poniedziałek, 28 stycznia 2013

[114] Michał Czapliński „By schronić się w przeszłości”

Wyd. Novae Res
Gdynia 2012, 146 str.
Ocena: 6/10 Niezła

Dwudziesty pierwszy wiek przyciągnął ze sobą nie tylko nowe urządzenia, portale społecznościowe czy globalizację. To czas, w którym w niepamięć odeszły kina samochodowe jako miejsce randek, charakterystyczne kabriolety, a nawet mleko w szklanych butelkach. Zmienili się również ludzie, dla których ważniejsze stały się wartości materialne. Czy świat zmierza w dobrym kierunku?
A może sami zastanawialiście się kiedyś czy pasujecie do tego świata?

Pan Michał Czapliński to debiutant na polskim rynku. Choć na razie niewiele mi o nim wiadomo, liczę na to, że jeszcze nie raz spotkam się z prozą mężczyzny, który spoją pierwszą powieść zadedykował ojcu.

Gabriel wraca do świata po ponad trzydziestu latach. Patrząc na wręcz mknące po ulicach miasta samochody wszelakich „kształtów” zastanawia się, gdzie podziało się to, co ludzie tak kochali w ubiegłym stuleciu. Brak czarno-białych fotografii, gdzie można było odkryć wszystkie kolory tęczy, a także magii obecnej w niezapomnianej muzyce i kinie w stylowych automobilach. Mężczyzna zaczyna zastanawiać się dlaczego brak świata okalanego płaszczem niewinnego konsumpcjonizmu z o wiele bogatszą i przystępną człowiekowi naturą. Brak mu również refleksji i spokoju, jaki panował w każdym dniu, mimo pracy, szkoły, domu. Czy portale społecznościowe i reality show zamazały pamięć o artyzmie architektury miast brukowanych uliczek prowadzących do tajemnicy? Czy Gabriel tęskniąc za tym, co bezpowrotnie utracił, może znaleźć swoją drogę w obecnym XXI wieku?

Kiedy zdecydowałam się na lekturę wierzyłam, że odkryje dzięki niej magię tego, co ludzie uwielbiali jeszcze nim się urodziłam. Sama często przeglądam stare, czarno-białe fotografie w albumie mamy czy dziadka i za każdym razem wyczuwam jakąś większą radość ze wspólnego przebywania ze sobą ludzi. Tak było też, gdy byłam mniejsza – wtedy fotografii nie gromadziło się na twardym dysku, a w albumie, do którego wracam z uśmiechem na ustach. Nim zaczęłam czytać, bardzo chciałam, aby Autor pokazał mi niewątpliwy kontrast między przeszłością a teraźniejszością za pomocą niebanalnej historii. A co znalazłam za ciemną, dość upiorną okładką?

Powiadają, że szczęście jest sobą dla szczęśliwych oczu, dla smutnych zawsze będzie powodem ich podłego nastroju.”

Przyznam, że choć początek był strasznie chaotyczny i nie mogłam się w nim połapać, postanowiłam nie poddawać się zwłaszcza ze względu na lekkość pióra Pana Michała. Każde kolejne słowo wręcz samoistnie stawało się już przeczytanym i przemyślanym. Kiedy zaczęła rozgrywać się historia Gabriela wszystko nabrało wyraźniejszych barw, choć nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji. Momentami wydawało się wręcz, że przez postać przemawia sam autor, który czasami mniej udolnie chce przekazać czytelnikowi swoje refleksje i przemyślenia na temat świata.

-Tutaj, na rancho, wszyscy, Manu, myślimy o sobie bezustannie. Mamy taki plan: każdy wybiera sobie osobę, o której będzie codziennie pamiętał.
- Dlaczego?
- Robimy to, ponieważ złe wiadomości zawsze zaskakują. Ten, o którym myśli się cały czas, nie umiera. Myśląc o tych, których najbardziej kochamy, utrzymujemy ich przy życiu. Chronimy ich przed śmiercią, która często przychodzi, kiedy najmniej się tego spodziewamy.”

Fabuła, choć nieco przejrzysta, była niezłą „oprawą” tego, co chciała przekazać poprzez książkę Pan Czapliński. Pomysł może i był ciekawy, jednak wykonanie – miejscami nie takie, jakiego byśmy się spodziewali. Autor świetnie dobierał słownictwo i idealnie prowadził narrację spisując monologi głównego bohatera, tudzież opisują jego emocje. Bardzo podobała mi się scena, w której bardzo wyraźnie podkreślił wagę relacji człowieka z Bogiem wprowadzając ją w dość prozaiczny sposób (rozmyślania podczas biegu). W tym momencie wydawałam się strasznie pozytywnie zaskoczona.

To prawda: bieganie może stać się aktem kontemplacji, medytacji w ruchu. W takich momentach myślę o moich planach, marzeniach... Gdy byłem młodzieńcem, wybierałem czasem kilka bądź kilkanaście krajów, które bardzo chciałem odwiedzić, i każde okrążenie poświęcałem jednemu z tych państw powtarzając jego nazwę w myślach i wyobrażając sobie różne obrazy, zapachy, smaki oraz mieszkańców. Po kilku kółkach byłem już na innym kontynencie. I tak właśnie podróżowałem: za darmo i bez bagażu.”

Pan Michał (Z facebookowego profilu książki)
Zawód sprawiły mi jednak dialogi. Moim zdaniem były nieco suche, a nawet mało rzeczywiste. Moim zdanie ludzie, nawet jeśli za czymś tęsknią, rozmawiają ze sobą tworząc frazy przesycone przez emocje, ale nie tak sztucznie, jak przedstawił to Pan Czapliński.

