środa, 25 lipca 2012

[96] Krzysztof Spadło „Marzyciele i Pokutnicy”

Wyd. Novae Res
Gdynia 2012, 344 str.
Ocena: 8/10 Bardzo dobra

Kiedy zmrok zachodzi, nie wszystko wygląda tak jak w rzeczywistości – zdanie, które brzmi jak z dobrego horroru lub książek o nadnaturalnych istotach idealnie charakteryzuje przynajmniej kilka z opowiadań znajdujących się w najnowszym dziele Pana Krzysztofa Spadło. Mogłabym jeszcze dodać: „Uważaj, bo i ty możesz paść ofiarą potwora, który drzemie w Tobie lub gdzieś w pobliżu, bo przecież mroczna i niepozorna polska rzeczywistość może kryć w sobie drugie dno...

Marzyciele i Pokutnicy” to zbiór dziesięciu opowiadań zatytułowanych kolejno: „Przewoźnik", „Piętno morfeusza", „W imię twoje", „Chłopiec w czapeczce z daszkiem", „Oczy", „Absolutny hit!", „Mroczny łańcuch", „Niepokorni", „Kopacze" i „Szczęściarz". Ich akcja została osadzona w znanej nam z codzienności współczesnej Polsce. Jednak świat przedstawiony posiada swoje drugie, mroczne i nieznane większości oblicze. Bo przecież skąd możemy wiedzieć, że człowiek którego przed chwilą minęliśmy w sklepie lub na przejściu dla pieszych nie jest tym, który wynalazł maszynę czasu i właśnie planuje udać się w przeszłość, żeby zmienić losy ludzkości? A może spokojny staruszek, którego codziennie widzicie krzątającego się po podwórku może być kimś więcej?

Uśmiechnięty Pan ze zdjęcia, będący autorem „Marzycieli i Pokutników” jak okazuje się jest debiutantem. Pan Krzysztof Spadło, choć urodził się w Kędzierzynie od kilku lat mieszka, jak sam pisze, „w malowniczej miejscowości, która nazywa się Risør”. Zainteresowania autora okrążą wokół szerokiego pojęcia zwanego SZTUKĄ - literatura, muzyka, malarstwo i film.

Kiedy chwytałam za pozycję w mojej głowie mnożyły się jednocześnie: masy obaw, bo zbiory opowiadań czytuję niezbyt często oraz wiele plusów, które utwierdzały mnie w minimalnym przekonaniu, iż lektura przypadnie mi do gustu. Pełna sprzeczności chwyciłam za książkę, by poznać rozmaitych bohaterów, jak również niesamowite historie, które zmienią moje nastawienie do niektórych aspektów życia.

Autor posługuje się lekkim stylem, jednak wbrew pozorom miałam trudności z pełnym zagłębieniem się w lekturę, a muzyka, która dotąd sprzyjała mojemu czytaniu, stawała się denerwująca. Te trudy udało mi się przezwyciężyć rozpoczynając przygodę z „Marzycielami i Pokutnikami”, kiedy zapadał zmrok, a cała rodzina spała. Brzmi to może trochę złowieszczo, zwłaszcza, że „najnowsza książka Krzysztofa Spadło to obowiązkowa lektura dla miłośników zjawisk paranormalnych, horrorów i science-­fiction”, ale tak było ;)

Jak to często bywa w zbiorach opowiadań – jedne opowiadania były naprawdę świetne, a po innych musiałam odłożyć choć na kilka godzin pozycję, by znów przypomnieć sobie wcześniejsze dobre pióro autora. Charakterystyczne dla Pana Krzysztofa, a co rzadko spotykane wśród pisarzy wszelkich powieści, długo rozbudowywał akcję, by potem efektownie „wstrząsnąć” czytelnikiem wykładając przysłowiową kawę na ławę. Przyznam, że na początku strasznie mnie to denerwowało, jednak z trzecim czy czwartym opowiadaniem przyzwyczaiłam się. W jednym z krótszych utworów pt. „Chłopiec w czapeczce z daszkiem" Pan Krzysztof zastosował inny wariant – bardzo szybkie zawiązanie akcji. Po przeczytaniu tego, jak i pozostałych utworów sądzę, że pisarz stworzył dzieła, w których czytelnik od początku czeka na ten „strzał”, a zbyt szybkie użycie „broni” grozi fiaskiem.

Ludzkie życie – pomyślał – jest jak papierosowy dym, tak samo ulotne. Człowiek pojawia się, rozwija, rośnie, trwa, aż któregoś dnia niespodziewane bum! - i po prostu umiera. Ciało traia do piachu, przez pewnien czas jeszcze istnieje, apóźniej zaczyna się rozkładać, ginie i... znika. (…) Więc może zaniast mówić: 'Żyję sobie' należałoby użyć stwierdzenia 'Dymię sobie'.”

Za co przyznaję Pan Krzysztofowi ogromnego plusa – ze zwykłych ludzi i naprawdę błahych fragmentów życia jak „łapanie stopa” potrafił stworzyć niebywałe historie, które przyciągały z czasem każdego czytelnika. Idealnie do fabuły kolejnych opowiadań wpasowała się okładka – jest równie mroczna, a zarazem idealnie ukazuje mroczne dno Polski.

Każdy człowiek (…) nosi w sobie jakąś historię.”

Najbardziej spodobały mi się opowiadania: „Piętno morfeusza" i”Absolutny hit!". Pierwsze z nich wywołało we mnie uczucie nie tylko zdziwienia i zaskoczenia, ale również zafascynowania i przede wszystkim podziwu dla samego Autora za tak brawurowy pomysł na fabułę i połączenie dwóch zupełnie innych realiów. Z kolei drugie z nich – nie tylko wprawiło w osłupienie, ale również obrzydzenie (czytuję wszelkie pozycje, w których jest masa masakrycznych morderstw, jednak TO, co przedstawił Pan Spadło jest kolosalnie niesmacznym pomysłem).

Reasumując, autor stworzył naprawdę ciekawe opowiadania, choć niektóre szczególny nie były dopracowane na przysłowiowe „pięć z plusem”. Uważam jednak, że jak na debiut Pan Krzysztof przoduje wśród mas początkujących pisarzy i w jego prozie drzemie ogromny potencjał. Pozycję polecam każdemu, kto jest rządny emocji i lubi nieraz zasmakować odrobinki grozy ;)

niedziela, 22 lipca 2012

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA #2


LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA to Cotygodniowy cykl na blogu u Meme, podczas którego będziecie mogli poznać kolejne kraje nie tylko od strony zabytków czy sławnych postaci, ale przede wszystkim LITERATURY. Będziecie mogli nie tylko przeczytać moje spostrzeżenia na temat wybranych dzieł, ale również liczę, że uda się podyskutować o Waszych przygodach literackich „w danym państwie” ;)

Przychodzi czas na pierwszy cykl pod moją nieobecność. Choć ja wybieram się dziś do Niemiec, Was postanowiłam zabrać w inne, ale równie urokliwe (nie tylko pod względem literatury) miejsce. O jakim kraju mowa?

Dziś wyruszyliśmy w nieco bliższą podróż niż ostatnio – mianowicie do Francji. Wielu z Was ten kraj kojarzy się zapewne z Wieżą Eiffla i beretami z antenką, w które odziani są francuscy malarze – eh, te stereotypy. A może warto zakłębić się, bo ten kraj jest zgoła inny?


Francja, a właściwie Republika Francuska to kraj o powierzchni ponad 675 tys. km2. Jest drugim co do wielkości krajem w Europie. Państwo tworzą część metropolitarna, leżąca w Europie Zachodniej oraz terytoria zamorskie na innych kontynentach. „Francja jest Republiką niepodzielną, świecką, demokratyczną i społeczną. To zapewnia równość wszystkich obywateli wobec prawa, bez względu na pochodzenie, rasę czy religię. Szanuje wszystkie przekonania religijne. Główną jednostką administracyjną we Francji są regiony. Jest ich 22: Akwitania, Alzacja, Bretania, Burgundia, Centralny, Franche-Comté, Île-de-France, Korsyka, Langwedocja-Roussillon, Limousin, Lotaryngia, Midi-Pyrénées, Nord-Pas-de-Calais, Dolna Normandia, Górna Normandia, Owernia, Pays de la Loire, Pikardia, Poitou-Charentes, Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże, Rodan-Alpy i Szampania-Ardeny. Emblematem narodowym jest trójkolorowa flaga, niebiesko-biało-czerwona. Hymnem narodowym jest Marsylianka. Dewizą Republiki jest: „Wolność, Równość, Braterstwo”. Jej regułą jest: rządy ludzi, przez ludzi i dla ludzi.” Świętem narodowym we Francji jest dzień 14 lipca, który to upamiętnia zburzenie Bastylii w 1789r. Symbolem Republiki jest Marianne, czyli wolność, przedstawiana alegorycznie jako kobieta w czapce frygijskiej.



Francja zachwyci nas szczególnie wysoką kultura bycia. W sklepie, w hotelu, restauracji zostaniemy obsłużeni co najmniej grzecznie,a nawet z wielką uprzejmością i starannością. Jednak trzeba przestrzegać pewnych zasad. Częściej niż w Polsce używać zwrotów grzecznościowych: bonjour czyli dzień dobry, merci, czyli dziękuję, au revoir, czyli do widzenia. Kiedy jesteśmy na targu, w sklepie nie możemy dotykać owoców, warzyw ani kwiatów, chyba, że sprzedawca wyraźnie to zaproponuje. Jeśli jeszcze nie poruszymy tematu pensji naszego rozmówcy i nie podepczemy trawników, wszystko będzie w porządku. Choć wiele osób uważa, że tam jest tylko Paryż, a potem długo, długo nic – jest w błędzie. Marsylia, Lyon, Tuluza, Bordeaux, Strasburg, Lille, Nicea. Każde z tych miejsc ma magiczny klimat i wiele do zaoferowania.

Teraz kilka słów bardziej ogólnikowo na temat dań przygotowywanych przez Francuzów.

Le petit dejenuer - śniadanie to maślany rogalik - croissant, ciepła bułeczka z masłem - brioche, kawałek bagietki, kromka chleba z masłem i dżemem, ciastko z café au lait, czyli gorącą kawą z mlekiem albo mała czarna kawa lub gorąca czekolada.
Le dejenuer
- obiad składa się z dania głównego i deseru, ewentualnie przystawki i dania głównego z deserem jako dodatek. Dzisiaj tradycyjny, duży posiłek w środku dnia podawany jest wyłącznie w regionach wiejskich, a wyjątek stanowi niedzielny obiad. W miastach na lunch składa się raczej kanapka, sałatka, omlet lub inny mały posiłek w kawiarni lub w domu. Lunch serwuje się także w restauracjach, winiarniach, kawiarniach, barach bistro i piwiarniach. Miejska moda na lunch uderza w oferujące bogate dania restauracje w dawnym stylu. Francuzi żyją ostatnio zdrowiej, porcje są znacznie mniejsze.
Le diner - Typowa francuska kolacja, główny posiłek dnia, składa się z conajmniej trzech potraw. Zaczyna się od przystawki - hors d'oeuvre: zupa, sałatka, danie z jaj lub terrine. Danie główne - le plat to ryba, mięso, drób, podawane zazwyczaj z sosem, z ziemniakami, makaronem lub ryżem i warzywami lub sałatką. Do kolacji podaje się również sery i/lub deser.

Po raz kolejny postanowiłam również zaprezentować przepis z ciekawej strony internetowej, który planowałam pokazać Wam na zdjęciach we własnym wydaniu. Jednak czas okazał się moim sprzymierzeńcem ;P Postaram się przyrządzić ten smakołyk po powrocie do domu.


Jabłka z kruszonką

Składniki:

• 1,5 kg jabłek (najlepiej renet lub innych dobrych do pieczenia)
• 2 łyżki rodzynek
• 2 łyżki rumu
• 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

Kruszonka:

• 90 g masła
• 125 g mąki
• 80 g cukru pudru (a najlepiej miałkiego brązowego)
• szczypta soli

Wykonanie:

Rodzynki włożyć do miseczki, zalać rumem, wymieszać i odstawić.
Przygotować kruszonkę: na płaski talerz wyłożyć masło, mąkę, cukier i sól. Kroić wszystkie składniki nożem na jak najmniejsze kawałeczki, aż drobinki masła pokryją się mąką z cukrem.
Piekarnik nagrzać do 150 stopni. Naczynie żaroodporne (14 x 17 cm) grubo wysmarować masłem.
Jabłka obrać, pokroić na ćwiartki i wykroić gniazda nasienne. Każdą ćwiartkę jabłka pokroić na 4 cząstki i rozłożyć w naczyniu.
Rodzynki osączyć, ułożyć na jabłkach i oprószyć cynamonem. Owoce równomiernie posypać kruszonką.
Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez około 45 minut. Jeśli po tym czasie wierzch ciasta nie będzie nadal zarumieniony, zwiększyć temperaturę do 190 stopni i piec na złoty kolor (ja piekłam jeszcze przez kolejne 15 minut, kruszonka się zrumieniła a jabłka były idealnie upieczone.



Twórców literatury francuskiej jest naprawdę wielu, jednak tylko niektórzy znani są w Polsce. Jednym z podstawowych pisarzy pochodzących z Francji jest Antoine de Saint-Exupery. Jego pozycja pt. „Mały Książę” zachwyca nie tylko mniejszych czytników, ale przede wszystkim tych większych. Bo jak można oprzeć się tej niezwykłej historii? Poniżej prezentuje fragmenty mojej recenzji tej rewelacyjnej książki.


