niedziela, 18 maja 2014

Stos, czyli radość dnia powszedniego ;)

Kiedy zobaczyłam datę ostatnio publikowanego stosu, zatrwożyłam się. Nie pokazywałam Wam moich nabytków od 2012 roku! Nie myślałam, że to już tyle czasu minęło. Dziś w przerwie między mazurzeniem a labializacją i dyftongiczną wymową samogłoski o (o czym ona mówi?! - W całości pochłaniają mnie przygotowania do ustnej z języka polskiego), postanowiłam pokazać Wam pozycje, które będę czytać w najbliższym czasie. Prezentuje się on następująco (od góry):


  1. Magdalena Witkiewicz „Opowieść niewiernej” - efekt zakupów z przyjaciółką i moja aktualna lektura, której recenzja pojawi się w tym tygodniu.
  2. Diane Chamberlain „Szansa na życie” - wypożyczone z biblioteki pod wpływem opinii Ewy Książkówki na temat innej książki autorki.
  3. Joanna Opiat – Bojarska „Blogostan” - pozycja z wymianki. Mam ją już od dawna, jednak teraz nadeszła dopiero jej chwila.
  4. Michelle Nouri „Dziewczyna z Bagdadu” - zakupowa zdobyć, o której czytałam u Ann RK i postanowiłam wypróbować na własnej skórze.
  5. Alice Munro „Jawne tajemnice” - nagroda za godne reprezentowanie szkoły w poczcie sztandarowym. Pani Dyrektor wybrała publikację autorki, która ciekawi mnie od dawna. Super!
  6. Rachel Hauck „Suknia ślubna” - nagroda za ukończenie szkoły z wyróżnieniem. Po opisie jestem niezmiernie ciekawa wnętrza :D

Prócz tego chciałabym Wam jeszcze zaprezentować dwie pozycje, które głównie spędzają sen z moich powiek w ostatnich dniach - w końcu matura z historii we wtorek, a ustny polski – w czwartek. Trzymajcie za mnie kciuki!
 
Cudem będzie jeśli uda mi się skrobnąć coś między egzaminami, także recenzja pojawi się pewnie dopiero w piątek.

PS. Znajomy informatyk powiedział, że spróbuje odzyskać zawartość mojego pliku! Także cierpliwości – mam nadzieję, że recenzje powrócą i będę mogła Wam zaprezentować prócz czytanych na bieżąco, trzy ciekawe powieści.

wtorek, 13 maja 2014

[145] Agnieszka Krakowiak-Kondracka "Jajko z niespodzianką"


Wyd. Literackie,
Kraków 2014, 300 str.
Ocena: 7/10 Dobra 


Jajko z niespodzianką to przysmak, który z chęcią rozpakowuje każde dziecko. Ba – nie tylko dziecko, bo nawet jeśli dorosłemu wpadnie w ręce ten mały smakołyk, z chęcią otwiera papierek, zjada czekoladę i zagląda, co tym razem skrywa małe, żółte pudełeczko. Za każdym razem, niezależnie od wieku, na twarzy pojawia się uśmiech. Czy powieściowa odsłona tej słodyczy także sprawia radość duszy i ciała? :)

„Ada nagle zrozumiała, co tak bardzo podoba się dzieciom w tych słodyczach. Oczekiwanie, ciekawość, nadzieja. Bo przecież w środku może kryć się coś absolutnie niezwykłego.”*

Ze mną przed lekturą było podobnie jak z dzieckiem, które dopada w swoje ręce jajko niespodziankę. Przyznam, że po nie w pełni optymistycznej recenzji mojej przyjaciółki Ety z Książkowa Kawiarnia, jeszcze bardziej byłam ciekawa, co skrywa w sobie „Jajko z niespodzianką”. Nie oszukując się – kiedy decydowałam się na lekturę tejże powieści miałam wygórowane oczekiwania, z racji, iż Pani Agnieszka jest scenarzystą jednego z polskich serial, który chętnie śledzę na bieżąco w ostatnim czasie - „Na dobre i na złe”. Piękne zdania na okładce, polecenie samej Kamilli Baar – to wszystko jeszcze bardziej potęgowało wagę momentu, kiedy w pełni wkroczę w lekturę.