Na szczęście doczekałam się kolejnego pozytywu – podczas podróży Gabriela i Manueli do „Raju”. Tam znów powrócił swobodny styl, a czytelnikowi łatwiej było sobie wyobrazić jak może wyglądać to niezwykłe miejsce, które istnieje „ponad” współczesnym światem. Autor świetnie wplótł złote myśli poprzez kazanie ojca Bernarda, które komentowali ludzie po różnych przejściach. Pozwalało to na chwilę refleksji, której doznałam już wcześniej, przed spotkaniem Gabo z Manuelą. Całą radość z czytania tych fragmentów zepsuła nieco zakończenie historii bratnich dusz, które spotkały się w świecie, do którego nie należą.

Najczęściej ludzie uciekają przed deszczem, chcąc się przed nim schronić, mnie jednak zależało na tym, by się nim prawdziwie cieszyć, a tę radość pragnąłem wyrazić poprzez ruch. Czy nie tak zachowują się ludzie szczęśliwi? Gdyby tylko mogli, zaczęliby latać, a tak – skaczą i krzyczą.”

Proza Pana Czaplińskiego miewała lepsze i gorsze momenty, jednak śmiało mogę stwierdzić, że zobaczyłam to, czego tam bardzo pragnęłam – kontrast między tym, co było, a tym, co możemy obserwować dziś. Szkoda jednak, że całość została przedstawiona w opowieści, która miała swoje wzloty i upadki, a mimo to była kopalnią niezwykłych myśli.

Podsumowując, muszę powiedzieć, że książka Pana Michała nie jest idealnym debiutem, jednak w jego piórze drzemie ogromny potencjał i dobry warsztat. Żałuję jedynie, że nie wszystko zostało tu dopięte na ostatni guzik, a fabuła wydaje się momentami jakby doklejona na siłę. Mimo to, zwłaszcza dzięki uchwyceniu przeciwstawności wczoraj i dziś warto przeczytać debiutancką publikację Pana Michała, by przypomnieć sobie o tym, co utraciliśmy bezpowrotnie i pozostanie jedynie w naszych wspomnieniach.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res, za co serdecznie dziękuję ;)

---------------------

Głosowanie na Blog Roku 2012 trwa jeszcze tylko do czwartku 31 styczni do godziny 12:00. KSIAZKI-MEME są co raz bliżej dziesiątki awansującej do kolejnego etapu. Pomożecie spełnić jedno z moich marzeń? 
  
Wystarczy wysłać SMSa o treści E00500 na numer 7122

koszt to jedyne 1,23 zł, a dochód z SMSów zostanie przekazany na cele charytatywne.

sobota, 26 stycznia 2013

1,2,3... URODZINY! + Konkurs

Muszę się przyznać, że od jakiegoś tygodnia odliczałam dni do dzisiejszego dnia! To właśnie 26 stycznia, przed trzema laty, dokładnie o 21:35 opublikowałam swojego pierwszego posta na KSIAZKI-MEME. Choć było to jeszcze na Onecie moja przygoda z blogowaniem trwa i trwać będzie ;)





A wszystko dzięki Ecie – mojej przyjaciółce, która namówiła mnie do założenia tego miejsca. Trudno wyrazić to w słowach, jak jestem jej wdzięczna – to po części jej zasługa, że mogę pokazać młodszym ludziom, jak i tym starszym ode mnie wiekiem, jak ważne jest czytanie dla każdego, niezależnie od metryki.

Dzisiaj chciałabym podziękować nie tylko Ecie, ale także Wam Moi Drodzy Czytelnicy – dzięki Wam i naszym wspólnym dyskusjom to miejsce staje się piękniejsze i zyskuje swój niepowtarzalny charakter. Słowa podzięki należą się też mojej rodzinie, która wspiera mnie w tym, co kocham robić. 

Ten rok, choć mniej aktywny czytelniczo, był niezwykle obfity blogowo – miałam okazję brać udział w kilku spotkaniach z autorami (w tym w jednym, które w najbliższym czasie opiszę), przeprowadzić kilka wywiadów, a także poznać wiele osób z blogowego otoczenia dzięki Debacie Blogerów na poznańskim Zamku oraz konkursowi blog Roku 2011.

W tym roku, mimo wielu obaw, postanowiłam pokazać moje miejsce na ziemi osobą, które znają mnie na co dzień. Muszę powiedzieć, że zostałam mile zaskoczona. Posypało się wiele miłych komentarzy, zrodziły się rozmowy na temat tego, co robię. Jednak największą radość sprawiło mi to, że moja „misja” przyniosła pozytywne skutki – kilka osób w moim wieku (kiedy to czytelnictwo jest często koniecznością) zapytało mnie, jakie pozycję mogę polecić z konkretnych gatunków ;) 

Co planuję na kolejny rok? Z pewnością kilkadziesiąt recenzji publikacji, które przeczytam, wznowienie cyklu „CUDZE chwalicie, SWEGO nie znacie” i „LiTeRaCKie PoDrÓżEDoOkoŁA ŚwiAtA”, a także zapoczątkowanie nowej serii cyklicznych postów. Chciałabym również czynnie brać udział w projekcie „ŚREDNIOWIECZE 2013” autorstwa Avo_lusion oraz w wyzwaniach „Z półki” i „Znalezione pod choinką”. Chciałabym również poszerzyć horyzonty „Projektu Musierowicz”, nad którym przejęłam pieczę od Karoliny.