„ (...)Utwór Antoine de Saint-Exupery to pozycja, do której, mimo dorastania, powracamy przez całe życie w poszukiwaniu przednich wartości życiowych takich jak: miłość, wierność czy przyjaźń. Autor ukazuje nam w swej powieści przykładem małego chłopca, potrzebę jaką ma każdy z nas- posiadanie przyjaciela. To mu możemy się zwierzyć gdy coś nas gnębi, to on pomaga nam kiedy jest trudno. Nasz powiernik również cieszy się razem z nami z naszych sukcesów, dopinguje nas w ważnych chwilach naszego życia. Oczywistością jest więc to, że on oczekuje tego samego od nas. A często nie doceniamy naszego przyjaciela, raniąc go słowami lub czynem, będąc zazdrosnym o to, że mu się coś udało, a nam nie; ciesząc się z jego niepowodzeń. Jednak czym było by życie bez naszego kompana?  Więc pamiętajmy i doceniajmy to co mamy, bo, tak jak mówił Ralph Waldo Emmerson : 'Przyjaciel - ktoś, przed kim można głośno myśleć.'”

„'Jedynie sercem można wszystko poznać jasno. To co najważniejsze skrywa się przed wzrokiem' – te dwa zdania zapadły w mej pamięci po przeczytaniu mojej ostatniej lektury i myślę, że nie zapomnę ich do końca życia.”

Bardziej współczesnym francuski autorem dla dzisiejszego społeczeństwa jest Eric – Emmanuel Schmitt, którego dane było mi czytać kilka publikacji. Każda z nich równie silnie zachwycała. Jednak „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” - pierwsza lektura tego spod pióra tego Pana, którą czytałam, zostawiła najtrwalszą rysę w mojej pamięci. Dlaczego? Sami zobaczcie poniżej:


„ (…) Ogromnie spodobały mi się także dobrze zarysowane postaci, a zwłaszcza Pan Ibrahim. Był on niezwykłym człowiekiem. Pokazywał chłopcu i nam jak należy żyć by nie zmarnować tego co dał nam Bóg .  Jest to jedna z najbardziej wartościowych postaci w literaturze jaką znam. Daje ona nam wielką lekcję życia- życia dobrze wykorzystanego. Chłopiec odkrywa, że sprzedawca posiada cechy, których nie ma nikt z jego bliskich. Potrzebował on kogoś, kto stanie się dla niego drogowskazem i znalazł taką osobę. Pan Ibrahim był jego nauczycielem i mistrzem. Nigdy jednak nie prowadził go za rękę, ale zawsze był obok i podpowiadał, co jeszcze warto w życiu poznać. Nie zabrania mu też spotykania się z prostytutkami. Wie bowiem, że zakazany owoc smakuje najlepiej. Pan Ibrahim dąży do tego, żeby chłopiec poznał świat dorosłych zarówno od tej dobrej jak i od złej strony. Ostateczny wybór drogi, jaką będzie chciał wybrać pozostawia jemu samemu. W 100% zgadzam się z nim. Najpierw my, młodzież musimy zasmakować dorosłego życia, żeby potem stwierdzić co jest dla nas najlepsze, jakim człowiekiem chcemy być. I to nic, że czasem popełniamy błędy, schodzimy na złą drogę. Wszystko może się zmienić, możemy stać się lepsi, wystarczy tylko wybrać właściwą drogę. Ale teraz nachodzi na myśl kolejne pytanie: Która droga jest tą właściwą?? Właśnie. Według mnie odpowiednio wybierzemy jeżeli pokierujemy się własnym serce i rozumem, jeśli pójdziemy za tym do czego nas ciągnie.”

Niezwykle wzruszyła mnie również pozycja pt. „Oskar i Pani Róża” - ty razem pierwsza książka autora, która zagościła w mojej domowej biblioteczce na stałe. Poniżej prezentuje fragmenty mojej opinii kolejnego dzieła, które po prostu MUSICIE PRZECZYTAĆ ;)


„(...) Podczas czytania tej książki nieraz zakręciła mi się łza w oku, ale również śmiałam się z wypowiedzi Oskara i pani Róży. Zaskakujące było dla mnie jak ta kobieta przemawiała do Oskara. Była jak doświadczony psycholog. Pomogła uwierzyć chłopcu, że mimo , iż pozostało mu niewiele życia może je przeżyć tak jak wszyscy. Dzięki niej poznał smak pierwszej miłości, smak życia jako dojrzewający nastolatek, a także nauczył się godzić się z niepowodzeniami jakie mogłyby spotkać dorosłego człowieka. Chłopiec żył z dnia na dzień, choć dobrze wiedział, że umrze. Czy , gdybyśmy teraz znaleźli się w takiej sytuacji jak on, potrafilibyśmy przezwyciężyć lęk i strach przed tym, że koniec jest tak blisko? Muszę szczerze przyznać, że dla mnie byłby to najprawdopodobniej nie wykonalne. Trudno byłoby mi się rozstać z tym czego dobrego doznałam i z tymi, których kocham. Jednak autor specjalnie w ten sposób napisał swoją książkę. Eric-Emannuel Schmitt chce przekazać czytelnikom prawdę o czekającej na nas wszystkich śmierci. Pragnie pokazać nam, że jesteśmy naprawdę wielkimi „szczęściarzami", że nie chorujemy na tak straszliwe choroby, które zabierają z tego świata cudowne osoby . Autor posłużył się dzieckiem, żeby ukazać to, co najważniejsze. Odkrywa on nasz egoizm i strach. Przypomina nam, że ukrywając się przed samym sobą i przed światem niczego nie osiągniemy – możemy tylko skrzywdzić siebie i innych. Chce, żebyśmy choć na chwilę się zatrzymali i popatrzyli na świat oczami dziecka, które codziennie patrzy na świat, jakby oglądało go po raz pierwszy. Tylko w ten sposób dostrzeżemy to, co w życiu najważniejsze.”

I tak kolejna podróż dobiega końca, choć Meme nadal podróżuje ;) Zadowoleni? A może macie propozycje, do jakiego zakątka świata chcielibyście się wybrać? Piszcie śmiało – zajrzę tu zaraz po powrocie do domu ;)

wtorek, 17 lipca 2012

11 pytań x 3 i kilka słów ;)

Wśród Blogerów kilka tygodni temu krążyła pewna zabawa. Również ja zostałam do niej nominowana, jednak dotąd nie znalazłam chwili czasu, by zagłębić się w pytania dziewczyn. Otagowała mnie Eta, Mery i Justilla, za co dziękuję ;)


Zasady:

1. Każda otagowana osoba musi odpowiedzieć na swoim blogu na 11 pytań przyznanych im przez ich "Tagger'a"
2. Następnie wybrać 11 nowych osób do tagu i zadać im 11 pytań.
3.Nie powinno się tagować ponownie osób, które już są brały udział w zabawie. 



Pytania Ety:

1. Seria o Potterze czy Saga "Zmierzch"? - I tu chyba wszystkich zaskoczę – żadna z tych serii. Z Harrym próbowałam się mierzyć w zeszłe wakacje, nawet Eta pożyczyła mi książkę, jednak nie mogłam się wciągnąć (zrobię kolejne podejście w te wakacje). Z kolei „Zmierzch” na razie mijam szerokim łukiem.
2. Kryminał czy romans?- Przyznam, że również na to pytanie trudno mi odpowiedzieć – lubię krwawe i pełne zagadek kryminały, dzięki którym smakuje adrenaliny, ale też ckliwe romanse, w których przedstawiane historie, często doprowadzają mnie do łez ;)
3. Film wojenny czy obyczajowy? - i znów dylemat. I po raz kolejny nie do rozstrzygnięcia. Filmy wojenne pokazują skrawek historii, a obyczajowe – zawiłości ludzkiego życia. Obie te rzeczy lubię oglądać.
4. Historia czy biologia? - Pytanie... Oczywiście, że historia. W końcu dla tego wybrałam profil humanistyczny (z czego jestem niezmiernie zadowolona po roku nauki).
5. Argentyna czy Indie? - Argentyna kojarzy mi się z niesamowitymi krajobrazami i piłką nożną (Messi ^^). Ale wybieram Indie, ponieważ od tego miejsca bije niesamowity klimat i intryguje mnie tamtejsza kultura.
6. Ciasto domowej roboty czy kupny placek? - Domowej roboty! Najlepiej z owocami z ogródka i wyjęty prosto z piekarnika ;)
7. Woda mineralna gazowana czy niegazowana? - oczywiście, że niegazowana. Za wodą gazowaną wprost nie przepadam.
8. Biblioteka czy księgarnia? - Zapach wiekowych książek jest niesamowity, dlatego – biblioteka.
9. Metallica czy Michael Jackson?  - Jackson. Uwielbiam tą nutkę, jego głos i ten charakterystyczny taniec.
10. Domek z ogródkiem czy apartament w wieżowcu? - Bez wahania – domek z ogródkiem. Najlepiej na wsi – niesamowity klimat i wszyscy się znają.
11. Jesień czy wiosna? - Jesień lubię za kolorowe liście, a wiosnę za świat budzący się do życia. Dlatego tu faworyta nie wyłonię ;P

I kolejne, równie ciekawe od Mery:

1. Charlotte Bronte czy Jane Austen? - przyznam ze wstydem – żadnych pozycji obu Pań nie czytałam...
2. Paranormal czy klasyka? - chyba skłonię się ku klasyce ;)
3. Wielka papierowa biblioteka czy masa e-booków w czytniku? - wielka papierowa biblioteka. Ogromne regały w pokoju i wygodny fotel. Plus stoliczek, żebym miała gdzie postawić kawę lub herbatę.
4. Wrzos czy lawenda? - Lawenda; m.in. dlatego, że kojarzy mi się z „Lawendą w chodakach” Ewy Nowak, która to dostarczyła mi rozmaitych (oczywiście pozytywnych) wrażeń.
5. Klasyka angielska czy rosyjska? - Angielska wydaje się być póki co bezkonkurencyjna ;)
6. Audrey Hepburn czy Marilyn Monroe? - Marilyn i jej charakterystyczne gesty.
Miękka konstrukcja z gotowaną fasolką - przeczucie wojny domowej
7. Kuchnia włoska czy francuska? - Jeżeli chodzi o samodzielne gotowanie – włoska, z kolei smakowanie nieznanych przysmaków – francuska ;)
8. Czarny humor: tak czy nie? - tak, ale nie zawsze i nie w dużych ilościach.
9. Deszczowe poranki czy wieczory? - ani to, ani to – mam dom z ogrodem i o każdej porze dnia lubię ot tak usiąść sobie na świeżym powietrzu.
10. Van Gogh czy Salvador Dali? - Lepszego pytania nie mogłaś zadać ;) Sztuka to mój konik, a dzieła tych dwóch Panów mają „to coś” w sobie. Jednak, od kiedy zobaczyłam obraz „Miękka konstrukcja z gotowaną fasolką - przeczucie wojny domowej” twórczość tego malarza pochłonęła mnie w całości.
11. Ania Shirley czy Emilka Byrd Starr? - Oczywiście Ania – zadziorna, ale też uczuciowa.

Oraz jedenaście pytań od Justilli:

1. Polski czy matematyka? - Polski bardzo lubię, w końcu profil humanistyczny, ale podobno jestem też dobrym matematykiem ;)
2. Książki w narracji pierwszo- czy trzecioosobowej? - Pierwszoosobową lubię, ale trzecioosobowa strasznie mnie zawsze intryguje.
3. Wampiry,wilkołaki, etc. czy zwyczajni ludzie? - Oczywiście, że ludzie.
4. Ekranizacja książki jako film czy serial? - Naoglądałam się tyle ekranizacji pozycji Sparksa, że powiedziałabym film. Jednak w głowie świta mi, że są dwa niesamowite seriale na podstawie książek – Pamiętniki Wampirów i Plotkara. Dlatego tutaj pytanie pozostanie bez odpowiedzi.
5. Zakładka do książki czy zaginanie rogów? - Zaginanie rogów?! Brr.... Oczywiście, że zakładka! ;D
6. Proza czy wiersz? - Raczej proza. Wiersze czytuję znacznie rzadziej, choć to nie znaczy, iż izoluję się od takiej twórczości. Lubię Miłosza, Gałczyńskiego mogłabym czytać dniami i nocami, no i niezastąpiony Brzechwa. A i zapomniałabym – lubię też czytywać wiersze Ety, zwłaszcza te, pisane na lekcji fizyki ;D
7. Cukierki czy lody? - Cukierni – koniecznie białe Michałki ^^
8. Morze czy góry? - oba te miejsca są wyjątkowe i urokliwe. Morska bryza i górskie powietrze – oba niesamowite ;)
9. Wakacje/urlop w Polsce czy za granicą? - W Polsce! Nasz kraj to wiele niespotykanych krajobrazów i nieodkrytych zakątków ;>
10. Bałagan czy porządek? - Lubię porządek w niektórych miejscach czy sprawach, ale na moim biurku panuje wieczny nieład ;P
11. Bon na 200 złotych do Empiku czy H&M? - Hmm... I tu trudna sprawa. Nie – żartuję. Wybrałabym Empik, tylko nie wiem, kiedy przeczytałabym te wszystkie książki ;D



Bardzo dziękuję dziewczyną za nominację, ja jednak nie będę nikogo typować, bo większość osób już brała udział w zabawie.

--------------------------

Przechodząc do spraw bieżących – strasznie przepraszam tych, którzy czekali, za nieobecność cyklu. Wiem, wiem – tłumaczy się tylko winny. Minionym weekend był niesamowicie pracowity i upłyną pod znakiem Dni Ocieszyna (mojej miejscowości). Pomagałam jak mogłam, poznałam ciekawych ludzi i (co chyba najprzyjemniejsze) rozmawiałam z dawno niewidzianymi znajomymi ;) W tym tygodniu, ostatnim przed wyjazdem, postaram się opublikować recenzję „Marzycieli i Pokutników” oraz „Grzechu ojca”. Na czas mojej nieobecności (22.07 - 5.08) szykuję oczywiście coniedzielne odsłony cyklu i kilka opinii na temat przeczytanych pozycji m.in. „Szukając Noel” ;)

czwartek, 12 lipca 2012

Tyle radości – Paczka wymiankowa dotarła i do mnie! ^^

Długa poniedziałkowa podróż do Poznania i kilkukilometrowy korek na mojej trasie, a na dodatek upał – myślałam, że już nic dobrego nie spotka mnie tego dnia. A jednak! Po powrocie, ciesząc się, że kolejka po Europejską Kartę Zdrowia nie była tak długa, jak ta w czasie drogi do (która zwykle zajmuje góra czterdzieści minut, a trwała prawie dwie godziny) odnalazłam dużą białą kopertę. „Wymianka” - pomyślałam i miałam rację.

Więc do rzeczy!

Otwarta już i pobieżnie przejrzana przez moje dwie siostry paczka, okazała się niespodzianką od mojej pary wymiankowej – Karoliny prowadzącej TEGO uroczego bloga ;)

A co znalazłam w tajemniczej białej kopercie? Sami zaraz zobaczycie ;) Od czego zaczynamy – myślę, że od najważniejszej rzeczy, która ogromnie mnie intryguje – od książki pt. „Śmierć w klasztorze”. Stąd ta radość, że pozycja w moich klimatach, a razem z bohaterami będę mogła wybrać się na Mazury, o których tyle opowiadał mi kolega ;D


Karola dołączyła do tego dwie kolorowe zakładki. Tą żółtą podebrała mi już moja Karola (siostra) ;)

Nie zabrakło też umilaczy:


Co sprawiło mi również ogromną radość – Karolina wykonała zadanie specjalne. Jak? Genialnie! Chociaż nawet to słowo nie wyraża w pełni mojego zachwytu. Dostałam pięć niesamowitych pocztówek , które ukazują miasto i powiat – Strzelce Opolskie. Takiego ratusza jeszcze nie widziałam ;) A szpital – Karolino, on wcale nie wygląda na szpital. Budynek ten jest zapewne wiekowy, co dodaje uroku temu miejscu (lubię takie stare zabytki i podziwiam powiat, że tak wykorzystuje to miejsce) ;) Oprócz pocztówek znalazłam też piękny brelok na klucze (jak to Karolina napisała w liście), jednak myślę, że ciekawie będzie się prezentował również jako wisior. Do tego dołączone były kolczyki w moim ulubionym kolorze – niebieskim ;)


Karolino! - mogę powiedzieć tylko: „Dziękuję ^^” i „Jesteś wielka! ”

PS. Ten napis na breloku – świetny pomysł ;)

I dla Sabinki – ogromne DZIĘKUJĘ! ;D
To Kiedy kolejna wymianka? ;>

niedziela, 8 lipca 2012

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA #1

LiTeRaCKie PoDrÓżE DoOkoŁA ŚwiAtA to Cotygodniowy cykl na blogu u Meme, podczas którego będziecie mogli poznać kolejne kraje nie tylko od strony zabytków czy sławnych postaci, ale przede wszystkim LITERATURY. Będziecie mogli nie tylko przeczytać moje spostrzeżenia na temat wybranych dzieł, ale również liczę, że uda się podyskutować o Waszych przygodach literackich „w danym państwie” ;)

Przed rozpoczęciem wakacji obiecałam wakacyjnego zastępcę cyklu „Cudze chwalicie, swego nie znacie...”. I tak zrodził się całkiem nowy pomysł – Literackie podróże, podczas których, jak to w lecie przystało, będziemy podróżować. Podróżować pomarańczowym samochodzikiem poprzez poszczególne kraje, wioząc ze sobą bagaż książek (także na dachu, jak widać ;D), zebranych na poszczególnych etapach wycieczki. Kiedy paliwo już w baku (moje chęci), a morze pozycji i niesamowite zakątki świata czekają na odkrycie – RUSZAJMY ;D

W pierwszej odsłonie cyklu postanowiłam wybrać się w dość daleką wycieczkę – do Anglii. Dlaczego wybrałam to miejsce? Zaraz zobaczycie ;)

Z czym kojarzy Wam się Anglia? Mi przede wszystkim z popołudniową herbatką i monarchią. A i jeszcze z niezwykle deszczową pogodą. Po chwili namysłu przychodzą mi na myśl liczne zabytki i maleńkie miasteczka kuszące swymi urokliwymi krajobrazami, ale również pełnią społeczeństwa – każdy każdego zna. Piłka nożna (i jej gwiazdy), Rugby czy Polo również stały się wyrazistą wizytówką tego państwa. Nie mniejszy prestiż tej krainy ukazuje wręcz batalia niesamowitych twórców literatury angielskiej: od Szekspira, Dickensa i Frances Hodgson Burnett po Lewisa i Joanne Kathleen Rowling. Dalej widzę oczami swej wyobraźni niesamowity Londyn, który ma dwojakie znaczenie. Po pierwsze jest niezwykłą mieszanką kulturową – kiedy moja kuzynka mieszkała w Anglii, opowiadała, że spotkać można tam niemal każdego: od Chińczyka po Amerykanina – sama też chodziła do klasy z Afroamerykanką ;) Z drugiej strony Londyn jest chyba jednym z najbardziej urokliwych, mimo swojej wielkości i masy ludzi, jaka w nim miesza, miast na całym świecie. Wbrew pozorom, co jest przypisywane dużym metropoliom – Londynu nie kojarzymy z centrami handlowymi czy czy wieżowcami, w których rozgrywają się sprawy biznesowe ogromnej wagi, jak to bywa w przypadku Nowego Jorku (kolejnej ogromnej aglomeracji) lecz z zabytkami (Przepiękny, utrzymany w stylu wiktoriańskiego gotyku Parlament, Katedra Westminsterska, Buckingham Pałac, zwodzony most Tower Bridge, Trafalgar Square).
Kraj ten jest stosunkowo niewielki, ale największy ze wszystkich czterech wchodzących w skład Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Anglia dzieli się na hrabstwa: London, South East, South West, West Midlands, North West, North East, Yorkshire i Humber, East Midlands i East of England. Co jest na prawdę ogromnym osiągnięciem Anglików: współcześni mieszkańcy, mimo dwukrotnej zmiany granic od czasów wojennych, są nadal dumni ze swojej przeszłości.