Pani Agnieszka to scenarzystka seriali m.in. „Samo życie”, „Miasteczko” i wyżej wspomnianego „Na dobre i na złe”. Urodziła się i dorastała w Kielcach. Twórczą pracę rozpoczęła w lokalnych mediach kieleckich. Wraz z miłością do scenarzysty przyszło zafascynowanie tworzenie życia, które telewidzowie poznają przez szklaną szybę. Powieść to kolejny krok umożliwiający rozwijanie pasji, która stała się sposobem na życie kobiety.

Pisarka podejmuje w swojej debiutanckiej publikacji temat niezwykle popularny wśród rodziców najmłodszych dzieci – kwestię przedszkola. Kiedy ja byłam w wieku przedszkolnym najmłodsze szkraby pozostawały w domu z rodzicami (jak ja) bądź uczęszczały do placówek publicznych. Dopiero od zerówki tak naprawdę wkraczały w mały szkolny świat. Dziś to jednak chleb powszedni – nie ma malucha, który by od ukończenia trzech lat nie chodził do przedszkola. Na dodatek – wielu z rodziców decyduje się na instytucje prywatne inwestując w edukację dziecka od najmłodszych lat. Każdy ma swoje zdanie na ten temat, mimo to myślę, że Pani Agnieszka wpadła na naprawdę świetny motyw wiodący prym w „Jajku z niespodzianką”.

„-Wiesz, że niektóre zostają tu, aż dorosną? - Julka patrzyła z lękiem na matkę, która próbowała zrozumieć, co jej córka ma właściwie na myśli. - Te dzieci...
Zrozumiała wreszcie, że Julka się boi.
- Ja nigdy o tobie nie zapomnę – zapewniła ją gorąco i zerknęła ze złością na małego twórcę horrorów.”**

Gorzej poszło jej natomiast z pełnym wciągnięciem w czytaną lekturę czytelnika od pierwszych stron. Przez niemal pięćdziesiąt stron, mimo zawiązania akcji już na pierwszej z nich, nie mogłam wczytać się w pełni w powieść i rozkoszować się kolejnymi zdaniami zapisywanymi piórem Pani Agnieszki. Brakowało mi jakiejś nieznanej iskierki, która zmotywowałaby mnie i zachęciła do zajrzenia na kolejną z kartek. W pewnym momencie karta odwróciła się jednak na korzyć pisarki, a pozycja była wręcz pochłaniana przez mnie ogromnymi kęsami z wielką chęcią.
Cudowną zakładkę musiałam uwiecznić :)

W powieści niezwykle ważną okazała się kreacja głównej bohaterki – Ady, której losy wiodły prym na kartach publikacji. Pani Agnieszka bardzo wyraziście zarysowała jej osobę, jednak charakter postaci, sposób myślenia i postępowania czasami był nie do zniesienia. Dziewczyna niezbyt dała się lubić, działała mi wręcz momentami na nerwy. Zwłaszcza w momentach, kiedy wydawała osądy nad ludźmi. Każdemu człowiekowi zdarza się od czasu do czasu po jednym spojrzeniu skreślić człowieka. Właśnie, ważnym jest tu słowo CZASAMI. Bohaterka ocenia tak spotykanych ludzi nagminnie.

„Naprawdę musisz tak stale atakować? Zachowujesz się jak... kobra w pudełku – wycedził. [Adam]”***

Na dodatek jej postać wydawała mi się nieco egoistyczna i pełna niedorzecznych sprzeczności. Wszystko to sprawia, że w odczuciu czytelnika Ada jako matka jest nieco na pozycji straconej – zbyt wiele uwagi poświęca momentami sobie i swojemu „widzi mi się”, a nie córce, potrzebującej w najmłodszych latach pełnej, a nie tylko cielesnej (także duchowej i emocjonalnej) obecności.