Mam też coś specjalnego dla Moich czytelników. Mianowicie co? Konkurs z trzema nagrodami, skoro to już trzecie urodziny ;D 

Regulamin:

1. Organizatorem konkursu i sponsorem nagrody jest Meme (właścicielka bloga) oraz Wydawnictwo Novae Res.
2. Konkurs będzie przeprowadzony w formie losowania. Aby zgłosić się wystarczy wyrazić chęć w komentarzu i podać swego maila.
3. Nagrodami w konkursie są: „Ostatnia spowiedź” (ufundowana przez Novae Res), „Pejzaż Świąteczny” oraz „Kot w worku (nagroda niespodzianka). Wylosowani zostaną trzej zwycięzcy. Kolejność wylosowanych zwycięzców daje przyzwolenie do wyboru jednej z trzech nagród.
4. Konkurs trwa od 26 stycznia 2013 roku do 14 lutego 2013 roku do godz. 23:59 
5. Ogłoszenie zwycięzców nastąpi w przeciągu trzech dni od zakończenia konkursu. 
6. W losowaniu mogą brać udział tylko osoby posiadające blogi. 
7. Losowanie jest kierowane do osób mieszkających w Polsce. 
8. Ze zwycięzcami skontaktuję się drogą mailową. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi losowanie innego szczęśliwca. 
9. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.) 
10. Niniejszy Regulamin wchodzi w życie z dniem rozpoczęcia Konkursu i obowiązuje do czasu jego zakończenia.



Serdecznie zapraszam wszystkich chętnych do konkursu ;) A już jutro możecie się spodziewać recenzji książki Michała Czaplińskiego „By schronić się w przeszłości” ;)

czwartek, 24 stycznia 2013

Blog Roku 2012 – gotowi... do startu... START!

I tak dobiegło do końca zgłaszanie blogów, a ruszyło głosowanie. Wystartowało Nas wielu (znajomych i nieznanych dotąd blogerów). Za wszystkich trzymam mocno kciuki, a Was Moi Drodzy Czytelnicy proszę o SMSy, jeśli macie możliwość i nie sprawi to problemu.



Tak jak na obrazku – wysyłajcie SMSy o treści E00500 na numer 7122.
Koszt smsa to jedyne 1,23 zł, a pieniążki przekazane będą na cele charytatywne ;)

wtorek, 22 stycznia 2013

[113] Rita Golden Gelman „Zawsze o tym marzyłam”


Wyd. Pascal
Bielsko-Biała 2012, 432 str.
Ocena: 9/10 Niecodzienna

Dom – miejsce, w którym przebywamy czy to na co dzień, czy choćby w weekendy. To w nim trzymamy wszystkie nasze pamiątki, ubrania i inne rzeczy. To taki magazyn ludzkiego mienia materialnego i duchowego. A co jeśli nie mamy takiego miejsca na ziemi? Co jeśli posiadamy tylko małą torbę rzeczy, z którymi na latami podróżujemy do różnych miejsc na świecie? Czy duchowe posiadanie może równać się z materialnym?

Pani Rita Golden Gelman mając czterdzieści osiem lat postanawia wyruszyć w podróż, po której nie powróci do domu, do tego, co ma, a jej wycieczka będzie trwała może i kilkadziesiąt lat. Pisząca bajki dla dzieci pisarka podróżuje po świecie od 26 lat. Co ciekawe – nie ma stałego miejsca zamieszkania, co nie oznacza iż pomieszkuje w hotelach. Mieszka u ludzi, których poznaje podczas dalekich wędrówek wgłąb nieznanych miejsc, kultur i tradycji. Pani Rita Golden Gelman, która mówi o sobie, że jest "współczesną koczowniczką" poprzez swoje życie i wspomnienia, jakie opisała w książce „Zawsze o tym marzyłam” pokazuje, że warto spełniać marzenia w poszukiwaniu szczęścia.

Zawsze odżywałam duchowo w odległych miejscach. Czasami się zastanawiałam, co każe mi szukać ciągle nowych wrażeń? Podejmować wyzwania związane z przebywaniem gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna? Czy to psychiczna potrzeba, czy może raczej biologiczna wada? Myślę, że jest to związane z chęcią uczenia się poprzez nowe doświadczenia. Najlepiej i najłatwiej poznaję świat, gdy działa, dotykam, dzielę się i degustuje. Kiedy jestem w nowym miejscu, każdego dnia, w każdej chwili czegoś się uczę.”

Pierwsza powieść Pani Rity, która ukazała się w Polsce to jej własna historia. To opowieść, którą pisze samo życie i codzienność kobiety, która postanowiła postawić na własne pragnienia. Po rozwodzie, w wieku dla niektórych będących początkiem ku starości ruszyła w podróż, by poznawać ludzi, ich kulturę i tradycje. Bo przecież, jak głosi napis na okładce: „Czasami szczęście czeka tuż za rogiem. Czasem trzeba poszukać go w egzotycznym miejscu.”. Czy Rita odnajdzie je podczas swoich podróży?


Pani Rita
Kocham podróże, nie tylko te palcem po mapie, dlatego wybór najnowszej powieści Rity Golden Gelman, nie był przypadkowy. Wiele pozycji, opisujących wycieczki w nieznane, przeszło już przez moje ręce, jednak nie spodziewałam się, że ta, tak niesamowicie mnie wciągnie, rozweseli, a nawet pozwoli się wzruszyć. Publikację przeczytałam jeszcze w zeszłym roku, w grudniu, mimo to, gdy tylko spoglądam na okładkę, powracają miłe wspomnienia, a wypieki na twarzy pojawiają się przy kolejnym czytaniu ulubionych fragmentów.

- Proszę się nie przejmować, naprawdę. Wystarczy, że pewnego dnia pani również komuś pomoże. Wreszcie zgodziła się przyjąć pieniądze. Najwyraźniej koncepcja "banku przysług", według której cały świat opiera się właśnie na drobnych przysługach, była jej zupełnie obca. A przecież idąc przez życie i wyświadczając ludziom drobne przysługi, tak naprawdę tworzymy depozyt dobra, z którego możemy wypłacać za każdym razem, gdy jesteśmy w potrzebie. Równie ważne jest przyjmowanie takich przysług, ponieważ wtedy pozwalamy drugiej osobie na założenie własnego depozytu. Lubię uczyć takiego podejścia wszystkich ludzi, którzy mają problemy z przyjmowaniem pomocy.”

Kiedy byłam młodsza zawsze zastanawiałam się jak to jest poznawać nowe kultury i tradycje i zaznajamiać się z ludźmi, którzy tak się od nas różnią, a jednak znajdować wspólny język. Bo przecież czy to tak łatwo odezwać się do nieznajomej osoby, kiedy wokół zupełnie inne twarze niż na co dzień. Skąd w wielu ludziach tyle otwartości, tyle radości z poznawania ludzi? Teraz, z wiekiem rozumiem tą fascynację i chyba dlatego tak zafascynowała mnie opowieść Pani Rity.

A ja chcę przemieszczać się od jednego świata do drugiego, dowiedzieć się, co czyni nas ludźmi, i nawiązywać kontakt z osobami, które różnią się ode mnie.”

Z każdą kolejną stroną nie tylko poznawałam coś nowego, ale mogłam podziwiać ludzką radość z tego, co robi. Moim zdaniem nie ma nic piękniejszego jak kochać to, czym na co dzień żyjemy. Pani Rita na kartach swej powieści pokazuje również, że bogactwem może być uśmiech drugiego człowieka, kiedy odezwiemy się w jego własnym języku, niezapomniany smak azjatyckich potraw czy polowanie na węgorze – ot tak zwykłe, być może nic nie znaczące gesty, zdarzenia, chwile w XXI wieku.

Las tropikalny nie jest miejscem przyjaznym człowiekowi, potrafi jednak całkowicie oczarować.”
Okładka oryginału.
 
W książce opisane zostały podróże do wielu miejsc na świecie, jednak mnie najbardziej oczarowała wizyta na Bali. Szczególnie podobało mi się, że pisarka mogła poznać nieznaną religię od środka, a ja razem z nią jako czytelnik również brałam udział w kremacji ciała i ostatniej drodze zmarłego. Dla mnie – osoby lubiącej poznawać nowe, nieznane obyczaje – było to rzeczą fascynującą. Z uśmiechem na twarzy przypominam sobie chwile, kiedy z książka w ręce leżałam w łóżku czytając do drugiej w nocy ;) Podczas pobytu na Bali zaciekawiły mnie duchowe więzy, jakie łączyły Panią Ritę Tu Aji. Każdej ich rozmowie, przedstawionej w książce towarzyszyły momenty, w których niemal na każdej stronie odnajdywałam niezwykłą życiową wskazówkę.


Kiedy próbuję uczyć się nowego języka nienawidzę zastanawiania się nad gramatyką i strukturą zdania. Gdy nauczę się kilkudziesięciu podstawowych zdań i mam pewność, że są poprawne, sprawa staje się prostsza.”

Strasznie zaciekawiła mnie też organizacja Servas, dzięki której Pani Rita mogła zatrzymywać się u wielu rodzin na całym świecie. Dzięki działalności Servasu ludzie z całego świata mogą dzielić się życiem i doświadczeniami z przyjezdnymi, którzy podróżując, mogą poznać wszystko „od kuchni”. To nie tylko możliwość nawiązywania znajomości, ale nawet wieloletnich, międzynarodowych przyjaźni. Myślę, że to świetna inicjatywa, która pokazuje, iż na świecie jest coraz więcej ludzi otwartych na nowe znajomości i ufnych swoim gościom ;)

Podsumowując, muszę powiedzieć, że dawno nie czytałam pozycji, która dałaby mi tak do myślenia. Dzięki Pani Ricie przekonałam się, że wbrew pozorom pasja nie musi być powiązana wyłącznie z przymiotami materialnymi, ale wręcz przeciwnie – duchowymi. Pisarka pokazuje czytelnikom przez swoją powieść, że trzeba czasem stawić czoło lękom i dać szansę marzeniom. Publikacje polecam wszystkim, którzy ie tylko kochają podróże, ale z chęcią poznają także nowe, nieznane dotąd kultury.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Pascal, za co serdecznie dziękuję ;)

------------------------

Jak wiele osób pewnie zauważyło – Zgłosiłam się z moim blogiem do konkursu Blog Roku 2012. Brałam już udział w poprzedniej edycji i poznałam wszystko „od kuchni”. W tym roku chciałabym również spróbować swoich sił, zwłaszcza, że blog jest dla mnie spełnianiem pasji i tym, co kocham. Czy uda mi się udać do szczęśliwej „dziesiątki”, spośród których zostanie wybrany Blog Roku 2012 w kategorii Literackie i Kulturalne? Wszystko zależy od Was, Moi Drodzy Czytelnicy. Myślicie, że mój blog zasługuje na oddanie głosu? Więcej szczegółów już w czwartek ;D

czwartek, 17 stycznia 2013

[112] Krzysztof Bielecki „Rekonstrukcja”


Książka wydana własnym nakładem w ramach
Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości
Warszawa 2012, 222 str.
Ocena: 6/10 Niezła

Testy projekcyjne od dawien dawna kojarzą mi się z filmami, na których jeden z bohaterów ogląda obrazy i widzi coś zupełnie innego, czego oglądający spodziewałby się. Charakterystyczne plamy atramentu zawsze podsycają akcję, bo przecież i ja mogę w nich dostrzec coś ciekawego, związanego z moim nastrojem albo sytuacją w jakiej się znajduję. A co powiecie na powieść projekcyjną? Czy taka książka może mieć racje bytu?