Anglia to również niesamowite i jedyne na całym świecie potrawy. Jakie? Zobaczcie sami! - wybrałam smakołyki, które często jadali bohaterowie angielskiej literatury.

Mocno cytrynowe, mięsiste, dość wilgotne. Ze słodką polewą cytrynową. Mało skomplikowane.



Składniki:
• 150 g miękkiego masła
• 200 g brązowego cukru (najlepiej drobnego)
• 3 jajka + 1 żółtko
• 4 cytryny, skórka i sok
• 2 łyżki maku
• 300 g mąki
• 2 łyżeczki proszku do pieczenia
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• szczypta soli

Polewa:

• 1 łyżka drobnego cukru
• 1/2 cytryny, wyciśniętej
• 1 łyżka "lemon curd" *
• 1 łyżka brązowego cukru


Wykonanie:
  • Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Okrągłą formę o średnicy 20 cm wyłożyć papierem do pieczenia.
  • Mikserem utrzeć miękkie masło z cukrem na puszysty krem (około 8 minut).
  • W drugiej misce lekko ubić jajka i żółtko. Wlewać je małymi porcjami do utartego masła, ciągle miksując.
  • Dodać skórkę i sok z cytryny oraz mak. Delikatnie wymieszać z mąką, proszkiem do pieczenia i sodą.
  • Ciasto wlać do przygotowanej formy i piec przez około 60 minut lub nieco dłużej, aż patyczek wetknięty w środek będzie suchy. Piec aż ciasto będzie lekko brązowe.
  • Polewa: Wymieszać cukier z sokiem z cytryny. Polać po cieście. Rozsmarować "lemon curd" i posypać cukrem.
Składniki, 10 sztuk:
• 250 g mąki
• 1 łyżka proszku do pieczenia
• 30 g masła, schłodzonego i pokrojonego
• 185 ml mleka

Nadzienie:• 40 g sera koziego w ruloniku, pokrojonego na kawałeczki
• 40 g tartego Parmezanu
• 40 g tartego sera żółtego
• 2 łyżki posiekanej natki pietruszki
• 1 łyżeczka świeżych listków tymianku

Przygotowanie:
  • Piekarnik nagrzać do 220 stopni. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Mąkę przesiać do miski wraz z proszkiem do pieczenia i solą. Dodać masło i palcami rozcierać je z mąką, aż powstanie kruszonka przypominająca okruchy chleba. Dodać mleko i za pomocą noża kroić i mieszać ciasto łącząc składniki.
  • Wyłożyć ciasto na posypaną mąką stolnicę i obsypanym w mące wałkiem rozwałkować ciasto na prostokąt o wymiarach 20 x 25 cm. Posypać serem kozim, następnie Parmezanem i serem żółtym, a na koniec natką pietruszki i tymiankiem.
  • Zaczynając od dłuższego boku zwinąć ciasto w rulonik. Pokroić na 2 cm kawałki i ułożyć je na przygotowanej blasze w 2 cm odstępach. Piec przez 12 minut lub do czasu aż będą złociste i w środku upieczone. Wyłożyć na metalową siatkę i podawać gorące lub ciepłe.

Jeszcze ciepłe, przekrojone na połówki smarować masłem, dżemem truskawkowym oraz gęstą śmietaną lub jogurtem.
Na śniadanie z kawą, po południu z herbatą.

Składniki na około 8 szt bułeczek:
  • 250 g mąki
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 50 g miałkiego cukru (do wypieków)
  • 50 g masła, posiekanego w kostkę
  • 1 duże jajko
  • około 100 ml mleka
  • 50 g rodzynek
Wykonanie:
  • Piekarnik nagrzewam do 220 stopni.
  • Mąkę przesiewam dwa razy na stolnicę, dodaję masło, proszek do pieczenia, sól i cukier. Rozcieram składniki palcami.
  • Jajko ubijam i dodaję tyle mleka, aby otrzymać 140 ml płynnej mieszanki.
  • Dodaję około 2/3 jej ilości do sypkich składników ciasta na stolnicy, pozostawiając resztę do posmarowania bułeczek po wierzchu. Dodaję rodzynki i szybko zagniatam jednolite ciasto. W razie potrzeby dodaję trochę mikstury z jajka i mleka lub podsypuję dodatkową mąką.
  • Na stolnicy podsypanej mąką rozwałkowuję ciasto na wysokość 1,5 cm. Metalową foremką lub ostrą szklanką wycinam pojedyncze ciastka. Układam na wyłożonej papierem do pieczenia blasze. Smaruję resztą ubitego jajka. Piekę przez 10-12 minut na złoty kolor. Podaję ciepłe, z masłem, dżemem i śmietaną.

Choć nie dane mi było czytać podobno genialnej serii o Harrym Potterze, sądzę że istnieje masa, równie wielkich twórców literatury angielskiej, a ich pozycje czyta się z zapartym tchem. Po przeczytaniu kilkunastu pozycji literatury angielskiej odnalazłam naprawdę niezwykłe znakomitości. O jakich książkach mowa?

Pierwsza do tablicy zostaje wywołana Frances Hodgson Burnett i jej niesamowita powieść „Tajemniczyogród”. Co w tym czytadle zachwyca? Dlaczego uważam tę pisarkę za mistrzynię swego fachu? - poniżej możecie przeczytać fragmenty mojej opinii sprzed prawie dwóch lat.

„ (…) Ale przychodzi mi na myśl jeszcze jedno pytanie : Czy "Tajemniczy ogród" jest dzisiaj tajemniczy? Czy istnieje współcześnie dziecko albo dorosły, którzy jeszcze nie znają tej książki? Frances Hodgson Burnett stworzyła powieść, która weszła już na stałe do klasyki literatury dziecięcej i której po prostu nie wypada nie znać. Autorka wyczarowała historię zbliżoną do baśni (...)”

„"Tajemniczy ogród" jest piękną opowieścią o tym, jak wielki wpływ na nas mają ludzie, którzy są blisko nas i jak wiele może się zmienić w życiu, jeśli tylko uwierzymy, że to możliwe. Tak jak ogród potrzebuje pielęgnacji, żeby pokazać swoje piękno, tak człowiek potrzebuje ciepła, uczucia i wsparcia, żeby rozkwitnąć szczęściem (...)”