„Czasem decyzje dorosłych podejmowane tylko dla dobra dziecka wcale nie są dobrymi wyborami.”****

Adę udało mi się lubić, kiedy zaczynała patrzeć na swoje życie i otaczający ją świat nie przez pryzmat własnych uprzedzeń, lecz z perspektywy czasu. Może i „Polak mądry po szkodzie”, ale mimo wszystko sprawiało to, że jej postać przestawała być jednobarwna, a zyskiwała pozytywnego kolorytu. Szkoda, że zbyt wiele racji dochodziło do niej po fakcie, jednak jej osoba świetnie pokazuje, że każdy człowiek jest kruchy i popełnia błędy. Nie znaczy to, że niczego nie można już naprawić – zawsze jest czas na to, by zmienić swoje zachowanie, myślenie, zmodernizować poglądy.

Muszę przyznać, że tajemniczość Adama bardzo, bardzo mi się podobała, choć momentami byłam chłonna informacji na temat jego przeszłości. Myślę, że ta nutka sekretu odpowiadała mi – sprawiała, że postać wydawała się męska (a co za tym idzie przyciągająca damskie grono fanek), a także silna i odporna na wszelkie niepowodzenia. Ideał nie tylko partnera, ale także ojca, o czym czytelnik miał okazję przekonać się w obrazie jego ojcowskiej miłości i opiekuńczości w stosunku do małego Michasia. Niezwykle podziwiałam też to, że jako człowiek korporacji i samotnie wychowujący, nadal pozostał człowiekiem i ważnymi dla niego były sprawy przyziemne, a nie jedynie interesy „wyższych sfer”. Ostatnia scena z Adamem w roli głównej niezwykle mnie zawiodła. Wszystko nastąpiło niezapowiedzianie, powodując we mnie niemałą konsternację i budząc w głowie pytania „Jak to możliwe?”.

Może wyda się to niektórym śmieszne, ale w pewnym momencie miałam wrażenie, jakby pod tekstem pojawił się napis „lokowanie produktu”. Strasznie nie lubię tego w książkach i ta mała scena z rowerami, niezwykle zapadła w mojej pamięci. Może i się czepiam, ale to wyłącznie moje subiektywne odczucie podczas lektury.

Spodobał mi się natomiast motyw gangsterski, który wprowadził nieco napięcia w powieści. Jestem jednak zdania, że ten element opowieści był jednocześnie najbardziej niedopracowanym wątkiem. Tak jak szczątkowe fakty o Adamie działały na moją wyobraźnię bardzo pozytywnie, tak w tym aspekcie czułam niedosyt, kiedy padało jedno lub dwa zdania. Rozwiązanie dość szybkie, znienacka – brakowało mi środka, „nadzienia” wypełniającego pustkę między słowami początek i koniec.

Podsumowując muszę powiedzieć, że książka, choć treściwa i ciekawa, nie do końca spełniła moje oczekiwania. Choć odnalazłam w niej kilka niedociągnięć, myślę, że powieścią tą Pani Agnieszka może zafundować wielu polskim czytelnikom ciekawe popołudnie okraszone odrobiną dziecięcej radości przekazywanej pod postacią przeuroczej Julki i nieco przemądrzałego Michała. Mam nadzieję, że Nie będzie to ostatnia powieść Pani Agnieszki, gdyż wierzę, że jest w stanie stworzyć historię dużo lepszą od tej, opisywanej, a także zaskoczyć mnie pozytywną falą radości, rozlewającą się w mej duszy po przeczytaniu jej książki :) 

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego, za co serdecznie dziękuję ;)

* str. 277
** str. 72
*** str. 290
**** str. 259

piątek, 9 maja 2014

Meme na Salonach, czyli o spotkaniu z Panią Magdaleną Witkiewicz :)

Spotkania autorskie to nie lada gratka dla każdego książkoholika. W swoim dotychczasowym życiu miałam okazję być na paru. Kilka z nich miało miejsce za „mojego blogowego życia”, jednak z braku czasu potraktowałam je trochę po macoszemu. W kwietniu 2013 wspominałam jedynie spotkanie w ramach Wiosennego Pikniku z Książką w pobliskiej bibliotece. Postanowiłam więc wrócić pamięcią i przejrzeć notatki (chyba tylko ja zabieram na takie wydarzenie notatnik) i opowiedzieć Wam o marcowym spotkaniu z niezwykłą gdańszczanką w ramach nowego cyklu: Meme na Salonach.

22 marca, w tydzień po akcji „PrzyTARGaj KSIĄŻKI” na poznańskim Zamku, a w dzień meczu Lech Poznań - Lechia Gdańsk (podróżowałam nawet z kibicami przeciwnej drużyny) postanowiłam wybrać się na spotkanie z autorką, nad której „Balladą o ciotce Matyldzie” wręcz rozpływałam się. Choć podróż wymagała ode mnie zmysłu logistycznego (tramwaje i tak mnie „pokonały”), nie wahałam się ani chwili. Nawet kiedy dotarłam do Galerii Malta dwie godziny przed czasem, nie mając żadnych innych spraw w pobliżu w zanadrzu.

Byłam pierwszą osobą, która pojawiła się na spotkaniu „na obcej ziemi”, jakim to zwrotem określiła Pani Magda spotkanie w Poznaniu. Ten optymistyczny akcent i ogromny uśmiech zapowiadał ciekawe popołudnie. Do rozpoczęcia zebrało się jeszcze kilka osób, inni dołączyli do nas w trakcie. Znalazły się także osoby, które przypadkowo trafiły na spotkanie i przysłuchując się pełnej pozytywnych emocji kobiecie, z zaciekawieniem podeszły bliżej.

Książka z autografem i zdjęcie z Panią Magdą
Podczas wydarzenia toczyły się oczywiście rozmowy o „Pensjonacie marzeń” i „Szkole Żon”, o których wtedy za dużego pojęcia nie miałam. Autorka opowiadała o pisaniu pierwszego w swojej karierze erotyku i o tym, że tworząc taką pozycję „wszystko wolno, nawet w ciążę można zajść”. Pani Magda wspominała także o tworzeniu książki, niezbędnej systematyczności w pisaniu i zaciekawieniu czytelnika już w pierwszych pięćdziesięciu stronach. Było trochę o jej pierwszej pozycji i drodze do sukcesu, a także powieściach, które przyjdzie jej w najbliższym czasie ukończyć, napisać, wydać. Pani Witkiewicz mówiła również o tłumaczeniu jej książek, czyli o tym jak jej "dzieci" ruszyły w świat. Nie zabrakło też dawki śmiechu przy opowiadanych przez pisarkę historyjkach, które na długo pozostaną w miej pamięci.

Dawno nie wyszłam tak zadowolona z księgarni, bo właśnie w Matrasie odbywało się spotkanie. Nie zabrakło oczywiście książki opatrzonej autografem i schowanej do torby oraz zdjęcia z autorką (na którym skądinąd wyszłam dość niemrawo). Po fakcie dochodzę do wniosku, że w odczuciu Pań z wydawnictwa, samej Autorki czy innych osób będących na spotkaniu musiałam wyglądać dość dziwnie, skrzętnie notując co po niektóre słowa pisarki. Jednak nie żałuję tego - „złapałam” kilka ciekawych zdań stanowiących motywację i poprawiających humor, kiedy tak pochmurny dzień za oknem jak dziś.

niedziela, 4 maja 2014

[144] Magdalena Kordel „Malownicze. Wymarzony dom”

Wyd. Znak,
Kraków 2014, 394 str.
Ocena: 10/10 Perełka

Dom – ciepłe, przytulne i bezpieczne miejsce, w którym można się schować przed złem całego świata. Jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie wiele spraw dzieje się nieco wolniej, a zapach świeżo kawy wypełnia całe pomieszczenie, dając poczucie spełnienia, kiedy w końcu znajdzie się chwila spokoju. Dom, będący uniwersalnym tematem, bo przecież wszystko zaczyna się właśnie w tej naszej małej oazie, azylu. A gdy dom jest stary i ma w sobie tajemnice i klimat...

Zawsze było jej żal opuszczonych budynków. Zdawało się, że stare mury wciąż marzą o minionych szczęśliwych dniach, wspominają czasy, gdy w ich wnętrzu tętniło życie. I teraz też odniosła wrażenie, że wraz z jej przybyciem w dom wstąpiła nadzieja na lepsze czasy.”