Pan Krzysztof Bielecki jest autorem czterech książek. W minionym 2012 roku miałam okazję czytać jedną z jego najbardziej kontrowersyjnych powieści pt. „Defekt pamięci”. Wcześniej, przed lekturą, kora była moim pierwszym spotkaniem z zakręconą prozą Pana Krzysztofa ukazały się takie powieści jak: "Miasto to gra" , "Kod, czyli rzeczy, które zauważasz w mieście, gdy wpatrujesz się w nie odpowiednio długo" oraz "Raz na kilkaset lat" Jego pozycje wychodzą poza schematy, a kolejny szereg niestandardowych rozwiązań fabularnych z pewnością i tym razem wywoła wiele kontrowersji.

Istotą powieści jest to, że John Johnson znika, kiedy jego przyjaciel odpływa w objęcia Morfeusza. Cały czas pozostaje jednak we wnętrzu pociągu, do którego wsiedli przecież razem. W pociągu, który nie jest zwyczajną maszyną, z jaką spotykamy się w XXI wieku i służy do zupełnie innych celów. Wszyscy jej pasażerowie za czymś tęsknią i nie uwierzysz, co jest powodem przepełniającej ich nostalgii. I jak tu połapać się o co chodzi, skoro to literacki test projekcyjny?

I choć nie dokonał tego dnia niczego niezwykłego, nic nie stworzył, niczego nie osiągnął, to jednak nigdy nie określiłby go mianem dnia straconego. To nie był koniec, to nie była pauza w życiu, to był początek czegoś zupełnie nowego.”

Kiedy dowiedziałam się, że Pan Krzysztof wdaje kolejną pozycję, zrodziła się we mnie wielka ochota jej przeczytania. Po lekturze opisu książki wiedziałam, iż będzie to „coś” jeszcze bardziej zakręconego, zwłaszcza, że podczas słynnych testów projekcyjnych każdy może zobaczyć coś innego. Ta koncepcja wydawała się wielce kusząca, zwłaszcza, że podczas lektury „Defektu pamięci” mogłam przekonać się o bezkresie wyobraźni młodego autora.

Choć opis wydawał się znacząco jasny, wiedziałam, iż spodziewać się mogę wszystkiego, nawet tego, co nie mieści się normalnemu człowiekowi w głowie. Z tym przeświadczeniem zaczęłam czytać. Jednak „Rekonstrukcja” wydawała się jakby pisana tą samą ręką, a jednak innym piórem. Wiem, to co napisałam jest strasznie zakręcone, jednak taka właśnie jest ta pozycja.

Najnowsza książka Pana Bieleckiego jest zbiorem sześciu opowiadań, które początkowo wydające się zupełnie niezwiązane, łączą się w jedną całość, kiedy czytelnik przeczyta ostatnią z opowieści. Historie przedstawione przez pisarza poprzedza wstęp, w którym autor kilkakrotnie podkreśla, że John Johnson zniknął, a jednak nadal pozostaje w pociągu, z którego nie sposób wysiąść. Dzięki temu chaotycznemu wstępowi czytelnik może przekonać się, iż autor jest ponad historiami, wtrąca słówko o tym i o tamtym, opowiadając wręcz bezpośrednio czytelnikom, co ma po kolei miejsce. Podobało mi się to, że Pan Krzysztof był jakoby tym, który pokazywał czytelnikowi wielokształtne kleksy i oczekiwał odpowiedzi.

„Niektóre pytania są piękniejsze, gdy nie znamy na nie odpowiedzi, prawda?”

Zaskakującym było jednak dla mnie to, że wstęp nie kończył się po pierwszym rozdziale, a czytelnik musiał czekać na przedstawienie samego zniknięcia Johna, aż do ostatniego rozdziału. „No nic” - pomyślałam - „Trzeba czytać dalej”. I tak też zrobiłam. Każda kolejna historia wywołuje w czytelniku zaskoczenie począwszy od „Upalnych dni” po „Czerwone usta” (w których pogubiłam się na tyle, że czytałam tą opowieść dwukrotnie). Jednak mimo rozbieżności problemów bohaterów i tematyki tych króciutkich utworów, miały połączyć się w całość, a ostatni rozdział powinien sprawić, że wiele rzeczy staje się jaśniejszych (choć nie do końca zrozumiałych).

Czasami opowiadanie pochłaniałam w dziesięć minut, w innych przypadkach liczyłam strony, które pozostały mi do końca jego lektury. Wiedziałam, że nic nie mogę pominąć w wyczekiwaniu na końcowe wielkie „BUM!”. Dotarłszy do ostatniej strony poczęłam się zastanawiać czy odnalazłam kwintesencję lektury, czy waściowie odczytałam tą nieszablonową publikację. Ale czy można dobrze odpowiedzieć na pytanie: Co przedstawia kleks? A zła odpowiedź wchodzi w grę?

„A szaleństwo? Jest fascynujące, ponieważ dotyka jedynie materialnych umysłów. Wariactwo to choroba mózgu, a jeśli nie masz ciała , to nigdy nie zasmakujesz tego stanu psychiki. Zapamiętaj to sobie.”

