Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Bielecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Bielecki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2015

Krzysztof Bielecki "Sekretna mechanika rzeczywistości"

Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości,
Warszawa 2015, 140 s.
Jakimi prawami rządzi się rzeczywistość? To pytanie, nad którym niewielu zastanawia się przy codziennej gonitwie. Tak wiele trzeba załatwić, zrobić, przeczytać. Tyle osób czeka na telefon, rozmowę, wiadomość. Praca, obowiązki domowe, mała chwila relaksu, sen. W wielu przypadkach życie zaplanowane jest od A do Z. Tylko czy to aby na pewno nasz plan? Może ktoś odhacza jedynie punkty na liście, którą wypełniamy. Czy istnieje tytułowa Sekretna mechanika rzeczywistości? 

Główny bohater będący niepozornym pracownikiem biurowym, znajduje się na skraju wypalenia zawodowego. Większość czynności, jakie wykonuje w ciągu dnia odbywa się machinalnie. Tym bardziej niezwykle trudnym okazuje się zmierzenie z wydarzeniami, które wymykają się logice. Wszystko zaczyna się od dziwnego spotkania w toalecie, w centrum handlowym. Od tego momentu mężczyzna zacznie patrzyć na świat zupełnie inaczej. Mając bowiem w pamięci namiastkę informacji odbiegającej od racjonalnego spojrzenia, nie może tonąć w stagnacji, jaka dotąd wyznaczała jego rytm. 

Stolarz, który podejmuje się najbardziej wymagających zleceń, pracuje nad tajemniczym zamówieniem. Nawet dla niego pełne niedomówień i zagadek polecenie wydaje się nie lada wyzwaniem. Pomysł, który został poddany realizacji zdecydowanie fascynuje samego wykonawcę. Ten, który na co dzień pracuje z drewnem, swoją pracą spełnia marzenia wybitnie związane z książkoholizmem. Brzmi ciekawie, prawda? 

Przemierzamy ścieżkę życia, zdobywamy rozmaite dobra i je tracimy – gubimy, wyrzucamy, zapominamy o nich. Wówczas nie zwracamy na to uwagi, ale w gruncie rzeczy mają one ogromną moc. Wystarczy znaleźć w szufladzie zapomnianą pamiątkę z dzieciństwa, żeby nagle znowu poczuć to niezwykłe ciepło sprzed lat[1].

czwartek, 28 sierpnia 2014

[157] Krzysztof Bielecki „Rezydencja”


Wyd. Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości
Warszawa 2014, 153 str.
Ocena: 6/10 Niezła 

Rezydencja nieodmiennie kojarzona jest z bogactwem i dobrobytem. W tych, zapewne pełnych marmurów czterech ścianach, jak sobie wyobrażamy, krząta się służba, wycierając każdym milimetr powierzchni tegoż królestwa. Koniecznie jeszcze, w pełnej sprzętu kuchni, starsza pani ubrana w charakterystyczny kubraczek, gotuje posiłek dla gospodarza, siedzącego w gabinecie i pogrążonego w lekturze pism biznesowych. Ku drzwiom natomiast zmierza lokaj, kiedy tylko usłyszy dźwięk dzwona. Niejeden człowiek tak właśnie wyobraża sobie ten szlachetny budynek. Jednak nie taką, tytułową rezydencje, pragnie pokazać swoim czytelnikom Krzysztof Bielecki. „Za budynkiem” kryje się znacznie więcej.

Krzysztof Bielecki to pisarz młodego pokolenia, który na rynek literacki wszedł z nieco odmienną od zwykle spotykanej, prozą. Spotkała się ona z wielką sympatią czytelników, którzy śmiało zaczęli sięgać po jego kolejne odmienne publikacje. Autor ma na swoim koncie takie pozycje jak „Miasto to gra”, „Defekt pamięci”, „Rekonstrukcja”, „I nagle wszystko się kończy” oraz „Rezydencja”. Młody twórca jest na tyle odważny, że spróbował nawet wydania swojej prozy w języku angielskim. Jego powieści wbrew pozorom okazują się wymagającymi niesamowitego skupienia, a także bardzo często – odcięcia się od stereotypowego myślenia i otwarcia umysłu na zaskoczenia zaserwowane w lekturze.

Mała czarna plama skrywana pod łóżkiem, która z czasem zaczyna rosnąć, to nie jedyny problem głównego bohatera. Prócz mieszkania będącego dla wpraszających się ostatnio gości tematem dość niepożądanym, T. zostaje uwikłany w zaskakujące relacje z postacią z przeszłości (której wcale nie pamięta) oraz sąsiadem z dołu – szachowym mistrzem międzynarodowym. Na dodatek jego siostra – performatywna artystka toczy batalię zarówno z połykanymi (o dziwo bezproblemowo) przedmiotami oraz nietypowym, jak przystało na chłopaka, mężczyzną. Patrząc na to, układanka ta, nie może złożyć się w całość. Jednak kiedy każdy element w odpowiednim momencie wyląduje na swoim miejscu...

O tym, że Krzysztof Bielecki jest pisarzem, którego nie można zamknąć w żadne ramy wiedziałam od początku. Mimo to jego nieszablonowa proza trafiła w moje gusta literackie dawno, dawno temu podczas lektury „Defektu pamięci”. Od tego momentu zaczęłam upatrywać nowych książek Bieleckiego, mając nadzieję na kolejną, równie pokrętną łamigłówkę dla umysłu, sprawiającą swoim czytaniem nie lada gratkę. Kiedy dowiedziałam się o „Rezydencji”, wiedziałam, że nadszedł czas, by ruszyć w „znaną-nieznaną” podróż literacką.
 