Pani Magda to jedna z polskich pisarek, która w ostatnich latach skradła serca czytelniczek w całym kraju. Jej bestsellerowe powieści zagościły nie tylko na półkach książkoholiczek płci pięknej, ale także męskiego grona czytających. Pani Kordel zaczęła pisać, by poradzić sobie z trudną przeszłością. Z czasem jednak okazało się, że proza, którą tworzy, daje szczęście nie tylko jej, ale i stanowi swoisty balsam dla duszy wielu Polek. Kobieta, nie jest tylko pisarką. Będąc matką i żoną stara się spełniać własne marzenia podróżując, czytając i gotując. Pani Magda, której bloga czyta się z uśmiechem na ustach, wie, jak wielką wartość stanowi marzenia, a co dopiero – jego urzeczywistnienie. Razem z czytelnikami swoich książek, piszących wcześniej do szuflady, wydała już trzy zbiory opowiadań. Każdorazowo uczestniczyłam w jej przedsięwzięciu z co raz większą pewnością siebie, stawiając samej sobie kolejne poprzeczki.

Malownicze. Wymarzony dom” to książka, która mogłaby wydawać się jedną z wielu, napisanych na dawno utartym schemacie. Tylko czy istnienie elementów pojawiających się w tysiącach lektur powinno skazywać powieść na niepowodzenie? Czy nie ważniejsza jest oryginalność, którą czytelnik ma okazję zastać za klimatyczną okładką?

Nigdy nie myślałam, że można się tak męczyć po zakończeniu lektury. Nigdy nie miałam świadomości, iż będzie mogło mi brakować bohaterów lektury aż tak, że uparcie będę poszukiwać informacji o kolejnej części (a kilka dni później taka faktycznie się pojawi). Nigdy nie spodziewałam się, że nie będę mogła zacząć w pełni czytać kolejnej książki, póki nie wyleję tego, co we mnie siedzi. Nigdy...

aż do wczoraj, kiedy skończyłam czytać „Malownicze. Wymarzony dom” i zdałam sobie sprawę, że takich publikacji jak ta, polska literatura po prostu potrzebuje. Takich ciepłych, emanujących spokojem, a jednocześnie wciągających czytelnika w głąb historii za maleńkie linki zaplątane wokół serca zupełnie niezauważalnie.

W głowie świtała mi myśl: „Pani Magdo, jak Pani mogła to już skończyć? Przecież ta historia... Chciałabym czytać ją wiecznie.” Ale później przyszła chwila spokojnego uporządkowania myśli, sen i pospieszny poranek. Właśnie wtedy, pomiędzy małymi nieznacznymi czynnościami codzienności zdałam sobie sprawę, że ta opowieść musiała się skończyć, żebym mogła dojrzeć do wielu myśli, które od dawna kiełkowały w mojej głowie.

Kto raz zacznie uciekać, ucieka potem przez całe życie”

Książkę Pani Magdy wypatrywałam przez dłuższy czas w skrzynce. Nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła chwycić w ręce tom, ze stonowaną, ale urokliwą okładką, o której wcześniej, przy pierwszym spotkaniu „twarzą w twarz” pisałam tak:

Kiedy patrzę na okładkę,
w pamięci mam nie lada gratkę.
Wspomnienia barwne do mnie powracają
i znów Bieszczadzkie szczyty mnie witają.
Na nowo przeżywam czerwcową przygodę,
z uśmiechem wędruję nawet w niepogodę.

Raz drugi spoglądam na książki oprawę,
przypominając sobie wyborną zabawę.
Na pozycji widnieje kobieta uśmiechnięta,
Magdaleną Kordel od dawna okrzyknięta.
Z nią piszą, Ci którym odwagi trochę brak,
odmieniając w MALOWNICZY DOM życiowy wrak.”