Podsumowując, chciałabym podkreślić, że jeszcze dziś, kilka dni po lekturze, z zaciekawieniem przyglądam się „temu kleksowi” i zastanawiam się czym dla mnie jest. Choć czuję mimowolny niedosyt po lekturze spowodowany brakiem tej „iskierki”, która napędzałaby machinę „chcę, chcę”, uważam, że pozycję warto przeczytać. Dlaczego? Książka Pana Krzysztofa pozwala ruszyć komórkami mózgowymi, zastanowić się, a nawet zaangażować się w lekturę, co zdarza się niezwykle rzadko. To powieść, która sprawia, że zaczynamy się zastanawiać czy czarne jest faktycznie czarne, a może nie białe.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Panu Krzysztofowi Bieleckiemu ;)

sobota, 12 stycznia 2013

[111] Wolf Haas „Zablokowany. Formuła 1”


Wyd. G+J Polska,
Warszawa 2012, 216 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Smukłe bolidy, charakterystyczny świst, kiedy przejeżdżają torem, rozemocjonowana publiczność. Od lat Formuła 1 dostarcza wiele ekscytacji milionom ludzi na całym świecie. Czekamy na kolejny wyścig, zastanawiający się czy nasz faworyt, bądź lider stawki, zwycięży w dzisiejszym Grand Prix. Wiele uniesień dostarcza też wizyta u mechaników, kraksa czy deszcz, które mogą zupełnie zmienić losy weekendowych zmagań. Ale czy kiedykolwiek zastanawialiście się co kryje się za wielkimi przedsiębiorstwami biorącymi udział w tych wydarzeniach i ile jest prawdy, w pokazywanej „prawdzie”?

Choć ksiażkoholikiem jestem od dawna, pierwszy raz miałam przyjemność czytać pozycję pisarza pochodzącego z Austrii, którą od lat poznaję na lekcjach niemieckiego i nie tylko. Wolf Haas to współczesny pisarz, który specjalizuje się w powieściach kryminalnych. Dorastał w mieście jednego z najsłynniejszych kompozytorów, Mozarta – w Salzburgu. Potem przeniósł się do Wiednia, gdzie mieszka do dziś. Autor w 2000 roku otrzymał prestiżową szwajcarską nagrodę w dziedzinie kryminału – Burgdorfer Krimipreis. Kilkakrotnie był laureatem podobnych, niemieckich nagród – Deutscher Krimi Preis (1997, 1999, 2000). Głównym bohaterem jego kryminałów jest współczesny prywatny detektyw Simon Brenner, rozwiązujący zagadki kryminalne na terenie Austrii.

Drobny sprzedawca gadżetów dla fanów Formuły 1 został skazany za zabójstwo. Uważa jednak, że wyrok na nim ciążący był niesłuszny. Mężczyzna ustala nie tylko dlaczego w latach siedemdziesiątych w katastrofach lotniczych zginęło pół tuzina kierowców Formuły 1, ale także twierdzi, iż zna prawdziwą tożsamość Nikiego Laudy. Jest także tym, który odkrył tajemnicę kariery Michaela Schumachera, który dostał się do D1 w rezultacie przestępstwa, jednak nikt mu nie wierzy. To właśnie powiązania między tymi sprawami sprawiły, że spędzi piętnaście lat w zakładzie karnym. Ale jaka jest tak naprawdę prawda? Dlaczego musieli zginąć z pozoru niewinni ludzie? Czy Formuła 1 ma drugie dno?
Pan Wolf Haas

Na pozycję Pana Wolfa zdecydowałam się nie tylko dlatego, że traktuje o jednym z lubianych przeze mnie sportów (oczywiście, jeśli chodzi o oglądanie) – Formule 1 – ale również dlatego, iż byłam ciekawa jak będzie wyglądać kryminał w wydaniu niemieckojęzycznego pisarza i czy pozycja może spodobać się także tym, którzy nie kibicują kierową w ich poczynaniach. Czy moje oczekiwania zostały spełnione i czy publikacja Austriaka dostarczyła mi pożarnych emocji?

(...) fani wyścigów powadzą bardziej niebezpieczne życie niż kierowcy wyścigów.”

Przyznam, że nigdy nie czytałam kryminału, w którym nie było krwistych zbrodni i wielkich tajemnic związanych z rozwiązaniem zagadki. Tym bardziej jestem zaskoczona, że pozycja Pana Haasa tak bardzo przypadła mi do gustu. Choć brak także wartkiej akcji, Autor sprawił, że przy lekturze ani trochę się nie nudziłam, a momentami nawet na mojej twarzy pojawiał się uśmiech (z powodu ciekawostek wokół F1), a także rozbawienie.

Jedyną osobą, która się wycofała, byłem ja. Nie z żalu po Ayrtonie Sennie albo Rolandzie Ratzenbergerze, albo leżącym w śpiączce Karlu Wendlingerze. I nie dlatego, że nagle zdałam sobie sprawę z bezsensowności sportu, któremu poświęciłem życie. O tej bezsensowności wiedziałem od początku, to ona mnie tak pociągała. Uciekałem wyłącznie ze strachu o własne życie.”

Ciekawostki wprost z torów Formuły 1 sprawiły, że niejednokrotnie podczas czytania musiałam na chwilę odłożyć pozycję, by jak najszybciej dopaść internetu i przejrzeć kolejnych zawodników, fakty czy informacje na temat wypadków, które opisywał Autor, w sieci. Pozycja pozwoliła mi na odkrycie kilkudziesięciu nowinek sprzed ponad trzydziestu lat, kiedy to zasady bezpieczeństwa, wyglądu i zaopatrzenia technicznego bolidów dopiero co się kształtowały. Wiele razy widziałam wypadki podczas Grand Prix, koziołkujące pojazdy, czy toczące się po drodze koła. Dzięki Panu Wolfowi każdy czytelnik bez problemu może zauważyć, że razem z techniką, do przodu posunęła się dbałość o zdrowie tych, którzy dostarczają Nam emocji. W dzisiejszych czasach, w takich wypadkach jak sprzed lat, kierowcy już nie giną, a często nawet wychodzą bez szwanku.

Kiedy nagle coś się przydarzy, jest to przypadek. Kiedy zdarza się dwa razy, rodzi się pytanie. Kiedy zdarza się to trzy razy, mamy odpowiedź.”