Z szachowym motywem...
„Zasady gry – powiedział przybysz z dalekiej krainy. - To one są najważniejsze. Dzięki zasadom drewno i kamień stają się czymś więcej niż tylko drewnem i kamieniem.”* 
 
Mój uśmiech na twarzy osiągnął niewiarygodne rozmiary, kiedy na kartach tej nietypowej powieści pojawiły się pierwsze wzmianki o szachach, w które z wielkim zapałem gram, ku częstym zaskoczeniu niektórych znajomych. Byłam oczarowana, iż pisarz postanowił nadać im głębszej roli, pozwolić by z umysłu czytelnika nie wyszła ta rozrywka, w której tak jak w życiu, wielką wagę odgrywają zasady, nadając sensu. Podobnie jak w plastikowe, drewniane bądź plastikowe figury tchnięty zostaje ruch, w życiu zasady sprawiają, iż człowiek podąża w konkretnym kierunku, starając się nie wychodzić poza określone bramy.

„- Pewne układy na szachownicy są bardzo niejasne.
- Szachy opierają się na uporządkowanych, powszechnie znanych zasadach. Zycie niekoniecznie.”* 
 
Niezwykle spodobał mi się także motyw samej rezydencji. Zapewne każdy z nas, jako dziecko miewał swoje sekretne miejsce, do którego wybierał się z przyjaciółmi bądź rodzeństwem. „Baza” w zagajniku, skrytka w piwnicy – dla osoby poniżej metra pięćdziesiąt to sfera niemalże o cechach jak najbardziej magicznych. To tam skrywają się wszelkie duchy, krasnale i inne żyjątka. To tam namiętnie i z uporem znosimy z domu skrzyneczki, skrzynki, słoiki i inne „cuda” upiększające naszą „krainę tajemnic”... 

„Każdy ma w swoim życiu takie wydarzenie, które ukierunkowuje jego dalsze losy. Zastanawiamy się, kim byśmy byli, gdybyśmy niegdyś postąpili inaczej. Jak potoczyłoby się nasze życie, gdybyśmy nie spotkali jakiejś osoby, nie poszli w jakiejś miejsce albo nie podjęli jakiejś decyzji. Zawsze jest taki jeden element, który decyduje o wszystkim, co wydarzy się dalej. Dla każdego inny.”*

T. razem ze swoją siostrą nie stworzył własnej kryjówki wśród licznych krzaków na ogródku, jak ja, lecz razem z nią udawał się do opuszczonej rezydencji. Skrywa ona nie tylko dziwne rośliny, które znacząco zaznaczają swoje istnienie w dalszym życiu głównych bohaterów, ale także wiele wspomnień. Na dodatek tytułowa „Rezydencja” staje się punktem wyjścia dla tarapatów i precedensów, jakich doświadczają.

Po lekturze chyba baczniej zacznę się przyglądać otaczającemu światu. Niektóre fakty podawane na tacy, przez Krzysztofa szokowały możliwością swojej realności. Przez pisarza zdarzyło mi się kilka razy obejrzeć za mężczyznami z dziwnymi tatuażami, bądź przyjrzeć się baczniej kobietom z bransoletką na nodze. Ot tak, najczęściej zupełnie nieświadomie. Wydaje mi się, że zbyt wiele było w tej książce normalności, co sprawiło, że przez kilka dni zachowywałam się wśród ludzi jak obłąkana(?)

Szach... Mat.
Mam dość sprzeczne uczucia po przeczytaniu najnowszej pozycji Krzysztofa. Jak dla mnie jest ona zbyt przyziemna, w końcu pisarz przyzwyczaił swoich czytelników do rozwiązań, które nawet nie przeszły by Nam przez myśl. Tu wszystko toczy się w konkretnej płaszczyźnie, czasie, z dość szczegółowo określonymi bohaterami. Trudno było mi odkryć w niej wyjątkowy, ukryty sens – doszłam do wniosku, że pisarz przekazuje nam wartości pamiątek schowanych głęboko w duszy, które znalazły się tam w dzieciństwie i wbrew pozorom gdzie drzemią.

Podsumowując śmiało pragnę powiedzieć – Bielecki stworzył coś, czego w jego wydaniu jeszcze nie było. Zachował swoją, niewątpliwie atrakcyjną oryginalność, tym razem okraszając ją więcej niżeli szczyptą realizmu. Inaczej, ale mimo wszystko równie fascynująco i zdecydowanie pobudzająco dla mojego umysłu. Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że „Rezydencja” to idealnie lekki początek z publikacjami oznakowanymi nazwiskiem Bielecki. Zdecydowanie przyjemniejsza będzie potem lektura łamigłówek na stronach wcześniejszych pozycji. :)
Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Krzysztofa Bieleckiego, za co serdecznie dziękuję ;)

*Cytaty pochodzą z książki "Rezydencja" kolejno ze stron: 73, 103, 83.

poniedziałek, 6 maja 2013

Wywiad z Krzysztofem Bieleckim – Autorem „Defektu pamięci” i „Rekonstrukcji”

