środa, 15 sierpnia 2012

[98] Daniel Radziejewski „Grzech ojca”

Wyd. Novae Res
Gdynia 2012, 338 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

We współczesnym świecie gazety są jedną z możliwości zaznajomienia się z nowinkami, raportami czy skandalami na arenie narodowej i międzynarodowej. Wiele osób nie ma jednak zaufania do dziennikarzy, a nawet uważa, że często przeinaczają oni prawdę. Być może tak jest, jednak na pewno nie w każdym przypadku. W końcu są oni tak jak my – zwykłymi ludźmi. Na dodatek borykają się nie tylko z problemami prywatnymi, ale również zawodowymi. Bo przecież: Czy tak łatwo jest napisać prawdziwy artykuł, kiedy podczas dochodzenia do sedna sprawy rzucane są przysłowiowe kłody pod nogi?

Wszystko zaczyna się, kiedy dziennikarz Przemysław Próchnicki przygotowuje się do napisania artykułu na temat niejasnej zbiórki pieniędzy na ratowanie Stoczni Gdańskiej, przeprowadzonej przez kontrowersyjnego księdza, Eugeniusza Szafrona – właściciela Radia Wiara. Wydawać by się mogło, że prywatne śledztwo Przemka kończy się fiaskiem, gdy w dziwnych okolicznościach umiera jedno z jego źródeł. Mężczyzna jednak dalej chce stworzyć „artykuł życia”. Z czasem jednak sprawy zaczynają się coraz bardziej komplikować. Podejrzana śmierć, anonimowe groźby oraz próby zamachu na życie Próchnickiego i jego bliskich wykazują podobieństwo do okoliczności tajemniczych morderstw mających początek w latach 80. Przemysław odkrywa, że za wszystkie zgony odpowiedzialna jest ta sama grupa ludzi – dawna komórka Służb Bezpieczeństwa. Główny bohater, mając najważnejszy dowód obciążający winą ojca Szafrona postanawia wyjaśnić sprawę do końca. Jednak jak wygrać, kiedy pętla zaciska się na naszej szyi, a walka toczy się nie w jednej lecz trzech bataliach?

Przeczytany opis na długo pozostawiał w szoku odbiorcę. Dlaczego? Bo to prawdziwa opowieść? Bo zasmakujemy emocji zafundowanych na różnych frontach? Już wtedy wiedziałam, że nie będę mogła podarować sobie tej lektury. Przez długi czas jedno zdanie: „powieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami” odbijało się echem w mojej głowie. W momencie, gdy otworzyłam pozycję i przeczytałam pierwsze całkiem zwykłe zdanie, liczyłam na to, że nie będzie to zwykła opowieść i na długo pozostanie w mojej pamięci. I po raz kolejny mój czujny nos, baczne spojrzenie, serce rządne wrażeń i nieodporny rozum odnalazły niezwykłe dzieło.

Choć niewiele udało mi się znaleźć na temat Pana Daniela (wcześniej zadebiutował powieścią „Metodyk” - jak sam pisze kryminałem obyczajowym) po lekturze jego najnowszej publikacji mogłabym z łatwością scharakteryzować go, jako artystę. Trzydziestoparoletni pisarz posługuje się lekkim stylem, mimo że często wkracza na „wyboistą” ścieżkę. Za każdym razem przedstawiając kolejne sytuacje stara się tak dobierać słowa, aby nie tylko przyciągnąć czytelnika, ale również zawrzeć w danym fragmencie odrobinę tajemniczości. Choć siła stylu nie utrzymuje się niestety przez całą powieść, a czasem pojawiają się drobne niedopatrzenia językowe, pozwala to spędzić czytelnikowi długie godziny z Przemkiem i jego otoczeniem, nie zwracając uwagi na mijający czas i to, że właśnie zachodzi słońce albo zaczyna padać. Mimo niewyrafinowanych pojęć, a nawet dzięki prostym słowom Pan Daniel przekazuje czytelnikowi wiele ważnych, ale na co dzień niezauważalnych zjawisk tworząc uniwersalne złote myśli.

„Dusza pogniotła się jak kartka papieru. Nie potrafił opisać swojej sytuacji. Dla jednych była to proza życia, smutna strona egzystencji, dla innych dramat, a dla jeszcze innych jedna wielka chujnia. Niezależnie od nazewnictwa była to bezradność jednostki pogrążonej w depresji. Był zniszczony, ale nie martwy. 'Życie znów posłało mnie na deski. Ale wstanę i będę walczył do końca!'”