Pozycja, w której pisarz nie podążał za wzorcem tradycyjnych kryminałów, zdobyła się z moją pozytywną opinią również dlatego, że wszystko, od początku do końca było w niej dokładnie przemyślane. Nie brakowało ani faktów wprost z torów wyścigowych, ani tajemniczości i iskry, która zachęcała czytelnika do lektury. Podobało mi się to, jak Pan Haas przedstawiał kolejne morderstwa wokół Formuły jeden – nie było przy tym charakterystycznego dreszczyku, aczkolwiek każde kolejne powodowało, że czytający chciał dowiedzieć się, jaka jest prawda i nie mógł przerwać lektury.

Podsumowując, muszę powiedzieć, że dawno nie czytałam pozycji pisanej tak lekkim językiem, jednocześnie z wyrysowaną od pierwszej strony pasją, która towarzyszyła zapewne przy tworzeniu dzieła. Myślę, że tą pozycję przeczytam jeszcze nie jeden raz, znów z tym samym zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy. Pozycję chciałabym polecić nie tylko fanom Formuły 1, ale również tym, którzy lubią poszerzać horyzonty, dowiadywać się nowych rzeczy lub po prostu czytać dobre książki ;)


Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości portalu Sztukater i wydawnictwa G+J Polska, za co serdecznie dziękuję ;)

----------------------

Pozycję Pana Wolfa czytałam i zrecenzowałam jeszcze w zeszłym roku, jednak dopiero dziś, w tak zwariowany dzień, udało mi się dodać moją opinię. Dlaczego zwariowany? Dziadek w najbliższy wtorek obchodzi okrągłe osiemdziesiąte urodziny, które będziemy świętować w niedzielę i przygotowania pochłonęły mnie nie tylko pod koniec tygodnia, ale praktycznie (już zupełnie w całości) w piątek, kiedy powróciłam ostatni raz przed feriami do domu. Mam gotowe jeszcze dwie recenzje, a o "Rekonstrukcji" Krzysztofa Bieleckiego będę pisać w poniedziałek, kiedy wszystko się uspokoi i będę miała więcej czasu dla Was - W województwie Wielkopolskim zaczynamy przerwę zimową! Przyjdzie mi go dzielić m.in. między bloga i... "Potop" Sienkiewicza. Życzcie mi powodzenia!

poniedziałek, 7 stycznia 2013

[110] Nina Reichter „Ostatnia spowiedź. Tom 1”

Wyd. Novae Res,
Gdynia 2012, 384 str.
Ocena: 9/10 Niecodzienna


Show biznes żyje swoimi prawami. Często bywa bezlitosny, niemożliwy w przewidzeniu reakcji, a nawet nie do objęcia umysłem przez normalnego człowieka. A co jeśli do tego świata wkradnie się wrażliwa i czuła dziewczyna? I druga strona medalu – kłamstwo, oszustwa, pisk nastolatek – wszystko tylko po to, aby choć na chwilę dotknąć jego rękę, by być dla niego tą „jedyną”. Czy chłopak, którego kochają tysiące nastolatek może znaleźć prawdziwą miłość, taką, która istnieje nie przez pryzmat jego sławy?

Nic nie mówiące dwa wyrazy zapisane na okładce oznaczające imię i nazwisko autorki. A może pseudonim? Jak zwykle postanowiłam dowiedzieć się kim jest dziewczyna, która napisała „TAKĄ” książkę. Nina to autorka literatury młodzieżowej i kobiecej, jak można przeczytać na jednej ze stron internetowych prezentujących profil pisarki. Dziewczyna jest z wykształcenia prawniczką. Po dedykacji można sądzić, że ważne są dla niej więzy rodzinne i ten, który ją wychował – pozycję dedykowała ojcu. A więcej? Kim jest młoda kobieta, którą widzimy na zdjęciu?

Bradin Rothfeld to dziewiętnastoletni rockman, który jeszcze będąc nastolatkiem zawojował niemiecką scenę muzyczną. Na całym świecie tuziny przedstawicielek płci żeńskiej wzdychają do jego niesamowicie magnetycznych brązowych oczy, które w połączeniu z delikatnymi rysami twarzy nadają mu uroku. Wszystkie aż piszczą z zachwytu, kiedy tylko wchodzi na scenę. Przypadek sprawia, że poznaje Ally - Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Tajemnicza Amerykanka, którą poznaje, całkowicie ma odmienić jego życie, jednak chłopak nie zdaje sobie z tego jeszcze sprawy. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A późnej wspaniała noc się kończy. Oboje mają świadomość, że było to tylko jedno przypadkowe spotkanie, że nigdy więcej nie spotkają się, choć mają świadomość, co się między nimi rodzi. Na dodatek miłość nie jest im pisana – Ally uwikłana jest w „dziwny” związek, a Brad nie może złamać postanowień kontraktu. Tylko, że jest jeden szkopuł – ona nie wie kim jest przystojny mężczyzna, który zawróci jej w głowie.

Pytasz, dlaczego płaczę? Nie pytaj. Popatrz w moje oczy. A jeśli zobaczysz tam siebie, po prostu odejdź.”

Jak głosi napis na okładce – pozycja wpierw, przed wydaniem stała się hitem internetu. Czy po wydaniu może stać się również bestsellerem? Coraz więcej osób pragnie dowiedzieć się, co takiego skrywa jedna z nowszych publikacji Novae Res. Kiedy Pan Jakub wybrał dla mnie „Ostatnią spowiedź”, nie miałam pojęcia, że pozycja podbija serca tak wielu czytelniczek. Wpierw wręcz siłą wyciągnęła ją ode mnie siostra, która z niemal świecącymi się oczyma powtarzała, że jej nauczycielka niemieckiego mówiła o publikacji Niny ostatnio na lekcji. Pochłonęła ją w niecałe dwa dni. Nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że Karola czyta tylko „tak” pozycje, które ją zachwyca. Od tego momentu nie mogłam się doczekać, kiedy tylko sama zacznę czytać. Teraz nie dziwię się, że dzieło Pani Reichter, tak ją wciągnęło.