Każdy z Nas, z pewnością ma w sobie cechę, która wyróżnia go od innych osób, sprawia, że jest z czymś kojarzony. Niezwykle charakterystyczna i wyrazista jest właśnie literatura Krzysztofa Bieleckiego, z którą dotąd miałam styczność. „Defekt pamięci” i „Rekonstrukcja” to zupełnie inne, oryginalne dzieła, pisane piórem człowieka z nieposkromioną wyobraźnią. Jednak dziś nie chciałabym przedstawić Wam jego książek (na to przyjdzie jeszcze czas), ale Pana, z TAKĄ (!) wyobraźnią ;)
Krzysztof Bielecki [źródło]

Meme: Witam serdecznie Panie Krzysztofie i serdecznie dziękuję, że zgodził się Pan odpowiedzieć na kilka pytań, które od jakiegoś czas aż „wierciły mi dziurę w brzuchu” ;) Zacznę może nie od tego co najbardziej mnie nurtuje, ale może okazać się równie ciekawe. Pamiętam, że kiedy byłam młodsza zawsze chciałam zostać lekarzem albo nauczycielem. Koledzy z piaskownicy wspominali głównie o strażakach czy policjantach. A Pan został pisarzem. Czy spodziewał się Pan przed wydaniem pierwszej pozycji, że zajmie się Pan tym na co dzień?

Krzysztof Bielecki: Od bardzo dawna wiedziałem jedno – chciałbym kiedyś napisać i wydać książkę. Już w szkole podstawowej rysowałem nieskomplikowane graficznie komiksy oraz zapisywałem zeszyty dziwacznymi fabułami, ale dopiero w liceum myśl o opublikowaniu kiedyś czegoś stała się jednym z życiowych marzeń, czy może powinienem powiedzieć planów. Gdy pod koniec studiów do księgarni w całym kraju trafiała moja pierwsza książka nie mogłem mieć oczywiście pewności, że będzie to pierwsza z wielu. Wtedy przychodzi przede wszystkim spełnienie, a nie analizowanie tego, co dalej. To pojawia się dopiero później. I rzeczywiście, w pewnym momencie z tego całego myślenia wyszło mi, że na „Miasto to gra” nie chcę poprzestać. Kolejne publikacje marzyły mi się już wcześniej, ale dopiero wydanie tej pierwszej utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to „naprawdę możliwe”, a nie tylko „całkiem możliwe”.

Meme: Na świecie rocznie powstają miliony pozycji. I Pan kilka lat temu znalazł się w gronie osób, które możemy nazywać twórcami literatury. Jak zmieniło się Pana życie od momentu wydania pierwszej książki? A jak wyglądały reakcję znajomych, przyjaciół, rodziny, gdy dowiedzieli się, że Pana publikacja ujrzy światło dzienne?

Krzysztof Bielecki: Pewnie nie wszyscy uwierzą, bo wydanie książki jest powodem do dumy i wiele osób w pierwszym odruchu zaczęłoby się tym chwalić znajomym i nieznajomym, ale ja lubię mieć swoje tajemnice, a później odkrywać kolejne karty zupełnie z zaskoczenia. Efekt jest taki, że wielu moich znajomych jeszcze przez długi czas po wydaniu „Miasto to gra” nie miało pojęcia, że udało mi się wydać książkę. Oczywiście reakcje tych, którzy wiedzieli od samego początku (również w niełatwej fazie przygotowań do opublikowania pierwszej pozycji) były niesamowite, ale możecie tylko sobie wyobrazić, jakie były miny tych, którzy dowiedzieli się o wszystkim po kilku tygodniach albo miesiącach. Ciekaw jestem, czy jest ktoś, kto nie wie do dziś. A jak zmieniło się moje życie? Na pewno poczułem się ogromnie spełniony. W końcu jedno z moich największych marzeń stało się faktem. Przeszedłem też z jednej trudnej ścieżki na drugą – presja wydania pierwszej książki w stosunkowo młodym wieku została zastąpiona presją wydania kolejnych, które zostałyby odebrane równie dobrze. I chyba się udało. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale jednak się udało. A jak zmieniło się życie? To nie jest tak, że wszyscy ludzie patrzą na mnie przez pryzmat tego, czym się zajmuję. Mam również szereg innych wyrazistych cech. Zazwyczaj nie zaczynam rozmów z nieznajomymi od tego, że zajmuję się pisaniem książek. Łatwo zostać wtedy zaszufladkowanym, no i pojawia się cała lawina pytań, często takich samych (A o czym są te książki? A gdzie można kupić?). To nie jest tak, że nie lubię o tym rozmawiać, ale spróbujcie wyobrazić sobie, że przy prawie każdym poznaniu kogoś nowego musicie znowu mówić o tym samym. A że bardzo lubię poznawać nowych ludzi i robię to często, to prawdopodobieństwo takiej rozmowy jest spore. Poza tym nie lubię się przechwalać. Wolę jak fakty mówią za siebie, a nie ja za nie. To znaczy jest mi milej, gdy ktoś sam odkryje, czym się zajmuję i to doceni lub dowie się o tym od kogoś innego, niż gdybym to ja miał wprowadzać tę osobę w detale mojej działalności.

Meme: Do samodzielnego wydania powieści niezbędna jest determinacja w dążeniu do celu i pewność we własne umiejętności. Skąd w Panu tyle pozytywnych cech, które pozwalają na pisanie nie tylko „do szuflady”?

