mojemu zadowoleniu szybko nadarzyła się takowa okazja. Pod koniec grudnia wyruszyłam w podróż z dwoma Panami, by wrócić z niej nie tylko pełna przemyśleń, ale również nieco zmieniona. Po prostu inna....

Co najbardziej spodobało mi się w publikacji ? Kiedy pod koniec listopada usłyszałam o zbliżającej się premierze owej pozycji, długo zastanawiałam się w jakiej formie zostanie przedstawiona rozmowa Panów. Przyznaję, że zaintrygował mnie ich pomysł na pozycję, a tak ubrane słowa dwóch ogniw, czytałam z wielką ochotą ;) Choć wydawałoby się, że od tak zwykła rozmowa dwóch przyjaciół, może nie do końca idealnie przedstawić znaczące problemy dotyczące wiary i jej pojmowania przez współczesnych ludzi, Panu Hołowni i Panu Prokopowi wyszło to bardzo ciekawie ;)


„H: Benedykt XVI też mówi: "Drodzy moi, ja wcale was nie chcę nawrócić na chrześcijaństwo. Jesteśmy, jacy jesteśmy. Nazywajcie nas, jak chcecie. My się nie zmienimy, choć chętnie przy użyciu wszystkich narzędzi, które mamy, wytłumaczymy wam dlaczego".P: I to jest uczciwe podejście, to kupuję. Benedykt jest spoko.”


Muszę przyznać, że bardzo cieszyłam się z faktu, że lektura okazała się nie tylko ot tak lekka i przyjemna, ale wręcz odwrotnie – wymagająca. Według mnie, również takowe pozycje warto czytać. Dlaczego? Moim zdaniem kształtują one naszą osobowość i uporządkowują nasze, często „rozsypane”, wyobrażenie na temat otaczającego Nas świata. Gdybym miała określić wiek czytelnika, któremu spodoba się lektura, nie sprostałabym temu zadaniu. Myślę, że zarówno młody człowiek może chwycić za pozycję – będzie to dla niego nie tylko dawka „materiału” do rozmyślań, ale również zetknięcie się z dorosłym światem. Z kolei osoby nieco starsze – z pewnością rozsmakują się w nader elokwentnym, a nawet powiedziałabym, że miejscami patetycznym języku lektury. Stwierdzenia „Drogi Marcinie zauważ, że…” czy „Szanowny Szymonie, z całym szacunkiem, ale jednak przeoczyłeś fakt…” nie tylko wprowadzą Nas czasami w osłupienie, ale również pokażą, że spierać można się nie tylko na zasadzie „ja mam rację” tylko inteligentnie zaznaczając niewłaściwą odpowiedź rozmówcy.


Szymon Hołownia i Marcin Prokop
„H: Potrzebuję Kościoła, Kościół mnie zachwyca, przy wszystkich swoich słabościach wydaje mi się tak prawdziwy, realny, żywy, że nie wyobrażam sobie żeby mógł wybrać coś innego.”

Zastanawiający się, już po lekturze, jak „wyszła” Panom książka, chciałam określić ją jednym słowem. Jednak co tu powiedzieć? Przez przeczytaniem, wiele osób pewnie myśli, że będzie albo nudno, albo po prostu „na wesoło”. A jak jest naprawdę? Nudno? Nie, na pewno nie. Śmiesznie? Tak też nie można określić pozycji. Dwójka dorosłych mężczyzn przyciąga czytelnika pozwalając każdemu odnaleźć swoje miejsce w układzie Bóg – człowiek i przekonać się o sensie własnego życia. Muszę powiedzieć, ze jako praktykująca katoliczka, z każdą stroną zastanawiałam się, jak odpowiedziałabym na pytania Pana Marcina. Czy poradziłabym sobie z nimi tak, jak Pan Szymon? Myślę, że pozycja nie tylko dała mi do myślenia, ale również pokazała, że katolik, katolikowi nie równy, a żeby uwierzyć, nie zawsze trzeba wszystko dokładnie wiedzieć. Czytając ostatnie zdanie mojej wypowiedzi, już wiem, jak określić lekturę. Publikacja jest napisana po prostu mądrze ;)

Reasumując, myślę, że obu Panom należy pogratulować nie tylko oczytania, ale również swobody słów i umiejętności migrowania między skrajnymi tematami. Moim skromnym zdaniem książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, żeby sprawdzić „Co Ci znów wymyślili”, ale również znaleźć sens człowieczeństwa oraz zastanowić się nad własnym życiem. Jeszcze raz polecając pozycję muszę powiedzieć, że nie warto zrażać się trudnościami, związanymi z tempem czytania, lecz cieszyć się każdym zapisanym słowem, które da Nam do myślenia.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova



----------------

Jakiś czas temu zgłosiłam mój blog do konkursu Blog Roku 2011 ;) Od wczoraj możliwe jest już głosowanie. Jeśli ktoś zechce zagłosować, będzie mi bardzo miło ;)

Głosować można za pomocą SMS, o treści: E00150, wysyłanych na numer: 7122

Koszt sms: 1,23 zł. Dochód zostanie przekazany na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych.