Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victoria Twead. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victoria Twead. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 grudnia 2015

Victoria Twead "Nasz rok w Oriencie"


Wydawnictwo Pascal
Bielsko-Biała 2013, 384 s.
O tym, że lubię sposób, w jaki o życiu pisze Victoria Twead, wiadomo od dawna. Uwielbiam jej nieskomplikowany styl, który mimo swojej prostoty nie zbliża się w kierunku zbytniego kolokwializmu. Z uśmiechem na twarzy zaczytuję się w opisy krajobrazów, migawek miejsc, które razem z mężem miała okazję zobaczyć. I co najważniejsze  – szalenie ciekawym jest poznawać razem z Victorią i Joem nieznane obyczaje, niezwykłych ludzi oraz doznawać szoku kulturowego, który dosięga nas, gdy pojawiamy się w nieznanej dotąd rzeczywistości.

Joe i Victoria pokochali Hiszpanię całym sercem. Wyjątkowi sąsiedzi, gromadka kur i niezwykłe przeżycia nie pozwalały im nudzić się w każdy dzień roku. A jednak  – małżeństwo postanawia podjąć ryzyko, by poznać coś nowego, zupełnie przeciwstawnego do doświadczeń na gruncie europejskim. Spragnieni nowych wrażeń, Tweadowie przyjmują posady nauczycieli w prywatnej szkole angielskiej w... Bahrajnie. Ich kontrakt ma trwać jedynie (albo i aż) rok. Co spotka ich w obcym świecie?

Mieszkańcy arabskiego świata, którzy okażą się barwną mieszanką; uczniowie, którzy nie do końca będą tożsami z wyobrażeniem Vicy; a w końcu plan – niepozwalający na normalne funkcjonowanie. To tylko wierzchołek góry lodowej, z którą bohaterowie zderzą się w pierwszym "podejściu" oswajania nieznanego. Oczami duszy widzieli się na wielbłądach, popijali arabską herbatę i kupowali pamiątki na malowniczych bazarach, ale... w starciu z rzeczywistością doznali ogromnego zaskoczenia. Czy uda im się dostrzec pozytywne aspekty decyzji o wyjeździe do Bahrajnu?

piątek, 31 sierpnia 2012

[100] Victoria Twead „Andaluzja, Olé”

Wyd. Pascal,
Bielsko-Biała 2012, 416 str.
Ocena: 10/10 Niecodzienna

Codzienne życie wydaje się dla wielu ludzi takie nudne i zupełnie mało ważne, że aż czasem trudno twierdzić,iż może być ono jednak niezwykłe. Rano budzimy się, jemy śniadanie, obiad itd. w międzyczasie wykonując rozmaite domowe obowiązki jak zaprawianie ogórków czy robienie porządków w salonie. Więc dlaczego śmiem uważać taką codzienność niezwykłą,a pozycję Pani Twead jedną z najbardziej klimatycznych książek, jakie czytałam?

Victoria Twead, która urodziła się i wychowała w Dorset w Wielkiej Brytanii, od ponad siedmiu lat mieszka w maleńkiej górskiej wiosce położonej w południowej Hiszpanii. Stało się to za sprawą szybkiej decyzji i chęci spełnienia najskrytszych marzeń. Panią Twead fascynuje wszystko co hiszpańskie: kultura, kuchnia, zwyczaje. Swoimi lekturami zaraża czytelników tym zachwytem i sprawia, że wiele osób z chęcią sami zajrzeliby do któregoś z tych maleńkich hiszpańskich „końców świata”. Jest autorką nie tylko książek kulinarnych, ale również publicystką w przewodniku ExpatFocus.com, dla którego relacjonuje życie Angielki mieszkającej w Hiszpanii.

Mija ponad pięć lat od przeprowadzki Joego i Victorii do słonecznej Andaluzji. Jednak wkrótce ich życie ma ulec kolejnym zmianą. Jedna z nich jest związana z przyjazdem pod sąsiedni dom furgonetki z napisem „Ufarte. Ryby”, z której to zamiast świeżych ryb wyłania się typowo hiszpańska rodzina. Spokój l Hoyo, a tym bardziej głównej bohaterki i autorki książki zostaje zagrożony. Jacy będą nowi sąsiedzi i co zafundują kolejne dni życia w hiszpańskiej wiosce? Oraz: Jakie zmiany mogą jeszcze czekać małżeństwo?

Kiedy czyta się drugą część jakiejkolwiek powieści, zawsze ma się obawy, że nie dorówna ona poprzedniczce. Przyznam, że po niewątpliwym oczarowaniu jakie zafundowała mi Pani Victoria w pierwszej części, miałam niewielkie obawy, czy znajdę coś nowego, które również będzie miało to „coś”, w kolejnej powieści angielskiej pisarki. Bo przecież: Co jeszcze może dziać się w maleńkiej hiszpańskiej wiosce? O czym autorka mogła jeszcze nie opowiedzieć? Takie i inne pytania mnożyły się w mojej głowie, jednak po lekturze stwierdzam, że zupełnie niepotrzebnie.

Cieszę się, że po raz kolejny, w codziennych czynnościach, mogła mi towarzyszyć ta niezwykła powieść, która pokazuje uroki hiszpańskiego miasteczka i niesamowitą atmosferę hiszpańskich rodzin. Wielką radość sprawiło mi to, że mogłam wrócić do małej wioski wewnątrz jednego z najpiękniejszych europejskich krajów, jednocześnie nie zaznając nudy, gdyż Pani Victoria pokazała zupełnie inne oblicza życia mieszkańców i ich problemów. Po raz kolejny zwykłe życie i problemy, jakie mogą dotknąć każdego, w połączeniu z magią Hiszpanii wciągnęły mnie na tyle, że już nie mogę się doczekać kolejnej części. A mam nadzieję, że takowa się ukaże.

„Tamtego dnia usiedliśmy z Joem na tarasie z drinkiem w dłoni. Wieczory w El Hoyo są piękne. Kiedy zachodzi słońce, maluje niebo na wszystkie pastelowe odcienie różu, a morze w oddali iskrzy się różowymi światełkami Różowe światło omywa zbocza gór , tajemniczo podkreślając wgłębienia i kontury. Nad głowami krążą eskadry jaskółek polujących na owady.”

W powieści „Andaluzja, Olé” nie zabrakło niczego, co odnalazłam w pierwszej części. Historia, po raz kolejny obfituje ogromną dawką humoru, niesamowitych wrażeń po przeczytaniu opisów andaluzyjskiego krajobrazu, a także swoistą swobodą. Oczywiście i w tej części nie obyło się bez przepisów, wśród których znalazłam swojego faworyta – recepta na gorącą czekoladę po kastylijsku. Co ciekawa – Pani Victoria dodała również kilka nowych „smaczków” w postaci opisu typowo hiszpańskich zwyczajów świątecznych, ciekawostek na miarę światową i grama, albo raczej kilograma tajemniczości. To ostatnie szczególnie przypadło mi do gustu, gdyż sama głowiłam się o co może tak na prawdę chodzić.

„Zanim zdążyliśmy dotrzeć do rynku, już mogłyśmy usłyszeć odgłosy rozgrywanego tam meczu piłki nożnej. Joe zawsze twierdził, że futbol jest uniwersalnym językiem znoszącym wszelkie bariery międzynarodowe i międzypokoleniowe. Miałyśmy tego najlepszy dowód.”

Nie posiadałam się z radości, kiedy w pozycji odkryłam fragmenty dotyczące Mundialu 2010, który Hiszpania wygrała. Kolejne linijki tekstu czytałam z wypiekami na twarzy, przypominając sobie ich tegoroczne popisy na Euro 2012. Strasznie spodobało mi się to, jak bardzo Pani Victoria oddała atmosferę, która towarzyszyła tamtejszym kibicom podczas rozgrywek ukochanej drużyny. Muszę przyznać, że wszystko wypadło znakomicie, a nawet przyznaję, że dzięki Pani Twead zrozumiałam, że na całym świecie kibice z takim samym zaangażowaniem oglądają poczynania swoich zawodników.

„Hiszpanię i El Hoyo ogarnęła mundialowa gorączka. Nikt o niczym innym nie rozmawiał, nawet Carmen-Bethina przyznała, że modli się w kościele o zwycięstwo dla Hiszpanii!”

Szczególnie spodobał mi się rozdział, w którym autorka opisywała jak to jest zobaczyć swoją własną książkę, a co dopiero – trzymać ją rękach. Przyznam, że ten opis nie tylko ciekawi, ale może i wzruszać wrażliwszych czytelników, gdyż jest to według mnie wisienką na torcie, którym jest niewątpliwie sukces napisania, a przede wszystkim wydania własnej powieści.

„Dotąd nie widziałam swojej książki, a tym bardziej nie miałam jej w ręce – to Ginowe Bliźniaczki przywiozły mi pierwszy egzemplarz. Nie mogłam powstrzymać się od wąchania jej i macania, przerzucania stron, głaskania okładki.”

Bardzo polubiłam nowych bohaterów, którzy odsłonie szturmem wkroczyli na karty lektury. Mimo że jeden z synów małżeństwa Ufarte grał w piłkę nożną, bardziej polubiłam bliźniaczki, które często towarzyszyły podczas dnia Joemu i Victorii, ana dodatek zawsze nosiły identyczne stroje, które zazwyczaj szyła im je Babcia Ufarte. W tej publikacji znalazł się też bohater, który działał mi na nerwy równie mocno, jak Joemu – piesek Fifi, będący mały złośliwym stworzeniem, które chętnie „uczepia się” ludzkich kostek (skąd ja to znam? ;D).

Podsumowując, muszę przyznać, że dawno żadna pozycja nie napełniła mnie tak ogromną dawką pozytywnej energii, która przyda się z pewnością nie tylko w indywidualnych planach i celach, ale również podczas nadchodzących dni nowego roku szkolnego. Pani Victoria narobiła mi również apatytu na to, by wybrać się w przyszłości do Hiszpanii i samemu zasmakować choć przez jakiś czas tej tradycji, kultury i atmosfery, jaką tworzą hiszpańskie rodziny.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Pascal.

------------------

Żródło
Z okazji DNIA BLOGA, który obchodzimy właśnie dzisiaj 31 sierpnia, chciałabym życzyć każdemu Blogerowi bez wyjątków przede wszystkim wytrwałości w prowadzeniu, doglądaniu i upiększaniu swojego małego miejsca ma świecie; osób, dzięki którym będziecie mogli poczuć, że to co robicie jest ważne nie tylko dla was, ale również przynosi przyjemności innym; radości z każdego komentarza, który będzie nie tylko naprawdę coś znaczył, ale być może nawet wzbudzi dyskusję oraz wszystkiego, co sobie wymarzycie, wyśnicie i zapragniecie by się spełniło ;)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA #4

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA to Cotygodniowy cykl na blogu u Meme, podczas którego będziecie mogli poznać kolejne kraje nie tylko od strony zabytków czy sławnych postaci, ale przede wszystkim LITERATURY. Będziecie mogli nie tylko przeczytać moje spostrzeżenia na temat wybranych dzieł, ale również liczę, że uda się podyskutować o Waszych przygodach literackich „w danym państwie” ;)

Niedzielny cykl w poniedziałek - Rodzinne świętowanie imienin sprawiły, że dopiero dziś zapraszam na podróż do niezwykle urokliwego kraju również pod względem literackim. Apetyt rośnie w miarę jedzenia – dziś zaprezentuję część literatury, miejsc oraz jedzenia, które mnie zaintrygowało, bo w niedalekiej przyszłości planuję poznać go trochę bliżej. Rozważam też naukę języka. Jakiego? Hiszpańskiego, bo dziś wybieramy się do słonecznej Hiszpanii ;D

Z czym kojarzy Wam się Hiszpania? Bo mi z ogromnymi upałami, przemiłymi ludźmi, niesamowitymi domami w „tym” stylu, a przede wszystkim z piłką nożną ;) Do tego dochodzą magiczne miasteczka, niesamowite smaki i wiele, wiele innych rzeczy, o których mogłam przeczytać w niesamowitych pozycjach Victorii Twead, która opowiada o swoim życiu w Andaluzji ;) Hiszpania jest położona na Półwyspie Iberyjskim. od zachodu graniczy z Portugalią, a od wschodu, poprzez pasma Pirenejów, z Francją. Liczy 41 mln. Mieszkańców, ale dodatkowo każdego roku przyjmuje ponad 58 milionów turystów, co jest z pewnością liczbą niebagatelną. Największym miastem i zarazem stolicą jest Madryt. Państwo dzieli się na 17 niezależnych pod siebie regionów, a te z kolei na 50 prowincji. Hiszpania jest oddzielona od Europy Pirenejami, na południu nieomal sięga Afryki. Hiszpania to również niesamowite widoki, które aż zapierają dech w piersiach i wysokie wzniesienia, które warto pokonać, choćby dla widoku na górze ;) Ze względu na rozpiętość geograficzną oraz różnorodne ukształtowanie Hiszpanię charakteryzuje też bardzo różnorodny klimat, od pokrytych śniegiem pirenejskich szczytów, poprzez zielone łąki położone w Galicji i gaje pomarańczowe w Walencji i do pustynnej Almerii. Najbardziej charakterystycznymi miejscami w tymże kraju jest Madryt i Barcelona – dwie stolice futbolu, niesamowitych zabytków i strasznie pozytywnej atmosfery. Dla mnie niezwykłym miejscem wt Hiszpanii, za sprawą lektury powieści Pani Victorii jest El Hoyo.

Hiszpania to również niesamowite smaki, których od tak się nie zapomina. Dziś postanowiła przedstawić potrawę, o której dowiedziałam się za sprawą pozycji Pani Twead – gorąca czekolada po kastylijsku. Smakuje obłędnie.


„55 g niesłodzonego kakao w proszku
180 g cukru
7 łyżeczek mąki kukurydzianej
140 ml wody
1 litr mleka

Wymieszać kakao z cukrem. Rozpuścić mąkę kukurydzianą w wodzie i połączyć z mieszanką kakao i cukry w średniej wielkości rondelku. Mieszać, dopóki nie zrobi się gładka pasta. Podgrzać miksturę na średnim ogniu, bez przerwy uderzając trzepaczką. Stopniowo dolewać mleka. Doprowadzić do wrzenia, stale mieszając. Gotować na wolnym ogniu przez 10 minut, stale mieszając aż napój stanie się gęsty, gładki i lśniący. Gorącą czekoladę podawać w kubkach lub szklankach”*

*”Andaluzja Olé!” str. 166


Moje pierwsze spotkanie z literaturą hiszpańską miało miejsce za sprawą jednego z najbardziej znanych, współczesnych pisarzy. Wielu blogerów, a także kilku moich znajomych było oczarowanych jego prozą, więc i ja, jakieś dwa lata temu, zdecydowałam się na lekturę „Cieniu wiatru” Zafona. A jakie były wrażenia?

„Bardzo się cieszę, że w  „Cieniu wiatru” pojawiło się to co niezwykle doceniam w fabule książki - przeszłość, tajemnica, smaczki językowe. Powieść jest nieskończonym przenikaniem się świata fikcji i fabularnej rzeczywistości: życie bohaterów bywa podporządkowane literaturze, literatura za to przedstawia egzystencję postaci w niezmienionej formie.”

„Zafon urzekł mnie swą prozą, umiejętnością przyciągnięcia czytelnika jak i tym, że do samego końca nie spodziewałam się rozwiązania akcji. Autor wprowadza do akcji szereg interesujących, różnorodnych i doskonale scharakteryzowanych postaci, z których przyjaciel Daniela -  Fermin przebija wszystkich swoim humorem i skłonnością do niekonwencjonalnych pomysłów. No właśnie, bohaterzy… Wspaniałe postaci, o których nie da się zapomnieć.”

Jedną z rzeczy, która niewątpliwie oczarowała mnie w tym, jak pisze ten hiszpański autor, był dobór słów. Wiele ze sformułowań, zdań czy refleksji bohaterów tworzyło uniwersalnego cytaty, którymi chciałabym się z Wami ponownie podzielić:

„– Ludzie są obrzydliwie źli. (...)
– Są głupi a nie źli.(...) Głupi. To nie to samo. Zło zakłada jakąś moralną determinację, jakiś zamiar i pewną myśl. A głupiec nie pomyśli ani się nie zastanowi. Działa instynktownie, jak zwierzę, przekonany, że robi dobrze, że zawsze ma rację; dumny, że przypierdala, za przeproszeniem, każdemu, kto widzi mu się inny od siebie samego, i wszystko jedno, czy dlatego, że innego koloru, wyznania, języka, narodowości, czy też (...) dlatego, że lubi inaczej spędzać czas wolny. Źli ludzie jeszcze mają swoje miejsce na świecie, zbyteczni są skończeni głupcy.”


„Niewiele rzeczy ma na człowieka tak wielki wpływ jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca. Owe pierwsze obrazy, echa słów, choć wydają się pozostawać gdzieś daleko za nami, towarzyszą nam przez całe życie i wznoszą w pamięci pałac, do którego, wcześniej czy później – i nie ważne, ile w tym czasie przeczytaliśmy książek, ile nowych światów odkryliśmy, ile się nauczyliśmy i ile zdążyliśmy zapomnieć – wrócimy.”


„Są osoby, które się pamięta, i osoby, o których się śni.”


Kolejne spotkanie z Hiszpanią nie miało miejsca poprzez rodzimego autora (właśnie zaczynam pozycję Mayorala, a książkę Carmen Martin Gaite również wypożyczyłam z biblioteki i czeka na swoją kolej), ale poprzez angielską pisarkę, która razem z mężem zamieszkała w maleńkiej wiosce El Hoyo i wspólnie z czytelnikami odkrywała uroki tego kraju. Po rozmowie z Moreni postanowiłam, że pozycje Victorii Twead po prostu muszą dołączyć do odsłony o Hiszpanii, gdyż zarówno „U mnie zawsze świeci słońce” jak i „Andaluzja Olé!” pozwalają czytelnikowi idealnie poznać jeden z piękniejszych krajów ;) Sami zobaczcie:

( z recenzji „U mnie zawsze świeci słońce”)

„Pani Victoria pisząc lekkim piórem serwuje czytelnikowi nie tylko dawkę pozytywnych emocji, ale również humoru. Bardzo spodobało mi się to, jak została podzielona pozycja, a każdy kolejny rozdział pokazywał nam kolejny etap w nowym życiu pisarki i jej męża. Spodobało mi się również to, że po tytule rozdziału czytelnik mniej więcej wiedział co może zastać, a jednak i tak został czymś pozytywnie zaskoczonym: czy to żartem, smakowitym przepisem, czy nawet rozbrajającym zwrotem akcji ;)”

„Cieszę się też, że Pani Victoria poprzez swoją pozycję pokazuje Nam, iż warto spełniać marzenia, nawet, jeśli z pozoru wydają się nierealne. Dzięki niej mogłam przekonać się ile daje upór w dążeniu do realizacji naszych pragnień. Myślę że Pani Twead potrafi każdemu czytelnikowi dać nie tylko wspaniałą lekturę, ale również dawkę pozytywnych emocji i siłę do wytrwałości w drodze do swych celów ;)”

„Podsumowując, muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrej, a zarazem zwykłej pozycji. Co najlepsze – z trudem znaleźć mi w niej choćby najmniejszy błąd. Z pewnością wrócę do niej, kiedy będę miała słabszy dzień, a za oknem zobaczę tylko wielkie kałuże ;) Z czystym sumieniem polecam tą publikację każdemu, kto pragnie uciec w krainę marzeń i po prostu się zrelaksować tym co piękne – czytaniem ;D”

(z jeszcze nieopublikowanej recenzji „Andaluzja Olé!”)

„ (…) Niezwykła powieść, która pokazuje uroki hiszpańskiego miasteczka i niesamowitą atmosferę hiszpańskich rodzin.”

„ Nie posiadałam się z radości, kiedy w pozycji odkryłam fragmenty dotyczące Mundialu 2010, który Hiszpania wygrała. Kolejne linijki tekstu czytałam z wypiekami na twarzy, przypominając sobie ich tegoroczne popisu na Euro 2012.”

I tak, nieco krótsza podróż dobiega końca. Krótsza, ponieważ do Hiszpanii na pewno zabiorę Was jeszcze raz, kiedy tylko przeczytam kilka pozycji, które mam zapisane na liście ;) A w przyszłym tygodniu ostatnia wakacyjna odsłona cyklu z krajem, który ma równie niesamowita atmosferę.

piątek, 4 maja 2012

[90] Victoria Twead „U mnie zawsze świeci słońce”

 
Wyd. PASCAL
Bielsko-Biała 2012
Ocena: 10/10 Perełka

Szara codzienność, codzienna podróż autobusem czy niefortunna pogodna dwanaście miesięcy w roku, mogą czasem człowieka nużyć. Jednak czy zdecydowalibyśmy się na zmianę, jeśli byłaby taka możliwość? Czy nie poprzestalibyśmy na obietnicach, w stylu „Zrobię to, jak znajdę czas”? Autorka powieści pokazuje nam, jednocześnie opowiadając własną historię, że nawet niemożliwe jest w życiu możliwe, a zmiany zawsze wyjdą Nam na lepsze ;)

Victoria Twead urodziła się i wychowała w Dorset w Wielkiej Brytanii. Przez wiele lat mieszkała wraz z mężem w Anglii, często nazywanej krainą wiecznego deszczu i pracowała w Sussex Zachodnim jako nauczycielka. W 2004 roku wraz z partnerem – Joem zdecydowała się zamieszkać w maleńkiej górskiej wiosce położonej w południowej Hiszpanii. Tam mieszka do dziś. Panią Twead fascynuje wszystko co hiszpańskie (i nie dziwię jej się ;D): kultura, kuchnia, zwyczaje. Jest autorką nie tylko książek kulinarnych, ale również publicystką w przewodniku ExpatFocus.com, dla którego relacjonuje życie Angielki mieszkającej w Hiszpanii.

Główna bohaterka, będąca również autorką powieści, porzuca codzienne życie i wraz z mężem przeprowadza się do malowniczej wioski w Andaluzji. Kupują zaniedbany dom, choć rozsądny człowiek nawet nie spojrzałby na taką ruinę. Ich przewodnikiem staje się ludzkie serce. Poznają nie tylko nowych przyjaciół, ale również doświadczają nowych sytuacji i kosztują niesamowite smaki. Zaprzyjaźnią się z osiemdziesięciopięcioletnią, popalającą trawkę seksbombą. Kupują nawet kury. Jednak czy decyzja nie została podjęta pochopnie i czy zdołają znaleźć tam upragnione szczęście?

Kiedy chwytałam za pozycję, nie obiecywałam sobie zbyt wiele – liczyłam ot tak na dobre, przyziemne czytadło. I choć oba wymienione wcześniej epitety opisują pozycję, myślę, że ich waga jest zbyt mała. Szczerze i otwarcie muszę powiedzieć: NIGDY nie czytałam TAKIEJ publikacji o najzwyczajniejszym życiu: budowaniu domu, poznawaniu nowych ludzi, hodowli kur!

Pani Victoria pisząc lekkim piórem serwuje czytelnikowi nie tylko dawkę pozytywnych emocji, ale również humoru. Bardzo spodobało mi się to, jak została podzielona pozycja, a każdy kolejny rozdział pokazywał nam kolejny etap w nowym życiu pisarki i jej męża. Spodobało mi się również to, że po tytule rozdziału czytelnik mniej więcej wiedział co może zastać, a jednak i tak został czymś pozytywnie zaskoczonym: czy to żartem, smakowitym przepisem, czy nawet rozbrajającym zwrotem akcji ;)

„ Weszliśmy do kościoła i próbowałam przeniknąć głuchy mrok. (…) Gdy nagle i przenikliwie zadzwoniła komórka Joego, oboje podskoczyliśmy jak przestraszone króliki. Była niespodziewana, zbyt głośna i niestosowna. Joe wygrzebał ją z kieszeni i otworzył klapkę. (…) Odczytał wiadomość, przez ułamek sekundy zrobił wielkie oczy i natychmiast wyraźnie się uspokoił.
- Ojej, ale się przestraszyłem – powiedział, podając mi telefon i siadając na ławce. - Omal nie padłem na kolana. Myślałam, że to On chce mi coś powiedzieć.
Na głos odczytałam słowa na małym ekranie i od razu zrozumiałam jego poruszenie.
'Dzwoni Jesus...' (...)”

Pisarka skradła moje serce nie tylko umieszczeniem niesamowitych ale jakże smakowitych przepisów (uwielbiam gotować i już kilka przepisałam sobie na kartkę, żeby wypróbować), ale również maleńkimi żółciutkimi bohaterami – kurczętami. Kiedy razem z Vicky i Joem „ganiałam” po ogrodzie za nimi poczułam się, jak w dzieciństwie, gdy razem z kuzynem przynosiliśmy kurczaki dziadka do domu. Ustawialiśmy je na stole, pokazując babci. I choć za każdym razem kazała Nam je odnieść z powrotem do kurnika, my woleliśmy biec po następne ;)

Skoro już o postaciach mowa – pokochałam wszystkich i nie sposób było się roztarć z Starym Sanchem czy Marcią ;) Szczególnie polubiłam główną bohaterkę – Vicky. Spodobały mi się jej nawyki, a także powiedzonka, a wpadki językowe popełnione przez tą kobietę, biły na głowę wszystko ;)

"Słynę z tego, że robię listy i notatki. Odziedziczyłam kronikarskie geny po moim ojcu i nie potrafię się powstrzymać. Codziennie notuję pogodę, temperaturę, pierwszy śnieg, dzień, w którym latają mrówki, kurs euro, dosłownie wszystko. Układam oddzielnie listy zakupów do każdego sklepu. Tworzę listy rzeczy do zrobienia, a także listy typu "Joe, może byś zechciał". Przed każdymi świętami robię listę prezentów do zapakowania. Robię nawet listy list. W pracy miałam ksywkę Schindler."

Ciekawie zostały ukazane prace na domem, które utkwiły mi wyjątkowo w pamięci. Nim wróciłam ze szkoły do domu, pozycja dotarła z uprzejmym listonoszem, a tata nie omieszkał się jak zwykle zajrzeć do koperty.. Kiedy wróciłam uraczył mnie słowami: „Ty książkę o budowaniu domu będziesz czytać?”. Choć wtedy wydawało się to śmieszne, owe prace okazały się niezwykle znacznym wątkiem, który rozbawi każdego czytelnika ;D

„ (…) Mówią, że przeprowadzka domu jest tak samo stresująca jak rozwód i tylko odrobinę mniej traumatyczna niż żałoba.”

Oryginalna okładka
Cieszę się też, że Pani Victoria poprzez swoją pozycję pokazuje Nam, iż warto spełniać marzenia, nawet, jeśli z pozoru wydają się nierealne. Dzięki niej mogłam przekonać się ile daje upór w dążeniu do realizacji naszych pragnień. Myślę że Pani Twead potrafi każdemu czytelnikowi dać nie tylko wspaniałą lekturę, ale również dawkę pozytywnych emocji i siłę do wytrwałości w drodze do swych celów ;)

Podsumowując, muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrej, a zarazem zwykłej pozycji. Co najlepsze – z trudem znaleźć mi w niej choćby najmniejszy błąd. Z pewnością wrócę do niej, kiedy będę miała słabszy dzień, a za oknem zobaczę tylko wielkie kałuże ;) Z czystym sumieniem polecam tą publikację każdemu, kto pragnie uciec w krainę marzeń i po prostu się zrelaksować tym co piękne – czytaniem ;D

PS. Polski odpowiednik tytułu jest na prawdę świetny, choć ani w ząb nie oddaje oryginalnego (Chickens, Mules and Two Old Fools - Kurczaki, muły i dwaj starzy głupcy) ^^

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa PASCAL.

----------------------

Recenzja miała się pojawić już kilka dni temu, jednak świętowanie osiemnastych urodzin kuzyna nieco zmieniły majówkowe plany ;)