Druga mistrzyni to raczej „cicha bohaterka” - jej powieść jest mniej znana od „Tajemniczego ogrodu” i dotyczy zupełnie innej tematyki, ale jest napisana równie genialnym piórem, jak książka Burnett. Mowa tu oczywiście o Zinie Rohan i „Córce oficera”. Tym razem pozycja dotyczy czasów wojennych, a do napisania tego typu pozycji jest potrzebna zimna krew, by idealnie ukazać emocje bohaterów i odzwierciedlić tło historyczne. Oto jak spisała się autorka według mnie:

„ (…) Porywająca opowieść o wojnie, miłości i wierności własnym ideałom, napisana z prawdziwie epickim rozmachem. Życie daje tej młodej kobiecie trudną lekcję pokory i uświadamia, że pochopne decyzje mogą w dramatyczny sposób wpłynąć nie tylko na nas, ale i na tych, których kochamy. Książka, ta wywarła na mnie ogromne wrażenie. Od samego początku strasznie mnie wciągnęła i nie mogłam się opanować pochłaniając coraz to więcej rozdziałów.”

„Dla mnie to piękna historia dziewczyny, która podczas zawieruchy historycznej sama stara się uporać ze sobą, swymi uczuciami, życiem i wszystkimi trudnościami, która wiele nie rozumie a charakter jej sprawia, że nie jest jej łatwiej. Tak, o miłości jest powieść. O miłości, która poświęciła się, by nie zranić kochanej osoby. Ale nie tylko. To także powieść o trwaniu, o wierze w lepsze jutro, o solidarności, i o walce z przeciwnościami. O rozłące i samotności, i o mierzeniu się z kolejnymi stratami bliskich. Powieść o trudnych wyborach, o tym, jak skomplikować życie może jedna błędna decyzja, jeden pochopnie wyciągnięty wniosek i urażona duma. „ Córkę oficera” mogę więc śmiało zaliczyć do właśnie do takich dobrych, porządnie napisanych książek o lekcjach, które nieustannie daje nam życie (...)”

Nawet pośród „najstarszych” opinii, które miałam możliwość napisać, odnajdujemy kolejnego artystę. Sądzę, że jego saga fantasty mogłaby równać się z cyklem Joanne Kathleen Rowling. Zapewne ciekawi licznych fanów HP, kto może być lepszy – zapraszam do lektury fragmentów, jak i całości wypowiedzi na temat pierwszej części sagi Philipa Pullmana ;)

„ (…) Wartka akcja, ciekawi bohaterowie i przede wszystkim niesamowity świat, w którym żyją, z całą jego symboliką sprawiają, że trudno odłożyć książkę choć na chwilę. Lyra wyrusza na niebezpieczna wyprawę do mrocznych pustkowi Północy, by uratować swojego najlepszego przyjaciela Rogera. Po drodze napotka przerażające, opancerzone niedźwiedzie polarne, długowieczne czarownice i wiele innych zagadek. Spodobało mi się też, że w historii brali udział ludzie różnych grup społecznych- Cyganie, Uczeni oraz Czarownice.”

I na koniec, choć nie należy odczytywać w tym mniejszej wielkości talentu autora, C. S. Lewis – człowiek, który niesamowicie potrafi grać ludzkimi emocjami (fragment recenzji „Smutku”):

„ Z pewnością mogę stwierdzić, iż z taką lekturą się jeszcze nie spotkałam. Porusza ona nie tylko kwestie smutku, jaki czujemy po stracie bliskiej osoby, ale również cierpienia. To również nieodłączne uczucie człowieczeństwa. Choć według Wikipedii to tylko negatywny stan psychiczny, bądź fizyczny i emocjonalny doświadczany często jako ból czy nieprzyjemne doznanie ciała, każdy z nas przeżywa swoje „katusze” w inny sposób. Jeden zapija smutki w alkoholu, drugi próbuje to wszystko sobie jakoś racjonalnie wyjaśnić, a jeszcze inny roztkliwia się nad swoi losem (…)

Zapraszam też do zapoznania się z pozostałymi opiniami lektur angielskich autorów.

Dzisiejsza podróż, nie tylko literacka, ale również kulinarno-kulturowa dobiega końca. Mam nadzieję, że osoby, które wsiadły do pomarańczowego samochodu, wysiadły nie tylko pełne wrażeń, ale również obładowane rozmaitymi pozycjami ;D

Powyższe zdjęcia pochodzą STĄD: 1 |2 |3 |4 |5 |6 |7 |8 |9 |10
Przepisy są podlinkowane do strony pochodzenia.

czwartek, 5 lipca 2012

[95] Marcin Ciszewski „Upał”

Wyd. Znak literanova
Kraków 2012, 416 str.
Ocena: 9/10  Niecodzienna

Euro 2012 – od ponad pięciu lat w sercach Polaków, nie tylko tych, którzy musieli nieźle napracować się by wszystko wyszło jak należy, ale również kibiców wierzących w sukces naszej reprezentacji. Sztab szkoleniowy z selekcjonerem na czele i dwudziestu trzech piłkarzy, którzy chcieli zostać legendą. Szesnaście krajów, którym przyszło poznać nowy zakątek Europy, inną kulturę i przede wszystkim Polaków, o których słyszeli lepsze i gorsze rzeczy. Budowa dróg, stadionów, lotnisk – krótko mówiąc: wyczerpujące przygotowania. Jednak czy przeciętemu kibicowi przeszła przez głowę myśl o możliwości ataku terrorystycznego? Czy w ogóle zdawaliśmy sobie sprawę ile ludzi czuwa nad bezpieczeństwem Euro 2012?

Po raz pierwszy usłyszałam o Panu Marcinie przy okazji premiery WWW.RU2012.PL, jednak dotąd nie miałam okazji zapoznać się z pozycjami tegoż autora. Kiedy przeczytałam opis jego najnowszej powieści pt. „Upał”, miałam ochotę nie tylko zapoznać się z pozycją, ale również dowiedzieć się co nieco o samym pisarzu. Pan Marcin Ciszewski jest absolwentem Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, ze specjalizacją historia najnowsza. Choć od lat nie zajmuje się historią zawodowo, pasjonuje się przebiegiem II WŚ, ze szczególnym uwzględnieniem Kampanii Wrześniowej. Doświadczenia muzyczne, treningowe, a przede wszystkim solidne humanistyczne wykształcenie na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, a także pasja czytelnicza i podziw najzacniejszych twórców literatury XX i XXI wieku: Stephena Kinga, Alistaira Macleana, Fredericka Forsytha czy Stanisława Lema, zaowocowało w końcu pomysłem, by samemu oddać się pisaniu powieści. I tak: Pan Marcin Ciszewski zadebiutował w 2008 roku powieścią www.1939.com.pl. Po czterech latach w dorobku literackim kolejnego polskiego pisarza znalazły się takie powieści jak: „WWW.1939.COM.PL”, „WWW.1944.WAW.PL”, „Major”, „Mróz”, „WWW.RU2012.PL” oraz „Upał”.
Pan Marcin Ciszewski

Stadion Narodowy – miejsce długo wyczekiwanego meczu ćwierćfinałowego Polaków. Meczu nie tylko o awans do fazy półfinałowej, ale również o honor – pojedynku z Niemcami. Prawie sześćdziesiąt tysięcy kibiców, w tym największe osobistości Rzeczpospolitej Polskiej i Republiki Federalnej Niemiec wpatrzonych w dwudziestu dwóch zawodników biegających po murawie boiska. Zewsząd docierają rozmaite okrzyki, panuje nieznośny skwar, a ulice wypełnione są tysiącami ludzi wierzących w sukces swojej drużyny. Dla terrorystów to idealny cel. W każdej chwili mogą zaatakować. Podinspektor Jakub Tyszkiewicz nie ma łatwego zadania. To on odpowiada za bezpieczeństwo meczu. Problem w tym, że nie wiadomo, kto jest prawdziwym wrogiem. Jak uchronić największą imprezę piłkarską od fiasku i tragedii?