Książki Krzysztofa [źródło]
Krzysztof Bielecki: Myślę, że najważniejszą sprawą jest tutaj to, żeby pisać, pisać i pisać. Nie rozpatrywać tego w kategoriach „do szuflady” albo „nie do szuflady”. Jedno jest pewne – jeśli kiedyś będziemy chcieli pojawić się na półkach księgarni, to musimy mieć warsztat, no i przynajmniej jeden wystarczająco dobry tekst. Dlatego moja porada dla wszystkich marzących o wydaniu własnej książki: póki co nie zastanawiajcie się, w jaki sposób trafić na półki, a lepiej zajmijcie się tworzeniem tekstu i przede wszystkim go dokończcie. A później pracujcie nad następnym i następnym. Zastanawianiem się, w jaki sposób dotrzeć z tym wszystkim do czytelnika zostawcie sobie na później, ale nie popadajcie ze skrajności w skrajność i nie unikajcie poszukiwania odpowiedzi na to pytanie. Cechy, które potrzebne są do pisania to przede wszystkim determinacja do ukończenia projektu, nad którym się pracuje. Przynajmniej na jakiś czas musi stać się on najważniejszym elementem naszego życia. Wszystko jedno, czy zrobimy sobie kilkudniowy maraton całodziennego pisania, czy będziemy pracowali nad naszą powieścią systematycznie po kilkadziesiąt minut dziennie. Musimy jednak uczynić tę pracę częścią naszej codzienności, trzeba utonąć w myślach bohaterów i w meandrach konstruowanej fabuły. Wbrew pozorom nie mam aż tak dużej sumienności, często zbieram się do pracy godzinami (czasami bez rezultatu), ale uczyniłem pisanie istotnym fragmentem mojej codzienności i ono cały czas gdzieś tam jest. Czasami mówi się, że alkoholik, który nie pije przez długi czas cały czas jest alkoholikiem, tyle że od dłuższego czasu niepijącym. Z tworzeniem tekstu literackiego jest podobnie - mogę nie pisać przez kilka tygodni, ale to wciąż we mnie jest.

Meme: Bohater pierwszej pozycji spod Pana pióra, którą czytałam - „Defektu pamięci” - pisał, by niejako ratować świat. Z tego, co można przeczytać na Pana blogu, jest Pan w trakcie prac nad anglojęzyczną lekturą i dziełem, które powstało „w surowym stanie” w zaledwie 10 dni. Skąd u Pana ta systematyczność tworzenia?

Krzysztof Bielecki: Na to pytanie po części odpowiedziałem przy okazji poprzedniego, ale jeśli chodzi o tę systematyczność to dodam jeszcze jedną rzecz – często może nas przerażać ogrom pracy, która jest przed nami i to może działać demotywująco, zniechęcać. Moim zdaniem lepszy jeden skończony tekst niż dziesięć rozgrzebanych. Wydaje mi się, że do pisania lepiej nie siadać z myślą „napiszę książkę”, a raczej „zacznę tworzyć opowiadanie i nie mogę wykluczyć, że rozrośnie się do rozmiarów książki”. To sprzyja osiąganiu celu. Nie stajemy przed gigantycznym zadaniem, tylko takim nieco mniejszym. Polecam spróbować tej metody. Mam nadzieję, że okaże się przydatna przynajmniej dla jednej osoby i pozwoli jej stworzyć tekst. To byłoby naprawdę miłe – pomóc komuś nie wprost w dokończeniu jego dzieła, zadziałać inspirująco. Jeśli mowa o kolejnych publikacjach, nad którymi pracuję, to „Various Faces of Almightiness” jest nie tyle tekstem pisanym od zera po angielsku, co raczej tłumaczeniem jednego z opowiadań planowanego zbiorku zatytułowanego „I nagle wszystko się kończy”. To naprawdę zakręcone historie, myślę że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie. Niestety nie wiem, kiedy zostanie opublikowana. „Various Faces of Almightiness” jest swego rodzaju singlem tej publikacji i powstał on przede wszystkim z myślą o platformie Kindle, na której chciałem zadebiutować, żeby zobaczyć jak odnajdę się w świecie elektronicznych czytników książek. A „Jedzenie się psuje, a prawa ekonomii są twarde” to książka, która rzeczywiście powstała w rekordowym czasie, ale proszę pamiętać, że były to dni wypełnione od poranka aż do wieczora niemalże bezustanną pracą. Po prostu wsiąkłem w świat tej książki i mogłem sobie pozwolić na odłożenie w czasie innych zobowiązań. Te dziesięć dni powinny być powodem do dumy, ale nie afiszuję się z nimi, bo gdy mówimy komuś, że napisaliśmy coś w dziesięć dni (nawet jeśli jest to dopiero pierwsza wersja tekstu), to patrzą podejrzliwie i zapewne zastanawiają się, jak bardzo złe jest to, o czym im opowiadamy. Ale takie są już uroki pisarstwa – czasem możemy siedzieć kilka dni nad jedną stroną i nic nie chce wyjść spod naszych palców, a innym razem w błyskawicznym tempie tworzymy niemalże całą książkę i to naprawdę dobrą książkę, z której możemy być dumni. W tym przypadku miałem o tyle łatwiej, że rzeczywiście nie było innych rzeczy, które by mnie rozpraszały, mogłem sobie pozwolić na całodniowe siedzenie w BUW-ie i pracę (pisałem też trochę rano i wieczorem w domu, ale nie we wszystkie dni). Poza tym miałem sporo zapisków (swego rodzaju bazę pomysłów, które nie były zbierane pod kątem tej konkretnej książki, ale udało mi się je sprawnie w nią wpleść). To naprawdę ułatwia sprawę. No i jeszcze jedno – starałem się chodzić spać w takim momencie, w którym wiedziałem, co będzie dalej. Żeby nie musieć następnego dnia rano zastanawiać się, w jaki sposób chcę pociągnąć tę historię. Zazwyczaj (choć nie zawsze) wiedziałem to już dnia poprzedniego i na kolejny dzień pracy czekałem jak na następny odcinek wciągającego serialu. Różnica była taka, że w tym przypadku to ja tworzyłem historię. Oczywiście to nadal była ciężka praca, ale każdego dnia powtarzałem sobie, że przecież już tyle dni z rzędu wytrwałem, to nie mogę teraz przestać. I choć bywałem naprawdę wykończony, to wiecie co? To działało. Oczywiście bywały momenty, gdy kompletnie nie miałem weny i brakowało mi sił oraz pomysłów, ale oto jakiś czas później jesteśmy tutaj – książka jest gotowa.