„Znasz to uczucie, kiedy chcesz zachłysnąć się szczęściem, ale boisz się chociażby poruszyć, bo wiesz jak jest kruche? Tak właśnie się czuła.”

Historia wydawała się tak banalna, że nie mogłam nadziwić się, czym młoda pisarka mogła zaskoczyć rzesze czytelniczek. Po przeczytaniu pierwszych kilku stron, które wręcz przeciwnie – wydawały mi się napisane nie tylko dziwnym językiem, ale także nużące, bałam się, że może to być przeprawa przez męki. Jednak po kilkunastu stronach nie mogłam wypuścić pozycji z dłoni. Każdego kolejne zdanie niosło za sobą ekscytację i niepohamowaną chęć czytania dalej. Z każdym kolejnym momentem spędzonym nad lekturą wiedziałam, że nie łatwo będzie mi rozdzielić się z bohaterami, do których pałałam już ogromną sympatią. Doszło do tego, że nawet (czego bardzo dawno nie robiłam) przesiedziałam nad książka do późnych godzin nocnych z latarką w ręku. A to wszystko dlaczego?

Znani ludzie zawsze kojarzyli mi się z bandą nadętych bufonów. Zwykłych próżnych bubków, które nie zauważają przed sobą nic, poza czubkiem własnego nosa. Ale przecież Ty taki nie jesteś. Jesteś bardzo inny...”

Moda pisarka posługuje się niezwykle płynnym stylem, przez co czytelnik bez problemu wręcz zatapia się w opisywaną historię. Dziewczyna przesącza jednak całość tym, co moim zdaniem jest nie zbędne, kiedy pisze się o związku dwojga ludzi (jeśli tak można nazwać relację, jaka łączyła Ally i Bradina) – emocjami, które na co dzień towarzyszą każdemu człowiekowi. Wszystko wydawało się tak silne, że miałam nieodparte wrażenie, jakbym to ja była Lilly – przyjaciółką Ally i sama wsłuchiwała się w nieprawdopodobną historię, którą jej opowiadała.

"To trochę tak, jakbyś zakręcił pozytywką. Nie możesz jej zatrzymać, bo zgrzytnie i wyda nieprzyjemny dźwięk. Moje życie to jeden długi nieprzyjemny dźwięk. Jednak pierwszy raz myślę, że to, co teraz mam, zagra płynnie do końca. Więc chyba muszę doczekać do melodii.”

Podobało mi się również to, że autorka niezwykle umiejętnie budowała napięcie i zawsze kiedy kończył się rozdział sprawiała, że trzeba było zacząć kolejny. Jej bogactwo języka sprawiało, że na 384 stronach można było znaleźć wersy, które mógłby być dla niektórych życiową mantrą. Świetnie wpasowują się również tytuły piosenek, które po odsłuchaniu okazały się niezwykle klimatycznym tłem do opisywanych wydarzeń. Genialnie wzbogacało to lekturę i powodowało, że tak pozycja nie była podoba do innych, które czytałam.

NASZ jeden dzień będzie trwał zawsze, dopóki ono bije dla ciebie...”

Autorka świetnie spisała się również w kwestii kreacji bohaterów. Każdy z nim wyodrębniony był poprzez silnie zarysowany charakter, co pozwalało wyobrazić sobie jeszcze bardziej, jak mogły wyglądać opisywane sytuacje. Co mi się szczególnie podobało – przedstawienie postaci, biorących udział w akcji, za każdym razem pozwalało domyślać się czytelnikowi, jak rozegra się konkretna „ciężka” sytuacja. W tym momentach zawsze czułam dreszczyk emocji, zastanawiając się, czy będzie tak, jak mi się wydaje.

Co ciekawe – nie brak ani chwili napięcia czy uniesień, o których wspominałam, ale także humoru Niektóre wybryki chłopaków z zespoły naprawdę mnie rozbrajały. Ich nieco wulgarne opowiadania czy zdradzanie śmiesznych szczegółów z życia Bradina Ally powodowały, że i ja się śmiałam nad książką. Podobało mi się też to, że nie zabrakło wzruszeń i niesamowitych pomysłów młodego Rockmana, które sprawiały, że i ja chciałabym poznać tak uczuciowego chłopaka.

Jeszcze oficjalnie nie była "jego", ale już teraz wiedział, że zrobi wszystko, by stało się to tylko kwestią czasu.”

Choć miałam nieodparte wrażenie, ze brat Toma przed odkryciem prawdy i po byli nieco innymi osobami, nie utraciłam do niego sympatii, mimo t nieco zmalała. O wiele bardziej intrygował mnie, kiedy miał jeszcze tajemnicę przed Ally. W dalszej części akcji wydawał się bardziej uzależniony od show biznesu niż dawniej, kiedy wyrywał się z niego, mimo że miał „zapchany terminarz”, znajdował chwilę dla Ally.

Jak się czujesz, kiedy wiesz, że coś tracisz? Uciekasz od tego biegiem czy stąpasz powoli?”

Podsumowując muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrego debiutu, który sprawił, że z zapartym tchem będę czekać (moja siostra pewnie też) na kolejny tom. Pozycję z ręką na sercu polecam nie tylko czytelnikom żądnym emocji, ale również tym, którzy chcą się przekonać, że popularny motyw pozycji, nie musi oznaczać banalności i powtarzalności. Po lekturze nie mam złudzeń, dlaczego ta powieść stała się hitem internetu i nie wątpię, że w przyszłości może zawładniąć, i rynkiem wydawniczym w Polsce ;)

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res, za co serdecznie dziękuję ;)