Obraz wypełniała w większości wartka rzeka kibiców, która pokonywała piechotą most Poniatowskiego i wyrażając emocje w kilkunastu rozmaitych językach, zmierzała w stronę bramek prowadzących na stadion.”

Nie od dziś wiadomo, ze oprócz literatury i historii interesuje się również piłką nożną. Całe Mistrzostwa Europy, mecz po meczu obserwowałam z zapartym tchem, stale powstrzymując się od maksymalnego wybuchu emocji w konkretnych sytuacjach. Jak każdy Polak – wierzyłam w sukces naszej reprezentacji, od momentu kiedy Michel Platini przed pięcioma laty wyciągnął z koperty kartonik z napisem Poland & Ukraine. Dlatego, gdy nadarzyła się okazja przeczytania publikacji Marcina Ciszewskiego „Upał”, która ukazywać miała możliwość ataku terrorystycznego podczas Euro 2012, nie wahałam się ani minuty. Byłam pewna, że te ponad czterysta stron usatysfakcjonuje mnie nie tylko jako kibica (przekonam się komu autor przypisywał zwycięstwo), ale również czytelnika. Czy moje oczekiwania zostały spełnione?

Pan Ciszewski posługuje się lekkim stylem, dzięki czemu pojęcia typowo związane z informatyką czy ochroną państwową wydają się w pełni zrozumiałe. Czytelnik może nie tylko z pełnym zaciekawieniem bezproblemowo przebrnąć przez kolejne strony, ale również zostać pochłoniętym przez lekturę na tyle, że pozycja będzie mu towarzyszyć w prawie każdej czynności dnia. I tak też było ze mną – nie mogłam przestać czytać (i co nietypowe dla mnie – nieco wygniotłam okładkę przez to, że egzemplarz ciągle „wędrowała” ze mną).

Upał” został idealnie umiejscowiony w polskiej rzeczywistości i choć akcja rozgrywa się podczas Euro 2012, książka nie traktuje o piłce nożnej lecz o terrorystach i ich „pogromcach”. Najciekawszy sposób ukazania przez Autora realności obrazuje poniższy cytat:

Straszne wydarzenie, straszne. Dobrze, że skończyło się tylko na kilku rannych. To cud prawdziwy. Wydałem polecenie, alby rodziny poszkodowanych otoczyć jak najstaranniejszą opieką.”

Czy czegoś Wam to nie przypomina?

Co szczególnie spodobało mi się oprócz rzetelnej fabuły? Autor ciekawie przedstawił realia pracy w nadrzędnych instytucjach państwa. Dzięki realizmie czytelnik mógł poznać trudy normalnego funkcjonowania pracownika Biura Zwalczania Terroryzmu Centralnego Biura Śledczego, brzemiona jego doli: te związane z pracą oraz życiem codziennych i typowymi zachowaniami męskimi, jak i kobiecymi. Pisarz poprzez swoją pozycję pokazał, że pracując w takiej „branży” człowiek musi być twardy, nieraz pozbawiony emocji czy ludzkich odruchów, a nawet zachowywać się jak nie przystało poprawnemu obywatelowi – krótko mówiąc: „Cel uświęca środki”.

Jakub podczas ostatniego półrocza nauczył się wypowiadać groźby bez żadnego podnoszenia głosu, obojętnym, pozbawionym emocji tonem. Przekonał się, że tak jest dalece skuteczniej, niż gdyby ryczał i wymachiwał bronią.”

W publikacji polskiego Prozaika dostrzegamy również, że ludzie kierujący arcyważnymi operacjami w zakresie bezpieczeństwa są tacy jak i my – również odczuwają strach, ból czy złość. Główni bohaterowi – nader charyzmatyczni i intrygujący mężczyźni – Jakub i Staszek – zdają sobie sprawę, że od działania ich zespołu zależy nie tylko utrzymanie prestiżu Euro 2012, ale również życie tysięcy ludzi.

Mają czas do jutra. Jeżeli coś zawalą, po tym terminie do pracy przystąpią firmy budowlane i przedsiębiorstwa pogrzebowe.”

Przez to towarzyszą im nie tylko pesymistyczne myśli i wizje kolejnych ataków wroga, ale również przeświadczenie, że najgorsze dopiero przyjdzie.

Właśnie o to chodzi. Nie myśl o tym. Zrób wszystko jak należy i nie myśl o tym. Inaczej przegrasz, zanim ten mecz w ogóle się zacznie.”

Co strasznie mi się spodobało – bohaterowie wykreowani przez Pana Marcina, wbrew pozorom nie zgarniają tylko ogromnych pensji siedząc za biurkiem, ale są jakby w transie, a ich dwadzieścia cztery godziny rozciągają się niemal do pięćdziesięciu:

- Jesteś w robocie?
- Owszem. Słuchaj... te po godzinach to nadgodziny. A te przed?
- O czym ty mówisz?
- Podgodziny? Wiesz, ten czas, kiedy człowiek, zamiast leżeć w łóżku, odgniata dupę przed służbowym komputerem.”

Pisarz poprzez swoją pozycję pokazał, że pracując dla rządu często robi się to kosztem rodziny, która jest dla Nas niezwykle ważna.

Podsumowując, muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrej, a na dodatek niezwykle realnej pozycji, której akcja rozgrywa się w moim ojczystym kraju. Autorowi wielki plus należy się również za to, że w pozycji dotyczącej na prawdę ważnych kwestii, odnajdujemy między wersjami „szczypty humoru”. Żałuję jednak, że jego scenariusz nie spełnił się choćby w kwestii awansu Polaków do ćwierćfinału. Po zakończeniu, które na długo pozostanie w pamięci, mogę tylko powiedzieć: Chcę więcej!” (już planuję lekturę „Mrozu” - pierwszej części przygód Jakuba Tyszkiewicza), a każdemu, kogo ciekawi „Upał” gorąco polecić książkę ;)

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova

Zdjęcia pochodzą STĄD: 1| 2| 3| 4