Meme: Niedawne wielkie bum w mojej głowie zawdzięczam lekturze „Rekonstrukcji”. Po przeczytaniu w głowie kłębiły się nieustanne myśli: „Kurcze, jak on to wymyślił?”; „To musi być strasznie zakręcony (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) człowiek”. Jak w tej szarej rzeczywistości uchowała się osoba z tak „kolorową” wyobraźnia? Bo przecież licząc osoby, które sięgają przy tworzeniu swoich dzieł za testy projekcyjne, mogę zliczyć wypowiadając jedno krótkie słowo – jeden. Twoje utwory zdecydowanie różnią się od współczesnej literatury wydawanej w Polsce. Skąd „takie” nietypowe pomysły na lekturę i kreowany w nich nieco inny od rzeczywistego świat?

Autor podczas gry miejskiej [źródło]
Krzysztof Bielecki: Pewnie sporo zawdzięczam swojemu podejściu do życia. Staram się być otwarty na świat i na ludzi, interesować się tym, co dzieje się wokół mnie, nawet tymi najbardziej banalnymi rzeczami. Nie będę zaprzeczał swojemu „zakręceniu”, ale podkreślę, że nie jest to coś, z czym się rodzimy i na co nie mamy wpływu. Wydaje mi się, że wszystko jest w ogromnym stopniu kwestią takiego, a nie innego spojrzenia na świat, które możemy w sobie wyćwiczyć. Zachęcam Was, pójdźcie dziś do szkoły, na uczelnię albo do pracy inną drogą niż zwykle, uważnie się rozglądajcie i zanotujcie te wszystkie rzeczy, które w jakiś sposób Was zaintrygują, poruszą – ludzi, miejsca, zdarzenia. A „Rekonstrukcja” rzeczywiście jest ekstremalnie zawiłą książką. Gdy skończyłem prace nad „Defektem pamięci” zwątpiłem, że kiedykolwiek napiszę coś równie naszpikowanego znaczącymi detalami, a jednak w „Rekonstrukcji” poprzeczka została podniesiona jeszcze wyżej. Te dwie książki oczywiście bardzo się od siebie różnią, „Rekonstrukcja” jest znacznie cięższa, trudniejsza w odbiorze, brak w niej takiego podanego na tacy, łączącego wszystkie fakty i zwalającego czytelnika z nóg zakończenia jak to znane z „Defektu pamięci”. Tu jest znacznie trudniej dokopać się do sedna sprawy i dla jednych będzie to ogromnym wyzwaniem i atutem, a dla innych przeszkodą nie do pokonania. Już po konstrukcji tych dwóch książek widać, że to, co tworzę jest dosyć różnorodne, choć da się wyodrębnić pewne charakterystyczne elementy mojej twórczości. Na pewno przyda się otwarty umysł i umiejętność wnikliwego czytania i zwracania uwagi na detale.

Meme: W tworzenie dzieła trzeba włożyć ogrom pracy. Godziny spędzone z długopisem w ręku czy nad klawiaturą wieńczy zapach świeżo wydrukowanej książki, którą trzymając w dłoniach, podziwiamy dumnym spojrzeniem. Czy pracę nad książką uważa Pan za trudną? Co sprawiało Panu podczas pisania najwięcej przyjemności a co chciałby Pan mieć za sobą najszybciej?

Krzysztof Bielecki: To jest przede wszystkim bardzo nieprzewidywalna praca. Są takie dni, kiedy wszystko idzie gładko i pisanie jest prawdziwą przyjemnością, ale bywają również długie godziny pełne frustracji i nie dające rezultatów próby odzyskania weny. Pisanie może dawać wiele satysfakcji, ale praca zawsze pozostaje pracą i nie ufałbym ludziom, którzy mówią, że jest to tylko i wyłącznie przyjemność. To droga pełna wyrzeczeń i przymuszania się do pracy, ale satysfakcja z ukończonego tekstu jest naprawdę ogromną nagrodą. Najtrudniejsze jest chyba zabieranie się za pracę nad już rozgrzebanym tekstem. Przyjemnie jest sobie usiąść i zacząć pisać o czymś, co akurat przyszło nam do głowy, ale po gładkim początku zazwyczaj przychodzi „trudny środek”. Trafiamy na mieliznę, musimy się sporo namęczyć, żeby przejść dalej, ale „dalej” to nie znaczy do końca, lecz do kolejnej tego typu mielizny. Tracimy wenę i ją odzyskujemy. Poczucie sensu znika i pojawia się w nas ponownie. To jest naprawdę kapryśna praca. Ale nie ma nic lepszego niż moment, w którym trafiamy na właściwą ścieżkę i pisze nam się gładko, przyjemnie i sami jesteśmy podekscytowani tym, co wydarzy się dalej.