Co ciekawe – Pan Daniel, oprócz historii inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami pokazuje czytelnikowi nader realne „kolory” życia dziennikarza, jego codzienne problemy zawodowe i trudności, jakie muszą pokonać by nie tylko być wiarygodnym źródłem dla czytających, ale również wiarygodnym dla siebie i jednością ze swoim sumieniem i moralnością. W XXI wieku, kiedy pracownicy gazet bardzo często uważani są za koloryzatorów rozmaitych wydarzeń, pisarz świetnie pokazuje poprzez wykreowaną przez niego postać, że nie wszystkich, choć są „po jednym fachu”, można mierzyć jedną miarą. Na dodatek, za co również należy się Panu Danielowi plus – przedstawił również zabawniejsze sytuacje z życia dziennikarza.

- Czy mogę poprosić o jakiś dowód tożsamości? - wtrącił się nagle Urbański, wpatrując się podejrzliwie w Próchnickiego.
Przemek wręczył starszemu mężczyźnie dowód osobisty wraz z prawem jazdy. Urbański spojrzał na dane i zdjęcie, które faktycznie odpowiadało małej fotce dziennikarza tuż nad artykułem w starym numerze magazynu.
- To rzeczywiście pan, ale jaja!(...)”

Wielką radość sprawiło mi to, że Pan Radziejewski wyraźnie zarysował życie prywatne głównego bohatera. Dzięki temu jego dzieło z powieści sensacyjnej przerodziło się w pouczającą pozycję obyczajową pełną rozmaitych emocji począwszy od współczucia, smutku, bólu po wytrwałość i siłę z przewodzącym wątkiem sensacyjnym. Na bardzo dobrym poziomie były opisywane nie tylko rozgrywki psychologiczne, ale również bezsilność, którą doświadcza czasami każdy z Nas. Szczególnie zadowolona byłam również, kiedy odnalazłam fragmenty po niemiecku – na ich lekturze spędziłam trochę więcej czasu, starając się samodzielnie je przetłumaczyć. Udało mi się również zapisać wiele nowych, nieznanych dotąd słówek ;)

Bardzo spodobało mi się również to, iż fabułę budował nie tylko wątek artykułu o ojcu Szafronie, ale wiele innych pozornie nie związanych z głównym, a jednak łączących się w jedną całość. Dzięki temu pisarzowi udało nieco wodzić czytelnika za nos, by efektownie zmienić bieg akcji i wprowadzić w zdziwienie, kiedy będzie czytać zakończenie. Przyznaję, że to świetnie wyszło, a ostatni rozdział nie tylko poruszył, ale również stał się „wisienką na torcie”.

Podsumowując muszę stwierdzić, że dawno nie czytałam tak dobrej pozycji opisującej nieco realne, a jednak ubarwione fikcją literacką, wydarzenia. Lekturę mogę śmiało polecić nie tylko osobom rządnym wstrząsy, jak przystało na utwór sensacyjny, ale również chętnym zasmakować nader emocjonalnej opowieści o życiu zwykłego człowieka. Jeżeli chodzi o mnie – nie mogę się doczekać, kiedy chwycę za debiut Pana Daniela „Metodyka”.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Mała spowiedź...

Untrmarkt Görlitz 
Kochani! Kiedy wielkimi krokami nadchodziły wakacje, a co za tym idzie masa wolnego czasu, miałam wielkie plany, nie tylko co do czytania i aktywności blogowej, ale również wielu innych rzeczy. Niestety, jak to bywa w wakacje wszystkie niezwykłe idee i pomysły przyhamował wszechogarniający leń, letnie wyjazdy i domowe porządki. Postanowiłam, że w końcu muszę nie tylko przyznać się do kilku rzeczy sama przed sobą i tu – przed wami, ale również odrzucić za siebie to co niepotrzebne i ruszyć do przodu z nową siłą.

Nebengasse in Görlitz (boczna uliczka w Görlitz)
Jak pewnie zauważyliście strasznie opuściłam się z pisaniem nowych recenzji (choć przeczytałam już kilka niesamowitych pozycji). Na dodatek cykl „LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA”, który sprawiał mi ogromną radość, kiedy go tworzyłam, a jeszcze większą, gdy widziałam wasze zainteresowanie nową akcją, stanął” na etapie drugiej odsłony. W zeszłym tygodniu wróciłam z moich najlepszych wakacji ostatnich lat – Workcamp'u w niemiecko-polskim mieście Görlitz-Zgorzelec. Podczas dwóch tygodniu pobytu na obozie nabyłam nie tylko niesamowite doświadczenia, ale również rozwinęłam swoje zdolności językowe. Podczas mojej nieobecności mogliście przeczytać dwie recenzje: Marzycieli i Pokutników” i „Miasteczka Salem” oraz drugą odsłonę cyklu. Po tygodniu „odpoczynku” spożytkowanego na rozpakunek walizek, rozdysponowanie pamiątek, wakacyjne porządki domowe, oglądanie Olimpiady i uporządkowanie półek z książkami (nie mogłam się powstrzymać i kupiłam publikację o malarstwie apokaliptycznym po niemiecku) postanowiłam wrócić do miejsca, które jest dla mnie niezwykle ważne – na mojego bloga.

Dresden (Drezno)
Jak przystało na spowiedź – obiecuję poprawę ;) Choć w głowie drzemie masa nowych pomysłów, postanowiłam, że najpierw nadrobię zaległości nie tylko związane z pisaniem czy czytaniem, ale również w końcu uzupełnię poszczególne zakładki i uporządkuję etykiety. Postaram się odwiedzić choć część zaprzyjaźnionych blogów. Mam nadzieję, że jeszcze dziś uda mi się opublikować recenzję „Grzechu ojca” - lektury, którą udało mi się przeczytać podczas Workcamp'u. Ostatnie dwie wakacyjne odsłony cyklu – dziewiętnastego i dwudziestego szóstego sierpnia skończę przygotowywać na tip top ;) Wierzę też, że nawet te nieblogowe sprawy w końcu ruszą do przodu i ujrzę w najbliższym czasie ich szczęśliwy koniec.

Jak to mawialiśmy na Workcamp'ie:

- Damy radę?
- Tak, damy radę! ;)

PS. Wkrótce możecie spodziewać się też pełnej fotorelacji z Workcamp'u ;P

środa, 1 sierpnia 2012

[97] Stephen King „Miasteczko Salem”

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
1999 (wydanie II), 470 str.
Ocena: 7/10 Dobra

Ostatnimi czasy coraz częściej w literaturze spotykamy się z motywem wampirów. Nie od dziś wiadomo, ze byłam do nich sceptycznie nastawiona i omijałam szerokim łukiem publikacje, w których występowały te niecodzienne stworzenia. Jedak podczas tegorocznych wakacji, przed pójściem do nowej szkoły, postanowiłam zmienić kilka rzeczy, również moje niektóre upodobania czytelnicze.

Amerykański pisarz, będący autorem głównie literatury grozy. To nie tylko mistrz horroru, ale również jeden z najbogatszych literatów świata (zarabia rocznie średnio 50 mln dolarów rocznie). Każda jego książka trafia natychmiast po premierze na szczyty list bestsellerów, a zanim powstanie, wytwórnie filmowe biją się o prawa do jej ekranizacji. Jest przy tym kochany przez rodaków jak mało który autor: jego kariera to odzwierciedlenie amerykańskiego mitu sukcesu - od pucybuta do prezydenta. A w tym przypadku - od pracownika miejskiej pralni do króla literatury popularnej. O kim mowa? Oczywiście, ze o Stephanie Kingu ;) Ten popularny człowiek jest autorem horrorów, które przeszły do klasyki gatunku, jak np. „Lśnienie”, „Smętarz dla zwierzaków”, „Miasteczko Salem”, „Podpalaczka”. Nie ogranicza się jednak do jednego gatunku, czego przykładem są: „Cztery pory roku”, „Zielona mila”, „Oczy Smoka”, „Bastion” oraz 7-tomowy cykl powieści fantasy „Mroczna Wieża”.W przeszłości wydawał książki pod pseudonimem Richard Bachman, raz jako John Swithen. Jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie. W 2003 został odznaczony prestiżową nagrodą DCAL (Medal za wybitny wkład w literaturę amerykańską) przez National Book Foundation. Stephen King ma córkę i dwóch synów, również pisarzy: Owena Kinga oraz Joe Hilla.

Przyznam, ze mimo iż wyznaczyłam sobie miesiące wakacyjne na moje małe „wampirowe wyzwanie”, miałam obory, by chwycić za taką pozycję w lipcu. Udało mi się to w sierpniu, ale muszę zdradzić, że zrobiłam to zupełnie nieświadomie. Od dawna planowałam również, chwycić za prozę, wychwalanego przez wielu, Stephana Kinga. Stojąc pośród regałów pobliskiej biblioteki wybrałam pozycję, której opis wydawał mi się najbardziej atrakcyjny - „Miasteczko Salem”.

„Znany pisarz Ben Mears powraca do miejsca, gdzie spędził dzieciństwo – małego miasteczka Jeruzalem zwanego też Salem. Główny bohater jest szczególnie zainteresowany starym domostwem rodziny Marstenów, w którym przed wielu laty doszło do tragicznych wydarzeń. Okazuje się, że dom został kupiony przez 2 tajemniczych mężczyzn. Wkrótce w Salem, w dziwnych okolicznościach zaczynają umierać ludzie.” - ten krótki tekst z tyłu okładki strasznie mnie zachęcał, aż żal było nie chwycić za tą pozycję.

„ (…) nigdy nie staraj się słuchać zbyt pilnie, bo możesz usłyszeć coś, co ci się wcale nie będzie podobało.”

Są książki o ludziach, zwierzętach, chochlikach czy innych „nietypowych” stworzeniach. Z pewnością do tego grona „nietypowych”, można tez zaliczyć wampiry. Od kiedy ukazała się Saga Pani Meyer, zrodziła się straszna nagonka wokół „wampirowatego świata”. Trochę mnie to denerwowało i głównie z ogromnego wpływu jaki wywierała ta powieść na młodzież, postanowiłam z tej pozycji zrezygnować. Od tego czasu starłam się omijać wszystko „co ma długie kły”. Co prawda obejrzałam dwie pierwsze części Sagi, jednak moje wrażenia, nie były za specjalne. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w mojej decyzji. Pod koniec roku szkolnego postanowiłam to zmienić. Miałam w planach przeczytanie „Zmierzchu”, mimo to trafiłam na „Miasteczko Salem”. I nie żałuję, choć naprawdę nie było mi łatwo czytać o wbijaniu kołka w serce nocnych stworzeń.

„Z lękiem, którego nie można wyartykułować, nie można także wygrać, a strach zamknięty w dziecięcym mózgu jest zwykle zbyt wielki, żeby mógł znaleźć ujście przez nieduże usta. Prędzej czy później wracałeś z kimś do tych miejsc, które niegdyś napełniały cię niewysłowionym przerażeniem, i napawałeś się smakiem spóźnionego zwycięstwa, aż wreszcie przychodziła ta noc, podczas której okazywało się, że dawne lęki nie zniknęły z twojej podświadomości, lecz tylko zostały na jakiś czas zamknięte w małych dziecięcych trumienkach, pokrytej kwiatami dzikiej róży.”

Najważniejszym aspektem powieści, dzięki któremu dobrnęłam do końca, są bohaterowie. Bardzo polubiłam Bena. Spodobał mi się jego tok myślenia i chęć dociekania informacji. Z chęcią czytałam o tym, jak pisze swoją książkę, docieka informacji, spotyka się z Susan, ale również o tym, jak przemierza miasteczko w poszukiwaniu wampirów. Przyznam, że to głównie dzięki niemu wampiry, od których tak stroniłam, stały się zjadliwe, a moje myśli krążyły wokół pytania: „Czy uda im się wyjść zwycięsko z TEGO?!”

Podsumowując przyznaję, że lektura powieści Kinga dostarczyła mi wielu emocji: zarówno pozytywnych i negatywnych. Sądzę, że te spotkanie z wampirami mogę uznać za w miarę udane, a do publikacji TEGO Mistrza z pewnością zajrzę. Książkę polecam każdemu, kto sądzi, że przed „Zmierzchem” nikt dobrze nie pisał o wampirach, a także fanom dzieł pełnych napięcia.

środa, 25 lipca 2012

[96] Krzysztof Spadło „Marzyciele i Pokutnicy”

Wyd. Novae Res
Gdynia 2012, 344 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Kiedy zmrok zachodzi, nie wszystko wygląda tak jak w rzeczywistości – zdanie, które brzmi jak z dobrego horroru lub książek o nadnaturalnych istotach idealnie charakteryzuje przynajmniej kilka z opowiadań znajdujących się w najnowszym dziele Pana Krzysztofa Spadło. Mogłabym jeszcze dodać: „Uważaj, bo i ty możesz paść ofiarą potwora, który drzemie w Tobie lub gdzieś w pobliżu, bo przecież mroczna i niepozorna polska rzeczywistość może kryć w sobie drugie dno...

Marzyciele i Pokutnicy” to zbiór dziesięciu opowiadań zatytułowanych kolejno: „Przewoźnik", „Piętno morfeusza", „W imię twoje", „Chłopiec w czapeczce z daszkiem", „Oczy", „Absolutny hit!", „Mroczny łańcuch", „Niepokorni", „Kopacze" i „Szczęściarz". Ich akcja została osadzona w znanej nam z codzienności współczesnej Polsce. Jednak świat przedstawiony posiada swoje drugie, mroczne i nieznane większości oblicze. Bo przecież skąd możemy wiedzieć, że człowiek którego przed chwilą minęliśmy w sklepie lub na przejściu dla pieszych nie jest tym, który wynalazł maszynę czasu i właśnie planuje udać się w przeszłość, żeby zmienić losy ludzkości? A może spokojny staruszek, którego codziennie widzicie krzątającego się po podwórku może być kimś więcej?

Uśmiechnięty Pan ze zdjęcia, będący autorem „Marzycieli i Pokutników” jak okazuje się jest debiutantem. Pan Krzysztof Spadło, choć urodził się w Kędzierzynie od kilku lat mieszka, jak sam pisze, „w malowniczej miejscowości, która nazywa się Risør”. Zainteresowania autora okrążą wokół szerokiego pojęcia zwanego SZTUKĄ - literatura, muzyka, malarstwo i film.

Kiedy chwytałam za pozycję w mojej głowie mnożyły się jednocześnie: masy obaw, bo zbiory opowiadań czytuję niezbyt często oraz wiele plusów, które utwierdzały mnie w minimalnym przekonaniu, iż lektura przypadnie mi do gustu. Pełna sprzeczności chwyciłam za książkę, by poznać rozmaitych bohaterów, jak również niesamowite historie, które zmienią moje nastawienie do niektórych aspektów życia.

Autor posługuje się lekkim stylem, jednak wbrew pozorom miałam trudności z pełnym zagłębieniem się w lekturę, a muzyka, która dotąd sprzyjała mojemu czytaniu, stawała się denerwująca. Te trudy udało mi się przezwyciężyć rozpoczynając przygodę z „Marzycielami i Pokutnikami”, kiedy zapadał zmrok, a cała rodzina spała. Brzmi to może trochę złowieszczo, zwłaszcza, że „najnowsza książka Krzysztofa Spadło to obowiązkowa lektura dla miłośników zjawisk paranormalnych, horrorów i science-­fiction”, ale tak było ;)

Jak to często bywa w zbiorach opowiadań – jedne opowiadania były naprawdę świetne, a po innych musiałam odłożyć choć na kilka godzin pozycję, by znów przypomnieć sobie wcześniejsze dobre pióro autora. Charakterystyczne dla Pana Krzysztofa, a co rzadko spotykane wśród pisarzy wszelkich powieści, długo rozbudowywał akcję, by potem efektownie „wstrząsnąć” czytelnikiem wykładając przysłowiową kawę na ławę. Przyznam, że na początku strasznie mnie to denerwowało, jednak z trzecim czy czwartym opowiadaniem przyzwyczaiłam się. W jednym z krótszych utworów pt. „Chłopiec w czapeczce z daszkiem" Pan Krzysztof zastosował inny wariant – bardzo szybkie zawiązanie akcji. Po przeczytaniu tego, jak i pozostałych utworów sądzę, że pisarz stworzył dzieła, w których czytelnik od początku czeka na ten „strzał”, a zbyt szybkie użycie „broni” grozi fiaskiem.

Ludzkie życie – pomyślał – jest jak papierosowy dym, tak samo ulotne. Człowiek pojawia się, rozwija, rośnie, trwa, aż któregoś dnia niespodziewane bum! - i po prostu umiera. Ciało traia do piachu, przez pewnien czas jeszcze istnieje, apóźniej zaczyna się rozkładać, ginie i... znika. (…) Więc może zaniast mówić: 'Żyję sobie' należałoby użyć stwierdzenia 'Dymię sobie'.”

Za co przyznaję Pan Krzysztofowi ogromnego plusa – ze zwykłych ludzi i naprawdę błahych fragmentów życia jak „łapanie stopa” potrafił stworzyć niebywałe historie, które przyciągały z czasem każdego czytelnika. Idealnie do fabuły kolejnych opowiadań wpasowała się okładka – jest równie mroczna, a zarazem idealnie ukazuje mroczne dno Polski.

Każdy człowiek (…) nosi w sobie jakąś historię.”

Najbardziej spodobały mi się opowiadania: „Piętno morfeusza" i”Absolutny hit!". Pierwsze z nich wywołało we mnie uczucie nie tylko zdziwienia i zaskoczenia, ale również zafascynowania i przede wszystkim podziwu dla samego Autora za tak brawurowy pomysł na fabułę i połączenie dwóch zupełnie innych realiów. Z kolei drugie z nich – nie tylko wprawiło w osłupienie, ale również obrzydzenie (czytuję wszelkie pozycje, w których jest masa masakrycznych morderstw, jednak TO, co przedstawił Pan Spadło jest kolosalnie niesmacznym pomysłem).

Reasumując, autor stworzył naprawdę ciekawe opowiadania, choć niektóre szczególny nie były dopracowane na przysłowiowe „pięć z plusem”. Uważam jednak, że jak na debiut Pan Krzysztof przoduje wśród mas początkujących pisarzy i w jego prozie drzemie ogromny potencjał. Pozycję polecam każdemu, kto jest rządny emocji i lubi nieraz zasmakować odrobinki grozy ;)

niedziela, 22 lipca 2012

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA #2


LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA to Cotygodniowy cykl na blogu u Meme, podczas którego będziecie mogli poznać kolejne kraje nie tylko od strony zabytków czy sławnych postaci, ale przede wszystkim LITERATURY. Będziecie mogli nie tylko przeczytać moje spostrzeżenia na temat wybranych dzieł, ale również liczę, że uda się podyskutować o Waszych przygodach literackich „w danym państwie” ;)

Przychodzi czas na pierwszy cykl pod moją nieobecność. Choć ja wybieram się dziś do Niemiec, Was postanowiłam zabrać w inne, ale równie urokliwe (nie tylko pod względem literatury) miejsce. O jakim kraju mowa?

Dziś wyruszyliśmy w nieco bliższą podróż niż ostatnio – mianowicie do Francji. Wielu z Was ten kraj kojarzy się zapewne z Wieżą Eiffla i beretami z antenką, w które odziani są francuscy malarze – eh, te stereotypy. A może warto zakłębić się, bo ten kraj jest zgoła inny?


Francja, a właściwie Republika Francuska to kraj o powierzchni ponad 675 tys. km2. Jest drugim co do wielkości krajem w Europie. Państwo tworzą część metropolitarna, leżąca w Europie Zachodniej oraz terytoria zamorskie na innych kontynentach. „Francja jest Republiką niepodzielną, świecką, demokratyczną i społeczną. To zapewnia równość wszystkich obywateli wobec prawa, bez względu na pochodzenie, rasę czy religię. Szanuje wszystkie przekonania religijne. Główną jednostką administracyjną we Francji są regiony. Jest ich 22: Akwitania, Alzacja, Bretania, Burgundia, Centralny, Franche-Comté, Île-de-France, Korsyka, Langwedocja-Roussillon, Limousin, Lotaryngia, Midi-Pyrénées, Nord-Pas-de-Calais, Dolna Normandia, Górna Normandia, Owernia, Pays de la Loire, Pikardia, Poitou-Charentes, Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże, Rodan-Alpy i Szampania-Ardeny. Emblematem narodowym jest trójkolorowa flaga, niebiesko-biało-czerwona. Hymnem narodowym jest Marsylianka. Dewizą Republiki jest: „Wolność, Równość, Braterstwo”. Jej regułą jest: rządy ludzi, przez ludzi i dla ludzi.” Świętem narodowym we Francji jest dzień 14 lipca, który to upamiętnia zburzenie Bastylii w 1789r. Symbolem Republiki jest Marianne, czyli wolność, przedstawiana alegorycznie jako kobieta w czapce frygijskiej.



Francja zachwyci nas szczególnie wysoką kultura bycia. W sklepie, w hotelu, restauracji zostaniemy obsłużeni co najmniej grzecznie,a nawet z wielką uprzejmością i starannością. Jednak trzeba przestrzegać pewnych zasad. Częściej niż w Polsce używać zwrotów grzecznościowych: bonjour czyli dzień dobry, merci, czyli dziękuję, au revoir, czyli do widzenia. Kiedy jesteśmy na targu, w sklepie nie możemy dotykać owoców, warzyw ani kwiatów, chyba, że sprzedawca wyraźnie to zaproponuje. Jeśli jeszcze nie poruszymy tematu pensji naszego rozmówcy i nie podepczemy trawników, wszystko będzie w porządku. Choć wiele osób uważa, że tam jest tylko Paryż, a potem długo, długo nic – jest w błędzie. Marsylia, Lyon, Tuluza, Bordeaux, Strasburg, Lille, Nicea. Każde z tych miejsc ma magiczny klimat i wiele do zaoferowania.

Teraz kilka słów bardziej ogólnikowo na temat dań przygotowywanych przez Francuzów.

Le petit dejenuer - śniadanie to maślany rogalik - croissant, ciepła bułeczka z masłem - brioche, kawałek bagietki, kromka chleba z masłem i dżemem, ciastko z café au lait, czyli gorącą kawą z mlekiem albo mała czarna kawa lub gorąca czekolada.
Le dejenuer
- obiad składa się z dania głównego i deseru, ewentualnie przystawki i dania głównego z deserem jako dodatek. Dzisiaj tradycyjny, duży posiłek w środku dnia podawany jest wyłącznie w regionach wiejskich, a wyjątek stanowi niedzielny obiad. W miastach na lunch składa się raczej kanapka, sałatka, omlet lub inny mały posiłek w kawiarni lub w domu. Lunch serwuje się także w restauracjach, winiarniach, kawiarniach, barach bistro i piwiarniach. Miejska moda na lunch uderza w oferujące bogate dania restauracje w dawnym stylu. Francuzi żyją ostatnio zdrowiej, porcje są znacznie mniejsze.
Le diner - Typowa francuska kolacja, główny posiłek dnia, składa się z conajmniej trzech potraw. Zaczyna się od przystawki - hors d'oeuvre: zupa, sałatka, danie z jaj lub terrine. Danie główne - le plat to ryba, mięso, drób, podawane zazwyczaj z sosem, z ziemniakami, makaronem lub ryżem i warzywami lub sałatką. Do kolacji podaje się również sery i/lub deser.

Po raz kolejny postanowiłam również zaprezentować przepis z ciekawej strony internetowej, który planowałam pokazać Wam na zdjęciach we własnym wydaniu. Jednak czas okazał się moim sprzymierzeńcem ;P Postaram się przyrządzić ten smakołyk po powrocie do domu.


Jabłka z kruszonką

Składniki:

• 1,5 kg jabłek (najlepiej renet lub innych dobrych do pieczenia)
• 2 łyżki rodzynek
• 2 łyżki rumu
• 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

Kruszonka:

• 90 g masła
• 125 g mąki
• 80 g cukru pudru (a najlepiej miałkiego brązowego)
• szczypta soli

Wykonanie:

Rodzynki włożyć do miseczki, zalać rumem, wymieszać i odstawić.
Przygotować kruszonkę: na płaski talerz wyłożyć masło, mąkę, cukier i sól. Kroić wszystkie składniki nożem na jak najmniejsze kawałeczki, aż drobinki masła pokryją się mąką z cukrem.
Piekarnik nagrzać do 150 stopni. Naczynie żaroodporne (14 x 17 cm) grubo wysmarować masłem.
Jabłka obrać, pokroić na ćwiartki i wykroić gniazda nasienne. Każdą ćwiartkę jabłka pokroić na 4 cząstki i rozłożyć w naczyniu.
Rodzynki osączyć, ułożyć na jabłkach i oprószyć cynamonem. Owoce równomiernie posypać kruszonką.
Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez około 45 minut. Jeśli po tym czasie wierzch ciasta nie będzie nadal zarumieniony, zwiększyć temperaturę do 190 stopni i piec na złoty kolor (ja piekłam jeszcze przez kolejne 15 minut, kruszonka się zrumieniła a jabłka były idealnie upieczone.



Twórców literatury francuskiej jest naprawdę wielu, jednak tylko niektórzy znani są w Polsce. Jednym z podstawowych pisarzy pochodzących z Francji jest Antoine de Saint-Exupery. Jego pozycja pt. „Mały Książę” zachwyca nie tylko mniejszych czytników, ale przede wszystkim tych większych. Bo jak można oprzeć się tej niezwykłej historii? Poniżej prezentuje fragmenty mojej recenzji tej rewelacyjnej książki.


„ (...)Utwór Antoine de Saint-Exupery to pozycja, do której, mimo dorastania, powracamy przez całe życie w poszukiwaniu przednich wartości życiowych takich jak: miłość, wierność czy przyjaźń. Autor ukazuje nam w swej powieści przykładem małego chłopca, potrzebę jaką ma każdy z nas- posiadanie przyjaciela. To mu możemy się zwierzyć gdy coś nas gnębi, to on pomaga nam kiedy jest trudno. Nasz powiernik również cieszy się razem z nami z naszych sukcesów, dopinguje nas w ważnych chwilach naszego życia. Oczywistością jest więc to, że on oczekuje tego samego od nas. A często nie doceniamy naszego przyjaciela, raniąc go słowami lub czynem, będąc zazdrosnym o to, że mu się coś udało, a nam nie; ciesząc się z jego niepowodzeń. Jednak czym było by życie bez naszego kompana?  Więc pamiętajmy i doceniajmy to co mamy, bo, tak jak mówił Ralph Waldo Emmerson : 'Przyjaciel - ktoś, przed kim można głośno myśleć.'”

„'Jedynie sercem można wszystko poznać jasno. To co najważniejsze skrywa się przed wzrokiem' – te dwa zdania zapadły w mej pamięci po przeczytaniu mojej ostatniej lektury i myślę, że nie zapomnę ich do końca życia.”

Bardziej współczesnym francuski autorem dla dzisiejszego społeczeństwa jest Eric – Emmanuel Schmitt, którego dane było mi czytać kilka publikacji. Każda z nich równie silnie zachwycała. Jednak „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” - pierwsza lektura tego spod pióra tego Pana, którą czytałam, zostawiła najtrwalszą rysę w mojej pamięci. Dlaczego? Sami zobaczcie poniżej:


„ (…) Ogromnie spodobały mi się także dobrze zarysowane postaci, a zwłaszcza Pan Ibrahim. Był on niezwykłym człowiekiem. Pokazywał chłopcu i nam jak należy żyć by nie zmarnować tego co dał nam Bóg .  Jest to jedna z najbardziej wartościowych postaci w literaturze jaką znam. Daje ona nam wielką lekcję życia- życia dobrze wykorzystanego. Chłopiec odkrywa, że sprzedawca posiada cechy, których nie ma nikt z jego bliskich. Potrzebował on kogoś, kto stanie się dla niego drogowskazem i znalazł taką osobę. Pan Ibrahim był jego nauczycielem i mistrzem. Nigdy jednak nie prowadził go za rękę, ale zawsze był obok i podpowiadał, co jeszcze warto w życiu poznać. Nie zabrania mu też spotykania się z prostytutkami. Wie bowiem, że zakazany owoc smakuje najlepiej. Pan Ibrahim dąży do tego, żeby chłopiec poznał świat dorosłych zarówno od tej dobrej jak i od złej strony. Ostateczny wybór drogi, jaką będzie chciał wybrać pozostawia jemu samemu. W 100% zgadzam się z nim. Najpierw my, młodzież musimy zasmakować dorosłego życia, żeby potem stwierdzić co jest dla nas najlepsze, jakim człowiekiem chcemy być. I to nic, że czasem popełniamy błędy, schodzimy na złą drogę. Wszystko może się zmienić, możemy stać się lepsi, wystarczy tylko wybrać właściwą drogę. Ale teraz nachodzi na myśl kolejne pytanie: Która droga jest tą właściwą?? Właśnie. Według mnie odpowiednio wybierzemy jeżeli pokierujemy się własnym serce i rozumem, jeśli pójdziemy za tym do czego nas ciągnie.”

Niezwykle wzruszyła mnie również pozycja pt. „Oskar i Pani Róża” - ty razem pierwsza książka autora, która zagościła w mojej domowej biblioteczce na stałe. Poniżej prezentuje fragmenty mojej opinii kolejnego dzieła, które po prostu MUSICIE PRZECZYTAĆ ;)


„(...) Podczas czytania tej książki nieraz zakręciła mi się łza w oku, ale również śmiałam się z wypowiedzi Oskara i pani Róży. Zaskakujące było dla mnie jak ta kobieta przemawiała do Oskara. Była jak doświadczony psycholog. Pomogła uwierzyć chłopcu, że mimo , iż pozostało mu niewiele życia może je przeżyć tak jak wszyscy. Dzięki niej poznał smak pierwszej miłości, smak życia jako dojrzewający nastolatek, a także nauczył się godzić się z niepowodzeniami jakie mogłyby spotkać dorosłego człowieka. Chłopiec żył z dnia na dzień, choć dobrze wiedział, że umrze. Czy , gdybyśmy teraz znaleźli się w takiej sytuacji jak on, potrafilibyśmy przezwyciężyć lęk i strach przed tym, że koniec jest tak blisko? Muszę szczerze przyznać, że dla mnie byłby to najprawdopodobniej nie wykonalne. Trudno byłoby mi się rozstać z tym czego dobrego doznałam i z tymi, których kocham. Jednak autor specjalnie w ten sposób napisał swoją książkę. Eric-Emannuel Schmitt chce przekazać czytelnikom prawdę o czekającej na nas wszystkich śmierci. Pragnie pokazać nam, że jesteśmy naprawdę wielkimi „szczęściarzami", że nie chorujemy na tak straszliwe choroby, które zabierają z tego świata cudowne osoby . Autor posłużył się dzieckiem, żeby ukazać to, co najważniejsze. Odkrywa on nasz egoizm i strach. Przypomina nam, że ukrywając się przed samym sobą i przed światem niczego nie osiągniemy – możemy tylko skrzywdzić siebie i innych. Chce, żebyśmy choć na chwilę się zatrzymali i popatrzyli na świat oczami dziecka, które codziennie patrzy na świat, jakby oglądało go po raz pierwszy. Tylko w ten sposób dostrzeżemy to, co w życiu najważniejsze.”

I tak kolejna podróż dobiega końca, choć Meme nadal podróżuje ;) Zadowoleni? A może macie propozycje, do jakiego zakątka świata chcielibyście się wybrać? Piszcie śmiało – zajrzę tu zaraz po powrocie do domu ;)