Jednak gdy w końcu otworzyłam kopertę, z lękiem odłożyłam książkę na półkę. Może to trochę głupie, ale zwyczajnie bałam się ją przeczytać. W głowie miałam obawy, że Pani Magda, jej pełna słońca osobowość odkrywana w postach na blogu i kilku wymienionych mailach, mogą gdzieś zniknąć w konfrontacji z literaturą. Zwyczajnie okazałam się małym, słabym człowieczkiem, lękającym się przed tym, że książka osoby, która swoją postawą i działaniami stanowi dla niej jeden z autorytetów w literackim światku, może okazać się zbyt słabą wobec jakże wygórowanych oczekiwań. Ach, ależ wtedy przydał by mi się przepis Pani Krysi na kłopotki...

(...) jak zwykle najbardziej żałujemy rzeczy, których już nie możemy naprawić.”

Po wielkanocnym śniadaniu coś mnie tknęło i chwyciłam z półki właśnie „Malownicze. Wymarzony dom” Pani Magdy. Przy towarzyszącej mi gorączce, pragnęłam świeżego powiewu wiatru (który realnie chyba jeszcze bardzie rozłożyłby mnie na łopatki) i radości z pisania ukrytej między słowami. Podświadomie marzyłam natomiast o światełku w tunelu własnej niepewności.

Mam dzisiaj poczucie, że nic mi się w życiu nie uda, niczego nie osiągnę, nigdy nie ruszę się z miejsca, nie zrobię ani kroku do przodu. Miewasz takie dni? Cały mój optymizm diabli wzięli. Diabli wzięli i poszli cholera wie dokąd. Nie można ich ścigać ani złapać, by odzyskać zgubę.”

Można by sądzić, że historia Magdy to jedna z wielu, o których już napisano. Gdyby nie Malownicze w tytule, wielu mogło by pomylić książkę z jakimś poradnikiem o tworzeniu własnego wymarzonego domu. Choć ani pierwsze, ani drugie z napisanych przeze mnie zdań, nie mówi o powieści, którą właśnie skończyłam czytać, każde z nich zostawiło cząstkę siebie w najnowszej pozycji Pani Kordel. W końcu Madeleine, mieszkanka miasta, jak jedna z wielu, kupuje niespodziewanie dom na prowincji i tam rozpoczyna swoje dalsze życie. Na dodatek Mania od nowa tworzy salon Pani Janeczki, który wydawał się istnieć tylko w kawałkach pod postacią wiekowych mebli i starego zdjęcia.

Największym atutem powieści są zdecydowanie bohaterzy. Pisarka stanęła na wysokości zadania podczas ich kreacji. Bardzo spodobały mi się sceny, w których starała się nie tylko oddać ich cechy zewnętrzne, które skrzętnie wymodelowała sobie w wyobraźni, ale także ich wnętrze. Momenty, w których do głosu dochodziła psychika Julki, Magdy czy Pani Krysi były rozkoszą dla oczy śpiesznie wodzących po kolejnych linijkach tekstu.

Moje serce wśród bohaterów zdecydowanie skradł Pan Mieciu. Jego zabiegi o magdzine serce totalnie mnie rozbrajały. Scena, w której postać za namową kolegów przychodzi do dziewczyny z prezentem niesamowicie mnie rozśmieszyła, a mój donośny śmiech wśród nocnej ciszy obudził połowę domowników. Drugą postacią, która równie macnie przypadła mi do gustu była Mania. Z uśmiechem myślę o niej nie tylko ze względu na salon, ale także miłość do starych przedmiotów, którym dawała nowe życie, nowe otoczenie, nowych przyjaciół.

(...) przedmioty gromadzą w sobie emocje i potem przekazują je dalej. Dlatego te stare mają duszę.”

Czasem zdarza się, że powoli rozkręcająca się fabuła, działa na czytelnika jak przysłowiowa „płachta na byka”. U Pani Kordel wszystko jednak było nie tylko przemyślane, ale na tyle stonowane, że moment zawiązania akcji nie tylko minął niezauważalnie, ale także został wchłonięty przez dalej biegnące wydarzenia. Moment, w którym w centrum zdarzeń trafia Julka, zdecydowanie był zaskakujący. Nowa bohaterka, która pojawiła się po niemal pięćdziesięciu stronach powieści, stała się jedną z osi dla dalszych perypetii wszystkich bohaterów.

Ale przecież jeśli wiesz, że musisz coś zrobić, bo to jedyna droga, która cię zawiedzie do celu, to nie odpuszczasz. Nawet jeśli wiesz , że nie wzbudza to zachwytu ani zrozumienia.”

Wydawać by się mogło, że kiedy skończę pisać o tej pozycji, nie będzie jej już obok mnie, zniknie z biurka, ustawiona wśród wielu innych na półce. Tymczasem w przypadku tejże publikacji wszystko nie odbędzie się tak jak w przypadku „wielu innych”. Malownicze na zawsze pozostanie razem ze swoimi mieszkańcami w moim sercu. Będzie miejscem, które chciałabym kiedyś odwiedzić, którego będę poszukiwać na swój sposób we własnym życiu i otaczającym świecie. Bo przecież każdy z nas ma gdzieś swoje Malownicze, w którym czeka na niego dom, pachnący wspomnieniami pozostawionymi wraz z kurzem na kuchennych szafkach. Dom, z którego roznosi się zapach świeżo upieczonego makowca i woń kawy pitej na tarasie o poranku. Dom, w którym człowiek czuje się bezpiecznie, który jest jego miejscem na ziemi, kawałkiem świata, do którego został przypisany w boskim planie...

Moja recenzja jest z pewnością niezwykle emocjonalna i być może nie wszystko idzie z niej dokładnie wyczytać. Dla mnie jednak stanowi ogromną wartość. Pisałam ją w zeszłym tygodniu, dzień po skończonej lekturze. Mam nadzieję, że uda wam się odczytać z niej główne przesłanie - „Malownicze. Wymarzony dom” to pozycja niesamowicie godna uwagi :D

czwartek, 1 maja 2014

Meme podsumowuje - KWIECIEŃ 2014

Kwiecień plecień, bo przeplata – trochę zimy, trochę lata” i w myśl tego pradawnego porzekadła znanego od pokoleń upłyną w moim odczuciu kwiecień. Miesiąc splatał spiralę pozytywnych i negatywnych chwil w mojej szkolnej codzienności, życiu prywatnym i czytelniczym. Był to czas ostatnich sprawdzianów, odpowiedzi ustnych, kartkówek... Chwila, w której tak naprawdę zdałam sobie sprawę, że to już koniec liceum, w którego mury weszłam nie tak dawno temu. Moment, od którego zaczęły się nerwy i co raz bardziej gorączkowe przygotowania do matury trwające po dziś dzień.

Czytelniczo miesiąc ten wypadł dość blado, jednak sama przed sobą mam powody do dumy. Największym jest oczywiście ukończenie „Zbrodni i Kary”, z którą to lekturą zatrzymałam się pewnego dnia na setnej stronie i dalej nie mogłam ruszyć. Kolejną lekturą, z którą musiałam się do końca „rozprawić” były opowiadania Borowskiego. Zakładka tkwiła przy „Bitwie pod Grunwaldem”. Tym razem złapałam wiatr w żagle i opowiadanie przeczytałam w pół godziny. Na deser czekała wisienka na torcie, której początkowo się bałam, ale o tym później - „Malownicze. Wymarzony dom” Pani Magdy... Ach, na sam tytuł publikacji, która nadal leży na moim biurku i nie pozwala chwycić w ręce kolejnej powieści, uśmiecha się buzia :)

A maj? Matura, matura, matura... Ach, nie myślałam, że tak prędko przyjdzie na mnie kolej, by stawić się na egzaminie dojrzałości. Mam nadzieję, że stawię czoła i przede wszystkim – nie zawiodę samej siebie. Wierzę też w opatrzność bożą, że tematy na rozszerzonym polskim i rozszerzonej historii okażą się przychylne. Ostatnie egzaminy mam dopiero 29 maja. W międzyczasie będę kończyć kolejne pozycje – te, które uparłam się skończyć jak np. „Cudzoziemkę” i czytane dla przyjemności jak „Jajko z niespodzianką”. Trzymajcie za mnie kciuki! :) Pozostałym maturzystom również życzę szczęścia w dni sądu :D