Meme: Niezwykle modne w dzisiejszych czasach jest pisanie o tym, co dzieje się wokół – o miłości, problemach i smutkach. Jednak Pan nie popada w stereotyp wielu współcześnie tworzących literaturę. Czy teraz, po napisaniu już kilku pozycji, zdecydowałby się Pan na stworzenie czegoś, co można określić konkretnymi ramami powieści obyczajowej, kryminalnej lub sensacyjnej?

Krzysztof Bielecki: Owszem, panuje przekonanie, że moje książki są dosyć nietypowe i trudno się z tym nie zgodzić. Ale tutaj moich czytelników zadziwię, bo wspomniana wcześniej książka „Jedzenie się psuje, a prawa ekonomii są twarde” będzie czymś, co można umieścić w konkretnych ramach. I pewnie nie uwierzycie, ale będzie to książka o miłości! Żaden ckliwy romans albo modna ostatnio powieść erotyczna, lecz coś zupełnie innego. I choć można umieścić ten tekst w konkretnych ramach powieści o miłości, to jednak, jak to zwykle u mnie bywa, nie będzie to taka zwykła książka. Nie mogę się doczekać momentu, w którym będziecie mieli okazję ją przeczytać, ponieważ jestem z niej naprawdę zadowolony!

Meme: Z racji, że od czasu do czasu staram się „podglądać” Pana bloga wiem, że kolejne pozycje są już w trakcie tworzenia. Może zdradzi Pan nieco więcej mnie i moim czytelnikom? Jakie będą te najnowsze publikacje?

Krzysztof Bielecki: Jednym zdaniem – po raz kolejny Was zaskoczę. „Various Faces of Almightiness” będzie naprawdę dziwaczną opowieścią o różnych obliczach wszechmocy, a „Jedzenie się psuje, a prawa ekonomii są twarde” to chyba jedna z dziwniejszych książek o miłości, jakie kiedykolwiek przeczytacie. Nie chciałbym póki co zdradzać nic więcej, ale mam nadzieję, że się nie zawiedziecie!

Meme: Bardzo serdecznie dziękuję, że zechciał Pan poświecić mi te klika chwil i w tej krótkiej rozmowie pokazał Nam Pan człowieka, który „siedzi po drugiej stronie” książki, którą każdy może mieć w rękach ;)

Krzysztof Bielecki: Dziękuję i zapraszam na stronę www.defektpamieci.pl, a także zachęcam do zakupienia w sieci „Defektu pamięci” albo „Rekonstrukcji” i przekonania się na własnej skórze, co takiego nietypowego kryje się w moich książkach, co jednych cieszy, a u innych wywołuje stan totalnej dezorientacji. To są teksty, co do których trzeba wyrobić sobie własną opinię, a nie polegać na opiniach innych i mogę mieć tylko nadzieję, że ci z Was, którzy po przeczytaniu tego wywiadu zdecydują się na zapoznanie z „Defektem pamięci” albo „Rekonstrukcją” nie będą tego żałowali. Mogę obiecać jedno – będzie to nietypowa i szalona przygoda. Miłej lektury!

Bardzo przyjemnie mi się rozmawiało z Krzysztofem i bardzo się cieszę, że w ogóle zgodził si na tą rozmowę, która, jak widać – wyszła Nam niezwykle obszerna. Wszystkich zachęcam do lektury jego książek, a sama w niedalekim czasie zaczynam czytać najnowszą, dwujęzyczną publikację ;)

czwartek, 17 stycznia 2013

[112] Krzysztof Bielecki „Rekonstrukcja”


Książka wydana własnym nakładem w ramach
Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości
Warszawa 2012, 222 str.
Ocena: 6/10 Niezła

Testy projekcyjne od dawien dawna kojarzą mi się z filmami, na których jeden z bohaterów ogląda obrazy i widzi coś zupełnie innego, czego oglądający spodziewałby się. Charakterystyczne plamy atramentu zawsze podsycają akcję, bo przecież i ja mogę w nich dostrzec coś ciekawego, związanego z moim nastrojem albo sytuacją w jakiej się znajduję. A co powiecie na powieść projekcyjną? Czy taka książka może mieć racje bytu?

Pan Krzysztof Bielecki jest autorem czterech książek. W minionym 2012 roku miałam okazję czytać jedną z jego najbardziej kontrowersyjnych powieści pt. „Defekt pamięci”. Wcześniej, przed lekturą, kora była moim pierwszym spotkaniem z zakręconą prozą Pana Krzysztofa ukazały się takie powieści jak: "Miasto to gra" , "Kod, czyli rzeczy, które zauważasz w mieście, gdy wpatrujesz się w nie odpowiednio długo" oraz "Raz na kilkaset lat" Jego pozycje wychodzą poza schematy, a kolejny szereg niestandardowych rozwiązań fabularnych z pewnością i tym razem wywoła wiele kontrowersji.

Istotą powieści jest to, że John Johnson znika, kiedy jego przyjaciel odpływa w objęcia Morfeusza. Cały czas pozostaje jednak we wnętrzu pociągu, do którego wsiedli przecież razem. W pociągu, który nie jest zwyczajną maszyną, z jaką spotykamy się w XXI wieku i służy do zupełnie innych celów. Wszyscy jej pasażerowie za czymś tęsknią i nie uwierzysz, co jest powodem przepełniającej ich nostalgii. I jak tu połapać się o co chodzi, skoro to literacki test projekcyjny?

„I choć nie dokonał tego dnia niczego niezwykłego, nic nie stworzył, niczego nie osiągnął, to jednak nigdy nie określiłby go mianem dnia straconego. To nie był koniec, to nie była pauza w życiu, to był początek czegoś zupełnie nowego.”

Kiedy dowiedziałam się, że Pan Krzysztof wdaje kolejną pozycję, zrodziła się we mnie wielka ochota jej przeczytania. Po lekturze opisu książki wiedziałam, iż będzie to „coś” jeszcze bardziej zakręconego, zwłaszcza, że podczas słynnych testów projekcyjnych każdy może zobaczyć coś innego. Ta koncepcja wydawała się wielce kusząca, zwłaszcza, że podczas lektury „Defektu pamięci” mogłam przekonać się o bezkresie wyobraźni młodego autora.

Choć opis wydawał się znacząco jasny, wiedziałam, iż spodziewać się mogę wszystkiego, nawet tego, co nie mieści się normalnemu człowiekowi w głowie. Z tym przeświadczeniem zaczęłam czytać. Jednak „Rekonstrukcja” wydawała się jakby pisana tą samą ręką, a jednak innym piórem. Wiem, to co napisałam jest strasznie zakręcone, jednak taka właśnie jest ta pozycja.

Najnowsza książka Pana Bieleckiego jest zbiorem sześciu opowiadań, które początkowo wydające się zupełnie niezwiązane, łączą się w jedną całość, kiedy czytelnik przeczyta ostatnią z opowieści. Historie przedstawione przez pisarza poprzedza wstęp, w którym autor kilkakrotnie podkreśla, że John Johnson zniknął, a jednak nadal pozostaje w pociągu, z którego nie sposób wysiąść. Dzięki temu chaotycznemu wstępowi czytelnik może przekonać się, iż autor jest ponad historiami, wtrąca słówko o tym i o tamtym, opowiadając wręcz bezpośrednio czytelnikom, co ma po kolei miejsce. Podobało mi się to, że Pan Krzysztof był jakoby tym, który pokazywał czytelnikowi wielokształtne kleksy i oczekiwał odpowiedzi.

„Niektóre pytania są piękniejsze, gdy nie znamy na nie odpowiedzi, prawda?”

Zaskakującym było jednak dla mnie to, że wstęp nie kończył się po pierwszym rozdziale, a czytelnik musiał czekać na przedstawienie samego zniknięcia Johna, aż do ostatniego rozdziału. „No nic” - pomyślałam - „Trzeba czytać dalej”. I tak też zrobiłam. Każda kolejna historia wywołuje w czytelniku zaskoczenie począwszy od „Upalnych dni” po „Czerwone usta” (w których pogubiłam się na tyle, że czytałam tą opowieść dwukrotnie). Jednak mimo rozbieżności problemów bohaterów i tematyki tych króciutkich utworów, miały połączyć się w całość, a ostatni rozdział powinien sprawić, że wiele rzeczy staje się jaśniejszych (choć nie do końca zrozumiałych).

Czasami opowiadanie pochłaniałam w dziesięć minut, w innych przypadkach liczyłam strony, które pozostały mi do końca jego lektury. Wiedziałam, że nic nie mogę pominąć w wyczekiwaniu na końcowe wielkie „BUM!”. Dotarłszy do ostatniej strony poczęłam się zastanawiać czy odnalazłam kwintesencję lektury, czy waściowie odczytałam tą nieszablonową publikację. Ale czy można dobrze odpowiedzieć na pytanie: Co przedstawia kleks? A zła odpowiedź wchodzi w grę?

„A szaleństwo? Jest fascynujące, ponieważ dotyka jedynie materialnych umysłów. Wariactwo to choroba mózgu, a jeśli nie masz ciała , to nigdy nie zasmakujesz tego stanu psychiki. Zapamiętaj to sobie.”

Podsumowując, chciałabym podkreślić, że jeszcze dziś, kilka dni po lekturze, z zaciekawieniem przyglądam się „temu kleksowi” i zastanawiam się czym dla mnie jest. Choć czuję mimowolny niedosyt po lekturze spowodowany brakiem tej „iskierki”, która napędzałaby machinę „chcę, chcę”, uważam, że pozycję warto przeczytać. Dlaczego? Książka Pana Krzysztofa pozwala ruszyć komórkami mózgowymi, zastanowić się, a nawet zaangażować się w lekturę, co zdarza się niezwykle rzadko. To powieść, która sprawia, że zaczynamy się zastanawiać czy czarne jest faktycznie czarne, a może nie białe.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Panu Krzysztofowi Bieleckiemu ;)

czwartek, 23 lutego 2012

[86] Krzysztof Bielecki „Defekt pamięci”



Książka wydana własnym nakładem w ramach

Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości
Warszawa 2012, 154 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

We współczesnym świecie coraz więcej osób pisze. Jedni robią to dla przyjemności i w domowym azylu, inni – dla korzyści materialnych. Są jeszcze ludzie,, którzy łączą dobre z pożytecznym. Jednak co zrobić, jeśli człowiek MUSI pisać? Co byś zrobił, gdyby od dziennej normy dwóch zapisanych stron, zależało życie wielu ludzi i losy świata?

Pan Krzysztof Bielecki jest autorem czterech książek. Wbrew pozorom „Defekt pamięci" nie jest jego debiutem. Wcześniej ukazały się takie powieści jak: "Miasto to gra" , "Kod, czyli rzeczy, które zauważasz w mieście, gdy wpatrujesz się w nie odpowiednio długo" oraz "Raz na kilkaset lat" podpisane jego nazwiskiem. Czwarta, wspomniana już publikacja autora jest najbardziej przystępną spośród czterech książek tego autora, choć szereg niestandardowych rozwiązań fabularnych z pewnością także i tym razem wywoła pewne kontrowersje.


Kool Autobee – pracownik biurowy uzależniony od toneru, doświadcza nietypowego problemu. Podczas przeprowadzanego remont w kuchni znajduje swoją dawną, znienawidzoną pracę z lat szkolnych, która przydaje mu się do zatknięcia dziury. Problemy w domu, karteczki na stoliku nocnym, i codzienne informacje o kolejnych katastrofach, nie pozostawiają bohaterowi złudzeń, że wina może leżeć po jego stronie. Początkowo sceptyczny nastój do konieczności pisania jeszcze bardziej się wyostrza, gdy Kool dochodzi do wniosku, że zapisanie dwóch stron dziennie, będzie teraz jego codziennym obowiązkiem. Od tej pory musi dzielić czas pomiędzy codzienność, zapobieganie zniszczeniu świata poprzez zaprzestanie pisania oraz podążanie śladami zawiłej intrygi, która doprowadza go do coraz dziwniejszych ludzi, miejsc i sytuacji, sprawiając, że jego dotychczas uporządkowane życie zaczyna nabierać zupełnie nowych barw i zmierzać w nieprawdopodobnym kierunku. 
Pan Krzysztof Bielecki
 

W ogromie pozycji, często zapychanych tandetnymi czytadłami odnajdujemy nie tylko tytuły wydane przez wielkie i popularne w Polsce wydawnictwa, ale również książki, które zostały wydane w własnym nakładem przez autorów. Do tych drugich z pewnością czytelnicy podchodzą: po pierwsze - znacznie ostrożniej, po drugie – rzadziej, gdyż promocja jest znacznie mniejsza i często niewiele osób wie o istnieniu danego czytadła. Na pomoc przychodzimy my – Blogerzy – zawsze w pełni szczerzy i . Bardzo się cieszę, że udało mi się przeczytać „Defekt pamięci”, bo naprawdę warto. Ale dlaczego?


„ (…) Podświadomość często płata nam figle. Pomieszało ci się to, co zmyślone z tym, co prawdziwe. Taki defekt pamięci.”

Kiedy chwytałam za pozycję, nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Przyznaję, że nieco obawiałam się lektury, gdyż nie czytuję za często takich powieści. Jednak z każdą kolejną stroną zauważałam, że książka coraz bardziej mnie wciągnęła. Nim się spostrzegłam minęłam setną stronę, skąd do samego końca nie było już daleko. Wszystko to zawdzięczam lekkiemu, a zarazem magnetycznemu stylowi autora. Nawet sytuacje, które wyłaniały się z innych, a te z jeszcze innych, wcale mnie nie dziwiły, wręcz jeszcze podsycając moją uwagę. Za to należy się Panu Krzysztofowi ogromny plus ;)


„(...) przez całą szkołę podstawową wpajano mi, że muszę czytać, przez co zacząłem myśleć o kontakcie z literaturą jako czymś, co wyłącznie być musi, a pod żadnym pozorem nie może być wynikiem własnej, autonomicznej decyzji. Lektura jako przykry obowiązek”


W tej niecodziennej pozycji spodobało mi się szczególnie to, że czytelnik nigdy nie wie co się wydarzy, a każdy wątek, wprowadzany przez Pana Krzysztofa Bieleckiego, niesie ze sobą cząstkę ekscytacji i zaskoczenia. Kiedy zaczynamy kolejny rozdział, możemy śmiało powiedzieć, jak niegdyś Sokrates: „Wiem, że nic nie wiem”. Rodrigo, Czarnoksiężnik, Człowiek o srebrnej skórze czy facet jedzący skręty z czasem stają Nam się nie tylko bliscy, ale również pozostają w pamięci nawet wtedy, kiedy to okazuje się, że większość jest owocem wyobraźni innych Piszących.

Motywator, który poniekąd jest najważniejszą częścią pozycji, wprawia Nas czasem w zakłopotanie, częściej w zdziwienie. Jestem ciekawa skąd Pan Krzysztof miał tak rozmaite pomysły na owe „przyczyny” ludzkiego pisania, albo raczej „skutki” jego braku. Zaciekawiła mnie również kwestia NaNoWriMo. Początkowo myślałam, że istnieje ono jedynie w świecie wykreowanym przez pisarza, a kiedy wpisałam hasło w wyszukiwarkę, czekało mnie chyba największe zaskoczenie związane z nietuzinkową powieścią „Defekt pamięci” ;)

Podsumowując, muszę przyznać, że pozycja Pana Krzysztofa jest najdziwniejszą i najbardziej zakręconą, a jednocześnie zaskakującą (pozytywnie oczywiście) publikacją, jaką w ostatnim czasie czytałam ;) Moim zdaniem książkę powinien przeczytać każdy, ponieważ TAKIEJ lektury jeszcze nie było. Na pewno po lekturze nie powtórzycie słów znanej polskiej piosenki: „Ale to już było”.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Panu Krzysztofowi Bieleckiemu ;)